Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Schatz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Schatz. Pokaż wszystkie posty

3 grudnia 2010

Kamionka, ale nie ta do zsiadłego mleka



Którejś nocy,  wiosną wczesną, obudził nas niesamowity hałas dochodzący  gdzieś z zewnątrz domu, z dachu. Kierując się tymi dźwiękami doszliśmy do przekonania, że to pod dachówką uwięziony ptak szamoce się co sił, i usiłuje wydostać się na zewnątrz. Zmusiłam wręcz mojego męża, aby o trzeciej nad ranem, podniósł tę dachówkę, bo biedne zwierzę na pewno umrze.
Oczywiście pod dachówką nikogo nie było. A stuki dobywały się jeszcze z coraz to innych miejsc na połaci, do samego rana. Później wszystko ucichło. I jakoś zapomnieliśmy o tym wydarzeniu.

Ale w lecie także kilka razy zdarzyły się podobne łomoty, budzenie się w środku nocy, nadsłuchiwanie, domyślanie co to, kto to, co za duchy się zagnieździły? A może to szczur jakiś po dachu buszuje?
Na poddaszu żadnych śladów czyjejkolwiek bytności. Jak tu sprawdzić, co to może być?
No i poza tym nasze koty dość spokojne były; żadnych objawów paniki, żadnego wyraźnego zainteresowania tymi odgłosami. Owszem, przebudzone, głowy ze swoich posłań podnoszą, chwilę nadsłuchują, i znów wygodnie do snu się układają.

Jakoś tak pod koniec listopada zauważyliśmy, że jedna z listew sidingu wisi obluzowana całkiem, więc mąż wytaszczył drabinę i przymierzał się do naprawy. Ale żeby przybić tę deskę
trzeba się do niej dostać. Żeby się dostać trzeba rozebrać część dachu. No właśnie: Wyjęte dachówki ujawniły chuligańskie skłonności naszych nocnych gości. W kilku miejscach w styropianie wygryzione zostały olbrzymiaste dziurzyska, a kawały ocieplenia rozrzucone były wszędzie.

Nie zdążyliśmy  załatać, choćby tylko prowizorycznie tych dziur, bo w nocy śnieg zaczął walić i pokrył wszystko kilkudziesięciu centymetrową warstwą.

Rano rozmawialiśmy z nadreńskimi przyjaciółmi, dzieląc się jak zwykle wrażeniami, i wtedy Schatz wpadła na trop: - Przecież to muszą być kamionki!  U nas szkody wyrządzanie przez te stworzonka są dość znaczne, i ludzie na różne sposoby je odstraszają.
Oczywiście mój mąż, jak zwykle niedowiarek: - Przecież w dachu dziur żadnych nie mam, w jaki sposób mogłyby tam się dostać?! Poza tym nigdy ich nie widziałem, a przecież bez przerwy w ogrodzie przesiaduję!


Zaczęłam poszukiwania na różnych stronach i forach, i faktycznie, okazało się, że i w Polsce to prawdziwa plaga i utrapienie dla wielu posiadaczy pojazdów parkowanych pod chmurką, które zwierzaki te na sypialnie swoje lubią sobie obierać, obgryzając przy okazji kable elektryczne. Również właściciele domów narzekają na niechcianych lokatorów i starają się ich przepędzać.
Dlaczego? Ano dlatego, że kuny domowe, zwane inaczej kamionkami, niszczą ocieplenia dachów i poddaszy, przynoszą jedzenie, którego resztki gdzieś w zakamarkach się potem rozkładają, zostawiają swoje odchody, a przy tym straszne harce uskuteczniają i spać ludziom nie pozwalają.
Zobaczyć je raczej trudno jest, bo poruszają się niczym cienie i bardzo szybko, a na dokładkę nocą głównie.

Jeśli o nas chodzi to możemy łatwo te nocne gonitwy, hałasy i chrobotania znieść. Przecież nie wypędzę zwierzęcia tylko dlatego, że ono nocny tryb życia prowadzi.
Trochę gorzej z ich niszczycielskimi zapędami. Raczej nie można godzić się na dewastację ocieplenia,  bo to już kosztowne jest i do naprawienia trudne. Na razie nie mamy pomysłu co zrobić, aby nasza koegzystencja pokojowo się układała.

Można kuny przepłoszyć używając ostraszaczy dźwiękowych. Oczywiście u nas sposób ten nie wchodzi w grę, ze względu na koty, które także zdecydowałyby się na opuszczenie domu.

