20 lipca 2010

Asteroida B-612


- Narysuj mi baranka, poprosił pilota uśmiechnięty mały człowieczek, uroczy, i w złotych lokach.
- Co takiego? zdziwił się  pechowiec, który swoim małym samolocikiem wylądował przymusowo na środku pustyni, 1000 kilometrów od najbliższej ludzkiej osady. W okolicy nie było żywej duszy, a pilot miał zapas wody tylko na 8 dni. Jeśli w tym czasie nie uda mu się naprawić maszyny, to...

Śliczny chłopczyk okazał się po prostu Małym Księciem. Postacią wielce tajemniczą, i nieziemskiego wręcz rozumu, dobroci oraz  usposobienia. Owszem, nieziemskiego. Przybywał bowiem ze swojej niewielkiej gwiazdy,  która nie cierpiała  na nadmiar  miejsca, dlatego też baranek musiał być całkiem mały. Kiedy wielkość skrzynki, narysowanej przez pilota, w której rzecz jasna znajdował się baranek,  już zadowoliła chłopca, zainteresował się, czy to prawda, że baranki zjadają krzaki? A jeżeli krzaki, to baobaby także?
Bo na asteroidzie B-612, będącej domem Małego Księcia, wyrastały pędy baobabów i on musiał je nieustannie wyrywać, gdyż jak wiadomo, potężne są to drzewa, i mogłyby rozsadzić tę jego planetkę swoimi korzeniami, gdyby dopuścił do tego, aby się rozrosły. Oprócz baobabów rosły jeszcze inne rośliny, na przykład kwiaty, ale one pojawiały się rano wśród traw, a wieczorem już więdły. Mały Książę z tego powodu bywał smutny. A kiedy był w takim nastroju to jedyną jego rozrywką było oglądanie zachodów słońca. Jednego wieczoru obejrzał aż czterdzieści trzy zachody słońca. U niego to było możliwe: po prostu przesuwał krzesełko, na którym siedział o parę metrów i znów mógł podziwiać zachód.
Ale pewnego ranka zaobserwował nowy pęd jakiejś nieznanej mu rośliny.Nawet trochę się zaniepokoił, czy to nie nowy gatunek baobabu. Jednak pęd przestał rosnąć, a za to zaczął formować się pączek. Powoli tworzył płatki, starannie dobierał kolory.

I któregoś dnia, równo ze wschodem słońca pojawiła się ona, róża. Piękna, zachwycająca. Oczarowała Małego Księcia. Była płochliwa, próżna, nawet trochę przewrotna, ale jakże przy tym wzruszająca.  Dręczyła Małego Księcia swoimi pretensjami, małymi przebiegłościami i  drobnymi chimerami, ale jej zapachem przesiąknięta była cała planeta, a jej uroda go zniewalała.

A jednak  Mały Książę, który tak gorąco pokochał ten cudowny kwiat, postanowił go opuścić. Wybrał do tego celu odlot wędrownych ptaków. Na koniec jednak  musiał  swojej planecie zrobić toaletę. A więc przeczyścił dwa czynne wulkany, które nie były zbyt duże, bo sięgały mu zaledwie do kolan, ale za to jakże użyteczne się okazywały do podgrzewania posiłków. Był także jeden wulkan wygasły, i ten także został przeczyszczony, tak na wszelki wypadek. Potem jeszcze Mały Książę wyrwał nowe pędy baobabów i podlał różę. A kiedy już miał ją przykryć kloszem dla osłony od przeciągów, których przecież tak się bała, róża swoją miłość mu wyznała. I to, że była niemądra, zachowując się tak nieładnie wobec niego,  ciągle mając o coś pretensje.
Teraz Mały Książę wiedział już, że powinien był sądzić różę po jej czynach, a nie po słowach. Kwiaty mają w sobie tyle sprzeczności!

Opuszczając swoją asteroidę Mały Książę postanowił w pierwszej kolejności zwiedzić sześć sąsiednich planetek, równie niewielkich jak jego własna, i przy okazji czegoś się nauczyć. Odwiedzał je kolejno, ale w tym miejscu nie będziemy przytaczać nauk jakie z tego wyciągnął. Dość przypomnieć, że geograf, zamieszkujący ostatnią z nich, szczerze mu rekomendował wizytę na Ziemi.  

Kiedy Mały Książę znalazł się na Ziemi, przekonany był, że to pusta, niezaludniona planeta. Wędrując natknął się na żmiję, wygrzewającą się w żółtym piasku, która wyjaśniła mu, że znalazł się w Afryce, na pustyni, dlatego tu nikogo z ludzi nie zastał.
Żmija wypytała Małego Księcia skąd przybył, a on pokazał jej gwiazdę, dokładnie nad nimi, ale bardzo odległą. Potem pytała, po co przybył na Ziemię. A chłopiec odpowiedział, że ma pewne trudności z różą.
Ostatecznie żmija zapewniła Małego Księcia, z którym zdążyła się zaprzyjaźnić, że może mu pomóc, gdyby w przyszłości zatęsknił za swoją gwiazdą, bo ona każdego, kogo dotknie, odsyła tam, skąd przybył.
Pożegnał żmiję i po długiej wędrówce trafił do ogrodu pełnego róż. Przyjrzał się im dokładnie i stwierdził, że są bardzo podobne do jego róży.Kiedy kwiaty potwierdziły, że są różami, Mały Książę poczuł się nieszczęśliwy. Bo przecież jego róża zapewniała go, że jest jedyna na świecie. I zapłakał.

Wtedy pojawił się lis.  Mały Książę poprosił, aby lis się z nim pobawił. Ale lis nie chciał, powiedział, że nie jest oswojony. - Co to znaczy, oswojony, zapytał Mały Książę? - Oswoić to znaczy stworzyć więzy. Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do bardzo wielu innych małych chłopców, wyjaśniał dalej lis. Nie potrzebujesz mnie, bo jestem tylko lisem, podobnym do wielu innych lisów. Ale jeśli mnie oswoisz, to będę dla ciebie jedyny na świecie, tak jak ty będziesz dla mnie jedyny na świecie. I będziemy się nawzajem potrzebować.
Dopiero teraz Mały Książę zaczynał rozumieć, że jest pewna róża, która go oswoiła. On ten kwiat osłaniał, podlewał, przykrywał kloszem. Wysłuchiwał jej przechwałek, i jej skarg. I ... to była jego róża.
Na odchodnym lis zdradził Małemu Księciu pewien sekret: - Dobrze widzi się tylko sercem. To, co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.Stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś. A więc jesteś odpowiedzialny za swoją różę.

Już siedem dni opowiadał Mały Książę swoje przygody pilotowi, którego samolot w dalszym ciągu nie był naprawiony, a kończył się zapas wody.  - Gwiazdy są piękne, ponieważ na jednej z nich istnieje kwiat, którego nie widać. A pustynię upiększa to, że kryje gdzieś w sobie studnię - powiedział jeszcze Mały Książę, i zasnął ze zmęczenia. Wtedy pilot wziął tego  śpiącego królewicza na ręce, i wzruszając się jego wiernością dla róży, wędrował wytrwale, aż o świcie znalazł studnię. Pili z niej wodę, a Mały Książę zauważył, że ludzie w jednym ogrodzie hodują 5 tysięcy róż, i nie znajdują w nich tego, czego szukają. A tymczasem to, czego szukają może być ukryte w jednej róży, albo w jednej kropli wody...

Nazajutrz przypadała rocznica pobytu Małego Księcia na Ziemi.  Tu, przy studni to było dokładnie to miejsce, na które spadł przed rokiem. Umówili się, że pilot odejdzie, aby  naprawiać samolot, ale jutro spotkają się znów przy studni. Tak się stało.
I zanim żmija śmiertelnie ukąsiła Małego Księcia  w nogę, umożliwiając tym samym jego upragniony powrót na swoją gwiazdę, do swojej róży, która przecież tak go potrzebowała, dał pilotowi drogocenny prezent.  - Ile razy nocą popatrzysz w niebo, tyle razy wszystkie gwiazdy będą się do ciebie śmiały, ponieważ ja będę mieszkał na jednej z nich i będę śmiał się do ciebie, mój przyjacielu - powiedział.  - Będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz miał ochotę śmiać się razem ze mną. A pilot smutny był bardzo, bo przecież mocno pokochał Małego Księcia. Ale rozumiał, że tak musi być. Że róża, taka słaba, taka naiwna, ma tylko cztery nic niewarte kolce dla obrony przed całym światem.

I nigdy nie poznalibyśmy tej fascynującej historii, gdyby nie przypadek, który spowodował, że Antoine de Saint - Exupery* musiał wylądować swoim zdefektowanym samolotem w tym miejscu pustyni, w którym spadł z nieba Mały Książę. I skąd na swoją gwiazdę powracał. A że powrócił, to pewne - autor nie znalazł jego pięknego, kruchego ciałka o wschodzie słońca. A nadto bardzo lubił słuchać gwiazd nocą.
---------------------------
*
Antoine de Saint - Exupery “Mały Książę” IW PAX, 1969

29 czerwca 2010

Tort tuńczykowy

Kot, wiadomo, jest po to, aby udowadniać nam na każdym kroku, że jest najważniejszy.
Jest po to, aby nieustannie manifestować  zmienne swoje nastroje.
Jest po to, aby ciągle żądać od nas najwyższej uwagi i skupienia się na JEGO problemach.

