28 sierpnia 2008

Maliny z ogrodu



Wczorajszej nocy, jak rzadko której tego lata, wszystkie nasze koty stawiły się w domu. Nawet spodziewaliśmy się, że będzie jakaś nawałnica, którą zwierzaki wcześniej przeczuły, ale nie, pogoda była stabilna.

Odkąd zrobiło się ciepło, chyba gdzieś od początku czerwca, wszystkie, zwłaszcza kocice, włóczą się nocami, nie wiadomo gdzie. Pokazują się dopiero rano, choć zdarza się, że i do późnego popołudnia nie wiadomo co się z nimi dzieje.
Przedtem strasznie się denerwowałam, schodziłam na ganek po kilkanaście razy w ciągu nocy, nie mogłam usnąć jeśli którejś nie było, i oczywiście byłam permanentnie przemęczona.

Włóczęgostwo kotów było przyczyną naszych sprzeczek: -Ty, taki miłośnik kotów, a nie obchodzi cię, co się z nimi dzieje, gdzie przepadają na całe noce – zarzucałam mężowi. Mąż natomiast ustawicznie powtarzał, że wychodzącego kota nie da się upilnować, ani skontrolować dokąd chodzi. Kot wraca kiedy mu to na rękę, na łapę, można powiedzieć, i kompletnie się nie przejmuje tym, że ty się o niego martwisz.

Teraz nasze koty, a zwłaszcza Fela, nocująca na dworze od całych tygodni, uodporniły mnie na swoją nieobecność. Już się tak nie stresuję, no bo ile można? Choć przy złej pogodzie nadal wielokrotnie chodzę wołać nieobecnych. Wreszcie postanowiłam zaprowadzić jakiś względny porządek: ostatni raz otwieram drzwi wejściowe około wpół do pierwszej. Kto nie czeka na wpuszczenie do domu, śpi na dworze, i koniec. Niestety, muszę przyznać, że nie zauważyłam, aby któryś zwierzak przejął się choć odrobinę taką dyscypliną.

Człowiek troszczy się jak może o to tałatajstwo; szyje miękkie kołderki, opatula cieplutkimi kocykami i własnymi swetrami, podściela gąbkowe materacyki i puchate ręczniki, w sumie nie wiem po co. Bazylek potrafi rozkosznie się rozłożyć na chropowatej, betonowej płycie chodnikowej, gołej oczywiście, i spokojnie zasnąć.
Lolita, wielka zwolenniczka spania w moim łóżku, wyciąga się, jak długa, na mokrej ziemi, tuż po deszczu, i z takiej kałuży kontempluje świat.
Szkaradziej, systematycznie domagający się wpuszczenia do salonu, gdzie rozwala się na naszej najlepszej kanapie, zostawiając brudne ślady i czarne kudły, potrafi godzinami siedzieć na twardej gumowej wycieraczce, wyłożonej przed schodami na ganek.

To ustawiczne przeskakiwanie z jednej skrajności w drugą jest także specjalnością Duni. Duniaszka kilka nocy z rzędu przesypia na książce telefonicznej, leżącej na parapecie niewielkiego okna w przedpokoju, a następnie przenosi się na najbardziej miękką poduszkę na łóżku. I oczywiście mowy nie ma aby ustąpiła, kiedy człowiek chce się położyć. Właściwie ta książka telefoniczna, a konkretnie jej rozmiar, to jeszcze nic. Duniacha, spora kociczka, ważąca prawie pięć kilogramów ma takie okresy, kiedy to pasjami przesiaduje na słupku balustrady, na schodach. Niby nic, ale przekrój tego słupka to 6 x 10 centymetrów! Dunia się popisuje, Dunia dowodzi swojej sprawności!
Ponadto nikt poza nią nie potrafi tam się umieścić, więc to jest miejsce tylko dla niej! A wczoraj i przedwczoraj Dunia spała w wannie. Wanna jest blaszana, na dworze było 9 st.C. No nie, na pewno nie będę do wanny wkładała kocyków, ani mi się śni. Ale ciekawa jestem bardzo o czym Dunia śni w tej wannie?

Z kolei Rudolf, wielkie kocurzysko, nadzwyczaj lubi wpasowywać się w pudła i kartony, tak na oko 3 razy mniejsze od jego koszyka. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udaje mu się w nich zmieścić, ale robi to z zacięciem. Ostatnio sypia w takim kartoniku, pod lodówką w kuchni. No tak, dobrze wie, że to najważniejsze miejsce w domu!

Jak na razie tylko Filipek zachowuje się tak, jak przystało na kociego sybarytę: nie jada na zimnej, kuchennej posadzce – zawsze wskakuje na krzesło, wszak drewno dla kocich łapek milsze od terakoty. Nie sypia na gołej ziemi, woli wymoszczony koszyk. A najważniejsze jest to, że nie obraża się jak reszta, kiedy wypędzam je z kuchni.
Niektóre, na przykład Lolita, potrafią się poczuć „śmiertelnie dotknięte" i nie pokazywać się nam na oczy przez kilkanaście godzin nawet. Filipuś taki nie jest. Filip wpadnie do kuchni jeszcze i kilkadziesiąt razy. Przecież dobrze wie, że on, taki chudzinka, zawsze coś wyprosi. Dziś to były maliny z ogródka, które szykowałam na deser.
Oczywiście nie dosłownie; próbował śmietankę, ubijaną do tych malin. Mamy tego roku wyjątkowo udane zbiory, bo te cztery badylki, jakie zasadziliśmy trzy lata temu zdążyły już opanować pół ogrodu. Zupełnie jak nasze koty, z tym, że one żadnymi „połówkami” się nie zadawalają.

12 sierpnia 2008

Ten wspaniały Internet


Mniej więcej dwa i pół roku temu postanowiłam przestać odstawać od naszego nowoczesnego, informatycznego społeczeństwa, i kupić sobie komputer. Wybrałam się więc do Media-Markt, aby dokonać stosownego wyboru. Na półkach stały dziesiątki różnych maszyn, a ja nawet nie wiedziałam o co pytać sprzedawców. Żadnego, absolutnie żadnego pojęcia o tym nie miałam i lekko przerażały mnie te skrzynki z niewiadomą zawartością, jakieś takie wielkie i nieporęczne.

Już chciałam zrezygnować, jednak widok laptopów, ładnych, małych i zgrabnych urządzeń, ostatecznie zachęcił mnie do zakupu. Sprzedawcy zręcznie „doposażyli” mnie w dodatkową mysz, kamerkę internetową i słuchawki, czyli sprzęty, które kompletnie mi się nie przydały, i do dziś nie są używane. Zadowolona byłam tylko, że namówili mnie na drukarkę. Z własnej inicjatywy dokupiłam torbę na notebooka (leży sobie do teraz, nowiutka, w szafie), kompaktowy aparat cyfrowy z akcesoriami, i podniecona sprawunkami, z portfelem lżejszym o pięć tysięcy, wróciłam do domu.
Notabene dziś zapłaciłabym 1/3 sumy wówczas wydanej, ale przyjemność i praktyczność posiadania dostępu do Internetu jest dla mnie po prostu bezcenna. Mój żal dotyczy raczej faktu, że tak późno zainteresowałam się tę możliwością komunikacji.

A w domu – zawód okropny. Otóż myślałam, że otworzę laptopa, wyjmę instrukcję, i krok po kroku zapoznam się z działaniem tego urządzenia. Nic bardziej mylnego! Mimo, że system operacyjny był już zainstalowany, dla kogoś, kto nie wie nawet co znaczy polecenie „kliknij”, kilkukartkowa instrukcja, przetłumaczona z chińskiego na angielski, a następnie na polski (ale przez Chińczyka?), w której klikanie określano mianem „puknij” bądź „stuknij”(!) była kompletnie niezrozumiała i nieprzydatna, tym bardziej, że odnosiła się wyłącznie do „martwej” maszyny, a nie do programów, które ją ożywiają.

Więc co robić? Nie ma kogo prosić o pomoc, bo w nowym miejscu zna się mało osób, w dodatku nie wiadomo, kto ma komputer w domu i potrafi się nim posługiwać.
Trzeba czym prędzej zapisać się na kurs. Natychmiast obdzwoniłam wszelkie możliwe instytucje i placówki, ale w tak małym miasteczku najbliższy termin kursu był za trzy miesiące, albo „jak się zbierze grupa chętnych”.
Jasne, że nie miałam zamiaru się poddać. Pobiegłam do księgarni, gdzie też nie umiałam wybrać stosownej literatury, a więc kierując się tytułami i spisem treści, zaopatrzyłam się w pierwszy podręcznik.

Prawdziwy cyrk rozpoczął się dopiero, kiedy pani z TP (bo oczywiście momentalnie zamówiłam sobie Neostradę), usiłowała poinstruować mnie przez telefon w jaki sposób skonfigurować pocztę. Żadną miarą nie potrafiła zrozumieć, że w tym kraju uchował się jeszcze ktoś nie potrafiący obsłużyć komputera. Tak jak ja żadną miarą nie mogłam pojąć, czego dotyczą jej polecenia.

Ale kiedy wysłałam swój pierwszy list elektroniczny, i dostałam odpowiedź, cieszyłam się jak dziecko. Tak samo zadowolona byłam po wydrukowaniu pierwszej, zrobionej kompaktem fotografii, którą przechowuję pieczołowicie do dzisiaj.

W każdym razie po jakimś miesiącu przedzierania się z wypiekami na twarzy przez podręcznik rozszyfrowujący tajniki komputera, w którym autor co krok powtarza czytelnikowi, że to proste, wcale nie skomplikowane, łatwizna, czym mnie osobiście wpędzał w kompleksy, bo dla mnie było to właśnie bardzo trudne, nagle zaczęłam jako tako posługiwać się tym ustrojstwem.

Jednak po tej lekturze, ja – kompletne beztalencie techniczne, przez dłuższy czas nosiłam się z całkiem poważnym zamiarem napisania własnego e-booka, adresowanego do starszych państwa, p.t. Jak łatwo nauczyć się obsługi komputera. Poradnik dla seniorów.

Przeszła mi ochota poszukiwania kursu, za to kupiłam kolejny podręcznik, stałam się nałogową czytelniczką pism komputerowych, mimo że rozumiałam najwyżej 10% ich treści, i buszowałam po Internecie w poszukiwaniu stron z instrukcjami, definicjami, wyjaśnieniami, słownikami.

A dziś, choć poziom mojej znajomości tych zagadnień nie wykracza poza ten najbardziej podstawowy, wszystkie rachunki płacę przez Internet, rzadko już pisuję „papierowe” listy, potrafię kupić i sprzedać przedmiot na internetowej aukcji, dać ogłoszenie o zaginięciu kota, umieścić swoje zdjęcia w publicznej galerii, ściągnąć i wysłać potrzebne pliki, założyć blog i robić w nim wpisy.

No właśnie – mimo tej praktyki, kiedy coś „nawali”, na przykład ucieknie mi okno z komentarzami na tym blogu, robię się bezradna. I zła, że nie potrafię jednym kliknięciem w odpowiednim miejscu przywrócić poprzedniego stanu. I, że nie rozumiem, dlaczego tak się stało.
Wciąż się zastanawiam: może jednak należało zapisać się na kurs?

Ale z drugiej strony nie mam sobie przecież za złe, że nie potrafię samodzielnie naprawić TV, kiedy ucieknie mi obraz; wołam do tego fachowca.

5 sierpnia 2008

Wróg u bram

Dunia

Bazyl


Rudolf
Nasz ogródek leży na szlaku wędrówek wszystkich kotów z bliższych i dalszych okolic, zarówno tych bezdomnych, jak i tych, które mają domy. Nic więc dziwnego, że ławki, stół ogrodowy a nawet auto, są stale zadeptane dziesiątkami kocich łap, kępy różnych roślin wytłuczone, kora na drzewach odrapana i obgryziona, a każdy kwiatek złamany.
Ale najgorsze jest to, że wiele zakątków ogródka jest regularnie obsikiwaych, w wyniku czego takie na przykład żywotniki, są wszystkie od dołu uschnięte. Na dobitek, ten włóczęga, kocur Leon, który się u nas żywi, w podzięce niejako, codziennie znaczy drzwi wejściowe, albo chociaż puści „szprycę” na bluszcze obrastające ganek. Te przykre zapachy, a bez eufemizmów – smrody po prostu, zmyć może tylko rzęsisty deszcz albo woda z węża.
Ale na drzwi nie pada, więc jeśli chcemy posiedzieć na ganku (a chcemy), to najpierw drzwi trzeba umyć. Tak więc drzwi, myte co dzień, a nierzadko i dwa razy dziennie, są sprzętem najczystszym w naszym domu.

