13 czerwca 2022

Wracam do rękodzieła

      Prawdopodobnie już tak zostanie do końca (jakiego końca? no wiadomo), że mój obecny stan zdrowia i ducha nie będzie się poprawiał, a wręcz przeciwnie. Wobec tego zaczęłam przemyśliwać nad tym, czym by się tu zająć.
Bo przecież niemożliwe jest, aby po kilkanaście godzin na dobę przesiadywać w Sieci, na zmianę z lekturą gazet i literatury. A tak właśnie się dzieje od ponad 2 lat. Poza  własną furtką nie byłam na świecie od tego czasu, nie licząc oczywiście szwendania się po szpitalach.

Ostatecznie zdecydowałam się posprzątać resztki koralików, sznurków, nici, bigli, zawieszek, i czego tam jeszcze po zakończonej już przed laty  przygodzie z handmadem (można tak się wyrazić?). I tu wpadłam, bo okazało się, że sporo jeszcze półproduktów zostało, więc co tu zrobić; wyrzucić szkoda,  to przecież nowe rzeczy. Zabrałam się więc do zrobienia jednego kolczyka, potem drugiego do pary, potem
następnej pary, i tak jakoś poszło.

Przy okazji wyszło, że już czegoś brakuje; a to szpilek z uszkiem, a to gumek, a to zacisków i innych przydasiów do takiej wytwórczości niezbędnych. To co zrobiłam (głupia)? Jasne, że dokupiłam brakujących części i jeszcze dużo więcej.

W tym szaleństwie niestety okazało się, że przez lata nicnierobienia w takim zakresie, zwyczajnie zapomniałam wielu technik, metod postępowania, a nawet nazewnictwa. Szkoda mi się zrobiło, bo pomyślałam do jakiej biegłości można było dojść przez ten czas i ilu rzeczy się nauczyć jeszcze!

Ale nie do końca zrażona tymi przeszkodami oprócz kolczyków nanizałam też parę bransoletek.
Nie wiem co prawda czy ten nawrót do rękodzielnictwa się u mnie utrzyma, i na jak długo. Jednak pokażę
kilka wykonanych drobiazgów:











17 kwietnia 2022

Wielkanoc, żeby była zdrowa

 

Wielkanoc 2022, oby zdrowa była, zdrowa i spokojna. Niech nie zabraknie nam, naszym zwierzętom
i naszym roślinom niczego, czego do życia potrzebujemy!

                                                                                                                           ma.ol.su


15 marca 2022

Ciocia Lusia mieszka w Charkowie

                                                             Ciocia Lusia ze swoją Lindą



 Nasza jedyna krewna, ciocia Lusia, mieszka w Charkowie. W tym roku, w listopadzie skończy 99 lat.
 I rozpocznie setny rok życia. Teraz obchodzenie tego pięknego jubileuszu jest katastrofalnie zagrożone

 przez bandycką napaść sąsiedniego państwa, które chce odebrać Ukrainie wszystko, co naród uważa za najcenniejsze, czyli wolność, narodowość, samostanowienie. Czyli po prostu istnienie.


Lusia była naprawdę szczęśliwa do 8 roku swego życia. Z rodzicami i braćmi żyła w spokojnym, pięknym miejscu zachodniej Ukrainy, mimo, że już wówczas bolszewicy pozbawili jej rodzinę ziemi, którą uprawiała.
A w latach 30. XX w. najkrwawszy z nich skazał miliony ludzi tej Ziemi na śmierć okrutną z powodu  terroru i głodu.  
To wtedy mała dziewczynka z jasnymi warkoczykami poszła za rękę ze swoim starszym bratem do stolicy, którą był wówczas Charków. Poszli pieszo, no bo jak? w nadziei, że tam chleb będzie.  Różnie bywało, głównie ciężko i bardzo ciężko; tu więcej
Wiosną 1941 roku Lusia skończyła szkołę medyczną i od razu, w czerwcu,  została powołana do armii, do wojskowego szpitala. Wojowała do maja 1945 roku i przez kolejne 2 lata pracowała przymusowo w tym szpitalu, przekształconym teraz na zakaźny.