Oczywiście my jesteśmy po to, aby zapewnić kotu:

 -  miękkie i pachnące spanko, najlepiej w naszym łóżku tuż po zmianie pościeli, aby było gdzie wskoczyć obłoconymi łapami (- no, posuń się, bo chcę się zdrzemnąć, na dworze paskudnie więc dłużej nie będę biegać),

 -  pyszną miskę pięć razy na dobę, w tym raz koniecznie około drugiej nad ranem, najlepiej z  filetem z indyka albo/i łososia (- co, znowu KiteKat?! A potem jesteś niezadowolona, że zwymiotowałem na kanapę?),

 -  czułości, głaskanka i przytulania, jasne, że   t y l k o   wówczas, gdy nasz podopieczny ma na to ochotę (- możesz ograniczyć przypływ  swoich uczuć? Nie widzisz, że JA teraz śpię/roztrząsam egzystencjalne problemy/jestem zajęty śledzeniem toru lotu muchy!).

Naturalnie lista jest pobieżna, dotykająca nielicznych tylko naszych funkcji, jakie przy swoim kocie spełniamy, czyli funkcji  zaopatrzeniowca, pielęgniarza, odźwiernego, kucharza,  psychoanalityka,   instruktora k-o,  manikiurzysty,  stylisty, służącego. Itp. Itd.

W ramach tych obowiązków z wielką przyjemnością przygotowałam dziś naszym maluchom tort tuńczykowy, z trzema  sardynkami w charakterze świeczek, wykorzystując na ten cel żelazne rezerwy z zapasów trzymanych na wypadek nieprzewidzianych okoliczności, na przykład gości nie zapowiedzianych.

Nasze maluchy, to znaczy bliźniacy Filipek i Bazylek, urodzili się równo przed trzema laty,  pięknego, jak dzisiejszy, 29 dnia czerwca.  Trudno się z tym pogodzić, ale maluchami od dawna nie są.
Chowają się zdrowo. W ragtajmowych rytmach, można powiedzieć.

Bądź szczęśliwy Filipku!
Bądź szczęśliwy Bazylku
!





19 czerwca 2010

Szklanka piwa, dla urody


Wczoraj okazało się, że zabrakło mi balsamu do włosów. Potem siedziałam, mozolnie je rozczesując, i przy okazji wyrywając całe pęki, i myślałam o tym, że przecież kiedyś majątku się nie wydawało, jak teraz na szampony, balsamy, odżywki, toniki, kremy do twarzy, do ciała, do rąk, do stóp, zmywacze, serum, nawilżacze, lakiery, pianki, żele, maseczki, dezodoranty i temu podobne. Lista jest długa, a producenci i sprzedawcy kosmetyków, mimo światowego kryzysu mają się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Dlaczego?


Nigdy nie zapomnę relacji pewnej mojej znajomej, p.A opowiadającej o innej, wspólnej znajomej, p.B:  Pani B do pani A - pożycz mi 50,-zł bo lodówka pusta, nie mam za co zakupów zrobić. Pani A - proszę bardzo, ja też idę na zakupy, chodźmy razem. Nazajutrz pani A opowiada: Z tych pożyczonych pieniędzy B kupiła za 40,- zł emalię do paznokci i zmywacz, a za 10,-zł trochę smalcu i taniej kiełbasy. Na obiad dla męża :).


Może nie aż do tego stopnia, ale wiele z nas nie jest w stanie odmówić sobie szminki w modnym kolorze, perfum w ulubionym zapachu czy innego kosmetyku, bez którego przecież absolutnie obyć się nie może. Oczywiście konsumpcja, ta zwielokrotniona, jest znakiem czasu. I dobrze. Albo i nie.
Ale dawniej kobiety także o siebie dbały, na miarę ówczesnych możliwości rzecz jasna, i same zajmowały się produkcją środków upiększających. Pamiętam, że jako odżywka do włosów służyła woda z octem, na trądzik zalecane było picie naparu z bratków, a do rozjaśniania piegów używało się plasterków świeżego ogórka.


I dziś także wiele pań i panienek sięga do domowych sposobów, z których kilka przypomnę:
Maseczka ze świeżych drożdży


-dla cery normalnej
2-3 dag drożdży rozpuścić w 2 łyżach mleka,nalożyć na twarz i po 15' spłukać letnią wodą,


- dla cery suchej
2-3 dag drożdży + 2 łyżki oliwy z oliwek, po 15' zmyć letnia wodą,


- dla cery tłustej (leczy trądzik)
2-3 dag drożdży zmieszać na papkę z letnią wodą + ćwierć łyżeczki soku cytrynowego, nałożyć na twarz, spłukać po 15'. Stosować codziennie przez miesiąc.


Cerę trądzikową leczy także pomidor, nakładany w plastrach na twarz.  Albo maseczka z płatków owsianych: do 2 łyżek płatków dodać letnią wodę, aby powstała papka, zostawić do napęcznienia, nakładać na twarz i zmywać wodą po 20'.


Cera zmęczona ożywi się, gdy wspomożemy ją maską z utartego jabłka, z łyżką twarożku i kilkoma kroplami oliwy, albo z ugotowanego ziemniaka wymieszanego z łyżką ciepłego mleka, lub z  dojrzałej brzoskwini, pokrojonej w cienkie plasterki. Po 20' spłukujemy letnią wodą.


Matowym włosom blask przywraca mieszanina z 1/2 l ciepłej wody, soku z 1/2 cytryny i łyżki octu winnego.
Blondynkom dobrze zrobi płukanka z naparu kwiatów rumianku albo z łodyg rabarbaru (gotować pokrojony przez 5', zostawić do ostygnięcia, przecedzić).
Rude włosy dobrze reagują na napar z czarnej herbaty, albo wywar z łupin cebuli.
Brunetki do płukania włosów używają naparu z kory dębu.


Świetne rezultaty dają maseczki przygotowane z piwa albo z piwnych drożdży, które mają właściwości oczyszczające, antybakteryjne, przeciwzmarszczkowe:


- dla cery suchej
miąższ z awokado + łyżeczka miodu + trochę jasnego piwa zmieszać na papkę, nakładać na twarz, po 20-30' zmywać letnią wodą,


- dla cery tłustej, trądzikowej
15 tabletek preparatu Humanit V (z wit.) rozpuścić w małej ilości wody, tę papkę nakładać na twarz i po 20' zmywać letnią wodą. Stosować codziennie, przez miesiąc,


- do cienkich, łamliwych włosów
lekko ubite 1 jajko (albo samo żółtko) + trochę jasnego piwa nałożyć na wilgotne włosy, owinąć folią i ręcznikiem, po 30' spłukać. Tak samo stosuje się piwo rozmieszane z łyżeczką miodu.


Jeśli o piwo chodzi, osobiście preferuję sposób następujący: odkręcam kurek nad wanną, leję płyn do kąpieli, obok stawiam szklankę piwa z dużą pianą i wchodzę do wanny. Po jakiejś godzince resztę z dna szklanki wylewam na umyte włosy. Ale wczoraj nie było u nas piwa.  

7 czerwca 2010

Trzy minuty, niecałe, dla Vivaldiego


Jestem fanką, wielką fanką Antonio Vivaldiego.  I chociaż ta wspaniała muzyka wraz z jego śmiercią została całkowicie zapomniana, to jednak przed kilkudziesięciu laty na nowo ją odkryto i rangę w salach koncertowych przywrócono.




Zrobiłam pierwszy swój filmik, na którym zieleń z naszego ogrodu  stanowi skromne tło dla tych cudownych, barokowych dźwięków.

Orkiestrą Wichita State University dyryguje Robert Turizziani, na skrzypcach gra
John Harrison.
Nagranie z 6 lutego 2000 r.(z Wikipedii, plik: 02 - Vivaldi Spring mvt 2 Largo - John Harrison violin. ogg)




Mam nadzieję, że następne moje filmy na You Tube będą już bardziej poradne niż tu zaprezentowany. Mimo dźwięku pozostawiającego wiele do życzenia zapraszam do posłuchania.

1 czerwca 2010

Pewnego dnia, 1 czerwca



Żadna pompa wysokowydajna nie byłaby już w stanie wypompować wody, jaka upłynęła od czasu, kiedy ostatni raz o moim Dniu Dziecka pamiętano, bo i od dawna już nie ma osób, które mogłyby w tym dniu dać mi upominek, życzenia złożyć, albo chociaż zatelefonować i powiedzieć coś w rodzaju: - Jak się czujesz, córeńko?
Nic to, takie życie. Pokolenia się wymieniają.

