19 października 2026

Takie cudne kolory jesieni

 

 
Lubię najbardziej tę porę roku. Jeszcze ciepło, ale już nie upalnie. No i ta bujna roślinność, te oszałamiające kolory, jest na co patrzeć i co podziwiać, nawet jeśli to tylko maleńki, własny ogródek, obok maleńkiego, własnego domku.
Już w ogrodzie się nie pracuje, nikt nie kopie, nie grabi, nie przycina, wszystko na żywioł puszczone, rośnie sobie swobodnie, jak chce, jak wywalczyć sobie potrafi i jak umie się rozpychać. Bo i tu odwieczną widać walkę o swój kawałek przestrzeni do życia, a nawet więcej i więcej dla siebie zdobyć, odebrać innym, słabszym, zwyciężyć. Taki ten nasz świat. Wiecznie walczący. Wszyscy ze wszystkimi.
Ciekawe, czy to tylko u nas, na Ziemi, czy tak wszędzie, w całym Kosmosie?
Czy ładniej ten spłachetek wyglądał przed laty, jak jeszcze człowiek się wtrącał? No, nie wiem.
 
Przed laty
 
 

Rudolf  najpiękniej się prezentował w jesiennej scenerii

12 października 2026

Babie lato na ganku

Ta miła aura, cieplutko, niebo całe w błękicie, drzewa, krzewy i pnącza już się przebarwiające, skłaniają do częstego przysiadania na ławeczce, na ganku. Złota polska jesień się rozpoczęła. 
Człowiek leniwie gapi się na grzyby wyrastające pod drzewami, bo to już ich czas, październik przecież, żałując, że to na pewno nie borowiki, albo podgrzybki chociaż.
                                                                                                     


                                                                                                      
 I tak sobie medytuję, właściwie to bardziej rozpamiętuję ludzi i czasy minione. Ten etap życia tak ma; nie planowanie na jutro, ale analizowanie przeszłości. Też ma swój urok. 

Właśnie przypomniał mi się mój pierwszy rok szkolny. Nie chodziłam do przedszkola, więc w szkole wszystko dla mnie było nowe; tłum nieznanych dzieciaków, zachowania, wymogi, obowiązki. 
Moja Matka chciała abym prędko wyrównała braki w kontaktach z rówieśnikami więc wysłała mnie na kolonie.

 I tu zdarzyło się moje pierwsze życiowe niepowodzenie; w nocy przez otwarte okno w pociągu wypadła moja walizka. To był najlepszy matczyny neseser, wypełniony nowiutkimi ciuszkami, specjalnie na to lato uszytymi przez krawcową. Utracony bezpowrotnie. 
Niestety, na tym się nie skończyło. Wieczorem, przy ognisku dzieci zadecydowały, że wierszyk ‘Murzynek Bambo’ ten z elementarza p. Falskiego, wyrecytuje‘Czarnulka’. 
No cóż, nie ja byłam czarnowłosa. 
Jednak pochwalono mnie na ostatku, bo nie histeryzowałam, chodziłam w pożyczonych sukienkach, nie domagałam się natychmiastowego odesłania do domu. I w sumie mi się podobało. 

Czy to nie dziwne, że pamięć przechowuje tego typu wspomnienie przez kilkadziesiąt lat, a ma kłopoty z ustaleniem, gdzie przed chwilą położyłam okulary?

24 kwietnia 2026

Kocia, nie nasza, ale zaprzyjaźniona, trochę

Żałuję, że zaniechałam umieszczania notatek na swoim blogu, który prowadziłam, może niezbyt regularnie, ale jednak od wielu lat. 
Ostatnio składałam życzenia noworoczne w 2023 roku chyba. A mamy już przecież prawie połowę 2026! 

Zdaje się, że głównym powodem tego zaniechania była chwila, kiedy publika zaczęła gremialnie przenosić się na FB i podobne, i ja w pewnym momencie też. Ale jakoś mi się nie spodobało; utworzył się teatr, a uczestnicy (może nie wszyscy) zaczęli obsadzać się w rolach, które dla siebie sami wymyślali. Więc zrezygnowałam, bez żalu. I przemyśliwam, żeby jednak, dopóki jestem, parę słów w „Dwunastu kotach” od czasu do czasu napisać. Co prawda od lat nie istnieje powód, dla którego blog powstał; w czerwcu 2020 umarł Filipek, nasz ostatni zwierzęcy domownik. 

Długo zastanawialiśmy się nad przygarnięciem nowego ‘ostatniego’, jednak tzw. zdrowy rozsądek wziął górę, i tak się nie stało. Ale życie nie znosi próżni, jak to się mówi. I pewnego dnia, zupełnie znienacka, zaczęła odwiedzać nas kotka, mieszkanka z domu na naszej uliczce. 
A było tak: sąsiadka zaczepiła mnie z pytaniem, co sądzę o przyjęciu do ich domu małego kociaka, którego oferuje im szkolna koleżanka syna, bo jej kocica właśnie ma małe. Więc ja oczywiście entuzjastycznie się odniosłam, twierdząc nawet, że dom bez kota jest gorszy. No i sąsiedzi dali dom kociczce, a ta, kiedy trochę podrosła, uznała, że nasz dom też się ‘nadaje’. I od kilku lat jest naszym codziennym gościem. 
Z tym, że nie jest to kot przytulaśny, łasy na pieszczoty, głaskania czy siedzenie na ludzkich kolanach; wręcz odwrotnie. Zdecydowanie uważa, że naszym obowiązkiem jest wpuścić ją do domu, poczęstować jakimś frykasem, pozwolić na przespacerowanie się po kanapie, parapetach, powyglądanie przez okna i natychmiastowe wypuszczenie, kiedy tylko tego zażąda. 

Ten stan rzeczy absolutnie nam odpowiada, choć prawdą jest, że niechęć kotki do okazywania nam choć odrobiny uczuć niezbyt miła jest. Ale cóż, przyzwyczailiśmy się już. Pilnujemy, aby co dzień, około 12:00 wyjść na ganek i wpuścić gościa, który wiadomo, kroki kieruje najpierw do kuchni. W misce po Filipku muszą być przygotowane snacki, odpowiednie do jej gustu, bo inaczej się obrazi. Po przekąsce wypuścić panienkę, o ile czeka pod wejściowymi drzwiami, albo wpuścić ‘na salony’, o ile czeka pod innymi drzwiami, a to zazwyczaj wtedy gdy uzna, że pogoda na dworze nie jest jej przyjazna. 

No i wszyscy są z takiego obrotu sprawy zadowoleni, nawet bardzo. 

P.S. Kocia nie pozwalała się sfotografować😊. Dziś w ogrodzie udało się to zrobić Danielowi, więc mam ją!