1 czerwca 2008

Malina utracona

Malina


Malina

Malina

Posted by Picasa
Codziennie myślę o Malinie, chociaż minęło prawie 20 miesięcy od jej zniknięcia.
Miała 4,5 roku, kiedy pewnego dnia w październiku opuściła dom.Od dawna nie mam nadziei,że do nas wróci, ale mam nadzieję, że gdzieś żyje. I oby jej było dobrze.

Malina miała smukłe, szczupłe ciałko, ale kiedy wzięło się ją na ręce, czuło się odpowiednią wagę oraz tygrysią wręcz gibkość, sprawność i siłę. No i to umaszczenie – tylko na Malinie pasy beżowo-czarne przebiegały poziomo, od główki do ogonka, a na boczkach zakręcały się w koła.

Była kociczką moją ulubioną, jedyną nie sterylizowaną, bo stale żal mi było poddawać ją tej poważnej operacji. Fakt ten ciąży mi mi teraz na sumieniu, bo obawiam się, że o ile przetrwała, to na pewno urodziła dzieci, ale gdzie, kto ją przygarnął, kto się zaopiekował?
Przyjmując ubiegłego lata do domu Felę z kociakami, oprócz dobra tych zwierząt stale miałam na względzie Malinę z jej ewentualnym przychówkiem, i wyobrażałam sobie, że niejako w zamian za Felę, ktoś inny zaopiekował się naszą kotką.

Malina rządziła w naszym domu niemal od dnia swego urodzenia. Tak jednoznacznie wyrazistego charakteru nie miał dotąd żaden z naszych kotów. To była autokratka, egocentryczka, egoistka niesamowita, a przy tym włóczykij pierwszy i zawołany myśliwy. Wychowana była w zasadzie przez Dunię, swoją starszą o 5 miesięcy siostrę, bo ich mama Małpiatka, zawsze miała swoje tajemnicze,ważniejsze od dzieci sprawy i niespecjalnie lubiła zajmować się swoim potomstwem. Więc Dunieczka przejęła rolę mamy i wykonywała wszystkie czynności przy tym osesku, niestety, nie mogła jej nakarmić. A Małpiatka, wyzywana od wyrodnych matek, wpadała zaledwie raz na kilka godzin, karmiła małą, sama się pasła i znów miała „wychodne”.
Musieliśmy maleńką Malinkę dokarmiać sztucznie,pełni obaw, że nie będzie rozwijać się prawidłowo.

To było cudowne stworzonko, przywiązane do mnie bardzo. Sypiała Malina w moim łóżku, a kiedy po kilku latach pojawiła się Lolita, córeczka Duni, także lubiąca moje łóżko, Malina skutecznie i na zawsze Lolisię tego oduczyła, stosując swoje gangsterskie metody, czyli brutalną przemoc. Kotka ta miała zadziwiającą, niesamowitą zdolność podporządkowywania sobie ludzi i zwierząt. I my,i pozostałe koty robiliśmy to, czego życzyła sobie, a właściwie czego wymagała Malina.

Miała listę swoich potrzeb, i nie było sposobu, aby ją naruszyć.Drzemki odbywała w futrzanym błamie na bujaku przed kominkiem. Futro specjalnie dla niej tam się znalazło, aby Malince było cieplutko i przytulnie. Ja też lubiłam tam siadywać, ale kiedy pojawiała się Malina, a nie ustąpiłam jej miejsca, i to natychmiast, siadała przed fotelem, długo i natarczywie patrząc mi w oczy. A jej oczy robiły się złe, koloru jaskrawo żółtego, i widać było, że jest wściekła. Zaczynała wskakiwać i zeskakiwać mi z kolan: pokazywała niemądrej kobiecie, co ta ma zrobić, po prostu mnie pouczała.Oczywiście zawsze dopinała swego.
Z drugiej strony nikt nie potrafił się tak tulić i przymilać, tak się pieścić. Nikt tak nie żądał uwielbienia dla siebie, jak ona.

Malina była wyjątkowo ciepłolubna. Kiedy nie paliło się w kominku, albo kiedy kaloryfery, na których się wygrzewała, nie były zbyt gorące jak na jej wymogi, potrafiła w nocy wepchać się na siłę do koszyka Rudolfa, który równie jak ona ciepło uwielbia, ale zbyt towarzyski nie jest i kuksańce lubi rozdawać, a swego koszyka pilnuje jak skąpiec swego sejfu. Jednak Malinę wpuszczał. W koszu Rudego, na ciepłych piernatach, przytuleni,grzejąc się wzajemnie, przesypiali do rana.Oczywiście widok Rudego w jednym koszyku z Maliną był dla pana domu wystarczającym impulsem, aby dzień rozpocząć od bezzwłocznego rozpalenia kominka. Oba zwierzaki biegły wówczas na dół w te pędy,aby zająć swoje ulubione miejsca.

Wszystkie koty dostawały swoją miskę w kuchni. Ale nie Malina. Malina biegła z dworu prosto na górę, do sypialni, i tam jak księżna udzielna oczekiwała, aby miskę jej przynieść i jeszcze w uprzejmych słowach do jedzenia zachęcić. Nigdy, żeby nie wiem jakie zapachy z kuchni się rozchodziły, żeby jej najbardziej ulubione jedzenie było serowane, Malina w kuchni nie jadała, taka była z niej wyrafinowana dama. Po niej, ale dużo,dużo później, zwyczaj ten przejęła nasza Lolita.