Czasy mojego dzieciństwa przypadały na okres powszechnych braków w zaopatrzeniu, siermiężności, burości. Nie było zabawek, ubrań, łakoci. Dzień Dziecka w mojej rodzinie w szczególny sposób celebrowany nie był. Z tym, że Matka zawsze o nim pamiętała. Dostawaliśmy co najmniej jakieś ulubione słodycze, które sama przygotowywała.
W pamięć wrył mi się szczególnie jeden z takich dni. Byłam już młodszą nastolatką. Matka zaprowadziła mnie do księgarni. W wielkim ścisku dopchałyśmy się nareszcie do lady i tam oglądałyśmy grę p. t. Wiem wszystko. Było to kartonowe pudło, zawierające ileś tam plansz podzielonych tematycznie, np. najdłuższe rzeki, najwyższe góry, największe budynki, itd. Każda z plansz miała dwie części - pytania i odpowiedzi - a prawidłowość odpowiedzi potwierdzała zapalająca się lampka, podłączona przewodami do płaskiej bateryjki. Ta 'maszyneria' ukryta była pod spodem pudełka.
Oczywiście oczy mi się zapaliły do takiej zabawki. Ale gra była droga. Jak wszystko wtedy. A może raczej jak wszyscy wtedy biedę, większą czy mniejszą, ale jednak, klepaliśmy. Matka zapytała: - Bardzo chcesz to mieć? A ja skwapliwie kiwałam głową.
I potem wracałyśmy do domu rozgadane, ja trochę szczęśliwa, a trochę nieszczęśliwa, bo wiedziałam, że nie powinnam była o ten prezent prosić.
Szybko wraz z młodszą siostrą na pamięć nauczyłyśmy się odpowiedzi na wszystkie pytania, i chętnie popisywałyśmy się tą wiedzą przy każdej okazji.

Po latach w domu rodzinnym, w jakiejś szafie odkryłam jeszcze część tych plansz, z pozaginanymi rogami, wysmotruchane i zapełnione dziecinnymi zapiskami. Wtedy pomyślałam, że to były dobre czasy. A my dzieci, mało, prawie nic nie mieliśmy, ale byliśmy kochani, i to w zupełności nam wystarczało.

Dzieciństwo moje było w sumie szczęśliwe dosyć, choć i wstrząsów potężnych nie pozbawione. Kiedy dziś do niego pamięcią wracam, żałuję, że tak szybko minęło, że dłużej nie trwało. Ale może niepotrzebnie żałuję, wszak na starość człowiek też przecież dziecinnieje. Tyle tylko, że skala przeżyć i uczuć jakby już nie ta sama.

25 maja 2010

Lepsze stany świadomości

Kiedy dopada nas stan niemocy i bezradności, bo życie, okoliczności, wydarzenia, w najwyższym stopniu są niesprzyjające, można próbować schronić się do własnego środka i rozpocząć medytowanie.

Medytacja – dobra rzecz. Medytować można według różnych szkół czy wzorców. Zwykle kojarzymy ją z dalekowschodnimi religiami czy systemami filozoficznymi.

Ale nie tak dawno przeczytałam, w Sieci zresztą, dwie bardzo, moim zdaniem ciekawe pozycje*, autorstwa Jose Silvy, amerykańskiego odkrywcy oryginalnego sposobu osiągania stanu medytacji dynamicznej.

Otóż stan ten pozwala naszemu umysłowi na niemal nieograniczone sterowanie naszym życiem, zdrowiem, samopoczuciem, ba, pozwala nawet programować nasze sny.

Zapaliłam się do pomysłu wyćwiczenia się w takiej medytacji, tym bardziej, że pomagać można nie tylko sobie, ale i innym osobom, na przykład w ich problemach zdrowotnych, nawet na odległość.

Co zrobić, aby osiągać tak pożądaną przecież przez każdego równowagę wewnętrzną? Najprościej jest zapisać się na kurs Samokontroli umysłu. Jeśli nie jest to możliwe, można podjąć samodzielne ćwiczenia.

Polegają one na umiejętności wprowadzania się w stan alfa (albo theta, ale to już wyższa szkoła jazdy), charakteryzujący się niską częstotliwością fal mózgowych (między 7 – 14 Hz). Nasz zwykły stan czuwania i działania to stan beta, z częstotliwością fal od 14 Hz wzwyż.

Stan alfa, utożsamiany fizycznie z fazą zasypiania albo rozbudzania, pozwala na silny kontakt z własnym wnętrzem, eliminowanie zmartwień, łatwiejsze rozwiązywanie problemów życiowych, rugowanie złych uczuć i niedobrych myśli.
Ale głównie umożliwia on uruchamianie własnego „ekranu wyobraźni”, na którym możemy projektować pożądane w naszym życiu wydarzenia. I po pewnym czasie dochodzimy do tego, że te projekcje stają się realne w niewiarygodnie dużym procencie przypadków.

Ćwiczenia są bardzo proste, jednak wymagają systematyczności i pewnej dyscypliny: przez 10 dni , co rano, z zamkniętymi oczami, wygodnie usadowieni, najlepiej jeszcze leżąc w łóżku, po prostu liczymy wspak. Bardzo powoli, z częstotliwością co 2 sekundy. Staramy się całkowicie koncentrować na tym liczeniu, odsuwając na bok wszystkie inne myśli. Najpierw od 100 do 1. Przez kolejne 10 dni od 50 do 1. Następnie od 25 do 1. Potem przez 10 dni odliczamy do 10 do 1. A ostatnie 10 dni to liczenie od 5 do 1.

Każdą taką medytację kończymy odliczaniem od 1 do 5: raz, dwa, trzy, kiedy powiem pięć, otworzę oczy, będę całkiem przebudzona, poczuję się świetnie, dużo lepiej, niż poprzednio, cztery, pięć.

Teraz już potrafimy „na zawołanie” osiągać stan alfa, potrzebny do głębokiego sterowania własnym umysłem, panowania nad swoją podświadomością i nadświadomością.

Równolegle uczymy się wywoływania na naszym ekranie wyobraźni zamierzonych skutków: wyobrażamy sobie ekran, jak w kinie, i na nim umieszczamy przedmioty, osoby i zdarzenia. Najpierw rzeczy proste, np. owoc, jabłko czy pomarańczę, w kolorach, w 3D, z wyraźnym każdym, najdrobniejszym szczegółem. Stopniowo wprowadzamy na ekran ludzi i scenariusze. Oczywiście takie, których oczekujemy, i chcemy aby się w najbliższej przyszłości wydarzyły.

Można to łatwiej wytłumaczyć na przykładzie osoby zamierzającej stracić zbędne kilogramy.
Najpierw formułujemy pragnienie: chcę schudnąć 10 kilogramów. Odszukujemy swoje fotografie sprzed tych 10 kilo. Zachwycamy się, jak fajnie wyglądałyśmy. Następnie budzimy w sobie wiarę, że z łatwością możemy to osiągnąć. Na ekranie umieszczamy swój obraz w obecnym stanie. Przesuwamy go łagodnie w prawo, a z lewej wprowadzamy sobie taką, jaką chciałybyśmy być. Kontemplujemy tę postać , wyobrażamy sobie jak śliczne będziemy, jak cudownie będą nam smakowały te sałaty i marchewki, które będą odtąd podstawą naszego menu.

I pozostaje nam już tylko oczekiwanie na rezultaty.

Oczyma wyobraźni widzimy zachwycone spojrzenia bliskich i znajomych, cieszymy się swoją przyszłą, świetną sylwetką, gładką skórą bez jednej fałdki, widzimy siebie w bikini na plaży, i tak dalej.

Ćwiczymy ten obraz codziennie, co najmniej dwukrotnie, a najlepiej wielokrotnie. Nie mamy wtedy czasu na zaglądanie do lodówki czy próbowanie nowego przepisu.

Bardzo zachęcająco, wręcz rewelacyjnie wygląda też możliwość nabycia umiejętności samouzdrawiania, poczynając od błahych przypadków skaleczenia i natychmiastowego zatrzymania krwawienia oraz usunięcia bólu, do samoleczenia poważnych schorzeń, nawet chronicznych.

Oczywiście o ile nie wytrwamy w systematycznym kształceniu umiejętności własnego umysłu według tej metody to i tak skorzystamy wiele na samym procesie medytacji. Ona nas odpręża. Uspakaja. Wycisza. Pozwala zobaczyć sprawy i rzeczy we właściwych proporcjach. A to już jest wartość w dzisiejszym zwariowanym świecie.

Wiara Jose Silvy w moc ludzkiego umysłu to też przekonanie, że możemy się z własną świadomością kontaktować za pomocą słów. Cóż więc nam szkodzi powtarzać sobie przy każdej możliwej okazji, i bez okazji:

               Moje ciało i umysł są zawsze w doskonałym zdrowiu.

Przecież to nic trudnego, aby w to zdanie uwierzyć. A myśli stale powtarzane stają się podobno faktami.