Później przyszły lepsze czasy, chociaż nie świetlane. W każdym razie doczekała się WOLNEJ UKRAINY.
Swoje dorosłe życie rozpoczynała w czasie okrutnej wojny. I ostatni etap życia (oby była z nami jak najdłużej) dopada Lusię znów w trakcie barbarzyńskiej wojny. Czy to ironia pojedynczego ludzkiego losu, czy to po prostu fatum ludzkości? Nie wiadomo, czy pytać, czy stwierdzać.
                                             
                                                                CHWAŁA UKRAINIE
                                                                 Слава Україні

Fotoreportaż POLITYKI z wojennego Charkowa - czytam, patrzę i płaczę.

26 grudnia 2021

Święta, święta...

      To już końcówka 2021 roku; jak ten czas leci. Mam nadzieję, że zdrowie nam jako tako
dopisało w Boże Narodzenie, i niech tak zostanie, jak najdłużej!


No bo czegóż tu można jeszcze sobie, w tych czasach niełatwych, szczerze życzyć?!



Ustawicznie dobrego nastroju wszystkim Znajomym i Zaprzyjaźnionym z Dwunastoma Kotami, które to KOTY mam nadzieję, na nas czekają, z pewną niecierpliwością nawet.
                                                                                                                         
                                                                                                                              ma.ol.su

10 listopada 2021

Szafa stara, ale nowa


                   Nie do wiary; szafa, która pochodzi ze środkowego PRL-u, przetrwała trzecią przeprowadzkę i w obecnym domu mieszka z nami od 25 lat.
Początkowo chciałam ją wyrzucić, potem, ze względu na jej dużą pojemność zdecydowałam, że zostanie, pod warunkiem jednakże, że zostanie odświeżona.

Pomysły były różne, stanęło na tym, że będzie pomalowana. Wybrałam nawet fajny kolor, ale tamta rzeczywistość zdecydowała, że sama upacykowałam ją na ciemnoniebiesko, taki właściwie jasny granat.
I tak sobie stało to szafisko na górze, w jednej sypialni, z tym że nadbudówka została
zdjęta (bo zwyczajnie nie mieściła się na wysokość) i postawiona wzdłuż, obok, tak że teraz szafa zajęła niemal całą jedną ścianę.

No fajnie. Ale kiedy leżałam w 2020 ze złamaną fatalnie nogą i bez przerwy widziałam ten granat, to zaczęłam się zastanawiać, jak rzecz odmienić i to w miarę całkowicie.

Więc w pewnej firmie zamówiłam  tapetę z wybranym motywem. To był krajobraz, taki więcej pustynny, z głównym motywem - kaktusami, chyba opuncjami.
Narobiłam się przy tym zamówieniu okrutnie, bo trzeba było wszystkie elementy mebla bardzo dokładnie wymierzyć, zrobić odpowiednie szkice, przesłać firmie. Miało to kosztować około 2.000,- PLN. Niemało. Ale wiadomo, jak się chce nowości, trzeba zabulić.

Oczywiście to nie było zamówienie 'od ręki', tylko w jakiejś kolejności. Więc czekałam miesiąc, dwa, trzy. Żadnych wiadomości od firmy. A ja nie monitowałam.
Nareszcie się wściekłam i sama zaczęłam poszukiwanie samoprzylepnych tapet. Niemałe moje zdumienie wywołał fakt, że przyzwoite tapety można kupić za nieduże pieniądze.

Po odwiedzeniu naprawdę dziesiątek sklepów, kupiłam on-line w OBI kilka rolek. Cena za rolkę długości 2 metry i szerokości 0,45 metra wyniosła 17,- PLN. Produkcja niemiecka.
Wzór to łączka, w drobne kwiatki. Przyjemna struktura zewnętrzna; pod palcami - grysik.

Samodzielna praca zrobiła mi nawet przyjemność. Nie są do oklejania, które jest dziecinnie łatwe, potrzebne żadne narzędzia. Używałam tylko noża to tapet, linijki i plastikowej łopatki, którą dociskałam tapetę do podłoża.

Tak więc za 102,- PLN, czyli za 1/20 ceny żądanej przez firmę nie jestem teraz z kolei bez
przerwy zmuszona oglądać opuncji, ani złościć się, a co najmniej dziwić niefrasobliwości usługodawcy.
I co najważniejsze - moja łączka mi się podoba i pasuje do reszty mebli; są drewniane, tylko
lakierowane.