Od jakiegoś czasu ganku pilnuje Rudolf. Sądzę jednak, że to nie tyle chęć stróżowania, co utrzymująca się, tropikalna aura spowodowała, że Rudy, jak
i pozostałe zwierzęta przebywają najchętniej na dworze i to przez całą dobę. Gorące, parne noce, nawet Rudolfa, tak kochającego ciepło, wypędzają z domu, w którym nie ma klimatyzacji.

Niestety, przyjemności spania na dworze sprowadzają na zwierzaki różne niedogodności, z których najprzykrzejsze dla nich, i dla nas, są te maciupkie brązowe bestie, radzące sobie w każdych prawie warunkach, potrafiące nawet długie miesiące przetrwać bez pożywienia, w oczekiwaniu na żywiciela.
Ctenocephalides felis nazywa się taki potwór, czyli po naszemu pchła kocia. Gorsza potrafi być tylko pchła ludzka (Pulex irritans) albo szczurza (Xenopsylla Cheopis) przenosząca tyfus i dżumę.

Walka z tymi przebiegłymi owadami jest tym uciążliwsza, im więcej zwierząt
i miejsc musi być równocześnie odpchlonych. Najazdowi tych stworzeń sprzyja nadzwyczajnie fakt krzyżowania się właśnie u nas kocich ścieżek, w związku z czym na nasze zdrowe i nieźle odżywione zwierzaki błyskawicznie i chętnie ta szarańcza przenosi się z grzbietów innych kotów, zwłaszcza tych bezpańskich. I oczywiście z miejsc, w których one się wylegują.
Wszystkich zakamarków i dziur w ogrodzie, stryszku w komórce, stojącego bez przerwy otworem, czy hałdy drewna za domem, i podobnych, zdezynsekować się po prostu nie da.
A jedynie to byłoby skuteczną metodą wytępienia tego paskudztwa.

Przeczytałam w sieci przerażające wprost informacje o zagrożeniach dla zdrowia
i życia kotów oraz ludzi, które mogą te brunatne żyjątka spowodować, od przykrych zmian skórnych, przez przenoszenie tasiemców, na śmiertelnie niebezpiecznej, kociej białaczce kończąc.

I co prawda ubawiła mnie setnie bajka pana Brzechwy o Pchle Szachrajce, przypomniana przez młodych autorów strony Pchła Page (
www.pchlapije.piwko.pl), na której m. in. można uzyskać poradę w co ubierać pchłę zimą, aby się nie przeziębiła, niebożątko, ale żarty żartami, a tu wróg czyha.

Tak więc wojna tym małym nikczemnikom już została wypowiedziana. Już czekamy na świeżą dostawę broni chemicznej i amunicji z Krakvet-u, w postaci sprayów i atomizerów.
Na pewno wygramy tę bitwę. Ale czy wygramy wojnę? Wątpię bardzo. Ci niegodziwcy, choć tacy niewielcy, byli tu dużo wcześniej niż my. Podobno o jakieś 300 milionów lat.

26 lipca 2008

Kulinarny newsletter

Babeczki dla Hanki


Miło jest znaleźć rano w skrzynce pocztowej, e-mailowej oczywiście, przepis na pyszną grzankę z bobem, albo coś równie frapującego (do zjedzenia).
Zamawiają sobie internauci przeróżne nowe wiadomości. Ja poprosiłam o nie kilka dni temu autorkę „Kwestii smaku” (link obok, w Polecanych), i żałuję, że tak późno.

Teraz, zamiast obserwować notowania giełdowe (nie gram) albo dziwić się zachowaniom pana prezydenta (przestałam śledzić), odkrywam uroki kremu kalafiorowego ze smażonymi kurkami.

To ten bób z grzanki tak mnie zaintrygował, a też zainspirował, tym bardziej, że „Kwestia smaku” namawia nas do ambitniejszego potraktowania tego warzywa, niż tylko stawiania go w misce na stole. Co prawda nigdy, w swojej długiej karierze żony nie podałam na obiad talerza z bobem (nieapetyczne; obierać palcami? przy obiedzie?), ale i żadnych potraw, oprócz rzadkich przypadków dodawania ziaren do zupy jarzynowej, nie robiłam.
Więc, za sprawą sugestywnych zdjęć i przepisów na tej kulinarnej stronie, postanowiłam także się wykazać. Grzanka z bobem? Proszę bardzo, nawet bagietki na grzanki upiekłam sama.

Bułeczki według przepisu Karola Okrasy, dobrze się udają: pół kilo mąki + 1 szklanka ciepłej wody + 2,5 deko świeżych drożdży + 2 deko masła + 1 łyżeczka soli. Kiedy bagietki są już upieczone kroję je na grube kromeczki, smażę na złoto, na maśle, z obu stron i nacieram przekrojonym ząbkiem czosnku. Na tak przygotowane grzanki można nałożyć co się tylko chce, co mamy w lodówce, a więc rzeczony bób, inne warzywa, surowe lub gotowane, także sery wszelkich możliwych rodzajów, jaja, wędliny, ryby, a nawet owoce (wówczas grzanki bez czosnku). Zawsze smakują świetnie.

Te codzienne kulinarne aktualności dają mi impuls aby ugotować, upiec czy usmażyć coś pysznego. Zaczęłam także fotografować przygotowywane potrawy, a to oczywiście dodatkowy bodziec, aby danie było nie tylko smakowite, ale i ładnie podane. Bo do takiego stołu, nawet jeśli skromny jest, człowiek z ochotą zasiada. I w dobrym nastroju od niego wstaje.

A co najważniejsze masz przemiłe wrażenie, że ktoś, wysyłając ci wiadomość, co rano myśli o tobie i twoich potrzebach. I wcale a wcale nie szkodzi, że to wrażenie złudne jest. Złudzenia przecież dobre są, pomagają przetrwać.

17 lipca 2008

Serowe krakersy i inne



Jakoś nigdy dotąd nie odwiedzałam blogów kulinarnych. Ilekroć szukałam w sieci przepisu na określoną potrawę z reguły klikałam w duże serwisy typu Kuchnia polska albo wchodziłam na strony producentów artykułów żywnościowych, gdzie jest mnóstwo receptur.
Ale niedawno zdecydowałam sprawdzić, co też poleca w tym względzie autorka blogu „Między Warszawą a niebem” (link obok), która poprzez swoje fotografie tak udatnie opowiada różne historie i historyjki.
Zdjęcia potraw, a zwłaszcza wypieków oznaczają bowiem, że Błękitne Oczko (nazwa moja) już wyszukała, wypróbowała i oceniła przepisy z takich właśnie „kuchennych” stron. Więc postanowiłam i ja poczytać i popatrzeć na te, które poleca.

Muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Panie, które piszą o pieczeniu i gotowaniu naprawdę się tym pasjonują, znają się na rzeczy, przeszukują Internet i książki kucharskie, sprawdzają przepisy z kuchni całego dosłownie świata, same eksperymentują i udoskonalają potrawy. W dodatku, jak zdążyłam się z ich blogów zorientować, zawodowo kuchnią się nie zajmują. Czyli, są to amatorki, opętane smakami, w najlepszym rozumieniu tego słowa. Gotują dla siebie i bliskich. A szczególnie miłe jest właśnie to, że dzielą się tak chętnie swoją pasją z innymi, doradzają, dyskutują, przejmują się, gdy coś się komuś nie uda i mają satysfakcję, gdy potrawy według ich przepisów dobrze smakują.
Zresztą najczęściej komentarze o nich (tych potrawach i ich autorkach) są wręcz entuzjastyczne.

Potakuję więc z ochotą i także polecam niektóre, już przeze mnie wypróbowane. Dziś serowe krakersy według DOROTUS76 (http://mojewypieki.blox.pl/):
A więc bierzemy ćwierć kostki masła i półtorej szklanki mąki, trzy czubate łyżki startego sera żółtego (w oryginale 50 g cheddar), szczyptę soli, jedną łyżkę proszku do pieczenia oraz mleka tyle (ok. 1/3 szklanki) aby zagnieść miękkie ciasto.
Polecany był jeszcze sezam, ale ja nie miałam, więc zastosowałam zmielony kminek.
Ciasto należy dość cienko rozwałkować, podsypując mąką, i wyciąć ciasteczka. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem i piec ok. 15 minut w 200 stopniach.

Właściwie trochę głupio się przyznać, ale popijając piwko na ganku, dosłownie pożarliśmy wszystkie te krakersiki, do okruszka, gdy tylko odrobinę ostygły.

Jak chyba wszyscy, sama oczywiście także wprowadzam pewne modyfikacje stosowanych receptur. I to jest zabawne: w łańcuszku osób, które biorą na kuchenny warsztat dany przepis na końcu mamy tę, która podaje potrawę jeśli jeszcze nie zupełnie inną, to na pewno znacznie odbiegającą od tej, jaką ugotował pierwszy kucharz, który ją wymyślił.
Nawet się zastanawiałam, jak to właściwie jest z tymi prawami autorskimi i ich ochroną w przypadku kulinariów. Ale nie doszłam do żadnych konkluzji, no bo czy zmodyfikowanie przepisu to już naruszenia autorstwa? A naśladowcę kucharza, czy można nazwać plagiatorem?


Z kolei w minioną sobotę zabrałam się do pieczenia ciasta, które na swój użytek nazwałam torcikiem toffi. To również przepis zaczerpnięty od Dorotus76 (via Błękitne Oczko), noszący nazwę kruchego ciasta milionera.
W zasadzie jest to torcik nie wymagający wiele pracy i niezbyt na szczęście skomplikowany, ale za to czasochłonny.

Składa się z kruchego spodu, masy toffi oraz czekoladowej polewy:

- Ciasto kruche robi się ze szklanki mąki z „górką”, ½ kostki masła (może być ciut więcej) i łyżki cukru pudru (w oryginale 50 g cukru brązowego).
Zagniotłam, wylepiłam dno średniej tortownicy i piekłam 20 min. w temperaturze 200 st.
-Masę toffi można kupić gotową. Nie miałam gdzie kupić, a poza tym mam złe doświadczenia z gotową masą makową (pfuj, okropna była). Więc wybrałam drugą możliwość: gotowałam w garnku z wodą na małym gazie przez 3 godziny puszkę słodzonego mleka skondensowanego. Puszkę otworzyłam kiedy ostygła. Później zresztą żałowałam, że od razu nie „ugotowałam” ze trzech puszek. Dwie mogłabym przechować nie otwierane i następnie zużyć je, np. do przełożenia wafli, czyli do kajmaku.
-Na polewę zużyłam 2 tabliczki czekolady gorzkiej (w przepisie jest deserowa, ale nie chciałam, aby torcik był zbyt słodki), którą zmiksowałam na proch, dodałam 3 słuszne łyżki masła i postawiłam na 3 min. do gorącego piekarnika. Polewa sama się zrobiła, tylko dokładnie ją wymieszałam.

Na kruchy spód wyłożyłam masę toffi, na to wylałam polewę i zostawiłam na noc w lodówce.

A w niedzielę, po późnym śniadanku, przełożyłam torcik na swoją najlepszą rosenthalowską paterę, udekorowałam listkami świeżej mięty z ogródka,
i czyniłam honory solenizantki. Właśnie były moje imieniny.