*


W każdym razie polecam te lektury, bo sama bardzo wierzę w ogromne możliwości naszego umysłu, których nadal nie potrafimy należycie wykorzystywać.No, chyba że jesteśmy geniuszami.

8 maja 2010

Dwa pęczki mniszka poproszę!



Jasne, że na żadnym straganie, ani nawet w sklepie ze zdrową żywnością nie sprzedadzą nam mniszka w pęczki powiązanego, żołędzi w kilogramowych torebkach czy łopianu na sztuki.

Ale przecież od stuleci, a raczej od tysiącleci ludzie zbierali i zajadali się roślinami, które my, współcześni, na ogół uważamy za niejadalne. Że jednak niezupełnie tak jest przekonać się możemy czytając przepisy na potrawy z „chwastów”. Ostatnio do użycia mlecza naszego poczciwego, czyli poprawnie mniszka lekarskiego, namawiała Alexa, dzieląc się swoim sposobem na przygotowanie wielce smacznego i leczniczego miodu z tych ślicznych roślinek.

A tu kilka innych zastosowań, nie na słodko. Znana jest szeroko sałatka, jaką chętnie Francuzi na swoich stołach witają, dlatego nazwę ‘francuskiej’ ma w tytule:

Trzeba wziąć:
-3 garście młodych listków  mniszka (to znaczy zanim on jeszcze stanie się dmuchawcem)
-kilka plastrów wędzonego boczku
-3 łyżki oliwy
-½  łyżeczki octu balsamicznego lub 1 łyżkę czerwonego octu winnego
-3 ząbki czosnku
-sól, pieprz
-i szczypiorek

Boczek pokroić w kostkę, podsmażyć na patelni.
Do salaterki włożyć listki, większe porwane na kawałki. Dodać podsmażony boczek, zalać  sosem  z oliwy, octu i posiekanego albo utartego czosnku. Dodać sól, pieprz , szczypiorek.

Sałatkę można wzbogacać dodając jajko na twardo, świeżego ogórka, czy pomidora pokrojonego w półplastry.  Lub rzodkiewki. Albo grzanki zrumienione w piekarniku, natarte  ząbkiem czosnku i pokrojone w kostki.

Robi się też sałatkę z mniszka z dodatkami takimi jak koreczki anchois, cebula, musztarda, ser feta, albo zwykły twarogowy, dobrze przyprawiony.

Podaje  się  też listki krótko obsmażone na oliwie, wymieszane następnie ze świeżym ogórkiem, siekanym drobno czosnkiem,  polane śmietaną  (albo śmietanką) ze szczypiorkiem.

Można także mieszać  listki mlecza z innymi chwastami, np. listkami pokrzywy, ziołami świeżymi, np. bazylią,  oraz z innymi rodzajami sałat i podawać tak, jak zwykle podaje się sałatę, to znaczy w sosie winegret albo śmietanowym.

Do spróbowania jest także przepis na listki mlecza z ananasem:

-3-4 garście listków mniszka
-½ puszki (albo więcej :) ananasów w krążkach, z zalewą
-3 łyżki oliwy
-3 ząbki czosnku
-1 łyżeczka octu balsamicznego albo 1 łyżka octu, albo sok z cytryny
-sól, pieprz

Zalewę z ananasów łączymy z octem, oliwą, zmiażdżonym czosnkiem, solą, pieprzem (jeśli za słodka dolewamy łyżkę wody) i tym sosem zalewamy liście mlecza. Dodajemy pokrojone na cząstki krążki ananasa.

Zamiast ananasa możemy dodać cząstki mandarynek, albo pomarańczy.

Właściwie jedynym warunkiem udanej sałatki, czy raczej surówki, są listki – muszą być młode, zbierane najlepiej przed kwitnieniem mniszka. Stare liście są gorzkie. Goryczki ewentualnie można się pozbyć  mocząc listki  w słonej wodzie (roztwór 1 łyżka soli na 1 litr wody ) przez pół godziny.
Jeżeli zbieramy mlecze  we własnym lub zaprzyjaźnionym ogrodzie możemy liście odbarwić  (i pozbawić goryczki),  przykrywając rosnącą roślinę  np. odwróconą doniczką czy innym naczyniem.

Mniszek, obok pokrzywy i babki lancetowatej, uważany jest za najwartościowszy z dziko rosnących, jest  źródłem witaminy B i C, prowitaminy A,  także pierwiastków cennych dla zdrowia, jak potas, miedź, żelazo, wapń.

Według dr Łukasza Łuczaja, botanika i survivalowca, jadalnych chwastów mamy w Polsce około 200! Polecam jego stronę, bardzo zajmująca i pouczająca.

Kto może podzielić się swoimi przepisami na inne  chwasty jadalne? Jeszcze mamy w Polsce trochę miejsc czystych, dziewiczych, nie skażonych tak zwaną cywilizacją. Warto zabrać z nich parę badylków do naszej kuchni. Wszak jesteśmy tym, co jemy.

7 maja 2010

Zdjęcie numer 10

Tygrysek deZeal, a raczej Tygryska, i w dodatku Bliźniaczka z Moorland Home, wyraziła życzenie obejrzenia mojego dziesiątego zdjęcia. A to, jak może wiecie, w związku z wymyśleniem zabawy fotograficznej.


No więc, choć głupio się przyznać, że po zrobieniu ponad 11 tysięcy fotografii, w dalszym ciągu ta technika jako magia czarna mi się jawi, to jednak pstrykam i pstrykam, aby dla pamięci, już  nie tej co drzewiej, obrazki sobie pozostawiać.


Choć siebie od dawna nie zdejmuję (bo po co stresować się dodatkowo – mało to w życiu zmartwień?), to chętnie przecież uwieczniam chwile, głównie te z naszymi zwierzętami w roli głównej.
Cyfrowy aparacik, taki zwykły kompakt, dla niewtajemniczonych, co to wszystko sam zrobi, jak go w pozycji 'auto' ustawić (to lubię), kupiłam razem z laptopem wiosną, cztery lata temu, i tak się od tego czasu bawię w fotografowanie.
Uprzednio mieliśmy, lat kilkadziesiąt pewnie, aparat Zorki 4. Nie, nie na kartę pamięci. Na filmy, takie na rolce. Wywoływało się je samodzielnie, w zaimprowizowanej ciemni, albo w zakładzie fotograficznym, gdzie również można było zamówić odbitki.  Tej metody  kompletnie nie potrafiłam opanować.



Oczywiście porządku za wielkiego to ja w swoim fotograficznym zbiorze nie mam, w dodatku zdjęcia są w Microsoft Office, Picasie i PhotoScape, ale ich obróbka absolutnie nie jest moją mocną stroną.
Grzebanie w tych archiwach okazało się jednak być wcale przyjemne. I tak znalazłam dwa zdjęcia numer dziesięć.


Oto fragment wejścia do naszej chałupiny, do której wprowadziliśmy się latem 1997 . Mieszkając w niej przeżyliśmy kapitalny remont, trwający naprawdę długo.  Ten tylko wie co to znaczy, kto na własnej doświadczył skórze.
Mieliśmy w planach, aby zostać tu rok, no, może dwa. Jak widać jednak, właśnie mija tych lat trzynaście. Jak to mówią – człowiek strzela,  Pan Bóg kule nosi.



Ale marzenia nadal mamy: takie o wsi spokojnej, wsi wesołej, sielskiej i anielskiej.



I drugie zdjęcie. Z tego blogu,  numer dziesiąty. Przedstawia naszą kochaną kociczkę Lolisię, świeżo wówczas odzyskaną po miesięcznej prawie nieobecności w domu, kiedy to już zaczęliśmy godzić się powoli z myślą, że ją utraciliśmy. Ta historia jest  tutaj opisana.





Mimo, że fotografowanie nie jest moją pasją, to jednak bardzo lubię oglądać zdjęcia tak pięknie robione przez naprawdę wiele, wiele osób. Zachwycam się ujęciami, tematami, myślami przewodnimi, aranżacjami i wszelkimi innymi elementami, składającymi się na zdjęcie doskonałe.
                                                              

                                                                    





Zapraszam do zabawy i namawiam do pokazania na swoich blogach dziesiątego zdjęcia z Waszego komputera  i/lub blogu:


- Błękitną- Polę Karską z Między Warszawy a Nieba


- Donatę z Donaty Świata


- Jolantę z Fotografii z Bliska i z Daleka


- Alexę z Home is my Life


- Asię i Wojtka z Siedliska pod Lipami


- Asię ze Starej Stajni


Demonstrujcie fotografie, będziemy podziwiać. I komentować.

4 maja 2010

Rudolf smutny bardzo


Nasz Rudolf, zwany Rudym po prostu,  jest osowiały taki. Nikogo nie zaczepia, aby troszkę, tak dla żartów, się posiłować, choć dotychczas z lubością to robił. Żadnej kociczki naszej nie poklepuje, a dotąd żadnej przecież nie przepuścił.

