30 października 2008

Jarski obiad



Cudowny świat jesieni, ze swymi urzekającymi barwami, ciepłym światłem i łagodną temperaturą pogodnych dni powoli odchodzi do czasu przeszłego. Jeszcze można złapać te ostatnie chwile, kiedy to liście we wszystkich odcieniach żółci i czerwieni opadają z drzew tworząc dywany przyjaźnie szeleszczące pod nogami, zanim zamienią się w zbutwiałą, brunatną masę.

Już mieliśmy pierwszy przymrozek, który zwarzył kwiaty na ganku. Na jabłonce wisi jeszcze kilka owoców. Jakimś cudem uchowały się przed nalotami ptactwa wyprawiającego się na zimowe, afrykańskie chyba, wakacje.
Kalina pyszni się swoimi półprzeźroczystymi, rubinowymi jagodami, ale liści na gałęziach ma coraz mniej.
Hałda drewna za domem robi się codziennie większa, zostało już niewiele kloców do porąbania. Roboty z tym jest dużo, i ciężkiej, ale nagroda za trudy to trzaskający kominek w czas lodowatej pogody.
Niewiele jest dla mnie rzeczy przyjemniejszych od patrzenia w buzujący ogień, przytulania kota i popijania ze szklaneczki czegoś dobrego, kiedy na dworze ziąb, i wicher hula.
Koty są tego samego zdania, z tym, że od szklanki wolą miseczkę, a w niej kawałeczek kurczątka na przykład.

Szkoda, że na tym świecie jest tak, że jedno żywe musi zjadać inne żywe, aby samo mogło dalej być żywe. Ciągła walka o utrzymanie się przy życiu jest z jednej strony okropna i straszna, z drugiej zaś całkowicie pozbawiona elementów dobra i zła, obiektywnie obojętna, jeśli tak można się wyrazić.
Najlepiej widać to na filmach przyrodniczych: jeśli bohaterami opowieści są wilki, to cała nasza sympatia należy do wilczycy, która poluje na urocze, maleńkie, bezbronne króliki, aby wyżywić swoje dzieci. Bez zdobyczy wilczej mamy, wiadomo – jej dzieci zginą. Ale kiedy królicza rodzina gra rolę pierwszoplanową, nasze wrażenia są już całkiem inne. Wtedy wilki stają się antypatyczne, krwiożercze. Kciuki trzymamy, aby „tym ślicznym króliczkom” udało się uniknąć fatalnego losu.

Tysiące (miliony?) ludzi, powodowanych wyższymi uczuciami, nie jadają mięsa. A wśród wegetarianów są nawet tacy (frutarianie), którzy odżywiają się wyłącznie owocami, tymi co to dojrzały i same spadły z drzewa. Wychodzą bowiem z założenia, iż fakt, że nie słyszymy krzyku zrywanego banana czy nie widzimy strachu wyrywanej marchewki, nie oznacza wcale, że rośliny nie odczuwają bólu i lęku.
Oczywiście intensywne myślenie o tym, jak źle urządzony jest ten świat łatwo może człowieka do rozchwiania psychicznej równowagi doprowadzić.

Ta konstatacja sprowokowała mnie do tego, aby dziś całkiem jarski obiad podać. Nie tyle konkretne przepisy, co same pomysły zaczerpnęłam z hinduskiej „Kuchni Kryszny” autorstwa Adiraja dasy. Ugotowałam zupę ogórkową, wytrawną, bez śmietany, okraszoną masłem,
z mnóstwem koperku. Na drugie danie był biały ryż z sosem pomidorowo-oliwkowo-paprykowym, duszonym na oliwie, z dodatkiem bazylii rosnącej jeszcze na kuchennym parapecie. Do ryżu zrobiłam zieloną sałatę lodową, z cząstkami mandarynek i ananasa, doprawioną sosem winegret.
Na deser upiekłam mały serniczek wiedeński: 4 żółtka utarłam z ½ szklanki cukru, dodałam ½ kg zmielonego twarogu, ½ kostki stopionego masła, 1 łyżkę mąki ziemniaczanej, rodzynki, skórkę pomarańczową i na koniec pianę ubitą z 4 białek. Piekłam w tortownicy zabezpieczonej masłem i tartą bułką, przez 50 min. w temperaturze ok. 200 st.
Zaparzyliśmy liściastą herbatę Earl Grey w czajniczku. I wstaliśmy od stołu całkiem zadowoleni.

Niestety, wszystkie nasze koty były mocno zdegustowane: do misek absolutnie nic im dziś z ludzkiego stołu nie wpadło. No cóż, tak to jest kochane kociska, rachuby rzadko kiedy nie zawodzą.

2 komentarze:

  1. Niestety, tak ten świat jest urządzony i od dziecka nad tym ubolewam. Miałam kiedyś taką Biblię w obrazkach, dla dzieci. Mimo, że zbyt "święta" nigdy nie byłam, to był tam jeden taki obrazek z raju - lwy i baranki w zupełnej zgodzie...

    Teraz też mnie czasem łapie chęć odrzucenia mięsa, którego i tak mało jem, jednak tak na amen nie mogłabym chyba zrezygnować. Zawsze znajdzie się coś, np. takie salami, albo coś z grilla, albo smalec... Nie, nie, nie! Już nie chcę o tym myśleć. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dwa, trzy razy w roku mam takie okresy kilku, kilkunastotygodniowe, całkowitego odrzucenia mięsa.

    Prawdopodobnie w ogóle przeszlibyśmy na wegetariańską dietę, niestety przeszkoda jest taka, że jest ona niezwykle kosztowna. Oczywiście o ile chce się zachować codzienną różnorodność i urodę stołu.

    No więc wraca się do mięsiw (niestety), co nasze koty bardzo aprobują.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę;)