Podobno wszelkie zabezpieczenia typu druty, siatki są nieskuteczne, gdyż kuna ze względu na cechy swojej anatomii może przedostać się nawet przez szczelinę wielkości 5 centymetrów! W dodatku ząbki ma niczym piła elektryczna.
Poza tym znakomicie się wspina nawet po całkiem gładkich powierzchniach. Jest zwierzątkiem niezwykle inteligentnym, w zasadzie nie boi się  ludzi. Jakieś obawy budzą w niej jedynie psy wielkich ras.  
Prawdę mówiąc kamionka wyprowadza się dobrowolnie jedynie wtedy, gdy nie znajduje już w obranym miejscu niczego dobrego do swojej spiżarni.

Tak więc do kolejnej wiosny w sypialni na poddaszu, z ociepleniem obżartym przez te wyjątkowo urodziwe zwierzątka, zimno będzie niczym w Murmańsku, mimo, że piec c.o. na full chodzi i termostat odkręcony jest na maxa.
A potem to się zobaczy.
kuna domowa-kamionka
foto: mlodylesnik.ocom.pl

13 sierpnia 2009

Goście znad Renu

Jezioro Otmuchowskie

Otmuchów


Bily Potok



Bily Potok

Kłodzko


Kłodzko


Dzierżoniów


Kiedy przyjaciele nasi odjechali dziś rano po krótkiej, tygodniowej zaledwie wizycie, w domu zrobiło się tak jakoś pusto i przykro.
W dodatku, a takie to już ich podróżne szczęście, deszcz zaczął padać dość rzęsiście, więc obawialiśmy się, że drogę będą mieli trudną. Ale po trzech kwadransach już telefonowali, że szczęśliwie z krajowej "ósemki" zjechali na autostradę A4.
No, to odetchnęliśmy, choć z ulgą to zrobimy, jak już wieczorem u siebie, nad Renem bezpiecznie wylądują.

Te parę dni to był szczęśliwy czas, bo przecież tak przyjemnie jest spotkać się, gadać aż do zmęczenia, wspominać dawne (pewnie, że wspaniałe) czasy, jeździć sobie wspólnie, podziwiając krajobrazy.
Od ostatniego naszego spotkania minęły cztery lata i choć rozstając się wówczas snuliśmy wspaniałe plany, jak to za rok, a najdalej za dwa znów się zobaczymy, gdzie pojedziemy, co będziemy robili, to jednak życie, jak zwykle, z tych planów sobie zażartowało.

Tym razem zwiedziliśmy Otmuchów, ładne miasteczko na Opolszczyźnie, a ponieważ pogoda była upalna posiedzieliśmy dłużej nad Jeziorem Otmuchowskm, pięknie położonym, w otoczeniu starodrzewiu, sztucznym zbiornikiem na Nysie Kłodzkiej, o powierzchni ponad 20 km2.
Wracając do domu nie omieszkaliśmy wpaść do braci Pepików.
Przed czterema laty tam właśnie, w Javorniku, zwiedzaliśmy zamek Jansky Vrch. I mimo, że we wspólnej już Europie, musieliśmy wówczas przed granicznym szlabanem się zatrzymać, aby straż mogła nas wylegitymować.
Teraz o wielką politykę się otarliśmy: brak zapór, funkcjonariuszy, a nawet ograniczenia prędkości przypomniał, że "po Schengen" swobodnie już możemy się w granicach Unii przemieszczać.

Piwko tylko, moim zdaniem najlepsze na świecie, załadowaliśmy, i zmęczeni ale wrażeń pełni wracaliśmy do domu, i do kotów.

A koty, jak zwykle podczas wizyt gości; w panice udawanej tylko, albo rzeczywistej (bo wiadomo, że kto jak kto, ale kot na dramaturgii świetnie się zna), na razie po kątach się kryły, oczywiście za wyjątkiem Szkaradzieja, ulubionego kota Schatz, który nie tylko kryć się nie zamierzał, ale przeciwnie, o swojej obecności nieustannie przypominał, najpierw trochę nieśmiało, ale poźniej to już całkiem nachalnie. Stale był obok gości, o nogi się ocierał, głodny, czy nie, dopominał się kąsków. I popisywał się trochę także.
Stopniowo i pozostałe koty przekonywały się, że przyjaciele, nie wrogowie do domu zjechali. Jasne, że z bagażnikiem wypchanym kocimi daniami.

Tylko Filipek, ten mały nicpoń, który dotąd na noce znikał, teraz i na całe dnie zaczął przepadać. Zresztą bez przerwy miałam wrażenie, że Filip po prostu bezczelnie wykorzystuje sytuację, aby z domu bezkarnie się urywać. Zarówno bliźniaki, jak i Felę, ich mamę, goście z opowiadań tylko znali. I właściwie, jeśli o Filipa chodzi, do ich odjazdu tak zostało. Mały włóczykij stale był nieobecny.