                                                             stara szafa



                                                                         szafa 'nowa'

24 grudnia 2020

Czas Bożego Narodzenia

 

Po raz pierwszy w życiu postanowiłam, że święta Bożego Narodzenia spędzimy bezstresowo. Po prostu będziemy świętować.
Zamiast zarobić się na śmierć, jak to w większości polskich domów bywa, wybraliśmy, co prawda lekko przymuszeni moją chorobą, cofającą się w tempie iście ślimaczym, więc wybraliśmy nicnierobienie. I tak, po śniadanku, z sałatką śledziową w roli głównej, otworzyliśmy butelkę czerwonego, i delektujemy się nim, choć południe już właśnie mija.

Na kolację będzie tradycyjnie barszcz z uszkami, pierogi, sałatka, jakiś deserek (a wszystkie wiktuały zakupione w sieciach wielkopowierzchniowych). Żadnego stania w kuchni po kilkanaście godzin, żadnych nerwów i wykończających bólów kręgosłupa.
Prezenciki? Tak, oczywiście, przecież to najprzyjemniejsza część wigilijnego wieczoru; więc sprawiliśmy sobie po laptopiku. Cudne, maleńkie, leciutkie Acery Swifty. Co prawda pamięci mają malutko, WordPad nie działa, trzeba dokupić, jak zwykle od p. Gatesa jakiś Office, ale jak na nasze skromne potrzeby są absolutnie wystarczające. A co najważniejsze  są bardzo przyjazne w użytkowaniu.

  Najbardziej we znaki daje się nam tęsknota za zwierzakami. Naprawdę nie ma dnia, aby nie wspominać któregoś z tych cudów natury, ich i naszych relacji wzajemnych, wszystkich szczęść i nieszczęść z tym związanych.
Po cichutku zaczynamy przemyśliwać nad tym, czy aby nie podjąć szalonej decyzji i przygarnąć jeszcze jakiegoś towarzysza. No, do końca nie wiem, przecież na przykład nasza Dunia żyła 19 lat, my tyle przed sobą nie mamy, więc co będzie wówczas z osieroconym zwierzęciem?! Ten aspekt wszak musi być brany pod uwagę.
Ach, te życiowe wybory!Zawsze takie trudne!

Życzę wszystkim czytelnikom Dwunastu kotów, aby  święta Bożego Narodzenia spędzili w sposób, jaki najbardziej im odpowiada; w zdrowiu, spokoju, poczuciu bezpieczeństwa i w przyjaźni ze światem!

ma.ol.su




11 lipca 2020

Zostaliśmy sami. Zupełnie sami.





Maluch sześciotygodniowy

22 czerwca 2020  Filipuś odszedł. O 15:00.
Już od 8 czerwca w ogóle niczego nie jadł. Pił po kropelce wody.
Miał zaatakowane nowotworem obie nereczki. Tak, jak jego brat Bazyl, którego pożegnaliśmy w marcu 1917, i po którym do dziś płaczemy.

Czujemy się potwornie osamotnieni. Bo te koty, którymi opiekowaliśmy się od 24 lat, to było całe nasze życie, wszystkie uczucia, myśli, wszystkie troski. I całe to szczęście, które od tych istot tak wspaniałomyślnie  otrzymywaliśmy.
A teraz to się skończyło. Zawsze twierdziliśmy, że zwierzęta muszą odejść przed nami, dla ich dobra przecież. I tak się stało. Jednak sami z takim bólem zostaliśmy, z taką tęsknotą za tymi cudami natury, że życie stało się od razu mniej warte, jakieś takie jałowe, przykre.

Filip, jak chyba wszystkie stworzenia na tym świecie, bał się śmierci. Przeczuwał swoje odejście. A najbardziej zaskakujące jest to, że na dzień przed śmiercią, późnym wieczorem, przyszedł do mnie na tych swoich słabiutkich nóżkach, aby się pożegnać. Siedział  dość długo,  trochę patrzył na mnie, dał się delikatnie pogłaskać, słuchał mnie, poleżał  pod moim łóżkiem i w końcu spokojnie wyszedł.
Skąd takie moje przeświadczenie? Otóż to był  piąty miesiąc mojego leżenia, spowodowanego chorobą.
Przez cały ten czas Filip całkowicie mnie ignorował, w ogóle nie wchodził do mojego pokoju, nie reagował na wołanie, ani nie słuchał, co do niego mówiłam, chociaż ostentacyjnie jakby przechadzał się pod moimi, stale zresztą otwartymi drzwiami.