Malina tolerowała inne koty, ale tylko wtedy, gdy w drogę jej nie wchodziły. Potrafiła dobrze przyłożyć łapą Szkaradziejowi, w końcu najstarszemu w domu kocurowi. Niestety również Duni nie okazywała najmniejszej nawet wdzięczności za wychowywanie i opiekę w dzieciństwie. Wręcz przeciwnie, bardzo szybko również Dunię postanowiła sobie podporządkować, a kiedy ta się buntowała, dochodziło zwyczajnie do rękoczynów (łapoczynów?).Biły się, syczały i warczały na siebie, znaczyły również, całkiem „po kocursku” swoje terytorium, co niestety,nierzadko odbywało się również w domu. Tego nie mogłam im darować, bo likwidowanie okropnego, drażniącego zapachu jest naprawdę trudne. Moje wrzaski, ganianie po domu i grożenie najsurowszymi konsekwencjami nic nie pomagało – one wiedziały, że to zakazane, a jednak natura była silniejsza.
Co dziwne, kocury nasze nigdy w domu miejsc nie znaczyły, zresztą na szczęście, choć na dworze robią to systematycznie, powodując liczne szkody w roślinności, że nie wspomnę już o tych woniach ohydnych.

Malina potrafiła zabałaganić często do bladego świtu. Wracała do domu nad ranem z tych swoich eskapad, a tu wszyscy śpią, zamiast na nią czekać. Więc co, na progu ma siedzieć? No nie, nie Malina: z płotu na rynnę, z rynny na dach i po dachówkach do okna sypialni. Okno zamknięte, albo uchylone tylko, wejść się nie da. Malina zaczyna więc pokrzykiwać, coraz głośniej i głośniej, aż nareszcie okno się otworzy, Malina wskakuje do środka i spokojnie układa się do snu. Tego nikt więcej nie robił i nie robi, to był Maliny zwyczaj. Chociaż umiejętność łażenia po dachu mają wszystkie nasze koty.

Malina nie cierpiała podróżowania autem. Ale kiedy w wieku około 2,5 lat ciężko się rozchorowała, przestraszyłam się, że na tym terenie nikt nie będzie w stanie udzielić jej skutecznej pomocy i postanowiłam zawieźć ją do Kliniki AR we Wrocławiu. Kotka, cierpiąca, rozgorączkowana, a jednak tak mi potrafiła jeszcze w tym aucie wymyślać, tak mnie atakowała, że za każdym dosłownie zakrętem myślałam o powrocie.
W klinice nie chciała dać się zbadać, wyrywała się i rzucała, jakby o życie walczyła. W końcu uciekła, i w pięcioro, ze studentami, łapaliśmy kota dość długo.Okazało się, że choroba jest poważna, a kuracja długa. Wreszcie udało się zaaplikować jej leki. Zaniosłam ją do samochodu pełna obaw, co będzie w drodze powrotnej. Malina spokojnie ułożyła się w koszyku i… zasnęła. Już wiedziała, że bezpiecznie wraca do domu.

Taka była Malina. Ten jej charakter mocny, władczy taki, przebojowy, każe mi wierzyć, że Malinka poradziła sobie w życiu, i że gdzieś wiedzie żywot nie
najgorszy. Żeby tylko wiedzieć jeszcze, gdzie!

25 maja 2008

Pajda chleba



Być może prawdą jest twierdzenie mojego męża, że ja nie mam żadnego pojęcia o prawdziwym życiu wsi, o ludziach tam mieszkających, o atmosferze, o stosunkach między sąsiadami.
Być może nie myli się również sądząc, że obraz mój to idealne sioło, nieistniejąca faktycznie społeczność, a moja wiedza pochodzi z literatury głównie, i to tej sławiącej uroki wsi.

Rzeczywiście, nie licząc jakiś okazjonalnych sytuacji, trwających kilka czy kilkanaście godzin, byłam na wsi tylko dwukrotnie. Kiedy miałam 12 lat mieszkałam u „przyszywanych” powinowatych przez całe wakacje z okładem, bo wróciłam do domu w połowie września, kiedy rok szkolny trwał już w najlepsze.
Drugi raz, to było po maturze, kiedy to mama mojej przyjaciółki zafundowała nam tygodniowy pobyt w podgórskiej, sudeckiej wsi.
Oczywiście oba te okresy zaliczają się już do prehistorii, ale moje wspomnienia są stale żywe, i to te właśnie przypadki rozbudziły we mnie chęć zamieszkania na wsi, trwającą zresztą do dzisiaj.

Pierwszy mój pobyt, na kujawskiej wsi, to było niesamowicie silne przeżycie dla nastolatki. Tam wszystko było inne i wszystko inaczej się działo niż w moim dotychczasowym doświadczeniu.
Ze stacyjki kolejowej jechało się jeszcze parę kilometrów bryczką zaprzężoną w tego konia, który codziennie pracował w polu.
Gospodarstwo było duże, stuhektarowe, chociaż okrojone znacznie po reformie rolnej.

Zabudowania stały w czworoboku; rozległy dom mieszkalny zamykał ten prostokąt z jednej strony, a olbrzymia drewniana stodoła ze strony przeciwległej. Na dłuższe boki składały się stajnie, obory, chlewy, kurniki i szopy na maszyny rolnicze i narzędzia.
Na środku tego ogromnego podwórza, wybrukowanego „kocimi łbami” była studnia, a dalej buda dla psa, uwiązanego na łańcuchu, którego bałam się okropnie, bo łańcuch był długi.
Jakoś w ogóle nie pamiętam kotów, a przecież musiały być, choćby ze względu na tępienie myszy w stodole.

Dom miał kilka wejść, od frontu wchodziło się przez park, jak nazywali go właściciele,bo rosły tam stare drzewa, ozdobne krzewy oraz palmy w wielkich drewnianych donicach, a żwirowe ścieżki wysypywane były co jakiś czas świeżym piachem.
Po prawej, za wiatą z maszynami było przejście, zamykane furtką, prowadzące do ogrodu warzywnego. Dalej był staw i łączka dla kaczek, a jeszcze dalej rozpoczynał się sad.

