22 kwietnia 2019
5 marca 2019
Felusia odeszła...
Takie jest życie; krótkie i byle jakie, a na końcu się umiera. Nasz świat, taki piękny, niezwykły, ciekawy, któregoś dnia musimy opuścić. I tego się boimy. Zwierzęta też się boją. I to bardzo. Byliśmy obecni przy odchodzeniu niektórych; umierały tak, jak umierają ludzie.
Fela, mama sześcioraczków, żyła z nami od końca 2006 roku. Mogła mieć około 5-6 miesięcy, kiedy zaczęła pojawiać się w naszym ogródku. Długo trwało, zanim zorientowaliśmy się, że to kot bezdomny, a raczej z domu wyrzucony z chwilą, kiedy przestał być małym, rozkosznym kociakiem, a stawał się dorosłą kotką, wymagającą miejsca, pokarmu i opieki weterynaryjnej.
Nie będę się w tym miejscu rozwodzić nad ludzkim draństwem, bo o nim wiemy. Mam tylko przeświadczenie, że za każde zło, jakie wyrządzi się innym żywym, zapłacić trzeba, i to nie kiedyś, po śmierci, ale bezwzględnie zapłacić tu, na tej ziemi, i to w dwójnasób.
Czy Felusia była z nami szczęśliwa? Nie wiem, ale sądzę, że była taka naprawdę tylko wtedy, kiedy urodziła swoje dzieci w cudowny, letni dzień 29 czerwca 2007 roku. Miała na ganku swoje własne M; zabezpieczony przed ewentualną niepogodą obszerny karton, wyłożony pachnącymi świeżością kołderkami i ręcznikami. Dostawała od dawna trzy przyzwoite dania dziennie, więc dzieci urodziły się zdrowe i piękne.
Od tej chwili rozpoczęłam działania, mające na celu znalezienie stałych domów dla tych sześciorga maluchów. Niestety, w naszym miasteczku nikt nie zareagował na moje apele.
Ostatecznie udało mi się czwórkę kociaków umieścić w rodzinach rozrzuconych po Polsce.
Dwa kocurki z tego miotu zostały z nami na stałe. Dziś jest z nami tylko Filip. Bazyl odszedł równo dwa lata przed swoją mamą, w marcu 2017 roku. Płaczemy po nim do teraz.
Po odchowaniu dzieci, Fela wydawała mi się zwierzęciem bardzo, bardzo samotnym. Tak naprawdę nie zaprzyjaźniła się z żadnym z naszych kotów, a z kocicami była wręcz na wojennej stopie. Nie była także z nami, swoimi opiekunami w zażyłych stosunkach, a w każdym razie nie była mruczkiem przesiadującym na ludzkich kolanach.
Jej ulubionym miejscem był ogród i sąsiadujące działki. Niezwykle trudno było ją przywołać do domu, nawet przy wyjątkowo niesprzyjającej pogodzie. Potrafiła tygodniami nie nocować pod dachem.
W zasadzie nie można się dziwić takiemu jej zachowaniu; przecież od najwcześniejszych miesięcy życia na dworze przebywała. I na dworze przeżyła pierwszą zimę. Nic dziwnego, że przez lata miała chroniczne zapalenia płuc. Potem doszły jeszcze niesprawne nerki i wątroba.
Umierała od początków listopada 2018 roku. Wtedy też została zamknięta w domu. Okupowała kanapę w salonie i narożny spód kominka. Ale nie była zadowolona. Wciąż domagała się wypuszczania na dwór.
Miała byle jaki apetyt, właściwie nic jej specjalnie nie smakowało. Koci katar raz nasilał się, a raz był lżejszy, ale od lutego był nie do opanowania. Codziennie musiałam myć jej buzię, prać ogon, który służył jako chusteczka do noska, i wszystkie łapki. Nie cierpiała tego, a dodatkowym stresem było podsuszanie sierści suszarką. Była już tak słaba, że nie dawała sobie rady z samodzielnymi zabiegami higienicznymi.
W środę, 27 lutego pojechałyśmy do veta, do Dzierżoniowa. Stwierdził, że Fela jest w stanie terminalnym, co potwierdziło badanie analityczne. Waga z 4,5 kg spadła do 2,1 kg. Lekarz uprzedził mnie, że konanie może być długie i bolesne. Nie potrafiłam zdecydować eutanazji. Nie, absolutnie nie.
Po powrocie do domu wypuściłam ją do ogrodu. Byłam przygotowana (przez lekarza), że prawdopodobnie nie wróci, że pójdzie umrzeć gdzieś w chaszczach. Jednak wróciła.
Umówiliśmy się na następną wizytę za 2-3 dni. Ale w piątek Fela lekko się ożywiła. I choć dalej nic nie jadła, wypiła parę kropel wody. I wtedy postanowiłam, że już nigdzie wozić jej nie będę. Tylko ciepły dom i spokój jej się należą. Nawet Dunia, wieczna Feli nieprzyjaciółka, już na nią nie fukała.