Noc wcześniej, kot bardzo już wycieńczony, położył się na gołych deskach podłogi w przedpokoju i żałośnie popłakiwał. Ja się do niego przyłączyłam  i bardzo, bardzo długo, spokojnie i cicho opowiadałam mu o tym, o czym samej udało mi się dowiedzieć z różnych źródeł wiedzy tzw. ezoterycznej.

Przekonywałam Filipka, żeby się nie bał, bo śmierci nie ma. Uspokajałam, że on tylko zostawia tu swoje ciężko chore ciałko, które jest mu już niepotrzebne. Sam zaś, jako energia, w sposób niezwykle łagodny  przechodzi do innego bytu, w którym ta fizyczna powłoka jest zbędna, gdzie będzie bardzo szczęśliwy, i gdzie czekają już na niego inni, którzy swoje ziemskie istnienie zakończyli wcześniej.
Kiedy tak mu klarowałam i sama wierzyłam, że na pewno taki koniec nas spotka, Filipuś uspokoił się i wrócił do łóżka opiekuna.

A z opiekunem prowadziliśmy gwałtowne bardzo spory, bo nie mamy tego samego zdania na temat naszej roli, jaką powinniśmy spełniać przy agonii zwierząt. Naprawdę ratować za wszelką cenę?
Nie. Sama, nauczona tragicznymi doświadczeniami wszystkich poprzednich śmierci naszych kotów, już po odejściu Bazyla, przyrzekłam sobie, że przestanę ingerować w prawa przyrody, Boga?, natury  i pozwolę stworzeniu umrzeć spokojnie, kiedy  jego czas nadejdzie.
W sumie skończyło się to wieloma wizytami weterynarza, bo opiekun twierdził, że Filip, nawet tak ciężko chory, chce jak najdłużej żyć. Poddał się dopiero, kiedy kot przez 14 dni nie tknął najmniejszego kęska, tylko był sztucznie karmiony. I umarł maleńki. Po 13 latach wspólnego z nami pobytu. Krótko. Za krótko.
Ma grób pod cisem. Jak wszyscy, którzy w tym domu odeszli.

Zostawił nas w takim żalu, z takimi wspomnieniami, że ciężko nam dalej żyć.
Opiekun bez przerwy schodzi po Filipa, dopiero na ganku dopada go prawda, że Filipuś przekroczył już ten próg i na niebieskich łąkach bawi. A nocami sprawdza, czy go w łóżku nie przygniata.
W czasie zakupów zdarzyło mu się kupić mięso (sami jesteśmy wege), dla kota oczywiście.

Filipuś, najmniejszy z naszych kotów, z ogonkiem którym specjalnie nie można się było chwalić, z cały rok liniejącym futerkiem, był istotką cudowną: kochaną, mądrą, przezabawną, obrażalską, śliczną, uwielbianą, lubiącą się popisywać i nieustannie gadać.
Czy kiedyś jego odejście będzie choć trochę mniej boleć?

Filip to nasz ostatni kot. Nie mamy już nikogo. I nikogo nie będziemy mieć.  Musiały odejść wcześniej od nas. Choć za to losowi  wielkie dzięki.







Do zobaczenia, mój Cudny!

14 stycznia 2020

Koci cmentarz jest pod cisem








Nie, nie było żadnych świąt. Tylko bezbrzeżny smutek. Cały dzień wigilijny przeleżałyśmy z Dunią w moim łóżku.
Ona zmieniała zaledwie kilkanaście razy pozycję, bo na więcej już siły nie miała, a ja w dłoniach grzałam jej łapki. To znaczy chciałam ogrzać, jednak się nie dawało. To był stan agonalny.

Kiedy tak z nią leżałam obiecałam sobie, że jutro nie będę płakać, szlochać, krzyczeć, tylko się upiję, na umór będę piła.
Jutro nadeszło w Boże Narodzenie, o 5. rano.