16 lipca 2008

Istny kataklizm


Nie dosyć na tym, że w ostatnim okresie popsuła się kuchenka mikrofalowa (Whirpool, nie radzę kupować), wysiadła zmywarka (Whirpool, nie polecam), zacina się pralka (Whirpool, zastanowić się przed nabyciem), a piekarnik w kuchence gazowej (Whirpool, ale są lepsze marki) w ogóle mnie nie słucha i nastawia temperaturę, jak mu się żywnie podoba, że nie wspomnę o lodówce (Whirpool, zwykła tandeta), której zdarza się grzać zamiast chłodzić.

Więc, jak mówiłam, nie dość na tym, to na dobitkę, i żeby nas już całkiem pogrążyć organizacyjnie i finansowo, krótkotrwała, ale niezwykle gwałtowna piątkowa ulewa, co tam ulewa, prawie oberwanie chmury, znów spowodowała zalanie poddasza. To znaczy ucierpiały daszki nad lukarnami, kryte papą, a ten naprawiany przymusowo (brak fachowca) przez mojego męża w ubiegłym roku, zwyczajnie przeciekł i żywa woda kapała z sufitu w sypialni. Zgroza!

Jakimś cudem udało mi się znaleźć przedsiębiorcę, który przyjął zlecenie na remont. Co prawda nie działa on w naszym miasteczku tylko w sąsiednim, a to, rzecz jasna, podraża znacznie koszty. Ale mówi się trudno.Oczywiście natychmiastowe przystąpienie do pracy nie było możliwe, bo wiadomo, plany i terminy budowlane, zwłaszcza na roboty dekarskie zwykle „zaklepane” są na co najmniej rok z góry.
Jednak wstępny termin został umówiony i teraz śledzimy z niepokojem prognozy pogody, i … modlimy się o suszę.
Niestety, prognozy dla naszego dachu są jak najgorsze; burze, ulewy, opady, w najlepszym razie przelotne, ale o bezchmurnym niebie nie ma mowy. Czyli znowu deszczowy lipiec.

Że też nie ma chwili spokoju! Dlaczego zawsze, i zawsze muszą być jakieś problemy, jak nie z nami, to z naszymi przyjaciółmi, albo z naszymi zwierzakami.
Chciałoby się choć przez kilka lat, a choćby i przez jeden rok pożyć bez nerwów, stresów, bez obaw i cierpień.
Ale co tam! Furda cieknące dachy i zepsute zmywarki! Łapmy więc te dni, te chwile szczęśliwe, i cieszmy się nimi teraz, kiedy trwają.

30 czerwca 2008

Bliźniacy w muszkach







Strasznie się spieszyłam, żeby zdążyć z szyciem kołderek dla kotów przed urodzinami Bazyla i Filipka.Materiał dostałam od naszych (i naszych kotów) przyjaciół z Nadrenii, którzy sprawili znów niespodziankę,przysyłając to, co kociska lubią najbardziej, czyli ekstra jedzonko.

Zdążyłam z tą robotą dosłownie na ostatnią sekundę, no bo jeszcze należało uszyć odpowiednie poszewki. Ale te zrobiłam tylko dwie, dla bliźniaków. Reszta musi poczekać. Trzeba przyznać, że takich kołderek, jak te kocie, to my nie mamy. Nasze jakby gorsze są. Teraz jesienne i wiosenne chłody całkiem dla tej kociej bandy niestraszne będą. Nawet, jak będzie się oszczędzać na ogrzewaniu.

Już dość dawno nosiłam się z zamiarem radykalnej zmiany legowisk, to znaczy likwidacji tych kocyków, piernacików, ręczników, rozwłóczonych po całym domu, tych swetrów, pożyczonych rzekomo tylko na jedną noc największym zmarzlakom. Zawsze rano okazywało się, że swetra nie ma co odbierać, bo nikt nie jest w stanie go „odkudlić”. Cieniuteńka, niczym z kokonu jedwabnika, sierść kota tak się wbija we wszelkie dzianiny, że nie ma co marzyć o ich odczyszczeniu. Więc zostaje do kociego użytku. A kończy się tak, że my pozbawieni jesteśmy ciepłych rzeczy.

Teraz powiedziałam –basta. Koniec tego mieszkania, jak w cygańskim wozie. Twardo postanowiłam ukrócić ten bałagan; spanie tylko w koszach, wszyscy mają jednakowe bety, wara od naszych łóżek, dosyć tego brudzenia, błocenia, przynoszenia z dworu wszelkiego paskudztwa.

Kiedy już kołderki z poszewkami dla bliźniaków były gotowe, nagle przypomniałam sobie, że koty przecież na jutro muszek nie mają, więc mimo, że było około wpół do pierwszej, zabrałam się do szycia. Znalazłam kawałek mięciutkiego, czerwonego szalika i raz dwa zrobiłam im te muszki, aby od samego rana, w pierwszą rocznicę swoich urodzin, mogli się obaj wytwornie prezentować.

Bazyl, jak zwykle stateczny, cały śliczny, taki czarno-biały, tę swoją czerwoną muszkę obnosił z godnością przez cały dzień, ani razu nie starał się jej ściągnąć, nie zgubił jej nawet podczas wyprawy łowieckiej do sąsiednich ogrodów, gdzie z pasją poluje na ważki. Albo na żaby.
Nawet późnym wieczorem, zmęczony jak co dzień własną aktywnością, zasnął w tej muszce.

Filipek natomiast zachowywał się po wariacku, muszkę natychmiast ściągnął i cały dzień szalał, urządzał sobie jakieś gonitwy, podchody i udawał, że na coś poluje. Ale bez przerwy był w ogródku, co najwyżej wychodził przez sztachety i siadał na chodniku przed płotem, jednak w każdej chwili gotów do odwrotu. Byłam z tego zachowania bardzo zadowolona, bo Filipka, tego włóczykija, przed kilkoma dniami pogryzł zwierz jakiś, większy od niego. Może nie tyle pogryzł, co złapał za gardło zębami, zostawiając na szyjce trzy rany, na szczęście niezbyt głębokie. Więc po tym zdarzeniu, przerażony Filipek siedział najchętniej w domu, albo na ganku, zawsze koło nas, a przynajmniej w towarzystwie Rudolfa, kocura dużego, który w kaszę dmuchać sobie nie pozwoli nikomu. Przy Rudym Filip czuje się dość bezpiecznie. A my przykazujemy Rudemu: - Rudolf, pilnuj Filipa, on jeszcze mały jest, i głuptas zwykły.
Ta odmiana w zachowaniu Filipka świadczyła, że stres już minął i kot powrócił do równowagi. A było po czym: kastracja, lania jakie dostawał co dzień od Kaczora, tego obcego kociego chuligana, wreszcie to ostatnie zdarzenie, które łatwo mógł przypłacić życiem.

W nocy żadna z tak pracowicie przeze mnie uszytych kocich kołder nie znalazła się w użyciu. Bliźniaki spały na górze, w przedpokoju, na kocykach ułożonych wprost na podłodze, Rudy ulokował się na komodzie, Szkaradziej wywalał się na „gołym” dywanie, Lolita wpakowała mi się do łóżka, Duniaszka od kilku dni sypia na biurku, na drukarce. Mama bliźniaków Fela-Bella już piątą noc z rzędu przesypia w ogrodzie, na stole. Gdzie nocował Leon? Nie wiadomo. On się u nas tylko stołuje.

27 czerwca 2008

Shemarin z Tuły

samowar carski Shemarin
Trudno mi precyzyjnie ustalić skąd właściwie wzięło się nasze zamiłowanie do rzeczy starych, przedmiotów posiadających historię, niesztampowych.

W każdym razie kiedy zaczęliśmy urządzać nasz dom, a było to w okresie kiedy królowała tzw. meblościanka, kupiliśmy sobie serwantkę, oszkloną kryształowym szlifowanym szkłem, pochodzącą z początku XX w. i zaczęliśmy zbierać przeróżne starocie. Były to przedmioty, najczęściej użytkowe, mniej lub bardziej antyczne, ale zawsze takie, które nie pochodziły z fabryk PRL. Wśród nich znalazły się także samowary.

Elektryczne, radzieckie, z końca lat pięćdziesiątych, służyły nam jako czajniki do gotowania wody, a te starsze i całkiem stare, na węgiel drzewny, były po prostu obiektami dekoracyjnymi. Pierwszy samowar, jaki znalazł się w naszym posiadaniu został przywieziony ze wschodniej Ukrainy, z domu, w którym stał jeszcze na długo przed rewolucją. Oczywiście nie był od dziesięcioleci używany, a jego stan był dość opłakany.
Mimo, że mój mąż nie miał żadnej wiedzy konserwatorskiej zabrał się do renowacji, której efektem po miesiącach pracy, był egzemplarz wielce udany, stojący do dziś w salonie.

Kiedy nasz zbiór samowarów osiągnął liczbę dziesięciu a metraż mieszkania stale był ten sam, narzuciliśmy sobie zasadę, całkiem nie do przyjęcia dla prawdziwych kolekcjonerów, a polegającą na ograniczeniu zbioru. Po prostu wydawało nam się całkowicie nieracjonalne zbieranie na przykład 50 samowarów, 100 moździerzy czy 200 młynków, których nie ma gdzie ustawić, jak pokazać, a po domu nie można się poruszać, bo wszędzie są eksponaty. Tym bardziej, że chcieliśmy, aby gromadzone rzeczy, oprócz urody były sprawne i gotowe do użycia w każdej chwili.

Na razie zasada ta nie dotyczyła książek, które kupowaliśmy stale, ale po latach, kiedy tomów nie było już gdzie upychać, zaprzestaliśmy również i ich zbierania. Teraz zresztą tej akurat decyzji żałujemy trochę.

Ostatnim w naszej kolekcji samowarów, był egzemplarz bardzo duży i ciężki, cały w jakiś dziwacznych dekoracjach, i na dodatek pokryty okropną srebrną farbą. Mąż był dumny z tego nabytku. Ja natomiast byłam zawiedziona, okropnie wybrzydzałam i w końcu tak zniechęciłam męża, że wyniósł go do piwnicy i przestał się nim interesować.

Na przestrzeni lat niektóre samowary wywędrowały z naszego domu i w sumie zostały tylko cztery. Teraz, z okazji różnych porządków przypomnieliśmy sobie o tym stojącym w piwnicy. A tam wilgoć, a zwłaszcza koty, doprowadziły jego wygląd do zupełnej katastrofy.
Tym razem jednak mąż postanowił mi udowodnić, że miał rację, twierdząc, że samowar pamięta czasy starego, dobrego Imperium, z okresu mniej więcej Aleksandra II.

Po jakimś tygodniu czyszczenia samowara i uwalnianiu go od tej koszmarnej srebrzanki, zaczął się wyłaniać obraz przedmiotu naprawdę pięknego, bogato dekorowanego, całego w puklach, koronkach i ażurach. A po trzech tygodniach codziennej przy nim pracy okazało się, że to egzemplarz wyjątkowej urody, w dodatku całkowicie sprawny technicznie. Ustaliliśmy również, że to oryginalny tulski Shemarin, pochodzący z połowy XIX wieku.

Mąż był nad wyraz zadowolony, a ja, cóż, musiałam zgodzić się, że jest to nasz najładniejszy samowar. Aczkolwiek zrobiłam to z niechęcią, no, bo która żona pali się do tego, aby z entuzjazmem przyznawać rację swojemu ślubnemu.

20 czerwca 2008

Dobry poranek




Filip na moreli



W środę Filipek i ja wybraliśmy się do weterynarza. To znaczy Filip nie bardzo wiedział dokąd jedziemy, a gdyby miał wybór, to nigdy by się na ten wyjazd nie zgodził. Dlaczego?No, bo odtąd miał już na zawsze utracić wszelkie zainteresowanie tymi pięknotkami z wielkimi oczami, czyli wszelkiej maści kociczkami.

Kot do jazdy autem nieprzyzwyczajony, zachowywał się beznadziejnie, głośno bardzo protestował i koniecznie chciał wyważyć drzwiczki od podróżnego kosza, aby się z niego wydostać. Poza tym musiał chyba coś przeczuwać, bo nerwowy był okropnie. Ja także.