Przeczytałam gdzieś w Internetach, że archanioł Werchiel sprawuje opiekę nad urodzonymi pod znakiem Lwa (ja). Więc choć religijna nie jestem, gorąco prosiłam Werchiela, żeby się mną wcale nie zajmował, tylko żeby naszą Felunię swoimi cudownymi, miękkimi, pachnącymi skrzydłami otulił starannie i przeniósł ją bez bólu i bez przerażenia na niebieskie łąki, gdzie wiecznie będzie szczęśliwa.
Umarła o 6:00 rano, w poniedziałek, 4 marca 2019 roku. Trochę się bała, cierpiała trochę. Więc pokłony wielkie, Werchielu.
Pochowaliśmy ją w ogrodzie, pod cisem. Na kocim cmentarzu.
Żałujemy, że nie będzie wolno pogrzebać tam urn z naszymi własnymi prochami.
31 grudnia 2018
Noc sylwestrowa 2018/19
Udanego, a niechby nawet szalonego Sylwestra wszystkim chętnym życzę!
Oszczędzajcie tylko zwierzaki. Może nareszcie, przykładem stolicy, każda gmina, każda najmniejsza nawet mieścina w naszym kraju zacznie kolejny nowy rok laserową iluminacją witać.
Oby jak najrychlej.
Ale głównie życzę szczęśliwego Nowego Roku 2019, zasobnego w dobro wszelkie i od wszelkich niepokojów wolnego!
23 grudnia 2018
Boże Narodzenie 2018!

Nie cierpię śniegu, ale Boże Narodzenie bez śniegu?! Łee:(
Mogłoby popadać, choć przez chwilę; przykryć wszystko białym puchem, żeby było tak czyściutko i świeżo.
Chyba jednak nic z tego. Więc Filipek nie będzie się ślizgał po zamarzniętej ścieżce od ganku do furtki, ani wskakiwał w zaspy wiatrem naniesione do ogródka. On uwielbia siedzieć na dworze w każdą pogodę, nawet zmarznięty i przemoczony. Po prostu z dzieciństwa nie wyrósł, choć 11 lat w tym roku skończył.
A my, no cóż, nawet liczyć się nie chce, które to już święta i nowy rok na tym padole spędzamy. Ale jeszcze się chce, jeszcze jakieś plany się robi, jeszcze do tego ‘lepszego świata’ nam nie pilno!
Więc życzyć wszystkim i sobie wypada, aby ten czas uroczysty, świąteczny w zdrowiu spędzić, kolejny rok przeżyć zamierzenia realizując, być wyrozumiałym i porządnym. Dla ludzi i zwierząt!
1 maja 2018
No to posadziliśmy grzyby leśne w ogródku
| Filip z grzybem |
31 marca 2018
Dużo dobrego, na Święta i po...
Pogodnych Świąt Wielkanocnych, zdrowych i dostatnich, nam wszystkim, i naszym zwierzętom!
A tym braciom mniejszym, które niczyje są, żeby doczekały swojego dobrego opiekuna, amen.
9 marca 2018
Nie pisałam bo płakałam
| Bazyluś dwutygodniowy |
| Bazyl pozujący |
| Pan Bazyl |
| Bazylek trzytygodniowy |
| Bazyl dorosły |
| Bazyl rozleniwiony |
| Bazyl popijający |
| Bazyl robi manicure |
| Bazyl zadumany |
| Bazyl jesienny |
| Bazyl do podziwiania |
| Bazyl zafascynowany |
| Bazyl obserwujący |
| Bazyl bezpieczny |
| Bazyl szczęśliwy na łonie natury |
| Bazyl śpi, ale czuwa |
| Bazyl, zawsze poważny |
| Bazyl, mój drogi |
Kocie, Bazylku, Bazyluniu Kochany,
właśnie rok mija, od kiedy nas opuściłeś. I zostawiłeś w żalu, w smutku.
Przez ten rok stale cię wspominaliśmy, wciąż przypominaliśmy sobie te dni, miesiące i lata, które wspólnie przeżyliśmy.
I to, ile radości dostawaliśmy codziennie od ciebie.
To prawda, już tak nie boli.
Wszyscy mamy od Natury dar zapominania cierpienia.
Ale pamięć pozostanie na zawsze. I to jest dobre.
Bazylu, mój drogi...
17 lutego 2018
Wszystkim kotom świata...
Koty, wy najcudniejsze stworzenia
świata!
Bądźcie zdrowe, kochane i szczęśliwe.
Niech każdy (który zechce oczywiście), znajdzie odpowiedniego człowieka i pozwoli mu być swoim
niewolnikiem.
Niech nigdy wam nie zabraknie myszy ani też wygodnego
miejsca na drzemkę.
Żyjcie długo, a jeśli odejdziecie pierwsi, trzymajcie dla nas
kanapę, tam, na górze.
Przyjmijcie te życzenia w Dniu Święta Kota!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