Wiedziała, że umiera. Bała się śmierci. Krzyczała wielokrotnie i rozpaczliwie, choć była tak słaba, tak mizerna, i już nawet nie szukała naszej pomocy, naszej opieki.
Dostała całunik z najlepszego egipskiego ręcznika a opiekun pochował  ją pod cisem.
Położyłam różę na grobku. Miałam suche oczy. Miałam drewniane serce. Miałam  otępiały umysł.
I poszłam chlać.
Kiedy po trzech dniach wytrzeźwiałam zdałam sobie sprawę, że tak strasznie chciałam aby dożyła 20 lat, tak się starałam z chorób ją wyciągać. A ona odeszła w 19 roku swojego pobytu na tym najlepszym ze światów.

W zasadzie krótko zmagała się z przygotowaniami do odejścia. Ale od jakiegoś czasu były sygnały świadczące o zmęczeniu życiem; Duniaszka, taka czyściocha, przestawała dbać o swoją higienę, w wyniku czego zaczęła obrastać dredami. Więc kupiłam  jej przyrząd do strzyżenia kołtunów oraz furminator czyli specjalną, profesjonalną szczotkę do wyczesywania podszerstka i dawałyśmy radę.
Okresowo też traciła apetyt, ale była fanką dobrego jedzenia, więc obiadek ze świeżego łososia na przykład, był remedium na tę przypadłość.
Ale 20. grudnia przestała jeść, to znaczy kompletnie nie tknęła żadnego dania, żadnego pokarmu, nawet tych swoich najulubieńszych, piła tylko dużo wody. Jednak stopniowo i wody odmówiła. I to był dla mnie znak, że to już koniec się zbliża.

Po śmierci Bazyla, którego długo ratowałam wszelkimi możliwymi sposobami, solennie obiecałam sobie, że więcej nie będę ingerować w zrządzenia losu, że pozwolę drogim członkom swojej rodziny na  opuszczenie tego padołu, kiedy przyjdzie ich pora. Bo po co dodawać im niepotrzebnego cierpienia, przecież ratunek  w sumie jest podyktowany tylko naszym własnym egoizmem, naszą obawą przed własnym cierpieniem, tak dla nas niekomfortowym.

Na 10. urodziny Duni śpiewał  Il cardellino.
Myślałam, że na swoje 20. urodziny  także posłucha Vivaldiego. Nie doczekała.

Duniulka dobre miała życie. Wiedziała, że jest kochana, robiła, co chciała, jadła co lubiła, spała gdzie jej było najwygodniej, wychodziła się powłóczyć po okolicy, wprowadzając nas kilka razy w niebywałą trwogę.
Miała dwójkę dzieci i wnuka. Niestety, wszyscy odeszli przed nią.
Była królową a my, opiekunowie, jej dworem i uważała, że jej się to należy.
I słusznie Dunieczko, słusznie.
W naszej pamięci i w naszych sercach ty Duniu zostaniesz na zawsze.

22 kwietnia 2019

Pogodnych Świąt Wielkanocnych


      Pogodnych Świąt wszystkim życzymy, a przede wszystkim zdrowych!

5 marca 2019

Felusia odeszła...














Takie jest życie; krótkie i byle jakie, a na końcu się umiera. Nasz świat, taki piękny, niezwykły, ciekawy, któregoś dnia musimy opuścić. I tego się boimy. Zwierzęta też się boją. I to bardzo. Byliśmy obecni przy odchodzeniu niektórych; umierały tak, jak umierają ludzie.

Fela, mama sześcioraczków, żyła z nami od końca 2006 roku. Mogła mieć około 5-6 miesięcy, kiedy zaczęła pojawiać się w naszym ogródku. Długo trwało, zanim zorientowaliśmy się, że to kot bezdomny, a raczej z domu wyrzucony z chwilą, kiedy przestał być małym, rozkosznym kociakiem, a stawał się dorosłą kotką, wymagającą miejsca, pokarmu i opieki weterynaryjnej.

Nie będę się w tym miejscu rozwodzić nad ludzkim draństwem, bo o nim wiemy. Mam tylko przeświadczenie, że za każde zło, jakie wyrządzi się innym żywym, zapłacić trzeba, i to nie kiedyś, po śmierci, ale bezwzględnie zapłacić tu, na tej ziemi, i to w dwójnasób.

Czy Felusia była z nami szczęśliwa? Nie wiem, ale sądzę, że była taka naprawdę  tylko wtedy, kiedy urodziła swoje dzieci w cudowny, letni dzień 29 czerwca 2007 roku. Miała na ganku swoje własne M;  zabezpieczony przed ewentualną niepogodą obszerny karton, wyłożony pachnącymi świeżością kołderkami i ręcznikami. Dostawała od dawna trzy przyzwoite dania dziennie, więc dzieci urodziły się zdrowe i piękne.