Zaraz pierwszego dnia po przyjeździe ciotka wydała mi polecenie: pojedziesz z wujkiem w pole, narwiesz mi groszku, zrobię na obiad. Pojechaliśmy wozem, koniecznie chciałam powozić, ale lejce były takie długie i ciężkie, nie miałam pojęcia, co się z nimi robi. Wuj instruował: - Nie rób nic, konie znają drogę.
Pole z groszkiem wprawiło mnie w osłupienie; wszędzie, jak okiem sięgnąć na tej równinie nic, tylko groszek i groszek. - Rwij do tego, wuj przyniósł wiadro z wozu.- Wrzucaj sam groszek, strąki zostaw na ziemi. - Ile narwać, spytałam.- Jak to ile? Pełne wiadro.Wiadro groszku? Bez strąków? No to będę tu siedzieć do wieczora – poczułam się jak Kopciuszek.
Ale szybko okazało się, że nie było tak źle. Zielonych, pachnących słodko kulek szybko przybywało. I tak długo jeszcze siedziałam z tym pełnym wiadrem, grając w kamyki i czekając na wuja, aby mnie stamtąd zabrał.

W bliskiej odległości od domu, przy drodze dojazdowej, stały czworaki. Przed wojną mieszkali tam robotnicy rolni wynajmowani sezonowo do pracy w majątku. Teraz czworaki były „państwowe” a dzieci ludzi w nich mieszkających rzucały kamieniami za dziećmi właścicieli (i za mną). Były to niestety bardzo trudne czasy walki państwa, rzekomo ludowego, z kapitalizmem
i „resocjalizacji” wszelkiego kułactwa.

Ciekawiło mnie wszystko i chętnie przypatrywałam się wszelkim zajęciom i pracy w gospodarstwie. Do ciotki, oprócz prowadzenia domu i wychowywania małych wówczas dzieci, należało jeszcze dojenie krów, chów drobiu, przygotowywanie karmy dla świń, uprawianie warzyw i doglądanie sadu.
Niezależnie od tego brała udział we wszystkich pracach polowych: sianokosach, żniwach, sadzeniu ziemniaków i wykopkach.

Oddzielnym, rytualnym niemal zajęciem, było pieczenie chleba. Jego smaku i wyglądu nie zapomnę do końca życia. Okrągłe, wielkie bochny, z przypieczoną skórką, czarne, pachnące niepowtarzalnie, dopiero co wyjęte z chlebowego pieca, owijało się w białe lniane ręczniki, każdy oddzielnie i zanosiło do „loszku”. Loszek to była duża piwnica pod kuchnią i izbą czeladną, do której schodziło się po kilkunastu stopniach, otwierając najpierw żelazne drzwi w przedsionku kuchni. Tam, na półkach z różnymi wiktuałami, układało się te bochenki, w miarę potrzeby przynoszone do kuchni. Po pewnym czasie skórka była już tak stwardniała, że nie dało się jej ugryźć,więc była odkrawana, a miąższ krojony na ogromne, ale cieniutkie pajdy, dalej smakował wybornie.
Do takiej kromki, posmarowanej prawdziwym masłem, dopiero co ubitym w kierzance, naprawdę nie potrzeba było już niczego więcej.

Wuj, młody, żylasty człowiek, z ciemną czupryną i zupełnie białym czołem w ogorzałej twarzy (chodził całe lato w kaszkiecie, który zdejmował wyłącznie w domu),w zasadzie w pojedynkę uprawiał cały ten areał. Wszak „kułakowi” niezmiernie trudno było zdobyć ludzi do pomocy. Oboje zresztą harowali od świtu do nocy, ponad ludzkie siły, żeby tylko utrzymać tę ojcowiznę, czy raczej jej część.
Niewyobrażalny dziś dla mnie był ten ich wysiłek, zwłaszcza jeśli dodatkowo weźmie się pod uwagę, że nie było wówczas na tym terenie prądu, bieżącej wody ani kanalizacji. Maszyny rolnicze miały silniki spalinowe. Wszystkie prace w domu wykonywało się ręcznie, a oświetlenie było naftowe. Kto dziś wyobraża sobie, co oznacza umyć naftowy żyrandol, ba, co znaczy wyczyścić klosz od zwykłej, naftowej lampki?

Rozrywki? Żadne. Moi gospodarze nie mieli na to ani czasu, ani ochoty. Ziemia i zwierzęta hodowlane nie pozwalały na żadne leniuchowanie.

Ale kiedy przychodziła niedziela, ci ludzie tradycyjnie, jak od pokoleń, starannie się ubierali, pucowali swoje dzieci, zaprzęgali najlepszą parę koni do najlepszej bryczki i jechali na mszę do kościoła. Kościółek był niewielki, ale miał co trzeba; piękny ołtarz, ambonę i kilkanaście (dwadzieścia?) wspaniałych ław dębowych. Każda z ławek zaopatrzona była tabliczką z nazwiskiem rodziny, która miała prawo w niej się modlić.
Pierwsza z ławek była z nazwiskiem wuja. Zasiedliśmy rzędem, ja cała zmieszana, do takich honorów nieprzywykła. Odezwały się dzwonki. Proboszcz wygłosił kazanie. Nie pamiętam o czym mówił. Moja fascynacja religią przyszła dopiero jakiś czas później, i trwała krótko. Jednak fascynacja kościółkami pozostała.

