 |
| Maluch sześciotygodniowy |
22 czerwca 2020
Filipuś odszedł. O
15:00.
Już od 8 czerwca w ogóle niczego nie jadł. Pił po kropelce wody.
Miał zaatakowane nowotworem obie nereczki. Tak, jak jego brat Bazyl, którego
pożegnaliśmy w marcu 1917, i po którym do dziś płaczemy.
Czujemy się potwornie osamotnieni. Bo te koty, którymi opiekowaliśmy się od 24
lat, to było całe nasze życie, wszystkie uczucia, myśli, wszystkie troski. I
całe to szczęście, które od tych istot tak wspaniałomyślnie
otrzymywaliśmy.
A teraz to się skończyło. Zawsze twierdziliśmy, że zwierzęta muszą odejść przed
nami, dla ich dobra przecież. I tak się stało. Jednak sami z takim bólem
zostaliśmy, z taką tęsknotą za tymi cudami natury, że życie stało się od razu
mniej warte, jakieś takie jałowe, przykre.
Filip, jak chyba wszystkie stworzenia na tym świecie, bał się śmierci.
Przeczuwał swoje odejście. A najbardziej zaskakujące jest to, że na dzień przed
śmiercią, późnym wieczorem, przyszedł do mnie na tych swoich słabiutkich
nóżkach, aby się pożegnać. Siedział
dość
długo,
trochę patrzył na mnie, dał się
delikatnie pogłaskać, słuchał mnie, poleżał
pod moim łóżkiem i w końcu spokojnie wyszedł.
Skąd takie moje przeświadczenie? Otóż to był
piąty miesiąc mojego leżenia, spowodowanego
chorobą.
Przez cały ten czas Filip całkowicie mnie ignorował, w ogóle nie wchodził do
mojego pokoju, nie reagował na wołanie, ani nie słuchał, co do niego mówiłam,
chociaż ostentacyjnie jakby przechadzał się pod moimi, stale zresztą otwartymi
drzwiami.
Noc wcześniej, kot bardzo już wycieńczony, położył się na gołych deskach
podłogi w przedpokoju i żałośnie popłakiwał. Ja się do niego przyłączyłam
i bardzo, bardzo długo, spokojnie i cicho opowiadałam
mu o tym, o czym samej udało mi się dowiedzieć z różnych źródeł wiedzy tzw. ezoterycznej.
Przekonywałam Filipka, żeby się nie bał, bo śmierci nie ma. Uspokajałam, że on tylko
zostawia tu swoje ciężko chore ciałko, które jest mu już niepotrzebne. Sam zaś,
jako energia, w sposób niezwykle łagodny
przechodzi do innego bytu, w którym ta fizyczna powłoka jest zbędna,
gdzie będzie bardzo szczęśliwy, i gdzie czekają już na niego inni, którzy swoje
ziemskie istnienie zakończyli wcześniej.
Kiedy tak mu klarowałam i sama wierzyłam, że na pewno taki koniec nas spotka,
Filipuś uspokoił się i wrócił do łóżka opiekuna.
A z opiekunem prowadziliśmy gwałtowne bardzo spory, bo nie mamy tego samego
zdania na temat naszej roli, jaką powinniśmy spełniać przy agonii zwierząt.
Naprawdę ratować za wszelką cenę?
Nie. Sama, nauczona tragicznymi doświadczeniami wszystkich poprzednich śmierci
naszych kotów, już po odejściu Bazyla, przyrzekłam sobie, że przestanę
ingerować w prawa przyrody, Boga?, natury
i pozwolę stworzeniu umrzeć spokojnie,
kiedy
jego czas nadejdzie.
W sumie skończyło się to wieloma wizytami weterynarza, bo opiekun twierdził, że
Filip, nawet tak ciężko chory, chce jak najdłużej żyć. Poddał się dopiero,
kiedy kot przez 14 dni nie tknął najmniejszego kęska, tylko był sztucznie
karmiony. I umarł maleńki. Po 13 latach wspólnego z nami pobytu. Krótko. Za krótko.
Ma grób pod cisem. Jak wszyscy, którzy w tym domu odeszli.
Zostawił nas w takim żalu, z takimi wspomnieniami, że ciężko nam dalej żyć.
Opiekun bez przerwy schodzi po Filipa, dopiero na ganku dopada go prawda, że Filipuś
przekroczył już ten próg i na niebieskich łąkach bawi. A nocami sprawdza, czy
go w łóżku nie przygniata.
W czasie zakupów zdarzyło mu się kupić mięso (sami jesteśmy wege), dla kota
oczywiście.
Filipuś, najmniejszy z naszych kotów, z ogonkiem którym specjalnie nie można
się było chwalić, z cały rok liniejącym futerkiem, był istotką cudowną: kochaną,
mądrą, przezabawną, obrażalską, śliczną, uwielbianą, lubiącą się popisywać i
nieustannie gadać.
Czy kiedyś jego odejście będzie choć trochę mniej boleć?
Filip to nasz ostatni kot. Nie mamy już nikogo. I nikogo nie będziemy mieć.
Musiały odejść wcześniej od nas. Choć za to
losowi
wielkie dzięki.
 |
| Do zobaczenia, mój Cudny! |