Od tej chwili rozpoczęłam działania, mające na celu znalezienie stałych domów dla tych sześciorga maluchów. Niestety, w naszym miasteczku nikt nie zareagował na moje apele.
Ostatecznie udało mi się czwórkę kociaków umieścić w rodzinach rozrzuconych po Polsce.
Dwa kocurki z tego miotu zostały z nami na stałe. Dziś jest z nami tylko Filip. Bazyl odszedł równo dwa lata przed swoją mamą, w marcu 2017 roku. Płaczemy po nim do teraz.

Po odchowaniu dzieci, Fela wydawała mi się zwierzęciem bardzo, bardzo samotnym. Tak naprawdę nie zaprzyjaźniła się z żadnym z naszych kotów, a z kocicami była wręcz na wojennej stopie. Nie była także z nami, swoimi opiekunami w zażyłych stosunkach, a w każdym razie nie była
mruczkiem przesiadującym na ludzkich kolanach.

Jej ulubionym miejscem był ogród i sąsiadujące działki. Niezwykle trudno było ją przywołać do domu, nawet przy wyjątkowo niesprzyjającej pogodzie. Potrafiła tygodniami nie nocować pod dachem.
W zasadzie nie można się dziwić takiemu jej zachowaniu; przecież od najwcześniejszych miesięcy życia na dworze przebywała. I na dworze przeżyła pierwszą zimę. Nic dziwnego, że przez lata miała chroniczne zapalenia płuc. Potem doszły jeszcze niesprawne nerki i wątroba.

Umierała od początków listopada 2018 roku. Wtedy też została zamknięta w domu. Okupowała kanapę w salonie i narożny spód kominka. Ale nie była zadowolona. Wciąż domagała się wypuszczania na dwór.
Miała byle jaki apetyt, właściwie nic jej specjalnie nie smakowało. Koci katar raz nasilał się, a raz był lżejszy, ale od lutego był nie do opanowania. Codziennie musiałam myć jej buzię, prać ogon, który służył jako chusteczka do noska, i wszystkie łapki. Nie cierpiała tego, a dodatkowym stresem było podsuszanie sierści suszarką. Była już tak słaba, że nie dawała sobie rady z samodzielnymi zabiegami higienicznymi.

W środę, 27 lutego pojechałyśmy do veta, do Dzierżoniowa. Stwierdził, że Fela jest w stanie terminalnym, co potwierdziło badanie analityczne. Waga z 4,5 kg spadła do 2,1 kg. Lekarz uprzedził mnie, że konanie może być długie i bolesne. Nie potrafiłam zdecydować eutanazji. Nie, absolutnie nie.
Po powrocie do domu wypuściłam ją do ogrodu. Byłam przygotowana (przez lekarza), że prawdopodobnie nie wróci, że pójdzie umrzeć gdzieś w chaszczach.  Jednak wróciła.


Umówiliśmy się na następną wizytę za 2-3 dni. Ale w piątek Fela lekko się ożywiła. I choć dalej nic nie jadła, wypiła parę kropel wody. I wtedy postanowiłam, że już nigdzie wozić jej nie będę. Tylko ciepły dom i spokój jej się należą. Nawet Dunia, wieczna Feli nieprzyjaciółka, już na nią nie fukała.

Przeczytałam gdzieś w Internetach, że archanioł Werchiel sprawuje opiekę nad urodzonymi pod znakiem Lwa (ja). Więc choć religijna nie jestem, gorąco prosiłam Werchiela, żeby się mną wcale nie zajmował, tylko żeby naszą  Felunię swoimi cudownymi, miękkimi, pachnącymi skrzydłami otulił starannie i przeniósł ją bez bólu i bez przerażenia na niebieskie łąki, gdzie wiecznie będzie szczęśliwa.

Umarła o 6:00 rano, w poniedziałek, 4 marca 2019 roku. Trochę się bała, cierpiała trochę. Więc pokłony wielkie, Werchielu.

Pochowaliśmy ją w ogrodzie, pod cisem. Na kocim cmentarzu.
Żałujemy, że nie będzie wolno pogrzebać tam urn z naszymi własnymi prochami.