21 maja 2008

Główka Dantego


Wiosenne porządki i drobne remonty w domu ujawniły pilną potrzebę nabycia kilku rzeczy, więc wybrałam się po zakupy na Bielany Wrocławskie.Pojechałam w miniony poniedziałek, bo to dzień, kiedy ruch jest najmniejszy,więc przynajmniej można doszukać się obsługi w sklepach.
Jest to podobno największe centrum handlowe w Polsce, a przy okazji gmina Kobierzyce, na której terenie ta wielka maszyna do robienia pieniędzy się znajduje, chełpi się statusem najbogatszej w kraju.
Hipermarkety wywołują u mnie zawsze mieszane uczucia: wielkość oferty powoduje, że jest w czym wybierać, ale równocześnie mnogość asortymentu oznacza ogromne powierzchnie, godziny błądzenia wśród półek, zwłaszcza
w działach, które nie są moimi mocnymi stronami (akurat potrzebowałam uchwytu mocującego do rozsuwanej drabiny).
Kiedy już doczekam się pomocy pracownika, z reguły, choć są wyjątki, wiedza młodego człowieka tu zatrudnionego nie wykracza poza opis na opakowaniu produktu. Nic dziwnego – ciężka, źle opłacana robota powoduje, że takie giganty nie są w stanie dopracować się stałej kadry wykwalifikowanych sprzedawców, będących doradcami klientów.

Wszędzie odwiedzałam tylko wybrane działy. W „Obi” to był dział z oświetleniem, skąd wyszłam z dwoma kinkietami łazienkowymi.
Zignorowałam „Tesco”, „Ikeę” i Euro-Net”. Nie zainteresowałam się też atrakcjami w „Castoramie” czy „Auchan”.
Miałam w planie stoisko z pościelą w „Jysk”, gdzie chciałam kupić tanie kołdry, aby poszyć z nich kołderki dla naszych kotów, ale okazało się, że zostały tylko wywieszki na pustych już półkach.

Następnie w Leroy-Merlin kupiłam 7,5 metra szyfonu w kratę oraz złoconą ramkę 10x15 cm i kilka innych drobiazgów.
Prawdę mówiąc do wielu prosperujących tu marketów nigdy nawet nie wchodziłam. W zasadzie nie wchodzę do sklepu, jeśli nie mam potrzeby kupna, albo takiego planu w bliższej perspektywie. Nie lubię „tylko oglądać”.

Tak więc, już po 6 godzinach od wyjazdu z domu, omdlewając z gorąca, ledwo powłócząc obolałymi nogami, głodna i spragniona, a głównie ze znacznie uszczuplonym stanem karty kredytowej, dowlokłam się do parkingu, na którym
n. b. długo nie mogłam odnaleźć auta, i postanowiłam niezwłocznie wracać, absolutnie nigdzie się nie zatrzymując.

Wieczór był upalny, a ja z każdym kilometrem drogi zbliżałam się do oka szalejącej w oddali burzy. Najpierw słychać było tylko złowieszcze pomruki,potem grzmoty i rozświetlającą noc jasność, aż wjechałam w strugi wody,błyskawice i ogłuszający huk piorunów.
U celu podróży zastałam egipskie ciemności; prąd wyłączono.
Kilka naszych kotów nawałnica zaskoczyła na dworze, kryły się więc po różnych dziurach i zakamarkach, w końcu wszystkie udało się sprowadzić do domu.
Długo jeszcze siedzieliśmy przy zapalonych świecach.

Po tej eskapadzie przez trzy dni ręcznie obrębiałam złotą nitką ten kawał szyfonu na firankę do salonu.
Nową ramkę dostała maleńka grafika, obrazująca głowę Dantego, którą dostałam kiedyś w miłym prezencie.Wisi sobie teraz Dante na kominku.
A „Boską” sprzedałam pewnej Emmie z Manchesteru, bo nasze koty chciały lepiej zjeść.

6 maja 2008

Trzy modrzewie



W ogrodzie mojego domu rodzinnego, obok innych drzew, rósł wspaniały modrzew, który zasadzony został najpewniej w okresie, kiedy murator ukończył budowę i wręczył właścicielom klucze od domu.
A był to ostatni rok wieku XIX.

Lubiłam to drzewo bardzo, za to, że było takie proste, smukłe, wysokie, za ptaki, które buszowały w jego gałęziach, za te delikatne igiełki, a nawet za te śliczne, malutkie szyszeczki, które najpierw służyły mi do zabawy, a później, gdy dorosłam, malowane na złoto i srebrno, były moimi ulubionymi dekoracjami bożonarodzeniowymi.

Kolejny, dorodny, stary modrzew rósł jakieś 2 metry od willi "Adaś", w której mieszkaliśmy przez długi czas.
Willa "Adaś" to był jeden z tych paskudnych bloków, które montowano według najlepszych radzieckich wzorców we wszystkich zdaje się, tzw. demoludach.
Miał 4 piętra, 24 mieszkania i przerażającą studnię-klatkę schodową, której bałam się do ostatniego dnia naszego tam zamieszkiwania.

Miano willi blok otrzymał od jednego ze znajomych, który również tam się wprowadzał, i jeszcze przed oddaniem domu do użytku chodził przypatrywać się postępowi robót. Któregoś dnia wrócił z tej inspekcji z wiadomością, że ktoś wymalował kulfonami na szybach drzwi wejściowych duży napis: ADAŚ.
- Więc wprowadzamy się do willi "Adaś" - oznajmił sarkastycznie. Śmialiśmy się serdecznie.
I chociaż nazwę naszej "willi" zmazano, zanim się wprowadziliśmy, zapamiętaliśmy to zabawne zdarzenie.

Wybraliśmy mieszkanie na 4 piętrze (mimo, że nie było windy), chyba głównie ze względu na to drzewo. Z naszych okien można było niemal sięgać gałęzi, a ptaki zaglądały nam do loggii.
Kiedy siedziało się na kanapie widać było tylko to drzewo i nic więcej, żadnych pięter, żadnych lokatorów.
Opuszczając "willę" najbardziej żałowałam tego modrzewia.

Kiedy znów zmieniliśmy adres, w pilnej kolejności postanowiliśmy posadzić kilka drzew w ogrodzie.
Zaraz pierwszej jesieni mąż zrobił mi niespodziankę: kupił modrzewik, ale drzewko miało z 50-60 cm wysokości.
- Boże, kiedy on wyrośnie?
- Potrwa lata, zanim stanie się dużym drzewem - mardziłam trochę.