Zabieg jest podobno banalny, ale Filip, mimo, że odzyskał już siły po swoim kwietniowym, dwutygodniowym zniknięciu z domu, malutki przecież jest i chudziutki, więc martwiłam się, jak będzie się wybudzał z narkozy.
Nasz doktor, do którego mam zresztą pełne zaufanie, nie przewidywał żadnych komplikacji,uznając Filipa za całkowicie zdrowego, mimo tej jego nikłej postury. Ja jednak byłam cały czas w pogotowiu, by znów wieźć kota do lecznicy, gdyby okazało się, że śpi zbyt długo.

Nieprzytomne zwierzątko, z półotwartym pyszczkiem i niedomkniętym jednym oczkiem,leżące całkowicie nieruchomo, przez godzinę, i kolejną godzinę, w ogóle nie zmieniające pozycji, to jest widok naprawdę szarpiący nerwy. Bez przerwy go obserwowałam i co rusz przykładałam ucho i rękę do serca i brzuszka, sprawdzając, czy oddycha, czy żyje.
Kiedy się nareszcie obudził, dość długo przewracał się, obijał o przedmioty, łapy mu się na boki rozjeżdżały, nie mógł złapać równowagi.
Potem znów zapadł w drzemkę, ale ta związana już była nie tyle z narkozą, co z pogodą.

Wszystkie koty wynalazły sobie jakieś dziwaczne miejsca i kimały. Bazyl nawet przez dwie godziny, a potem przez godzinę ziewał tak, że niemal widać było co zjadł na obiadek.
Filip nie chciał jeść, ani pić. Za to koniecznie chciał wyjść na dwór. Myślał chyba nieboraczek, że wychodząc z domu ucieknie od tego stanu, którego nie zna, i który mu dokucza. Oczywiście mowy być o tym nie mogło. Postanowiłam zatrzymać go w domu przez dwa dni co najmniej.
Musi dojść do siebie po takim przeżyciu. Mam też nadzieję, że kastracja przyniesie mu zamierzoną korzyść, wzmocni się, i jak pozostałe kocury, będzie się teraz trzymać domu.

W nocy, o dziwo, Filip spał bardzo spokojnie i obudził się dopiero o siódmej rano. Było to o tyle zaskakujące, że zwykle Filipek przez sen wzdycha, jęczy, popłakuje nawet, no i budzi się około czwartej, wpół do piątej.
Był rześki, pogodny i bardzo głodny. Po śniadaniu zdecydowałam się wypuścić go do ogródka.
Tak więc okazało się, że zniósł tę sytuację najlepiej ze wszystkich operowanych zwierząt, i błyskawicznie się z nią oswoił. Apetyt ma do tego szalony, je najwięcej i najczęściej wpada do kuchni, aby zbadać, co jeszcze dałoby się skonsumować.

Dziś przed południem wśród kotów wielkie było poruszenie; znów do ogrodu wpadł ten jasnopopielaty kocur, w futrze wyglądającym jakby go mole mocno nadwyrężyły, podobny trochę do kaczora i tak przez nas przezwany. Więc ten Kaczor bezczelnie goni nasze koty z ich własnego terytorium, a szczególnie uwziął się na Filipka, dopada go i tłucze, a Filip z krzykiem salwuje się ucieczką na sąsiednią działkę, albo na morelę.

Mój mąż najpierw twierdził, że nie będzie się wtrącał w kocie sprawy, ale ponieważ Kaczor dosłownie prześladuje tego naszego malucha, mąż jednak postanowił interweniować, to znaczy straszy go i przepędza. Oczywiście Kaczor niewiele sobie z tego robi. Zdąży wpaść, wydrzeć trochę futra z brzucha Szkaradzieja, zdzielić Filipa, zagonić go na drzewo, i zwiać.

Dzisiaj jednak krzykom Filipka wtórowały jeszcze inne wrzaski, które nas lekko przeraziły i wygoniły na ganek. I co się okazało? To na Filipka tak okropnie wrzeszczały i skrzeczały kosy. I teraz to one starały się na odmianę zgonić go z drzewa, na które schronił się przed Kaczorem. Robiły przy tym taki harmider, że nawet pumę by z tej moreli przegoniły.
Filip przezornie skrył się pod ławką, a kosy jeszcze długo głośno się oburzały, chodziły po trawie pod drzewem, wcale nie bojąc się pozostałych kotów, bacznie obserwujących całe to zajście.
Kosy mają młode, więc odważne są, do bohaterstwa.

Śmialiśmy się serdecznie. To był dobry poranek. Dla wszystkich, nawet dla przestraszonego nie na żarty Filipka. Teraz słusznie mu się należało drugie śniadanko, na które przystał z entuzjazmem.

12 czerwca 2008

Serek mascarpone


Lubię czytać przepisy kulinarne, kulinarne reportaże czy eseje, a nawet, przyznać muszę,że wolę to od samego gotowania. Co prawda receptur trzymam się kurczowo tylko w przypadku niektórych słodkich wypieków, na przykład naszego ulubionego tortu makowego według przepisu p. Arturowej Rubinsteinowej.

Jednak odkąd mam Internet, z jego tysiącami, milionami przepisów, zaczynam się trochę w tym gąszczu gubić. No, bo który przepis przedkładać nad inne, którego kucharza wyróżnić, a którego pominąć, czy danie ugotowane przez „cywilnego” pasjonata kulinarnego będzie lepsze czy gorsze od tego, które zaserwuje profesjonalista?
I w ogóle co to znaczy profesjonalista? Przecież mistrzem patelni jest każdy z nas, kto obmyśla codzienne menu, gotuje, piecze, smaży, dusi, przeciera, doprawia.

Czy Pascal jest lepszy od Roberta Sowy, a ten lepszy niż Okrasa? Czy Maciej Kuroń gotuje lepiej od Roberta Makłowicza? A pp. Adamczewscy, w czym właściwie przewyższają siostrę Anielę z jej „Anielską kuchnią”?
Oczywiście bez sensu są takie porównania. Wszak wiadomo od zawsze, że najlepiej gotowała mama, a najlepsze potrawy to były te, które zapamiętaliśmy z dzieciństwa.

Nie inaczej było i u mnie. Moją Matkę zawsze podziwiałam za to, że umiała zrobić wszystko, od pasztetu z zająca, do racuszków z jabłkami. Wiedziała, jak podać potrawę, od raków, po kukurydzę w kolbach. Potrafiła wydać przyjęcie dla gromady gości i zrobić obiadek dla pojedynczego„niejadka”.
Jasne, że w jej kuchni były także spalone w gazowym piecyku ciasteczka, zakalec w drożdżowej babie czy na wiór wysuszona pieczeń wołowa. Ale były to sporadyczne zdarzenia, zawsze wyolbrzymiane, urastały do rangi nieszczęść, drobiazgowo analizowanych i długo rozpamiętywanych.

Pamiętam grube zeszyty, przechowywane w szufladach kuchennego stołu, zapisane od deski do deski setkami przepisów, które panie domów przekazywały sobie nawzajem. Nie było, albo prawie nie było innych źródeł ich pozyskiwania. Nie jak teraz; przepisy w pismach kolorowych, co tam w kolorowych, dziś w tematycznie dowolnej gazecie znaleźć je można. Plus niepoliczalna ilość książek, książeczek, broszurek, albumów z przepisami, wydawanymi również na płytach i kasetach.
I prezentacje w radiu, TV i Necie.
Matka miała co prawda przedwojenne książki kucharskie, lecz w warunkach realnego socjalizmu naprawdę trudno było z nich cokolwiek ugotować, ze względu na przeszkodę nie do przebycia, mianowicie brak większości ingrediencji.

W domu stale powtarzano mi z ubolewaniem, że w kuchni to ja mam dwie lewe ręce. Wówczas nic nie potrafiło mnie skłonić do zainteresowania się sztuką kulinarną. To znaczy interesowałam się, ale na etapie stołu, już nakrytego, najlepiej odświętnie, i od chwili, kiedy potrawy się na nim znalazły, nie wcześniej.

Za to pewne estetyczne zasady potrafiono mi wtedy zaszczepić. Więc lubię piękną porcelanę, srebrną zastawę, kryształowe kieliszki, białe obrusy, świece i kwiaty na stole.
I chociaż to podobno niemodne, a niektórzy uważają, że nawet w złym guście, do teraz uważam, że polne róże pięknie wyglądają tylko w wazoniku z kryształu, a wiśniowa naleweczka w niczym nie prezentuje się tak świetnie, jak w kryształowej karafce.

Kiedy poszłam „na swoje” okazało się, niestety, że niczego, kompletnie niczego ugotować nie potrafię.Ponieważ mój mąż umiał parzyć herbatę i usmażyć grzanki z chleba, przez jakiś czas żywiliśmy się tymi grzankami, popijając herbatą, czasem czymś innym. Potem zostaliśmy bywalcami przeróżnych jadłodajni, „obiadów domowych na miejscu i na wynos”, barów, restauracji i karczm, koniecznie i zawsze nazywanych „U kogoś”.
Jednak czasy PRL-u to nie był dobry okres dla żywienia zbiorowego, niezależnie od tego, czy to była stołówka szkolna, pracownicza, czy knajpa kat. S.

I tak któregoś dnia postanowiliśmy, że gotować będziemy w domu.
Początki? Oj, trudne były! Nie zapomnę, jak konserwę z daniem mięsnym, zresztą całkiem „do zjedzenia”odgrzewaliśmy w ten sposób, że puszkę wkładaliśmy do garnka z wodą, podgrzewali do wrzenia,a następnie parząc palce o blachę, staraliśmy się wydobyć zawartość. Kiedy ta lądowała na suficie, bez dalszych dociekań wiadomym było, że w szkole oboje z fizyki byliśmy dużo poniżej średniej.

No, ale nie zrażaliśmy się zanadto.Zaczęliśmy kupować garnki, różne kuchenne sprzęty, gromadzić przepisy, i interesować się co i jak gotują znajomi.
Ale kiedy zapytałam moją siostrę, czy ryż do zupy pomidorowej ugotować na wodzie, czy na mleku, była naprawdę zgorszona; a przecież miałam wtedy nie więcej, niż jakieś 25 lat(!).

Jednak powoli, powoli coś tam zaczęło mi się udawać, a kiedy po raz pierwszy wyjęłam z piekarnika ciasto, które było jadalne, byłam całkiem uszczęśliwiona.
I choć nie mogę powiedzieć, aby gotowanie było moim przeznaczeniem, to jednak doszłam do wniosku,że skoro i tak muszę czas w kuchni spędzać, sprytniej będzie spożytkować go jak najlepiej (czyt. jak najsmaczniej).
Dlatego w dalszym ciągu czytuję dużo przepisów, jednak teraz traktuję je raczej jako inspiracje.

A wracając do Internetu: Któregoś dnia chciałam na deser podać tiramisu i postanowiłam sprawdzić przepisy w sieci. Nie dość, że straciłam dużo czasu na czytanie receptur oraz dyskusji na różnych forach, co to jest mascarpone, to przy okazji musiałam zapoznać się z masą zjadliwych uwag a nawet inwektyw rzucanym jednym autorom przez innych, znających rzekomo „jedynie prawdziwy” przepis.
W sumie sięgnęłam do propozycji umieszczonej na opakowaniu przez polskiego producenta serka, który bez zbędnego wyrafinowania pozwala konsumentowi na zrobienie naprawdę doskonałej leguminy.

Nasz Bazylek mówi o niej - łapę lizać!

1 czerwca 2008

Malina utracona

Malina


Malina

Malina

Posted by Picasa
Codziennie myślę o Malinie, chociaż minęło prawie 20 miesięcy od jej zniknięcia.
Miała 4,5 roku, kiedy pewnego dnia w październiku opuściła dom.Od dawna nie mam nadziei,że do nas wróci, ale mam nadzieję, że gdzieś żyje. I oby jej było dobrze.

Malina miała smukłe, szczupłe ciałko, ale kiedy wzięło się ją na ręce, czuło się odpowiednią wagę oraz tygrysią wręcz gibkość, sprawność i siłę. No i to umaszczenie – tylko na Malinie pasy beżowo-czarne przebiegały poziomo, od główki do ogonka, a na boczkach zakręcały się w koła.