Samotny bardzo jest mimo obecności gromadki kotów. Bo Rudy w zasadzie tylko ze Szkaradziejem się kumplował. I trwała ta kocia przyjaźń od 10 lat, czyli od czasu, kiedy Rudolfowi, nieszczęśnikowi mieszkającemu w kompostowniku na sąsiadującej z naszym ogródkiem działce, wedrzeć się do naszego domu udało.

Zaczęło się oczywiście od wojny; Rudy bił Szkaradzieja, przeganiał kociczkę Małpiatkę, która wtedy właśnie do nas przystała, warował przed naszym gankiem, aby zagrodzić im dostęp do domu.
- Kot to kot, umyślił sobie biedak, - i doszedł do wniosku, że jeśli nie wpuści na ganek Szkaradzieja to ludzie zaproszą do domu jego, Rudego. A on rozpaczliwie domu potrzebował, taki zapchlony, zarobaczony, zakażony grzybicą, i na dobitkę z zaawansowaną astmą.


Kiedy już Rudy w domu się znalazł, ale jeszcze nie przekonany o pewności miejsca, momentalnie podporządkował sobie Szkaradziejka, który z obawy przed agresją tego silnego kocura, przyjął z filozoficznym spokojem rolę podwładnego i zaczepki z Rudym nigdy nie szukał.
Była to taktyka bardzo słuszna, bo jak się niebawem okazało, Rudy ze Szkaradziejem szybko stali się nierozłączni. I chociaż Rudolf lubił bardzo popisywać się swoją władzą, flegmatyczny i refleksyjnie do życia nastawiony Szkaradziej korzystał z ochrony, jaką Rudy zapewniał zawsze w obliczu niebezpieczeństw grożących ze strony obcych kocurów, których sporo się u nas pojawiało.

Oba koty razem wyprawiały się na bliższe i dalsze włóczęgi, oba w tym samym czasie były wysterylizowane, chociaż to Rudy jeszcze długo po kastracji wykazywał bardzo aktywne zainteresowanie kocimi pięknościami.


W miarę upływu lat przyjaźń Rudolfa i Szkaradzieja do tego stopnia okrzepła, że wszystko robili wspólnie, a jeden od drugiego „małpował” zachowania. Na przykład: Szkaradziej jadał dwa-trzy razy dziennie, ale ponieważ Rudy, który przeszedł w swoim życiu etap głodu i starsznie się bał, że jedzenia może zabraknąć, wpadał do kuchni co kilkanaście minut, zjadał trzy chrupki i wybiegał, Szkaradziej po pewnym czasie zaczął robić to samo. Teraz oba koty przez cały dzień, ustawicznie coś podgryzały, chrupały, próbowały.

Rudy, mimo że z czasem odzyskał gęste, puszyste futro, jest strasznym zmarzlakiem i bez ustanku szuka miejsca jak najcieplejszego. Jego tragiczne przeżycia z czasu gdy był kotem bezdomnym nauczyły go, że „lepiej dmuchać niż chuchać”, a więc garnie się do słońca, do kominka, do gorącego kaloryfera. Szkaradziej miał odwrotnie – lubił pasjami przesiadywać na dworze, nawet w siarczysty mróz czy niepogodę. Trudno go było sprowadzić do domu. I co się stało? Kiedy oba koty już tak naprawdę się skumplowały, to okazało się, że ten wyjątkowo ciepłolubny Rudy razem ze Szkaradziejem na progu, w paskudny ziąb przesiaduje i wołany do domu nie wejdzie, jeśli Szkaradziej pierwszy tego nie zrobi.
Szkaradziej przepadał za rybami, których Rudy nie tolerował. Po jakimś czasie okazało się, że Rudy także jest fanem ryb, choć początkowo po ich zjedzeniu wymiotował.

Przykładów tego dziwnego, ale jakże ładnego kociego przywiązania jest dużo, lecz o nich będziemy sobie z Rudolfem do uszka szeptać i wspomnienia piękne snuć; wszak Rudy, młodszy zapewne od Szkaradzia o dwa-trzy nawet lata, nie zamierza chyba jeszcze nas osierocać.

Więc czy dziwić się można, że Rudolf na progu samotny siedzi,  i smutny taki? Stracił przecież przyjaciela, a to wielka trauma, wielka.

2 kwietnia 2010

Nie ma już z nami Szkaradzieja


Odszedł ten biedaczek cudny, nasz Szkaradziejek. Opuścił nas wczoraj, w Wielki Czwartek, 1 kwietnia 2010 roku. Przeszedł do świata lepszego, tego bez cierpień, bez męki. Na tym padole mordował się od trzech przeszło miesięcy, a ostatnie siedem dni były dla niego i dla nas gehenną.



W takich sytuacjach nie wiadomo co robić; czekać, aż istota odejdzie sama czy usypiać, a więc jednak odbierać jej życie. Ale jakim prawem? Co lepsze dla zwierzęcia? Wszak Szkaradziej tak strasznie chciał żyć, tak ze wszystkich sił, do końca, do ostatka, pazurami się tego jestestwa swojego trzymał.
Przez ostatni tydzień nic nie jadł, już zupełnie nic. Pił trochę, także nie za wiele. To jakiś nadzwyczajny przypadek, wola życia nie do opisania, że tak długo udawało mu się oczu nie zamykać. I nie zamknął ich do końca. Umarł z otwartymi, tymi swoimi przepięknymi, olbrzymimi oczyskami, jak dwa wielkie jeziora, bezdennymi, mądrymi, wszystko rozumiejącymi. Tylko tego, dlaczego musi już odejść, dlaczego cierpieć musi, pojąć nie był w stanie.

On, inteligentny niczym człowiek, taki piękny, poważny, roztropny, nasz Szkaradziej kochany, pozostawił nas w smutku bezbrzeżnym, w czas, w którym katolicka religia gasi Wieczną Lampkę na ołtarzach w swoich świątyniach.





Pochowaliśmy go po cisem, w ogrodzie, gdzie cmentarne miejsca spoczynku mają stworzenia, które wcześniej nas opuściły. Zajął miejsce obok Murki, naszej najukochańszej. Opatrzność nam go zesłała na 2-3 tygodnie przed jej odejściem. Po to chyba, abyśmy nie zatracili się w zmartwieniu po jej śmierci.

Był z nami 11 lat i 4 miesiące. A teraz odszedł, przypominając, że wszyscy jesteśmy tu tylko chwilowo. Więc bądźmy dobrzy, jak najlepsi, dla siebie nawzajem i dla podopiecznych naszych. Bo szybko żegnać się trzeba. Za szybko, drogi Szkaradziejku.

23 marca 2010

Minister a dzięcioł białogrzbiety

                                                                  Dzięcioł białogrzbiety (Dendrocopos leucotos), fot: Wikipedia


Co rano sobie obiecuję, że żadnej gazety codziennej otwierać nie będę, żeby się nie denerwować niepotrzebnie. I co rano to robię.
Dziś to aż żołądek z tych nerwów mnie rozbolał; kliknęłam w Gazetę Wyborczą, a tam Adam Wajrak rozdzierającym głosem woła, że w Puszczy Białowieskiej piły słychać. Piły piłują, wiadomo, drzewa piłują. A na drzewach ptaki, i to te rzadkie, gniazda wić zaczynają, ale spokoju nie mają. Ekolodzy już od miesiąca proszą i błagają władze leśne i państwowe, aby z wycinką spokój dały, chociaż do czasu zakończenia ptasich lęgów. Ale gdzie tam, jak groch o ścianę.




A ja, naiwna myślałam, że teraz to już urzędników, przynajmniej tych najwyższych, mądrych, rozsądnych, roztropnych mamy. Więc Adam Wajrak zawołał, żebyśmy do ministra środowiska i do dyrektora lasów pisali, bombardowali, prosili, argumentowali. No, to zaraz napisałam:




"Do Ministra Środowiska
prof. Andrzeja Kraszewskiego

Szanowny Panie Ministrze!

Zwracam się do Pana jako najwyższego w państwie urzędnika, od którego zależy utrzymanie naszych zasobów naturalnych w jak najlepszym stanie, aby Pan Profesor spowodował niezwłoczne wstrzymanie wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. Ptaki cudowne i rzadkie mają właśnie okres lęgowy. Niech w spokoju przychodzą na ten nasz, polski świat, niech cieszą się życiem, a my nimi.

Z poważaniem..." itd.

DW: adam.wajrak@gazeta.pl

Mam wiarę, że pomogę. Ptakom. I sobie. I nam wszystkim. Piszcie także. Na adres: biuro.ministra@mos.gov.pl

17 marca 2010

Choroba afektywna sezonowa




Wygląda na to, że  na naszych oczach strefa klimatu umiarkowanego powoli zaczyna się przekształcać z dotychczasowej, cztery pory mającej, na taką, co to tylko zimę ma, a potem to już nie wiadomo co, choć chciałoby się, aby to lato było. I  przynajmniej  od zimy nie krótsze, ciepluteńkie, kolorowe, słoneczne. Właśnie. Bo jeśli dłużej ta przepaskudna aura utrzymywać by się miała to moje obecne przygnębienie gotowe przekształcić się w depresję, nazywaną ciężką.