W pewnym ogrodzie na tym terenie zobaczyliśmy śliczny modrzew, wysokości człowieka. Wypytaliśmy o drzewo właściciela, okazało się, że rośnie tam od 10 lat.
Wydało mi się to strasznie długo, ale cóż, czekać trzeba.

Tymczasem nasz modrzewik, posadzony w przedogródku, zamiast rabatek, doskonale się przyjął, choć gleba tu ciężka, gliniasta, i pędził w górę.
A kiedy nas przerósł zacząłam się martwić, żeby go wiatr nie złamał, żeby go szkodniki jakieś nie dopadły, wreszcie, żeby nie rozrósł się za bardzo, i o przewody elektryczne nie zahaczał.

Widzę to drzewo z prawie każdego miejsca w domu, lubię podziwiać latem krople deszczu na gałązkach i gałązki okryte szadzią późną jesienią.
Obserwuję ptaki, które przysiadają, żeby odpocząć, czasem zaśpiewać. Niektóre coś poskubują, inne energicznie wyszukują kąski dla siebie.
Co rok, gdy modrzew w zielone igły się stroi, to wiadomo, że już na pewno wiosna nastała, a gdy je, zrudziałe całkiem, tracić zaczyna, to znak nieomylny, że zima za pasem.

Z tych trzech modrzewi, ten właśnie jest najbardziej nasz, ulubiony, a wyższy jest od domu, którego progu strzeże jedenasty rok.
I chcę, aby rósł długo, aby stał tu także wtedy, gdy nas już nie będzie.

27 kwietnia 2008

Akwarium w łazience


Człowiek powinien móc zawsze robić tylko to, co chce.
I to wcale nie oznacza leżenia z książką (i kotem) na kanapie,co nawiasem mówiąc lubię najbardziej.
Okazuje się, że równie przyjemne mogą być prace ręczne, np. malowanie sufitu w łazience, zwłaszcza, kiedy robota „idzie”, a efekty są zadawalające. Nie czuję rąk ani nóg, a kręgosłup - aż za dobrze, ale zadowolona jestem bardzo, siedzę na brzegu wanny i podziwiam swoje dzieło. Choć pomieszczenie jest sześciometrowe, a sufit jeszcze mniejszy, bo pod skosem dachu, i tak jestem dumna. Oczywiście wykonanie jednej czynności wywołuje łańcuch następnych, koniecznych do zrobienia, a co równie ważne, pozwala krytycznie przyjrzeć się rzeczom, ocenić ich stan
i przydatność.

Tak prozaiczna sprawa, jak deska sedesowa, o której wręcz pisać nie wypada, doprowadzała mnie od dawna do szału. Na wewnętrznej części białej klapy środki dezynfekujące wyżarły czarne punkty, które – wiadomo, jak wyglądają. Lakierowanie wcale nie pomogło. Wyposażenie kupione było przed laty, kompakt jest nietypowy, i nie ma możliwości dokupienia samej deski.

Kiedy stałam z pędzlem pod sufitem dopadło mnie natchnienie: zmyłam farbę z klapy, a na plamkach nakleiłam… akwariowe rybki.
Teraz każde podniesienie deski wywołuje przypływ dobrego humoru, zamiast dotychczasowego napadu złego.

Łazienkowe prace, a zwłaszcza ten sedes, przypomniały mi pewne zdarzenie: Kiedyś, będąc przejazdem w Górach Kaczawskich, zobaczyłam ogłoszenie o sprzedaży gospodarstwa. Postanowiłam zboczyć z trasy, i obejrzeć dom i miejsce. Wieś malownicza, mała, częściowo wyludniona.
Domostwo nie spodobało mi się wcale, prawdę mówiąc aby tam zamieszkać, należałoby wszystko zburzyć i dom nowy wybudować. Ale gospodyni bardzo nalegała, aby wszystko obejrzeć. Oprowadziła mnie po izbach, a na koniec, z tajemniczą miną poprowadziła gdzieś, za jakieś przepierzenia, i z triumfalnym –proszę! – wskazała zasłonę: za nią był paskudny kąt, ok. metr na metr. To było w.c. Nie miało nawet drzwi, tylko tę nieszczęsną szmatę. Wytłumaczyła mi, że to nieboszczyk-mąż, sprawił jej prezent. Chciał, aby w. c. miała w domu, aby nie musiała biegać do sławojki. Wybudował sam, z cegieł rozbiórkowych. A teraz ona musi obejście sprzedać, bo sama nie może tu żyć.
Było mi przykro i głupio. Nie mogłam zmusić się do pochwał, choć wiedziałam, że gospodyni ich łaknie, nie mogłam nawet obiecać, że zastanowię się nad jej ofertą.

Na szczęście od lat już przybytki te przestały być w naszych domach kątami wstydliwymi
i zaniedbanymi, stając się miejscem wypieszczonym, wychuchanym, istnym pokojem kąpielowym, czy, w zależności od zasobności portfela, wręcz kąpielowym salonem, specjalnie zaprojektowanym i wyposażonym.

My zaś, tym prostym sposobem zyskaliśmy własne akwarium w łazience, chociaż w naszej wannie nigdy nawet karp wigilijny nie pływał.

