Ta miła aura, cieplutko, niebo całe w błękicie, drzewa, krzewy i pnącza już się przebarwiające, skłaniają do częstego przysiadania na ławeczce, na ganku. Złota polska jesień się rozpoczęła.
Człowiek leniwie gapi się na grzyby wyrastające pod drzewami, bo to już ich czas, październik przecież, żałując, że to na pewno nie borowiki, albo podgrzybki chociaż.
I tak sobie medytuję, właściwie to bardziej rozpamiętuję ludzi i czasy minione. Ten etap życia tak ma; nie planowanie na jutro, ale analizowanie przeszłości. Też ma swój urok.
Właśnie przypomniał mi się mój pierwszy rok szkolny.
Nie chodziłam do przedszkola, więc w szkole wszystko dla mnie było nowe; tłum nieznanych dzieciaków, zachowania, wymogi, obowiązki.
Moja Matka chciała abym prędko wyrównała braki w kontaktach z rówieśnikami więc wysłała mnie na kolonie.
I tu zdarzyło się moje pierwsze życiowe niepowodzenie; w nocy przez otwarte okno w pociągu wypadła moja walizka. To był najlepszy matczyny neseser, wypełniony nowiutkimi ciuszkami, specjalnie na to lato uszytymi przez krawcową. Utracony bezpowrotnie.
Niestety, na tym się nie skończyło. Wieczorem, przy ognisku dzieci zadecydowały, że wierszyk ‘Murzynek Bambo’ ten z elementarza p. Falskiego, wyrecytuje‘Czarnulka’.
No cóż, nie ja byłam czarnowłosa.
Jednak pochwalono mnie na ostatku, bo nie histeryzowałam, chodziłam w pożyczonych sukienkach, nie domagałam się natychmiastowego odesłania do domu. I w sumie mi się podobało.
Czy to nie dziwne, że pamięć przechowuje tego typu wspomnienie przez kilkadziesiąt lat, a ma kłopoty z ustaleniem, gdzie przed chwilą położyłam okulary?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za wizytę;)