Była kociczką moją ulubioną, jedyną nie sterylizowaną, bo stale żal mi było poddawać ją tej poważnej operacji. Fakt ten ciąży mi mi teraz na sumieniu, bo obawiam się, że o ile przetrwała, to na pewno urodziła dzieci, ale gdzie, kto ją przygarnął, kto się zaopiekował?
Przyjmując ubiegłego lata do domu Felę z kociakami, oprócz dobra tych zwierząt stale miałam na względzie Malinę z jej ewentualnym przychówkiem, i wyobrażałam sobie, że niejako w zamian za Felę, ktoś inny zaopiekował się naszą kotką.

Malina rządziła w naszym domu niemal od dnia swego urodzenia. Tak jednoznacznie wyrazistego charakteru nie miał dotąd żaden z naszych kotów. To była autokratka, egocentryczka, egoistka niesamowita, a przy tym włóczykij pierwszy i zawołany myśliwy. Wychowana była w zasadzie przez Dunię, swoją starszą o 5 miesięcy siostrę, bo ich mama Małpiatka, zawsze miała swoje tajemnicze,ważniejsze od dzieci sprawy i niespecjalnie lubiła zajmować się swoim potomstwem. Więc Dunieczka przejęła rolę mamy i wykonywała wszystkie czynności przy tym osesku, niestety, nie mogła jej nakarmić. A Małpiatka, wyzywana od wyrodnych matek, wpadała zaledwie raz na kilka godzin, karmiła małą, sama się pasła i znów miała „wychodne”.
Musieliśmy maleńką Malinkę dokarmiać sztucznie,pełni obaw, że nie będzie rozwijać się prawidłowo.

To było cudowne stworzonko, przywiązane do mnie bardzo. Sypiała Malina w moim łóżku, a kiedy po kilku latach pojawiła się Lolita, córeczka Duni, także lubiąca moje łóżko, Malina skutecznie i na zawsze Lolisię tego oduczyła, stosując swoje gangsterskie metody, czyli brutalną przemoc. Kotka ta miała zadziwiającą, niesamowitą zdolność podporządkowywania sobie ludzi i zwierząt. I my,i pozostałe koty robiliśmy to, czego życzyła sobie, a właściwie czego wymagała Malina.

Miała listę swoich potrzeb, i nie było sposobu, aby ją naruszyć.Drzemki odbywała w futrzanym błamie na bujaku przed kominkiem. Futro specjalnie dla niej tam się znalazło, aby Malince było cieplutko i przytulnie. Ja też lubiłam tam siadywać, ale kiedy pojawiała się Malina, a nie ustąpiłam jej miejsca, i to natychmiast, siadała przed fotelem, długo i natarczywie patrząc mi w oczy. A jej oczy robiły się złe, koloru jaskrawo żółtego, i widać było, że jest wściekła. Zaczynała wskakiwać i zeskakiwać mi z kolan: pokazywała niemądrej kobiecie, co ta ma zrobić, po prostu mnie pouczała.Oczywiście zawsze dopinała swego.
Z drugiej strony nikt nie potrafił się tak tulić i przymilać, tak się pieścić. Nikt tak nie żądał uwielbienia dla siebie, jak ona.

Malina była wyjątkowo ciepłolubna. Kiedy nie paliło się w kominku, albo kiedy kaloryfery, na których się wygrzewała, nie były zbyt gorące jak na jej wymogi, potrafiła w nocy wepchać się na siłę do koszyka Rudolfa, który równie jak ona ciepło uwielbia, ale zbyt towarzyski nie jest i kuksańce lubi rozdawać, a swego koszyka pilnuje jak skąpiec swego sejfu. Jednak Malinę wpuszczał. W koszu Rudego, na ciepłych piernatach, przytuleni,grzejąc się wzajemnie, przesypiali do rana.Oczywiście widok Rudego w jednym koszyku z Maliną był dla pana domu wystarczającym impulsem, aby dzień rozpocząć od bezzwłocznego rozpalenia kominka. Oba zwierzaki biegły wówczas na dół w te pędy,aby zająć swoje ulubione miejsca.

Wszystkie koty dostawały swoją miskę w kuchni. Ale nie Malina. Malina biegła z dworu prosto na górę, do sypialni, i tam jak księżna udzielna oczekiwała, aby miskę jej przynieść i jeszcze w uprzejmych słowach do jedzenia zachęcić. Nigdy, żeby nie wiem jakie zapachy z kuchni się rozchodziły, żeby jej najbardziej ulubione jedzenie było serowane, Malina w kuchni nie jadała, taka była z niej wyrafinowana dama. Po niej, ale dużo,dużo później, zwyczaj ten przejęła nasza Lolita.

Malina tolerowała inne koty, ale tylko wtedy, gdy w drogę jej nie wchodziły. Potrafiła dobrze przyłożyć łapą Szkaradziejowi, w końcu najstarszemu w domu kocurowi. Niestety również Duni nie okazywała najmniejszej nawet wdzięczności za wychowywanie i opiekę w dzieciństwie. Wręcz przeciwnie, bardzo szybko również Dunię postanowiła sobie podporządkować, a kiedy ta się buntowała, dochodziło zwyczajnie do rękoczynów (łapoczynów?).Biły się, syczały i warczały na siebie, znaczyły również, całkiem „po kocursku” swoje terytorium, co niestety,nierzadko odbywało się również w domu. Tego nie mogłam im darować, bo likwidowanie okropnego, drażniącego zapachu jest naprawdę trudne. Moje wrzaski, ganianie po domu i grożenie najsurowszymi konsekwencjami nic nie pomagało – one wiedziały, że to zakazane, a jednak natura była silniejsza.
Co dziwne, kocury nasze nigdy w domu miejsc nie znaczyły, zresztą na szczęście, choć na dworze robią to systematycznie, powodując liczne szkody w roślinności, że nie wspomnę już o tych woniach ohydnych.

Malina potrafiła zabałaganić często do bladego świtu. Wracała do domu nad ranem z tych swoich eskapad, a tu wszyscy śpią, zamiast na nią czekać. Więc co, na progu ma siedzieć? No nie, nie Malina: z płotu na rynnę, z rynny na dach i po dachówkach do okna sypialni. Okno zamknięte, albo uchylone tylko, wejść się nie da. Malina zaczyna więc pokrzykiwać, coraz głośniej i głośniej, aż nareszcie okno się otworzy, Malina wskakuje do środka i spokojnie układa się do snu. Tego nikt więcej nie robił i nie robi, to był Maliny zwyczaj. Chociaż umiejętność łażenia po dachu mają wszystkie nasze koty.

Malina nie cierpiała podróżowania autem. Ale kiedy w wieku około 2,5 lat ciężko się rozchorowała, przestraszyłam się, że na tym terenie nikt nie będzie w stanie udzielić jej skutecznej pomocy i postanowiłam zawieźć ją do Kliniki AR we Wrocławiu. Kotka, cierpiąca, rozgorączkowana, a jednak tak mi potrafiła jeszcze w tym aucie wymyślać, tak mnie atakowała, że za każdym dosłownie zakrętem myślałam o powrocie.
W klinice nie chciała dać się zbadać, wyrywała się i rzucała, jakby o życie walczyła. W końcu uciekła, i w pięcioro, ze studentami, łapaliśmy kota dość długo.Okazało się, że choroba jest poważna, a kuracja długa. Wreszcie udało się zaaplikować jej leki. Zaniosłam ją do samochodu pełna obaw, co będzie w drodze powrotnej. Malina spokojnie ułożyła się w koszyku i… zasnęła. Już wiedziała, że bezpiecznie wraca do domu.

Taka była Malina. Ten jej charakter mocny, władczy taki, przebojowy, każe mi wierzyć, że Malinka poradziła sobie w życiu, i że gdzieś wiedzie żywot nie
najgorszy. Żeby tylko wiedzieć jeszcze, gdzie!

25 maja 2008

Pajda chleba



Być może prawdą jest twierdzenie mojego męża, że ja nie mam żadnego pojęcia o prawdziwym życiu wsi, o ludziach tam mieszkających, o atmosferze, o stosunkach między sąsiadami.
Być może nie myli się również sądząc, że obraz mój to idealne sioło, nieistniejąca faktycznie społeczność, a moja wiedza pochodzi z literatury głównie, i to tej sławiącej uroki wsi.

Rzeczywiście, nie licząc jakiś okazjonalnych sytuacji, trwających kilka czy kilkanaście godzin, byłam na wsi tylko dwukrotnie. Kiedy miałam 12 lat mieszkałam u „przyszywanych” powinowatych przez całe wakacje z okładem, bo wróciłam do domu w połowie września, kiedy rok szkolny trwał już w najlepsze.
Drugi raz, to było po maturze, kiedy to mama mojej przyjaciółki zafundowała nam tygodniowy pobyt w podgórskiej, sudeckiej wsi.
Oczywiście oba te okresy zaliczają się już do prehistorii, ale moje wspomnienia są stale żywe, i to te właśnie przypadki rozbudziły we mnie chęć zamieszkania na wsi, trwającą zresztą do dzisiaj.

Pierwszy mój pobyt, na kujawskiej wsi, to było niesamowicie silne przeżycie dla nastolatki. Tam wszystko było inne i wszystko inaczej się działo niż w moim dotychczasowym doświadczeniu.
Ze stacyjki kolejowej jechało się jeszcze parę kilometrów bryczką zaprzężoną w tego konia, który codziennie pracował w polu.
Gospodarstwo było duże, stuhektarowe, chociaż okrojone znacznie po reformie rolnej.

Zabudowania stały w czworoboku; rozległy dom mieszkalny zamykał ten prostokąt z jednej strony, a olbrzymia drewniana stodoła ze strony przeciwległej. Na dłuższe boki składały się stajnie, obory, chlewy, kurniki i szopy na maszyny rolnicze i narzędzia.
Na środku tego ogromnego podwórza, wybrukowanego „kocimi łbami” była studnia, a dalej buda dla psa, uwiązanego na łańcuchu, którego bałam się okropnie, bo łańcuch był długi.
Jakoś w ogóle nie pamiętam kotów, a przecież musiały być, choćby ze względu na tępienie myszy w stodole.

Dom miał kilka wejść, od frontu wchodziło się przez park, jak nazywali go właściciele,bo rosły tam stare drzewa, ozdobne krzewy oraz palmy w wielkich drewnianych donicach, a żwirowe ścieżki wysypywane były co jakiś czas świeżym piachem.
Po prawej, za wiatą z maszynami było przejście, zamykane furtką, prowadzące do ogrodu warzywnego. Dalej był staw i łączka dla kaczek, a jeszcze dalej rozpoczynał się sad.

Zaraz pierwszego dnia po przyjeździe ciotka wydała mi polecenie: pojedziesz z wujkiem w pole, narwiesz mi groszku, zrobię na obiad. Pojechaliśmy wozem, koniecznie chciałam powozić, ale lejce były takie długie i ciężkie, nie miałam pojęcia, co się z nimi robi. Wuj instruował: - Nie rób nic, konie znają drogę.
Pole z groszkiem wprawiło mnie w osłupienie; wszędzie, jak okiem sięgnąć na tej równinie nic, tylko groszek i groszek. - Rwij do tego, wuj przyniósł wiadro z wozu.- Wrzucaj sam groszek, strąki zostaw na ziemi. - Ile narwać, spytałam.- Jak to ile? Pełne wiadro.Wiadro groszku? Bez strąków? No to będę tu siedzieć do wieczora – poczułam się jak Kopciuszek.
Ale szybko okazało się, że nie było tak źle. Zielonych, pachnących słodko kulek szybko przybywało. I tak długo jeszcze siedziałam z tym pełnym wiadrem, grając w kamyki i czekając na wuja, aby mnie stamtąd zabrał.