23 kwietnia 2008

c. d. dekupażu










Więc myślę sobie: znów nie jestem na czasie. Postanowiłam to pilnie nadrobić. Jakieś serwetki w domu zawsze przecież są, lakier i farby także były, dokupiłam więc crackle, czyli lakier do spękań, i porwałam się na poręcze i słupki na schodach.
To był błąd, niestety. Na początek, zamiast wielu metrów powierzchni, należało wykonać jakąś małą rzecz, typu pudełko, kasetka, aby wyćwiczyć technikę i uczyć się na własnych błędach. Ponieważ jednak rozpoczęłam od poręczy na górze schodów, w dzień kiedy zniknął Filipek, to potem, gdy nie wracał, jak szalona malowałam, wycinałam motywy z serwetek, kleiłam i lakierowałam. Robiłam to tak zawzięcie, aby nie myśleć bez przerwy o tym biednym zwierzaku.
Na takie psychiczne udręki najlepsze są roboty ręczne. Zresztą do innych nawet nie można się zmusić.

Praca ta zbliża się już ku końcowi, ale wiadomo, ma mankamenty.
Przy okazji wyszło na jaw, dlaczego to głównie kobiety zajmują się dekupażem. Otóż serwetki się drą, motywy się rozłażą, wycinanie wymaga precyzji, a naklejanie dużej uwagi, cierpliwości i staranności. Jednym słowem panowie, z chlubnymi wyjątkami, w tego typu zajęciach raczej nie błyszczą.

Oczywiście dziś zrobiłabym te poręcze inaczej. Wiem już, gdzie są pułapki w tej technice, i na co szczególnie należy zwrócić uwagę. Ale i tak oceniam tę próbę jako raczej udaną. A że będziemy te kwiatki, na amen przylakierowane, oglądać przez czas jakiś, na przykład do chwili nowej mody, nowej techniki? Nie szkodzi.
Mamy naprawdę większe zmartwienia.








P. S. Jakoś przydługi wyszedł mi ten post, ale nie umiałam tekstu umieścić
w jednym, więc zrobiłam dalszy ciąg. Dyskwalifikacja?

Decoupage


Filipek powrócił do swoich starych przyzwyczajeń: budzi się na minutę przed brzaskiem i głośno wszystkich informuje, że już wstał. Szkoda mi pozostałych, śpiących jeszcze smacznie, więc szybko zaczynam Filipa uspakajać, głaszcząc i szepcąc miękkie słowa. Wtedy Filip przestaje popiskiwać i zaczyna mruczando. Ale jak tylko oderwie się rękę od futra, Filipek znów zaczyna "gadać".

Przedtem mnie to trochę złościło; co dzień być budzoną zanim świt nastanie, no nie - dziękuję.
Ale teraz, szczęśliwa, że kot wrócił, nie śpię od wpół do piatej, ale i nie wstaję, więc mam czas na różne przemyślenia i wspomnienia, a nawet na snucie planów, może nie wieloletnich, ale chociaż wielotygodniowych.

Tej wiosny i lata chcemy sami odnowić i odświeżyć te pomieszczenia i przedmioty w domu, które tego wymagają. Oczywiście w ramach naszych manualnych zdolności i możliwości. Ponieważ o rzemieślnika dzisiaj trudno, a i ceny za usługi są niebotyczne (jak dla nas), pewne prace, mam nadzieję,uda się własnym sumptem wykonać nie gorzej, niż zostałoby to zrobione przez fachowców. Co do tych ostatnich zresztą, to nie mam złudzeń: żadna, z dość szerokiego wachlarza robót remontowych w naszym domu, przed laty robionych, nie została wykonana bez zastrzeżeń. Albo były to całkowite knoty, albo wynik finalny był dość daleki od ideału.

W sumie przez te lata zgromadziliśmy pewną ilość literatury fachowej oraz trochę przydatnych narzędzi, więc powinno się udać.
Co do tej literatury, to zauważyłam pewną zadziwiającą prawidłowość: ani razu nie spotkałam się z najlżejszym nawet przejawem zainteresowania, kiedy na przykład murarzowi wspomniałam, że w "Muratorze" trafiłam na doskonały artykuł dotyczący sposobów wiązania cegieł, a hydraulikowi, że dysponuję ciekawym artykułem dotyczącym połączeń wodno-kanalizacyjnych. Doszło nawet do awantury z kafelkarzem, rzekomo specem nad spece, kiedy zwróciłam mu uwagę, że płytki klejone na zewnątrz wymagają kleju na całej swojej powierzchni, i że jest to jedno z podstawowych prawideł w tej branży. Moje powoływanie się na "fachowe słowo pisane" rozsierdziło go do tego stopnia, iż byłam niemal pewna, że rzuci robotę (i czymś we mnie).

Dopiero mąż zwrócił moją uwagę na fakt oczywisty: gdyby ci ludzie, żyjący z pracy rąk, w dosłownym znaczeniu tego słowa, przejawialiby dziś lub w przeszłości zainteresowania czytaniem, i w ogóle uczeniem się , to ich edukacja na pewno nie zakończyłaby się na zasadniczej szkole zawodowej.
- No, ale to przecież ich zawód, z tego żyją - nie dawałam za wygraną - to oczywiste, że powinni się dokształcać, być na bieżąco, przecież wciąż pojawiają się nowe technologie i nowe materiały. Kontrargument męża: gdyby tak było, jak zakładasz, to pan Kazio byłby panem architektem, a nie panem murarzem.
Rzeczywiście, to mi trafiło do przekonania.

Doszliśmy do wniosku, że przestrzegając instrukcji na wiaderku z farbą emulsyjną da się d o b r z e pomalować sufit w łazience. A podpierając się wiedzą, chociażby z pism budowlanych, można to zrobić nawet perfekcyjnie.

Specjalistyczne artykuły w czasopismach są adresowane do specjalistów właśnie, i do szerokiego kręgu inwestorów, aby wiedzieli, jak fachowcom zatrudnionym na swoich budowach "patrzeć na ręce", bo kiedy wzrok na chwilę się spuści, już fuszerka gotowa.