Zwiedzaliśmy także inne, nastrojowe miejsca w tych uroczych dolnośląskich miasteczkach, głównie starą, miejską zabudowę, jakże pieczołowicie ostatnimi czasy przywracaną do dawnej świetności. Patrzyłam na to z niejaką zazdrością, bo wydaje mi się, że miejski samorząd wszędzie w okolicy działa lepiej lub gorzej, ale jednak. Tylko ten u nas zwyczajnie sobie śpi.

Pogoda bez przerwy nam dopisywała, a i humory mieliśmy znakomite. Już nie pamiętam, kiedy tak dobrze się bawiłam.

A potem, niestety, trzeba się było żegnać. I kiedy się znów zobaczymy?

5 października 2008

Danie z krabami

Koszyczek dla Schatz (z naszego ogródka)


Telefon to jednak świetne urządzenie. Zwłaszcza do kontaktu z bliskimi osobami. Zwykle w sobotnie lub niedzielne przedpołudnie rozmawiam przez telefon z naszą przyjaciółką, mieszkającą nad Renem.
Z Schatz (jak niezmiennie od lat zwraca się do niej mąż) osobiście widujemy się niezbyt często. Dzieli nas tysiąckilometrowa odległość, co nawet jak na dzisiejsze możliwości komunikacyjne wcale blisko nie jest. Ale przy pomocy tego fenomenalnego wynalazku pana Bella wiemy na bieżąco co się u nas dzieje; jaka jest pogoda, co czytamy, co oglądamy, co jemy, dokąd jeździmy, a nawet co nam dolega czy na sercu leży.

Parę lat temu, po najdłuższym i najszczęśliwszym życiu opuściła ich cudna, kudłata, ciemno podpalana suczka Tina. Była wspaniałą przedstawicielką rasy yorkshier terrier. Tineczka, wiadomo, jak to ukochane zwierzątko, była psem jedynym i wyjątkowym.
To tragiczna i serdeczna strata, z którą długo nie mogli się uporać. Przywiązani byli do Tiny bardzo i wiele jej poświęcili. Ich życie, jak teraz nasze kotom, podporządkowane było temu zwierzęciu. Z ilu wyjazdów musieli zrezygnować, ile razy zostać w domu z psem, i dla niego, wiedzą tylko oni.

Część, niemała zresztą uczucia, jakim Tinę darzyli, przeszła na nasze koty. Prawdę mówiąc sprawa wygląda tak, że dopomagają nam w utrzymaniu naszej gromadki. Systematycznie robią naszym kotom prezenty w postaci wartościowej karmy, zresztą nie tylko, którą kupują u siebie i kurierem ślą naszym zwierzakom.
A te tak się już rozbestwiły, że żadnego Kitekata nie tkną, a i na inne konserwy z „niższej półki” plują po prostu. Jeśli w misce jest coś, co na przykład Filipkowi nie smakuje, to podchodzi, wącha, wstrząsa z obrzydzeniem prawą łapą, i odchodzi a właściwie odbiega i z odległości kilku kroków wymownie patrzy mi w oczy. Czy zrozumiałam? Pewnie!
Z suchej karmy może być Royal Canin, najlepiej w wersji dla wybrednych kotów. Że drogi? No, to nie ich problem przecież! Mogą sprawić nam przyjemność i ten produkt na swój stół dopuścić.

Wiem, wiem. Takie rozpuszczanie kotów nie jest w porządku. Wiem, że jeśli sytuacja by się zmieniła, to znaczy pogorszyła, zwierzaki będą nieszczęśliwe. Ale jakoś nie potrafię, nie mogę odmówić im dobrego pokarmu.
Lubię myśleć o tym, wiedzieć o tym, że przynajmniej one żyją na tym świecie wyłącznie dla własnej przyjemności.

Schatz zadzwoniła dzisiaj: - Zapakowałam kotom dziewięćdziesiąt konserw, są z drobiem, z wołowiną, z pstrągiem, z rybami morskimi i krabami. Będziesz miała na jakiś czas.
- Bardzo ci dziękuję, cieszyłam się. One tak lubią kraby. Na to usłyszałam w słuchawce: - Ty mi tak nie dziękuj, przecież my także je kochamy.
I w tym momencie całkiem się rozkleiłam. Uczucia dobre są. Lepsze nawet niż telefony.