Nie wiem, jak inni, ale ja serdecznie dosyć mam tych śnieżyc i zimna, nękającego nas od miesięcy całych. Brakuje słońca, ciepła, dobrego nastroju. Po prostu człowiek w chorobę się pogrąża.
Kiedy się kliknie  hasło "depresja" to w Wikipedii wyczytać można masę przerażających informacji, operujących tajemniczymi, dla medyków tylko czytelnymi, terminami.
Zmusiłam się do dużej koncentracji i udało mi się w końcu, bez wizyty u psychiatry, wydedukować, że stan mój wskazuje na przypadek depresji, która pojawia się co roku w okolicach października/listopada, utrzymując się aż do pierwszych cieplejszych, dłuższych dni w marcu/kwietniu.
Przyczyny tej choroby, zwanej afektywną sezonową, dotykającej czterokrotnie więcej kobiet (i dzieci!) niż mężczyzn, nie są znane, jednak uważa się, że powodują ją zaburzenia w ośrodkowym układzie nerwowym, a te z kolei są wywoływane przez  niedostateczną ilość światła słonecznego oraz niskie temperatury.

To jak udało mi się dopasować nazwę choroby do mojego stanu? Otóż na 12 wyliczonych przez autora objawów, aż 9 mogę sobie swobodnie przypisać:

- nic mi się nie chce, nie myślę ani o dniu dzisiejszym, ani o nieodległej przyszłości, w tym na przykład o przygotowaniach do Wielkanocy, ani nawet nie obchodzą mnie kandydaci na kandydatów na prezydenta (RP), czyli: (1.) obniżona aktywność, (2.) niechęć do pracy i funkcjonowania w społeczeństwie,

- nie ruszają mnie brudne okna, sterty bielizny do prasowania, bałagan w szufladach, 'zakocone' dywany i tapicerka oraz istne klepisko na podłogach, czyli (3.) problemy z wykonywaniem   codziennych czynności,

- otoczenie mnie denerwuje, w każdej rozmowie upatruję złośliwości pod własnym adresem, czyli (4.) nadmierna drażliwość,

- teksty czytuję po dwa razy, męczy mnie nawet ulubione dotąd łazikowanie po Sieci, czyli (5.) problemy z pamięcią i koncentracją,

- nic mnie nie bawi (no, może oprócz przeczytanej wczoraj dykteryjki: Kot słyszy, że go wołasz. Odpowie ci, kiedy tylko znajdzie wolną chwilę), ani nie cieszy, czyli (6.) uczucie smutku,

- choć kompletnie nic nie robię stale jestem zmęczona i najchętniej, niedługo po wstaniu, znów zwaliłabym się do betów i 'proszę mi nie przeszkadzać', czyli (7.) uczucie przewlekłego  zmęczenia i (8.) wzmożona senność,

- strzałka na łazienkowej wadze perfidnie w prawo się wychyla (może się popsuła?), czyli (9.) zwiększenie masy ciała związane ze zwiększonym apetytem, zwłaszcza na węglowodany.
Dziwne, bo ja 'prawie nic' nie jadam.

Autor definicji choroby jeszcze przytacza lęki i myśli samobójcze (nie mam, przynajmniej na razie) oraz pisze coś o popędzie seksualnym, ale na ten temat nie będę się publicznie wypowiadać.

W ramach leczenia przewiduje się podawanie leków antydepresyjnych, seanse u psychoterapeuty oraz fototerapię. Lekom wszelkim to ja przeciwna jestem, o ile nie są absolutnie konieczne. Psychoterapię uważam za dość zajmującą i zabawną nawet, niestety, za drogo kosztuje.
Najbardziej by mi odpowiadała  profilaktyka. To znaczy spędzanie naszych zimowych miesięcy na ciepłomorskim wybrzeżu. Jakaś przez turystów nie nawiedzana, malutka, grecka wysepka?

Momentalnie się na taką myśl ożywiłam: - Kup mi jutro los Lotto, kiedy będziecie z Pieskiem po chleb do 'drewniaka' chodzili - krzyknęłam do męża, i poszłam po "Ilustrowany Atlas Świata". 

8 marca 2010

Drogie Panie!

Bukiecik z mojego ogródka

Wydaje mi się, że kilku panów lekce sobie waży dzień ósmy marca bieżącego, i każdego innego roku, udając, że nie wiedzą co to za data. Albo zasłaniając się tymi wykrętami dziecinnymi, że to "komunistyczne święto" lub co jeszcze gorsze, autentycznie "wylatuje im z głowy".

Więc co, oprócz słów refrenu, z takim kiedyś powodzeniem wykonywanego przez Danutę Rinn: 
Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,  możemy sobie dośpiewać? Otóż odpowiedź zabawna nadeszła  od Jolanty z blogu "Fotografie z bliska i z daleka".
Jola taki, krótki liścik napisała:

"Przyjmij życzenia babo kochana,
od drugiej baby z samego rana!"


 Czym mi humorek wybitnie poprawiła. No to przekazuję ten celny dwuwiersz  dalej i dobrego nastroju dzisiaj wszystkim BLOGGERKOM  szczerze życzę. Całkiem niezależnie od tych "orłów, sokołów, herosów".

5 marca 2010

Płacz i zgrzytanie zębów

File:Alexandre-Gabriel Decamps 002.jpg
Alexandre-Gabriel Decamps Jagdhunde 1839 Oil on  canvas,  Musee du Louvre


Łzy rzęsiste lały mi się z oczu, kiedy przed paru laty czytywałam licznie w prasie zamieszczane relacje z życia i działalności Bożeny Wahl. Ona, to znaczy p.Wahl, znana ongiś i podziwiana wielce artystka malarka, kobieta piękna, przedstawicielka warszawskiego high life'u zamieniła jakiś czas temu swoją rolę kobiety uwielbianej w stołecznym światku, na rolę opiekunki nad bezdomnymi zwierzętami, w zapomnianej przez ludzi wiosce pod Rawą Mazowiecką, gdzie założyła Przytulisko dla psów i kotów.

Ponieważ same łzy to mało, co roku wraz z mężem przekazywaliśmy nasz skromny, jednoprocentowy datek od podatku dochodowego na rzecz tej Fundacji, a ja w miejscowej prasie namawiałam co wrażliwsze na zwierzęcą krzywdę osoby, aby poszły w nasze ślady. Czasem też sięgamy do portfela aby doraźnie wspomóc najbardziej potrzebujących.

Choć nie prowadzę żadnych statystyk, a więc nie wiem ile osób mnie odwiedza, na tym blogu na stałe umieszczone jest łącze do schroniska w Boguszycach Małych. Chodzi mi o to, aby przypominać, że problem zwierząt bezdomnych istnieje. Że jeśli nawet tylko jedna osoba pomoże, i wcale niekoniecznie tej właśnie fundacji, to będzie to plus jedna osoba, a nie zero.

Przyznaję, że od wielu miesięcy nie odwiedzałam wirtualnie Przytuliska p.Wahl. Ale ponieważ właśnie zamierzam rozliczyć się z Fiskusem za ubiegły rok postanowiłam popatrzeć, co też słychać w Boguszycach, u psów i kotów.
A tam... o Boże Święty! Wielkie zamieszanie. Zmiany. Oskarżenia. Pomównienia. Dowody. Brak dowodów. Pani Wahl odwołana. Nowy Zarząd. Nowa Rada. Pani Bożena zakładniczką we własnym domu. Dochodzenia. Pani Wahl nową fundację  zakłada.

A co ze zwierzętami?! Podobno dobrze. Podobno lepiej, niż dotychczas. Komu wierzyć? Kto ma rację? O co ta wojna? Wzburzona przeokropnie i prawie przekonana o winie dotychczasowej zarządzającej i właścicielki ziemi, na której znajduje się schronisko, napisałam do nowego Zarządu z pytaniami o rozliczenie tej aferalnej sprawy. Z odpowiedzi dowiedziałam się, że postępowanie prokuratorskie trwa, materiały prasowe nie zostały ocenione pod kątem rzetelności dziennikarskiej przez Radę Etyki Mediów, a wielotysięczna kwota pieniężna w dalszym ciągu jest nierozliczona, a więc nie wiadomo, czy została spożytkowana na potrzeby zwierząt, czy na inne cele.







Dziś, kiedy już trochę ochłonęłam po tych bulwersujących wiadomościach, sięgnęłam ponownie do materiałów prasowych. Barbara Pietkiewicz, wiadomo, jak pisze wierzy się jej każdemu słowu (artykuł w "Polityce" z sierpnia 2009 tu można przeczytać). W "Gazecie Wyborczej" 9 grudnia 2009 materiał "Bitwa na psim polu" zamieściła Anna Wacławik-Orpik (tekst tutaj). Zdaje się być obiektywny. Ale znów nie dać wiary słowom, zapewnieniom nowego Zarządu? Dlaczego?