Ponieważ, jak piszę w co trzecim swoim poście, marzeniem naszym jest dom na wsi, podejmujemy kroki, aby obecną chałupkę do wiejskiego domostwa upodobnić.
W ub. roku mój mąż, który odkrył w sobie zainteresowanie (i talenty?) stolarza -
amatora, samodzielnie zrobił w salonie sufit a la deskowanie. Nawet udało mu się precyzyjnie go wykończyć. Co prawda teraz obawiamy się, że gdyby przepalił się kominek to sufit trzeba będzie rozebrać, no ale gdyby to było np. autentyczne barokowe belkowanie - także musiałoby być zdemontowane.

Ja sama spróbowałam swoich sił w technice decoupage'u. Przeczytałam w licznie zamieszczonych w Internecie instrukcjach i artykułach, że to aktualna moda na tę, znaną już od kilku stuleci technikę zdobniczą, i że podobno co trzecia kobieta w Polsce tym się zajmuje.

21 kwietnia 2008

Powrót Filipa

Filipek wrócił!
Dziś, za pięć druga, krzycząc przeraźliwie, wbiegł do ogrodu. Drzwi wejściowe były akurat tylko przymknięte, więc momentalnie go usłyszałam i wyszłam na ganek,
a Filip jak burza wpadł do domu. Dalej krzyczał i płakał. Nie pomagały przytulania i słowa uspakajające, że jest już w domku, że bezpieczny.
O trzeciej biedak całkiem od tego zawodzenia ochrypł.
Jego stan jest opłakany: był chudziutki, kiedy zaginął, dziś - to po prostu szkielecik.

W kuchni błyskawicznie, zanim w ogóle zdążyłam zareagować, wyczyścił na błysk trzy miski z jedzeniem, ale nie przestwał krzyczeć. Zachowywał się jak szalony, biegał między nami, chciał na kolana, i nie chciał, chciał na ręce, i wyrywał się, znów szukał misek z jedzeniem (które pochowaliśmy, w obawie, aby się ciężko nie rozchorował), a głaskanie i przemawianie nie skutkowało. Udało mi się trochę go uspokoić dopiero w łazience. Wyczesywałam długo i cierpliwie bardzo brudną sierść; futro wychodziło dosłownie garściami, i myłam delikatnie wodą wszystkie łapki. Kwalifikował się do kąpieli, ale nie mogłam przysparzać mu więcej jeszcze przykrości.
Momentalnie rozpaliliśmy w kominku, on lubi bardzo wygrzewać się w cieple.
I rzeczywiście, zrobił się spokojniejszy. Jednak dopiero około dwudziestej drugiej zasnął, ale przez sen cały czas jęczy i wzdycha. Oj, będzie trwało, zanim wróci do równowagi, zanim go wykurujemy i odkarmimy.

To była rozpacz kiedy zaginął. Człowiek nie sypiał po nocach, wyglądał, nawoływał, martwił się, że tak zimno, albo, że leje, a on maleńki sam, nie wiadomo gdzie. Głodny. Nieszczęśliwy.
A dziś znów wielki stres, kiedy wrócił i kiedy okazało się, że taki wynędzniały, wygłodzony, spanikowany. Nie było go równo dwa tygodnie. Jest pewne, że ktoś go przetrzymywał, w jakiejś szopie, bo na pewno nie w domu, przypuszczalnie jakieś dzieci bezmyślne, sądzące, że kot wyżywi się miską mleka, albo ziemniakiem. Jego stan i jego przerażenie na to wskazują.

Być może, że powrót Filipka przyspieszyły poszukiwania, ogłoszenia, apele, ale możliwe jest też, że już się znudził komuś. Całe szczęście, że nie zdążyli go zagłodzić na śmierć.

Reszta naszych kotów przypatrywała się powrotowi Filipka z ciekawością,
a Bazyl-bliźniak miał oczy całkiem okrągłe ze zdumienia i trochę z obawy; nie rozumiał przecież zachowania brata. Byliśmy nawet zawiedzeni, bo Bazyl wcale go nie witał jak zwykle wtedy, gdy spotykali się po półgodzinnym niewidzeniu, nie czulił się do niego, i nie lizał.

No, ale Bazyl miał w czasie nieobecności Filipa swoje własne, silne przeżycia. Ze względu na Filipka, to znaczy na jego nie nadzwyczajną kondycję, czekałam
z kastracją obydwu kocurków. Postanowiłam poddać je zabiegowi, jak tylko Filip trochę zmężnieje. Ale Filip zaginął. Dziesięć dni później biedny Bazylek został zdeprawowany przez tego włóczęgę, kocura Leona.
Strasznie się zdenerwowałam i momentalnie umówiłam zabieg u naszego weterynarza. Pojechaliśmy nazajutrz, tak więc Bazyl jest dziś byłym kocurkiem.
Czuł się źle właściwie tylko przez jeden dzień, ale ja, całkiem już przeczulona, postanowiłam zatrzymać go w domu przez trzy doby. Właśnie dziś przed południem wyszedł na dwór po raz pierwszy po operacji, a tu Filipek wraca, więc nic dziwnego, że był całkiem rozkojarzony.

Jakoś tak po dwóch chyba dniach od zniknięcia Filipka, nadeszła od naszych przyjaciół z Nadrenii wielka paka z frykasami dla kotów. Była kocia uczta i bal, ale smutny bardzo. Co prawda kocia ferajna nie zamierzała martwić się Filipkiem do tego stopnia, aby odmówić udziału w wyżerce, ale wszyscy czuli, że coś nie jest w porządku.
Część specjałów schowałam dla Filipka, wierząc, że chudziaczek wróci, że go odzyskamy.

I proszę: wiara czyni jednak cuda.