W bliskiej odległości od domu, przy drodze dojazdowej, stały czworaki. Przed wojną mieszkali tam robotnicy rolni wynajmowani sezonowo do pracy w majątku. Teraz czworaki były „państwowe” a dzieci ludzi w nich mieszkających rzucały kamieniami za dziećmi właścicieli (i za mną). Były to niestety bardzo trudne czasy walki państwa, rzekomo ludowego, z kapitalizmem
i „resocjalizacji” wszelkiego kułactwa.

Ciekawiło mnie wszystko i chętnie przypatrywałam się wszelkim zajęciom i pracy w gospodarstwie. Do ciotki, oprócz prowadzenia domu i wychowywania małych wówczas dzieci, należało jeszcze dojenie krów, chów drobiu, przygotowywanie karmy dla świń, uprawianie warzyw i doglądanie sadu.
Niezależnie od tego brała udział we wszystkich pracach polowych: sianokosach, żniwach, sadzeniu ziemniaków i wykopkach.

Oddzielnym, rytualnym niemal zajęciem, było pieczenie chleba. Jego smaku i wyglądu nie zapomnę do końca życia. Okrągłe, wielkie bochny, z przypieczoną skórką, czarne, pachnące niepowtarzalnie, dopiero co wyjęte z chlebowego pieca, owijało się w białe lniane ręczniki, każdy oddzielnie i zanosiło do „loszku”. Loszek to była duża piwnica pod kuchnią i izbą czeladną, do której schodziło się po kilkunastu stopniach, otwierając najpierw żelazne drzwi w przedsionku kuchni. Tam, na półkach z różnymi wiktuałami, układało się te bochenki, w miarę potrzeby przynoszone do kuchni. Po pewnym czasie skórka była już tak stwardniała, że nie dało się jej ugryźć,więc była odkrawana, a miąższ krojony na ogromne, ale cieniutkie pajdy, dalej smakował wybornie.
Do takiej kromki, posmarowanej prawdziwym masłem, dopiero co ubitym w kierzance, naprawdę nie potrzeba było już niczego więcej.

Wuj, młody, żylasty człowiek, z ciemną czupryną i zupełnie białym czołem w ogorzałej twarzy (chodził całe lato w kaszkiecie, który zdejmował wyłącznie w domu),w zasadzie w pojedynkę uprawiał cały ten areał. Wszak „kułakowi” niezmiernie trudno było zdobyć ludzi do pomocy. Oboje zresztą harowali od świtu do nocy, ponad ludzkie siły, żeby tylko utrzymać tę ojcowiznę, czy raczej jej część.
Niewyobrażalny dziś dla mnie był ten ich wysiłek, zwłaszcza jeśli dodatkowo weźmie się pod uwagę, że nie było wówczas na tym terenie prądu, bieżącej wody ani kanalizacji. Maszyny rolnicze miały silniki spalinowe. Wszystkie prace w domu wykonywało się ręcznie, a oświetlenie było naftowe. Kto dziś wyobraża sobie, co oznacza umyć naftowy żyrandol, ba, co znaczy wyczyścić klosz od zwykłej, naftowej lampki?

Rozrywki? Żadne. Moi gospodarze nie mieli na to ani czasu, ani ochoty. Ziemia i zwierzęta hodowlane nie pozwalały na żadne leniuchowanie.

Ale kiedy przychodziła niedziela, ci ludzie tradycyjnie, jak od pokoleń, starannie się ubierali, pucowali swoje dzieci, zaprzęgali najlepszą parę koni do najlepszej bryczki i jechali na mszę do kościoła. Kościółek był niewielki, ale miał co trzeba; piękny ołtarz, ambonę i kilkanaście (dwadzieścia?) wspaniałych ław dębowych. Każda z ławek zaopatrzona była tabliczką z nazwiskiem rodziny, która miała prawo w niej się modlić.
Pierwsza z ławek była z nazwiskiem wuja. Zasiedliśmy rzędem, ja cała zmieszana, do takich honorów nieprzywykła. Odezwały się dzwonki. Proboszcz wygłosił kazanie. Nie pamiętam o czym mówił. Moja fascynacja religią przyszła dopiero jakiś czas później, i trwała krótko. Jednak fascynacja kościółkami pozostała.

21 maja 2008

Główka Dantego


Wiosenne porządki i drobne remonty w domu ujawniły pilną potrzebę nabycia kilku rzeczy, więc wybrałam się po zakupy na Bielany Wrocławskie.Pojechałam w miniony poniedziałek, bo to dzień, kiedy ruch jest najmniejszy,więc przynajmniej można doszukać się obsługi w sklepach.
Jest to podobno największe centrum handlowe w Polsce, a przy okazji gmina Kobierzyce, na której terenie ta wielka maszyna do robienia pieniędzy się znajduje, chełpi się statusem najbogatszej w kraju.
Hipermarkety wywołują u mnie zawsze mieszane uczucia: wielkość oferty powoduje, że jest w czym wybierać, ale równocześnie mnogość asortymentu oznacza ogromne powierzchnie, godziny błądzenia wśród półek, zwłaszcza
w działach, które nie są moimi mocnymi stronami (akurat potrzebowałam uchwytu mocującego do rozsuwanej drabiny).
Kiedy już doczekam się pomocy pracownika, z reguły, choć są wyjątki, wiedza młodego człowieka tu zatrudnionego nie wykracza poza opis na opakowaniu produktu. Nic dziwnego – ciężka, źle opłacana robota powoduje, że takie giganty nie są w stanie dopracować się stałej kadry wykwalifikowanych sprzedawców, będących doradcami klientów.

Wszędzie odwiedzałam tylko wybrane działy. W „Obi” to był dział z oświetleniem, skąd wyszłam z dwoma kinkietami łazienkowymi.
Zignorowałam „Tesco”, „Ikeę” i Euro-Net”. Nie zainteresowałam się też atrakcjami w „Castoramie” czy „Auchan”.
Miałam w planie stoisko z pościelą w „Jysk”, gdzie chciałam kupić tanie kołdry, aby poszyć z nich kołderki dla naszych kotów, ale okazało się, że zostały tylko wywieszki na pustych już półkach.

Następnie w Leroy-Merlin kupiłam 7,5 metra szyfonu w kratę oraz złoconą ramkę 10x15 cm i kilka innych drobiazgów.
Prawdę mówiąc do wielu prosperujących tu marketów nigdy nawet nie wchodziłam. W zasadzie nie wchodzę do sklepu, jeśli nie mam potrzeby kupna, albo takiego planu w bliższej perspektywie. Nie lubię „tylko oglądać”.

Tak więc, już po 6 godzinach od wyjazdu z domu, omdlewając z gorąca, ledwo powłócząc obolałymi nogami, głodna i spragniona, a głównie ze znacznie uszczuplonym stanem karty kredytowej, dowlokłam się do parkingu, na którym
n. b. długo nie mogłam odnaleźć auta, i postanowiłam niezwłocznie wracać, absolutnie nigdzie się nie zatrzymując.

Wieczór był upalny, a ja z każdym kilometrem drogi zbliżałam się do oka szalejącej w oddali burzy. Najpierw słychać było tylko złowieszcze pomruki,potem grzmoty i rozświetlającą noc jasność, aż wjechałam w strugi wody,błyskawice i ogłuszający huk piorunów.
U celu podróży zastałam egipskie ciemności; prąd wyłączono.
Kilka naszych kotów nawałnica zaskoczyła na dworze, kryły się więc po różnych dziurach i zakamarkach, w końcu wszystkie udało się sprowadzić do domu.
Długo jeszcze siedzieliśmy przy zapalonych świecach.

Po tej eskapadzie przez trzy dni ręcznie obrębiałam złotą nitką ten kawał szyfonu na firankę do salonu.
Nową ramkę dostała maleńka grafika, obrazująca głowę Dantego, którą dostałam kiedyś w miłym prezencie.Wisi sobie teraz Dante na kominku.
A „Boską” sprzedałam pewnej Emmie z Manchesteru, bo nasze koty chciały lepiej zjeść.

6 maja 2008

Trzy modrzewie



W ogrodzie mojego domu rodzinnego, obok innych drzew, rósł wspaniały modrzew, który zasadzony został najpewniej w okresie, kiedy murator ukończył budowę i wręczył właścicielom klucze od domu.
A był to ostatni rok wieku XIX.

Lubiłam to drzewo bardzo, za to, że było takie proste, smukłe, wysokie, za ptaki, które buszowały w jego gałęziach, za te delikatne igiełki, a nawet za te śliczne, malutkie szyszeczki, które najpierw służyły mi do zabawy, a później, gdy dorosłam, malowane na złoto i srebrno, były moimi ulubionymi dekoracjami bożonarodzeniowymi.

Kolejny, dorodny, stary modrzew rósł jakieś 2 metry od willi "Adaś", w której mieszkaliśmy przez długi czas.
Willa "Adaś" to był jeden z tych paskudnych bloków, które montowano według najlepszych radzieckich wzorców we wszystkich zdaje się, tzw. demoludach.
Miał 4 piętra, 24 mieszkania i przerażającą studnię-klatkę schodową, której bałam się do ostatniego dnia naszego tam zamieszkiwania.

Miano willi blok otrzymał od jednego ze znajomych, który również tam się wprowadzał, i jeszcze przed oddaniem domu do użytku chodził przypatrywać się postępowi robót. Któregoś dnia wrócił z tej inspekcji z wiadomością, że ktoś wymalował kulfonami na szybach drzwi wejściowych duży napis: ADAŚ.
- Więc wprowadzamy się do willi "Adaś" - oznajmił sarkastycznie. Śmialiśmy się serdecznie.
I chociaż nazwę naszej "willi" zmazano, zanim się wprowadziliśmy, zapamiętaliśmy to zabawne zdarzenie.

Wybraliśmy mieszkanie na 4 piętrze (mimo, że nie było windy), chyba głównie ze względu na to drzewo. Z naszych okien można było niemal sięgać gałęzi, a ptaki zaglądały nam do loggii.
Kiedy siedziało się na kanapie widać było tylko to drzewo i nic więcej, żadnych pięter, żadnych lokatorów.
Opuszczając "willę" najbardziej żałowałam tego modrzewia.

Kiedy znów zmieniliśmy adres, w pilnej kolejności postanowiliśmy posadzić kilka drzew w ogrodzie.
Zaraz pierwszej jesieni mąż zrobił mi niespodziankę: kupił modrzewik, ale drzewko miało z 50-60 cm wysokości.
- Boże, kiedy on wyrośnie?
- Potrwa lata, zanim stanie się dużym drzewem - mardziłam trochę.

W pewnym ogrodzie na tym terenie zobaczyliśmy śliczny modrzew, wysokości człowieka. Wypytaliśmy o drzewo właściciela, okazało się, że rośnie tam od 10 lat.
Wydało mi się to strasznie długo, ale cóż, czekać trzeba.

Tymczasem nasz modrzewik, posadzony w przedogródku, zamiast rabatek, doskonale się przyjął, choć gleba tu ciężka, gliniasta, i pędził w górę.
A kiedy nas przerósł zacząłam się martwić, żeby go wiatr nie złamał, żeby go szkodniki jakieś nie dopadły, wreszcie, żeby nie rozrósł się za bardzo, i o przewody elektryczne nie zahaczał.

Widzę to drzewo z prawie każdego miejsca w domu, lubię podziwiać latem krople deszczu na gałązkach i gałązki okryte szadzią późną jesienią.
Obserwuję ptaki, które przysiadają, żeby odpocząć, czasem zaśpiewać. Niektóre coś poskubują, inne energicznie wyszukują kąski dla siebie.
Co rok, gdy modrzew w zielone igły się stroi, to wiadomo, że już na pewno wiosna nastała, a gdy je, zrudziałe całkiem, tracić zaczyna, to znak nieomylny, że zima za pasem.

Z tych trzech modrzewi, ten właśnie jest najbardziej nasz, ulubiony, a wyższy jest od domu, którego progu strzeże jedenasty rok.
I chcę, aby rósł długo, aby stał tu także wtedy, gdy nas już nie będzie.