Wniosek jest tylko jeden: U nas, jak zwykle, kiedy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, chodzi o pieniądze. Tylko dlaczego, na miły Bóg, zawsze najsłabsi na tym ucierpieć muszą?



Pytanie: Jak funkcjonuje prawo, w tym przypadku to o organizacjach pożytku publicznego, że dochodzić może do sytuacji, w których latami nikt nikogo, za nic nie rozlicza?


I refleksja. Jesteśmy dopiero na początku drogi prowadzącej do budowania społeczeństwa obywatelskiego. Między innymi ten jeden procent podatku, oddany do naszej dyspozycji, miał temu budownictwu służyć. Ilu z nas podobne sprawy skutecznie do tego zniechęcą?

Oczywiście w tym roku przekazuję, jak obiecałam, swój 1% na Fundację "Ostatnia szansa", wierząc, że to o psy chodzi. Może kiedyś wybiorę się do Boguszyc Małych, aby naocznie przekonać się, kto jest dobry. Dla zwierząt.

22 lutego 2010

Szwoleżer na uspokojenie



Ostatnio wszystko mnie męczy. I denerwuje. W dodatku znów nie miałam dostępu do Internetu. Postanowiłam więc nos zatopić w jakiejś lekturze, która niezbyt głowę absorbuje, i co konieczne, zupełnie odbiega od tak zwanej powieści współczesnej.


Wybrałam rzecz historyczną z epoki napoleońskiej p.t. Szwoleżerowie Gwardyi. No cóż, człowiek lekko dziecinnieje.

Nie jest to może proza klasy światowej, ale jakże miło się czyta. Wacław Gąsiorowski napisał ją w 1910 roku. Jakiś czas potem przeredagował tekst na potrzeby czytelnika młodzieżowego i w tym opracowaniu wydana została w Warszawie przez Gebethnera i Wolffa w roku 1913. Powyżej to właśnie, pierwsze wydanie.

Fabuła przenosi nas do roku 1812. Napoleon wyrusza na wojnę z Rosją. Znów potrzebuje polskiego patriotyzmu, bo chce naszego żołnierza i naszego zaopatrzenia, i to w dużych ilościach.
Większa część społeczeństwa, o Pani Walewskiej nawet nie wspominając, wielbi cesarza Francuzów, wierząc, że przywróci on Rzeczpospolitej niepodległość. Ale są i jego zagorzali krytycy, tacy, jak jeden z bohaterów powieści, porucznik Józef Stadnicki. Ten pochodzący z drobnej szlachty, niezbyt kształcony młody człowiek, potrafi jednak myśleć, analizować, wnioski wyciągać. Choć żołnierz z niego doskonały, opuszcza szeregi armii, i tak o swojej służbie opowiada:

„…Będzie temu pięć roków, gwardię szwoleżerską ogłosili, werbunek odbębnili – leźli rozmaici, polazłem i ja, sacrebleu, carramba! Wystroili nas na amarant z granatem i pognali w świat. Pognali i kazali zdychać za lemperera, za Francuzów, za szewron, za krzyżyk i niby za ziemię rodzoną. W pułku, niby w kotle, wrzało!

Powiadali, aby ze dwie kopy łbów hiszpańskich natłuc, to już-ci, ani chybi, cała Rzeczpospolita w biuletynie cesarskim nakazana będzie, no i ten! Dwa miesiące mordowaliśmy – chłop, no to chłopa, a jak baba, to babę; - dzieciak czy dziad, mnich nie mnich, z nożem idzie czy z krzyżem, zamierza się, czy ci do nóg się kładnie – przez łeb, po kapturze, rozkaz był, sacrebleu. I ten! … Hiszpan nas monstrancją egzorcyzmował – ale nam, psia, nic! Cesarz, powiadali, samemu papieżowi, jak potrza, szlufy odbierze i zdegraduje na braciszka zakonnego, albo zgoła do ciurów księżych wyśle. Tak i dobywaliśmy. Gryzły nas guerille, ziąb ściskał, nędza w kotle padlinę z prochem warzyła – aż ci machnęła białą płachtą, marszałek wiwat kazał bić, miasto zdobyte… - kupa gruzów i zaraza! Wyciągnęli bataliony na paradę i nuż Panu Bogu dziękować, że Mu mendel kościołów w powietrze wysadzili, co było klasztorów to rozwalili, a sukienek klasztornych natłukli, że ani pogrześć!

Rozumiecie waszmościowie?! Nie na tom się pod Krakowem rodził, aby przed Hiszpanami Tatara symulować lub za bisurmańskiego mameluka uchodzić. Zresztą, nie lubię, psia mać!
Napoljona nie lubię, takich wylizanych mundurków nie lubię, tych imć jenerałów z socjety nie lubię, i ten… niech żyje Dąbrowski! …”

Pewną trudnością, zwłaszcza dla młodszego nastolatka, może być archaiczny język, pojawia się wiele wyrazów, których już nie ma w użyciu, albo też zmieniło się ich znaczenie.
Za to przygody są barwnie opisane, postaci bardzo wyraziste, a przesłanie czytelne. Są oczywiście i awantury, i żołnierska bijatyka, i wątek romansowy, a jakże.

Czytelnik może poznać mieszkańców zaścianka, panujące zwyczaje, stosunki w armii. A wszystkie opisy i sytuacje są wiarygodne bo autor przeprowadzał drobiazgowe analizy dziejów okresu napoleońskiego, i sam odwiedził niemal wszystkie miejsca prowadzonych przez Bonapartego kampanii.
Aby dobrze rozumieć koleje losu szwoleżerów trzeba przypomnieć sobie wydarzenia historyczne sprzed 200 lat, bo one są tłem opowieści o przygodach gwardzistów. I to pewnie jest największym walorem tej powieści. A wychowało się na niej parę pokoleń dzieciaków, i to dobrze wychowało. Szkoda, że dziś szkoła o twórczości Wacława Gąsiorowskiego zapomniała. Więc może sami uczniowie na nowo tę literaturę odkryją. Bo warto.

11 lutego 2010

Prawym łokciem do lewego kolana


Jeżdżę na masaże. Nie, nie do SPA. Do miejscowego ośrodka rehabilitacyjnego. Po masażu gimnastyka przez pół godziny. Dresik, kapcie, ręczniczek.
Leżenie na podłodze niezbyt miłe, na materacu co prawda, i z poduszką pod głową, napełnioną jakimiś nasionami chyba, bo przyjemnie się przesypują. To znaczy nasiona w poduszce, bo
z moją głową na razie jeszcze jako tako.

Sala gimnastyczna niezbyt duża, ale ładna, z wielkimi oknami i z lustrami. W nich obejrzeć można swoją sylwetkę (o Boże!) i swoją niemoc (o rany!). W dodatku trzeba ćwiczyć: rączki splatamy na karku, nóżki ugięte w kolanach, głowę unosimy i prawym łokciem dotykamy lewego kolana. Powtórzyć dziesięć razy. Potem odwrotnie. Znów dziesięć razy. To samo
z ciężarkami w każdej ręce. W kolejności 'rowerek', w przód i w tył. Następnie 'kołyska'.
I ćwiczenie, którego nie będę opisywać, bo za długo by to trwało, a na samo jego wspomnienie wszystkie kości zaczynają mnie boleć. Na koniec 'rozciąganie', czyli to, co każdy kot robi zaraz po wstaniu z betów.
I już można zacząć gramolenie się z tej podłogi do pionu, po cichu policzyć wszystkie kończyny, czy na miejscu aby, i grzecznie powiedzieć - dziękuję i do widzenia. A potem powlec się do wyjścia z absolutnym przekonaniem, że oto osiągnęło się wiek 99 lat, no, niech będzie 98. A jutro od nowa: rączki wzdłuż tułowia...

Tak miałam w ubiegłym tygodniu. W bieżącym jest znacznie lepiej, bo nikt się mną nie zajmuje, ani nie przejmuje. Z powodów kadrowych zdaje się. Nie widzę tych pań, które usiłowały uprzednio mojemu kręgosłupowi jego podstawową funkcję przywracać. Nawet mi to odpowiada z tego względu, że samodzielnie mogę w dowolnym rytmie sobie ćwiczyć. No, ale co do zasady, to chyba jednak nie powinno tak być. Pacjentowi należy się doza zainteresowania, nawet jeżeli nie wykłada gotówki z kieszeni tylko jest beneficjentem NFZ.




Co innego w gabinecie masażystki. Tu, w przeciwieństwie do tłoku panującego w sali gimnastycznej, całą uwagę terapeutki mamy przez dwadzieścia minut wyłącznie dla siebie. Nie wymaga się od nas absolutnie żadnego wysiłku, tylko leżenia i całkowicie bezwolnego poddawania się temu ugniataniu, głaskaniu, muskaniu, naciskaniu, pocieraniu. Lubię to, lubię. A jeszcze kiedy trafi się na sympatyczną osobę, to człowiek żałuje, że taka sesja nie jest zdecydowanie dłuższa.

Nie tylko ciało korzysta, coś dla ducha także jest: Akurat w radiu słuchałyśmy wybranych fragmentów powieści p.t. Jestem komunistyczną babą. Autor, Dan Lungu, rumuński pisarz i socjolog, napisał trochę prześmiewczą, ale głównie realistyczną bardzo historię życia kobiety, niemłodej już Emilii. We współczesnej rzeczywistości bohaterka-narratorka nie bardzo może się odnaleźć, i tęskni za światem, w którym rumuńskiej ziemi "Słońce Karpat" przyświecało. Wtedy była szczęśliwa, teraz nie bardzo. Powieść czytała Stanisława Celińska. Ale jak czytała! Gdyby niektórym polskim powieściom niedawno wydanym taka okazja się trafiła, to na pewno wiele zyskałyby na wartości. W każdym razie to była przyjemność - posłuchać dobrej prozy w znakomitej interpretacji.



Ale wracam do głównego wątku: Czy to masowanie mi pomaga? Chyba tak. Skąd wiem? Pierwszego dnia wdrapywałam się na łóżko do masażu niczym na Kasprowy. Około czwartego dnia szło mi lepiej, szczyt leżanki zmalał tak gdzieś do wysokości Śnieżki. Dziś to była zaledwie Góra Św. Anny. Mam nadzieję dojść do sprawności takiej, jakiej wymaga spacer na ten pagórek, tuż za naszą uliczką.

Jednak należna dawka masaży się kończy. Pogimnastykować się w domu można, ale wymasować sobie domowym sposobem kręgosłup? Ha, z tym to już gorzej. Można oczywiście masować się prywatnie. I tu rodzi się pytanie: kupić dla siebie zabiegi czy dla naszych kotów Royal Canin? E tam, powiedziałam sobie. Najgorzej sztuczne jakieś problemy stwarzać. Ruszam się jeszcze? Ruszam. No to chyba oczywiste, że zwierzaki nie będą zadowolone kiedy zobaczą puste wiadro na karmę. Zresztą, jak już ruszać się nie będę mogła, to po prostu pojadę.
- Jasne, powiedział Bazyl, i oblizał się, wyjadając chrupki Boscha z miski.











 

7 lutego 2010

Kolejny śnieżny dzień, to już czterdziesty pierwszy



                                                     autorka: Kim Levin

Od tego ciągłego siedzenia w domu, spowodowanego mrozami i śnieżycami jakich od lat nie było, nasze koty już całkiem kręćka dostają. Nie wiedzą, co ze sobą począć; no bo ile można spać, jak długo można znęcać się nad dywanami i obiciami. Ile jeszcze można obgryźć liści agawie, która z ganku do domu została już w październiku przeniesiona. Ile naczyń można rozbić, ile doniczek z roślinami przewrócić. I wreszcie ile bójek, podchodów, zaczajeń na siebie wzajemnie można dokonać. Koty zwyczajnie się nudzą.

                              Filipek, mój ulubieniec i utrapienie

Wychodzą na dwór, a jakże. Brodzą w śniegu z obrzydzeniem, szybko swoje ścieżki obiegają i już po 20 minutach, najdalej po półgodzinnym spacerku na progu wyczekują, aby wpuścić je do ciepłego domu.
Wszystkie normalne koty tak postępują. Oprócz Filipka naturalnie, bo Filipek normalny to raczej nie jest. Filip na dwudziestostopniowym mrozie potrafi i trzy godziny przesiedzieć, w śniegu tunele przekopywać, strąconymi soplami się zabawiać, kosy gonić, na kamiennych, piwnicznych parapetach  wysiadywać.                                                                                                                                                     
Ja przez niego nerwy tracę, bo to najmniejszy i najsłabszy kot z naszego stada, a w dodatku sierść ma całkiem lichą. I kiedy reszta tałatajstwa już najlepsze miejsca przed kominkiem zajmuje, rozwala się w niewiarygodnych całkiem pozycjach i wreszcie futra z powodu gorąca zaczyna rozpinać, Filipek akurat na dworze lanie bierze od jakiegoś kociego włóczęgi.

Okoliczna kocia hałastra, dobrze wiedząc, że w naszym ogródku bezpiecznie czuć się może, bo psem nikt nie poszczuje, ani kijem nie przyłoży,  już tak się rozbestwiła, że nie tylko między sobą boje toczy, ale nawet nasze koty, na ich własnym terytorium napada. Gdyby nie Łaciak, który ganek ustawicznie okupuje, i potworny alarm zawsze podnosi  kiedy obcy kocur się pojawia, nawet z pomocą Filipkowi nie mogłabym biegać.


Łaciak, nasz stołownik od roku przeszło, w dalszym ciągu imienia się nie dorobił, bo stale mieliśmy wrażenie, że on na chwilę tylko tu się zatrzymał. Ale on trwa,  i przeszedł wszelkie możliwe etapy tego trwania, od zastraszonego, okropnie wychudzonego kociego nieszczęścia, przez okres adaptacji, który niezbyt długi był zresztą, do agresji i chęci dominacji nad całym otoczeniem. Przecież wiadomo powszechnie, jakie koty potrafią być bezczelne.
Musiałam mu kilka razy pokazać kto tu rządzi, bo łagodne perswazje, typu:
- Łaciak, jeżeli nasze koty będziesz bił, to jedzenia nie dostaniesz - wcale nie skutkowały. Ale i tak Łaciak ostatecznie przegonił Leona, naszego poprzedniego stołownika. I pomyśleć, że to właśnie biedny Leon do miski go przyprowadził.
Taka to jest wdzięczność kocia; jeśli o przetrwanie chodzi, nie ma żadnych sentymentów. Skąd my to znamy?



Teraz Łaciak trochę sporządniał, nasze zwierzaki tylko lekko straszy, więc nie boją się już z domu wychodzić, choć za każdym razem przed wyjściem obserwują gdzie jest i co robi, a zwłaszcza jaki ma humor: nikt nie chce się przecież narazić na bolesnego szturchańca.
Za to można niezawodnie na Łaciaka liczyć, o ile oczywiście jest na stanowisku, to znaczy na ganku, w razie pojawienia się jakiegoś agresywnego intruza. Wrzask wtedy podnosi niesamowity, przebija nawet warkot mojego wiekowego odkurzacza. Więc można uznać, że na swoją miskę uczciwie zarabia. I przyznać trzeba, że specjalnie nie wybrzydza. Zwłaszcza teraz, zimą, zjada wszystko, co dostaje. Oczywiście potrafi bardzo głośno się upominać: jak to, jeszcze nie dostałem? albo: dlaczego tak mało? Bo przy większym mrozie daję mu jedzenie na raty. Ogrzewam ceramiczną miskę, wkładam pół porcji i wystawiam z przestrogą: - jedz szybko, bo ci zamarznie. Kiedy się z nią rozprawi, daję mu resztę, w drugiej, też ogrzanej misce. Trochę się ze mnie z tego powodu podśmiewają (ludzie), ale nie mogę wziąć Łaciaka do domu, to niech chociaż jedzonko ma,  jak trzeba.


Dunia znów dziś tłukła Bazyla, większego i silniejszego od niej zresztą. Ale Bazylek jest słodki, i dżentelmen z niego wielki, więc na kocicę łapy nie podnosi, woli zejść jej z drogi.
W podzięce za jego piękne zachowanie rzucałam mu trochę kulki i piłeczki, które ślicznie aportuje. Niestety, ta zabawa męczy mnie szybciej, niż Bazyla.


A Dunia szkodnicą jest wielką; stale coś rozbija i niszczy. Teraz zabrała się za kanapę w salonie. Chciałam mebel ochronić, bo na nim zawsze goście sypiają. Uszyłam więc wielką, na podszewce, grubą narzutę, dokładnie kanapę nią zabezpieczyłam, na wierzch położyłam jeszcze kocie kołderki, i teraz proszę:
- możecie po niej łazić, spać, a nawet pazury tępić.
Przemyślna Dunia bardzo szybko znalazła sposób. Ciągnie narzutę pazurami i zębami, odwija dolny brzeg i włazi między materiał a kanapę, a teraz - hulaj dusza, piekła nie ma.

Postanowiłam w takim razie do niezwykłego, jak ogólnie wiadomo, intelektu kociego się odwołać i zainteresować je sztuką. Fotograficzną.
Zaczęłam im pokazywać zdjęcia wykonane przez nowojorską fotografkę Kim Levin. Świeżo bowiem dostałam w prezencie albumik z czarno-białymi portretami pięknych kotek, jej autorstwa.

Nikt się nie poznał na urodzie tych prac, za wyjatkiem Lolity. Tylko ona chciała koniecznie łapką do środka albumu się dostać. - Widzisz, widzisz, wołałam do męża, jednak jej się podoba! - Pewnie, śmiał się mąż: - Koniecznie chce wydłubać kryształki z kolii, w jaką wydawnictwo ustroiło kotkę na okładce.

Niestety, on zawsze mi wszystko zepsuć musi. Ach, te chłopy.
                                                     



Bardzo grzeczny Filipek



Filipek senny