27 kwietnia 2008

Akwarium w łazience


Człowiek powinien móc zawsze robić tylko to, co chce.
I to wcale nie oznacza leżenia z książką (i kotem) na kanapie,co nawiasem mówiąc lubię najbardziej.
Okazuje się, że równie przyjemne mogą być prace ręczne, np. malowanie sufitu w łazience, zwłaszcza, kiedy robota „idzie”, a efekty są zadawalające. Nie czuję rąk ani nóg, a kręgosłup - aż za dobrze, ale zadowolona jestem bardzo, siedzę na brzegu wanny i podziwiam swoje dzieło. Choć pomieszczenie jest sześciometrowe, a sufit jeszcze mniejszy, bo pod skosem dachu, i tak jestem dumna. Oczywiście wykonanie jednej czynności wywołuje łańcuch następnych, koniecznych do zrobienia, a co równie ważne, pozwala krytycznie przyjrzeć się rzeczom, ocenić ich stan
i przydatność.

Tak prozaiczna sprawa, jak deska sedesowa, o której wręcz pisać nie wypada, doprowadzała mnie od dawna do szału. Na wewnętrznej części białej klapy środki dezynfekujące wyżarły czarne punkty, które – wiadomo, jak wyglądają. Lakierowanie wcale nie pomogło. Wyposażenie kupione było przed laty, kompakt jest nietypowy, i nie ma możliwości dokupienia samej deski.

Kiedy stałam z pędzlem pod sufitem dopadło mnie natchnienie: zmyłam farbę z klapy, a na plamkach nakleiłam… akwariowe rybki.
Teraz każde podniesienie deski wywołuje przypływ dobrego humoru, zamiast dotychczasowego napadu złego.

Łazienkowe prace, a zwłaszcza ten sedes, przypomniały mi pewne zdarzenie: Kiedyś, będąc przejazdem w Górach Kaczawskich, zobaczyłam ogłoszenie o sprzedaży gospodarstwa. Postanowiłam zboczyć z trasy, i obejrzeć dom i miejsce. Wieś malownicza, mała, częściowo wyludniona.
Domostwo nie spodobało mi się wcale, prawdę mówiąc aby tam zamieszkać, należałoby wszystko zburzyć i dom nowy wybudować. Ale gospodyni bardzo nalegała, aby wszystko obejrzeć. Oprowadziła mnie po izbach, a na koniec, z tajemniczą miną poprowadziła gdzieś, za jakieś przepierzenia, i z triumfalnym –proszę! – wskazała zasłonę: za nią był paskudny kąt, ok. metr na metr. To było w.c. Nie miało nawet drzwi, tylko tę nieszczęsną szmatę. Wytłumaczyła mi, że to nieboszczyk-mąż, sprawił jej prezent. Chciał, aby w. c. miała w domu, aby nie musiała biegać do sławojki. Wybudował sam, z cegieł rozbiórkowych. A teraz ona musi obejście sprzedać, bo sama nie może tu żyć.
Było mi przykro i głupio. Nie mogłam zmusić się do pochwał, choć wiedziałam, że gospodyni ich łaknie, nie mogłam nawet obiecać, że zastanowię się nad jej ofertą.

Na szczęście od lat już przybytki te przestały być w naszych domach kątami wstydliwymi
i zaniedbanymi, stając się miejscem wypieszczonym, wychuchanym, istnym pokojem kąpielowym, czy, w zależności od zasobności portfela, wręcz kąpielowym salonem, specjalnie zaprojektowanym i wyposażonym.

My zaś, tym prostym sposobem zyskaliśmy własne akwarium w łazience, chociaż w naszej wannie nigdy nawet karp wigilijny nie pływał.

23 kwietnia 2008

c. d. dekupażu










Więc myślę sobie: znów nie jestem na czasie. Postanowiłam to pilnie nadrobić. Jakieś serwetki w domu zawsze przecież są, lakier i farby także były, dokupiłam więc crackle, czyli lakier do spękań, i porwałam się na poręcze i słupki na schodach.
To był błąd, niestety. Na początek, zamiast wielu metrów powierzchni, należało wykonać jakąś małą rzecz, typu pudełko, kasetka, aby wyćwiczyć technikę i uczyć się na własnych błędach. Ponieważ jednak rozpoczęłam od poręczy na górze schodów, w dzień kiedy zniknął Filipek, to potem, gdy nie wracał, jak szalona malowałam, wycinałam motywy z serwetek, kleiłam i lakierowałam. Robiłam to tak zawzięcie, aby nie myśleć bez przerwy o tym biednym zwierzaku.
Na takie psychiczne udręki najlepsze są roboty ręczne. Zresztą do innych nawet nie można się zmusić.

Praca ta zbliża się już ku końcowi, ale wiadomo, ma mankamenty.
Przy okazji wyszło na jaw, dlaczego to głównie kobiety zajmują się dekupażem. Otóż serwetki się drą, motywy się rozłażą, wycinanie wymaga precyzji, a naklejanie dużej uwagi, cierpliwości i staranności. Jednym słowem panowie, z chlubnymi wyjątkami, w tego typu zajęciach raczej nie błyszczą.

Oczywiście dziś zrobiłabym te poręcze inaczej. Wiem już, gdzie są pułapki w tej technice, i na co szczególnie należy zwrócić uwagę. Ale i tak oceniam tę próbę jako raczej udaną. A że będziemy te kwiatki, na amen przylakierowane, oglądać przez czas jakiś, na przykład do chwili nowej mody, nowej techniki? Nie szkodzi.
Mamy naprawdę większe zmartwienia.








P. S. Jakoś przydługi wyszedł mi ten post, ale nie umiałam tekstu umieścić
w jednym, więc zrobiłam dalszy ciąg. Dyskwalifikacja?

Decoupage


Filipek powrócił do swoich starych przyzwyczajeń: budzi się na minutę przed brzaskiem i głośno wszystkich informuje, że już wstał. Szkoda mi pozostałych, śpiących jeszcze smacznie, więc szybko zaczynam Filipa uspakajać, głaszcząc i szepcąc miękkie słowa. Wtedy Filip przestaje popiskiwać i zaczyna mruczando. Ale jak tylko oderwie się rękę od futra, Filipek znów zaczyna "gadać".

Przedtem mnie to trochę złościło; co dzień być budzoną zanim świt nastanie, no nie - dziękuję.
Ale teraz, szczęśliwa, że kot wrócił, nie śpię od wpół do piatej, ale i nie wstaję, więc mam czas na różne przemyślenia i wspomnienia, a nawet na snucie planów, może nie wieloletnich, ale chociaż wielotygodniowych.

Tej wiosny i lata chcemy sami odnowić i odświeżyć te pomieszczenia i przedmioty w domu, które tego wymagają. Oczywiście w ramach naszych manualnych zdolności i możliwości. Ponieważ o rzemieślnika dzisiaj trudno, a i ceny za usługi są niebotyczne (jak dla nas), pewne prace, mam nadzieję,uda się własnym sumptem wykonać nie gorzej, niż zostałoby to zrobione przez fachowców. Co do tych ostatnich zresztą, to nie mam złudzeń: żadna, z dość szerokiego wachlarza robót remontowych w naszym domu, przed laty robionych, nie została wykonana bez zastrzeżeń. Albo były to całkowite knoty, albo wynik finalny był dość daleki od ideału.

W sumie przez te lata zgromadziliśmy pewną ilość literatury fachowej oraz trochę przydatnych narzędzi, więc powinno się udać.
Co do tej literatury, to zauważyłam pewną zadziwiającą prawidłowość: ani razu nie spotkałam się z najlżejszym nawet przejawem zainteresowania, kiedy na przykład murarzowi wspomniałam, że w "Muratorze" trafiłam na doskonały artykuł dotyczący sposobów wiązania cegieł, a hydraulikowi, że dysponuję ciekawym artykułem dotyczącym połączeń wodno-kanalizacyjnych. Doszło nawet do awantury z kafelkarzem, rzekomo specem nad spece, kiedy zwróciłam mu uwagę, że płytki klejone na zewnątrz wymagają kleju na całej swojej powierzchni, i że jest to jedno z podstawowych prawideł w tej branży. Moje powoływanie się na "fachowe słowo pisane" rozsierdziło go do tego stopnia, iż byłam niemal pewna, że rzuci robotę (i czymś we mnie).

Dopiero mąż zwrócił moją uwagę na fakt oczywisty: gdyby ci ludzie, żyjący z pracy rąk, w dosłownym znaczeniu tego słowa, przejawialiby dziś lub w przeszłości zainteresowania czytaniem, i w ogóle uczeniem się , to ich edukacja na pewno nie zakończyłaby się na zasadniczej szkole zawodowej.
- No, ale to przecież ich zawód, z tego żyją - nie dawałam za wygraną - to oczywiste, że powinni się dokształcać, być na bieżąco, przecież wciąż pojawiają się nowe technologie i nowe materiały. Kontrargument męża: gdyby tak było, jak zakładasz, to pan Kazio byłby panem architektem, a nie panem murarzem.
Rzeczywiście, to mi trafiło do przekonania.

Doszliśmy do wniosku, że przestrzegając instrukcji na wiaderku z farbą emulsyjną da się d o b r z e pomalować sufit w łazience. A podpierając się wiedzą, chociażby z pism budowlanych, można to zrobić nawet perfekcyjnie.

Specjalistyczne artykuły w czasopismach są adresowane do specjalistów właśnie, i do szerokiego kręgu inwestorów, aby wiedzieli, jak fachowcom zatrudnionym na swoich budowach "patrzeć na ręce", bo kiedy wzrok na chwilę się spuści, już fuszerka gotowa.

Ponieważ, jak piszę w co trzecim swoim poście, marzeniem naszym jest dom na wsi, podejmujemy kroki, aby obecną chałupkę do wiejskiego domostwa upodobnić.
W ub. roku mój mąż, który odkrył w sobie zainteresowanie (i talenty?) stolarza -
amatora, samodzielnie zrobił w salonie sufit a la deskowanie. Nawet udało mu się precyzyjnie go wykończyć. Co prawda teraz obawiamy się, że gdyby przepalił się kominek to sufit trzeba będzie rozebrać, no ale gdyby to było np. autentyczne barokowe belkowanie - także musiałoby być zdemontowane.

Ja sama spróbowałam swoich sił w technice decoupage'u. Przeczytałam w licznie zamieszczonych w Internecie instrukcjach i artykułach, że to aktualna moda na tę, znaną już od kilku stuleci technikę zdobniczą, i że podobno co trzecia kobieta w Polsce tym się zajmuje.

21 kwietnia 2008

Powrót Filipa

Filipek wrócił!
Dziś, za pięć druga, krzycząc przeraźliwie, wbiegł do ogrodu. Drzwi wejściowe były akurat tylko przymknięte, więc momentalnie go usłyszałam i wyszłam na ganek,
a Filip jak burza wpadł do domu. Dalej krzyczał i płakał. Nie pomagały przytulania i słowa uspakajające, że jest już w domku, że bezpieczny.
O trzeciej biedak całkiem od tego zawodzenia ochrypł.
Jego stan jest opłakany: był chudziutki, kiedy zaginął, dziś - to po prostu szkielecik.

W kuchni błyskawicznie, zanim w ogóle zdążyłam zareagować, wyczyścił na błysk trzy miski z jedzeniem, ale nie przestwał krzyczeć. Zachowywał się jak szalony, biegał między nami, chciał na kolana, i nie chciał, chciał na ręce, i wyrywał się, znów szukał misek z jedzeniem (które pochowaliśmy, w obawie, aby się ciężko nie rozchorował), a głaskanie i przemawianie nie skutkowało. Udało mi się trochę go uspokoić dopiero w łazience. Wyczesywałam długo i cierpliwie bardzo brudną sierść; futro wychodziło dosłownie garściami, i myłam delikatnie wodą wszystkie łapki. Kwalifikował się do kąpieli, ale nie mogłam przysparzać mu więcej jeszcze przykrości.
Momentalnie rozpaliliśmy w kominku, on lubi bardzo wygrzewać się w cieple.
I rzeczywiście, zrobił się spokojniejszy. Jednak dopiero około dwudziestej drugiej zasnął, ale przez sen cały czas jęczy i wzdycha. Oj, będzie trwało, zanim wróci do równowagi, zanim go wykurujemy i odkarmimy.

To była rozpacz kiedy zaginął. Człowiek nie sypiał po nocach, wyglądał, nawoływał, martwił się, że tak zimno, albo, że leje, a on maleńki sam, nie wiadomo gdzie. Głodny. Nieszczęśliwy.
A dziś znów wielki stres, kiedy wrócił i kiedy okazało się, że taki wynędzniały, wygłodzony, spanikowany. Nie było go równo dwa tygodnie. Jest pewne, że ktoś go przetrzymywał, w jakiejś szopie, bo na pewno nie w domu, przypuszczalnie jakieś dzieci bezmyślne, sądzące, że kot wyżywi się miską mleka, albo ziemniakiem. Jego stan i jego przerażenie na to wskazują.

Być może, że powrót Filipka przyspieszyły poszukiwania, ogłoszenia, apele, ale możliwe jest też, że już się znudził komuś. Całe szczęście, że nie zdążyli go zagłodzić na śmierć.

Reszta naszych kotów przypatrywała się powrotowi Filipka z ciekawością,
a Bazyl-bliźniak miał oczy całkiem okrągłe ze zdumienia i trochę z obawy; nie rozumiał przecież zachowania brata. Byliśmy nawet zawiedzeni, bo Bazyl wcale go nie witał jak zwykle wtedy, gdy spotykali się po półgodzinnym niewidzeniu, nie czulił się do niego, i nie lizał.

No, ale Bazyl miał w czasie nieobecności Filipa swoje własne, silne przeżycia. Ze względu na Filipka, to znaczy na jego nie nadzwyczajną kondycję, czekałam
z kastracją obydwu kocurków. Postanowiłam poddać je zabiegowi, jak tylko Filip trochę zmężnieje. Ale Filip zaginął. Dziesięć dni później biedny Bazylek został zdeprawowany przez tego włóczęgę, kocura Leona.
Strasznie się zdenerwowałam i momentalnie umówiłam zabieg u naszego weterynarza. Pojechaliśmy nazajutrz, tak więc Bazyl jest dziś byłym kocurkiem.
Czuł się źle właściwie tylko przez jeden dzień, ale ja, całkiem już przeczulona, postanowiłam zatrzymać go w domu przez trzy doby. Właśnie dziś przed południem wyszedł na dwór po raz pierwszy po operacji, a tu Filipek wraca, więc nic dziwnego, że był całkiem rozkojarzony.

Jakoś tak po dwóch chyba dniach od zniknięcia Filipka, nadeszła od naszych przyjaciół z Nadrenii wielka paka z frykasami dla kotów. Była kocia uczta i bal, ale smutny bardzo. Co prawda kocia ferajna nie zamierzała martwić się Filipkiem do tego stopnia, aby odmówić udziału w wyżerce, ale wszyscy czuli, że coś nie jest w porządku.
Część specjałów schowałam dla Filipka, wierząc, że chudziaczek wróci, że go odzyskamy.

I proszę: wiara czyni jednak cuda.


12 kwietnia 2008

Znowu łzy


Nie ma Filipka!
Bazyl i Filipek to dwaj bliźniacy kocicy Feli. Nie znalazły innych domów, więc żyją u nas. Mają już po 10 miesięcy, zatem są dorosłymi kotami, ale dla nas pozostały "maluchami".
Kocurki, choć z jednego gniazda, bardzo się różnią, w zasadzie są swoim przeciwieństwem. I uzupełnieniem. Bardzo się kochają. Filipek malutki, chudziutki, Bazyl przy nim to kawał kota. Filip w białym futerku, a Bazyl
w czarnym.
Bazyl stateczny, powagą wyróżniał się już w koszyku z szóstką kociaków. Filip to urwis, bez przerwy skory do zabawy. Bazyl zawsze blisko domu, Filip potrafi godzinami włóczyć się nie wiadomo gdzie. Wpada do domu coś przegryźć
i natychmiast domaga się, aby znów go wypuścić. Nie zważa na pogodę, nawet
w słotę chce być na dworze.

Tym zachciankom zawsze ustępujemy, wiedząc, że żywot koci krótki jest zazwyczaj, a więc niech choć będzie jak najszczęśliwszy.
Dlatego w naszym domu wszystko (prawie) kotom wolno, zwłaszcza małe koty są bardzo rozpuszczane.

Filipek w miniony poniedziałek już o ósmej rano dawał pod drzwiami wejściowymi sygnały, że bardzo chce wyjść. On pasjami lubi zwiedzać świat, ale jeszcze nie wie, jaki ten świat nieprzyjazny.
Mimo chłodu i mżawki puściłam wszystkie. I wszystkie wróciły na śniadanie, oprócz Filipka. Potem znów wszystkie wróciły na obiad. Filipka nie było. Na kolację stawili się wszyscy, ale nie Filip.
Byliśmy już mocno zaniepokojeni, bo Filip ostatnio miał niezły apetyt, więc często przybiegał do kuchni. Poza tym do jego rytuału należy codzienna popołudniowa drzemka, a tym razem - ani do koszyka, ani do miski.

Filipka nie było całą noc. Poszukiwania, nawoływania, rozpytywanie, ogłoszenia, nic nie dały. Dziś upływa szósta doba jego nieobecności, więc słaba jest nadzieja, że go tylko przypadkowo zamknięto w jakiejś komórce czy garażu, że kot żyje.

Kto nie przeżył straty zwierzątka, ten nie wie, jaki to ból, ile łez się wylewa, nic nie cieszy, radości nie sprawiają te koty, które są, żyją, wracają, tulą się i pieszczą.
Stale i stale myślisz tylko o tym, którego nie ma, które zaginęło, wyobrażając sobie, jak bardzo się boi, jak cierpi, jak głodne i spragnione być musi.
Widzisz je wszędzie, a każdy dzwonek, każdy telefon to nadzieja na wiadomość
o nim.
Nie chce ci się nic robić, nie chce się czytać, pisać, gotować. Tylko czekasz.
I czekasz.

Tu, gdzie teraz mieszkamy, ludzie mają kamienne serca. Najlepszy dowód, że kiedy naprawdę intensywnie poszukiwaliśmy domów dla sześcioraczków Feli, z siedemnastu tysięcy mieszkańców nikt, dosłownie nikt, ani kobieta, ani mężczyzna, ani dziecko, nie okazał nawet cienia zainteresowania losem stworzeń wydanych na świat przez nieszczęśnicę, wyrzuconą przez kogoś z domu. Bo przestała już być zabawną, małą, puchatą kulką. Bo zaczęła dużo jeść, no i trzeba byłoby zapewnić jej opiekę weterynaryjną, też nie za darmo.
Fela nie była dziką kotką, wolno żyjącą. Ona do kogoś należała, typujemy nawet blok, z którego ją wygnano.

Ludzie tu ponad wszystko cenią swoje trawniki, a rabatki, równe pod linijkę, ochraniają przed każdą kocią łapą. Niektórzy wykładają jakieś trucizny, chyba na szczury. Otrute zwierzę nie umiera od razu. Ono męczy się, nierzadko nawet kilka dni.

Mówi się, że o ucywilizowaniu społeczeństwa świadczy jego stosunek do zwierząt. Więc czy już zawsze będziemy przysłowiowe 100 lat za murzynami?

A Bazyl markotny bardzo, tęskni za bratem.




30 marca 2008

Takie są koty


Wybraliśmy się do Kłodzka. Pogoda była nie najgorsza, więc połaziliśmy trochę po starej części miasta. Ślady dawnej świetności jeszcze są widoczne, bo nie wszystko udało się dyktaturze robotniczo-chłopskiej doprowadzić do ruiny, a następnie rozebrać.
Jest tam odchodząca od rynku urocza uliczka, lokalny deptak, przy której zachowała się w całości stara zabudowa, piękne kamienice, w ich parterach ulokowały się najelegantsze w mieście sklepy i różne usługi.

Właściwie wszystkie dolnośląskie miasta i miasteczka mogą pochwalić się swoją architekturą, choć bezmyślnych zniszczeń jest masa. Najgorszymi i nieodwracalnymi zbrodniami PRL na miejskich organizmach było burzenie domów, często pamiętających XVIII wiek, a nawet i wcześniejszych, i stawianie na ich miejscu ohydnych, "nowoczesnych" bloków. Zwłaszcza rażące są przykłady takiego wandalizmu w obrębie rynków głównych, gdzie nierzadko wyburzano całe pierzeje albo i kwartały, które następnie straszyły koszmarnymi betoniakami, lub latami były, czasem nadal są, odrażającymi, niezagospodarowanymi placami.

Dziś rekonstrukcja stanu pierwotnego jest sprawą nierealną ze względu na koszty takich przedsięwzięć. Jednak niektóre z władz samorządowych starają się zniwelować ten dysonans choćby przez zadbanie o dobry stan techniczny owych bloków oraz o taką zmianę ich elewacji, która możliwie najlepiej przystaje do zabudowy historycznej.
Lepsze to, niż nic. A nic, to właśnie jest prezentowane w naszym miasteczku, które również na przełomie lat 50. i 60. w ramach tzw. radosnej twóczości komunistycznej doczekało się betoniaka w południowej pierzei. Maszkarna ta budowla odrzucać będzie co najmniej jeszcze parę kolejnych pokoleń mieszkańców.

Kiedy my dzieliliśmy się uwagami na te tematy, przechadzając się po kłodzkim rynku, nasze koty samopas biegały po ogrodzie i grasowały po okolicy.
W domu została tylko dwójka - Lolisia i ten maleńki chudziaczek Filipek.
Ilekroć wyjeżdżamy z domu, zawsze mamy ten sam dylemat, czy lepiej zostawić koty w domu, czy lepiej (dla nich), aby czekały na nas na dworze. Problem ten jest oczywiście związany z kwestią: wrócimy, czy nie wrócimy szczęśliwie do domu?
Jatki na drogach, które wcale się nie zmniejszają, a wręcz przeciwnie, czynią to pytanie nie pozbawionym sensu. Droga nr 8, po której najczęściej jeździmy, to jedna z bardziej niebezpiecznych i ruchliwych.
Stale myślę o tym, aby przygotować coś w rodzaju zawiadomienia dla służb ratowniczych i wozić je na widocznym miejscu, aby w razie potrzeby mogły zająć się zwierzętami zamkniętymi, czyli uwięzionymi w naszym domu.

Koty powitały nas przy furtce. Trochę już były zmarznięte, i potwornie głodne.Asystowały przy wyładowaniu bagażnika, doskonale się orientując, że wszystko co w środku, to dla nich. Biegały od auta do kuchni i z powrotem, okropnie się niecierpliwiąc i poganiając nas pomiaukiwaniem, jakimiś półokrzykami i piskami: no, kiedy nareszcie jedzonko będzie w miskach?
Filipek i Lolita, po tym wielogodzinnym siedzeniu w domu, wypadły na dwór, wcale nie chciały jeść. Chodziłam za nimi z miską po ogrodzie i namawiałam: Filipuś, musisz coś zjeść! Lolisia, popatrz jakie pyszne. Przepraszam, że tak długo nas nie było!
Wreszcie udało mi się je przekonać, aby przekąsiły. Filip chwilę jeszcze pobiegał i wrócił do domu, aby znów rozłożyć się do drzemki.
Lolita długo szalała po wszyskich drzewach, a zwłaszcza po moreli, która stoi cała w kwiatach, i nagle gdzieś zniknęła.
Czekałam na nią do 24.oo. Kotka widać postanowiła nas ukarać za to zamknięcie. Noc była z głowy. Schodziłam "tylko" sześć razy, aby ją wołać. Niebo było pogodne, wspaniale rozgwieżdżone. Ale wiał bardzo zimny, przeszywający na wskroś wiatr.
Lolita zjawiła się, jakby nigdy nic, o ósmej rano.
Nie miałam serca jej rugać. A ona wskoczyła mi do łóżka, oczekując należnej porcji pieszczoty. To oznaczało, że już nam przebaczyła, że już się nie gniewa.