12 kwietnia 2008

Znowu łzy


Nie ma Filipka!
Bazyl i Filipek to dwaj bliźniacy kocicy Feli. Nie znalazły innych domów, więc żyją u nas. Mają już po 10 miesięcy, zatem są dorosłymi kotami, ale dla nas pozostały "maluchami".
Kocurki, choć z jednego gniazda, bardzo się różnią, w zasadzie są swoim przeciwieństwem. I uzupełnieniem. Bardzo się kochają. Filipek malutki, chudziutki, Bazyl przy nim to kawał kota. Filip w białym futerku, a Bazyl
w czarnym.
Bazyl stateczny, powagą wyróżniał się już w koszyku z szóstką kociaków. Filip to urwis, bez przerwy skory do zabawy. Bazyl zawsze blisko domu, Filip potrafi godzinami włóczyć się nie wiadomo gdzie. Wpada do domu coś przegryźć
i natychmiast domaga się, aby znów go wypuścić. Nie zważa na pogodę, nawet
w słotę chce być na dworze.

Tym zachciankom zawsze ustępujemy, wiedząc, że żywot koci krótki jest zazwyczaj, a więc niech choć będzie jak najszczęśliwszy.
Dlatego w naszym domu wszystko (prawie) kotom wolno, zwłaszcza małe koty są bardzo rozpuszczane.

Filipek w miniony poniedziałek już o ósmej rano dawał pod drzwiami wejściowymi sygnały, że bardzo chce wyjść. On pasjami lubi zwiedzać świat, ale jeszcze nie wie, jaki ten świat nieprzyjazny.
Mimo chłodu i mżawki puściłam wszystkie. I wszystkie wróciły na śniadanie, oprócz Filipka. Potem znów wszystkie wróciły na obiad. Filipka nie było. Na kolację stawili się wszyscy, ale nie Filip.
Byliśmy już mocno zaniepokojeni, bo Filip ostatnio miał niezły apetyt, więc często przybiegał do kuchni. Poza tym do jego rytuału należy codzienna popołudniowa drzemka, a tym razem - ani do koszyka, ani do miski.

Filipka nie było całą noc. Poszukiwania, nawoływania, rozpytywanie, ogłoszenia, nic nie dały. Dziś upływa szósta doba jego nieobecności, więc słaba jest nadzieja, że go tylko przypadkowo zamknięto w jakiejś komórce czy garażu, że kot żyje.

Kto nie przeżył straty zwierzątka, ten nie wie, jaki to ból, ile łez się wylewa, nic nie cieszy, radości nie sprawiają te koty, które są, żyją, wracają, tulą się i pieszczą.
Stale i stale myślisz tylko o tym, którego nie ma, które zaginęło, wyobrażając sobie, jak bardzo się boi, jak cierpi, jak głodne i spragnione być musi.
Widzisz je wszędzie, a każdy dzwonek, każdy telefon to nadzieja na wiadomość
o nim.
Nie chce ci się nic robić, nie chce się czytać, pisać, gotować. Tylko czekasz.
I czekasz.

Tu, gdzie teraz mieszkamy, ludzie mają kamienne serca. Najlepszy dowód, że kiedy naprawdę intensywnie poszukiwaliśmy domów dla sześcioraczków Feli, z siedemnastu tysięcy mieszkańców nikt, dosłownie nikt, ani kobieta, ani mężczyzna, ani dziecko, nie okazał nawet cienia zainteresowania losem stworzeń wydanych na świat przez nieszczęśnicę, wyrzuconą przez kogoś z domu. Bo przestała już być zabawną, małą, puchatą kulką. Bo zaczęła dużo jeść, no i trzeba byłoby zapewnić jej opiekę weterynaryjną, też nie za darmo.
Fela nie była dziką kotką, wolno żyjącą. Ona do kogoś należała, typujemy nawet blok, z którego ją wygnano.

Ludzie tu ponad wszystko cenią swoje trawniki, a rabatki, równe pod linijkę, ochraniają przed każdą kocią łapą. Niektórzy wykładają jakieś trucizny, chyba na szczury. Otrute zwierzę nie umiera od razu. Ono męczy się, nierzadko nawet kilka dni.

Mówi się, że o ucywilizowaniu społeczeństwa świadczy jego stosunek do zwierząt. Więc czy już zawsze będziemy przysłowiowe 100 lat za murzynami?

A Bazyl markotny bardzo, tęskni za bratem.




30 marca 2008

Takie są koty


Wybraliśmy się do Kłodzka. Pogoda była nie najgorsza, więc połaziliśmy trochę po starej części miasta. Ślady dawnej świetności jeszcze są widoczne, bo nie wszystko udało się dyktaturze robotniczo-chłopskiej doprowadzić do ruiny, a następnie rozebrać.
Jest tam odchodząca od rynku urocza uliczka, lokalny deptak, przy której zachowała się w całości stara zabudowa, piękne kamienice, w ich parterach ulokowały się najelegantsze w mieście sklepy i różne usługi.

Właściwie wszystkie dolnośląskie miasta i miasteczka mogą pochwalić się swoją architekturą, choć bezmyślnych zniszczeń jest masa. Najgorszymi i nieodwracalnymi zbrodniami PRL na miejskich organizmach było burzenie domów, często pamiętających XVIII wiek, a nawet i wcześniejszych, i stawianie na ich miejscu ohydnych, "nowoczesnych" bloków. Zwłaszcza rażące są przykłady takiego wandalizmu w obrębie rynków głównych, gdzie nierzadko wyburzano całe pierzeje albo i kwartały, które następnie straszyły koszmarnymi betoniakami, lub latami były, czasem nadal są, odrażającymi, niezagospodarowanymi placami.

Dziś rekonstrukcja stanu pierwotnego jest sprawą nierealną ze względu na koszty takich przedsięwzięć. Jednak niektóre z władz samorządowych starają się zniwelować ten dysonans choćby przez zadbanie o dobry stan techniczny owych bloków oraz o taką zmianę ich elewacji, która możliwie najlepiej przystaje do zabudowy historycznej.
Lepsze to, niż nic. A nic, to właśnie jest prezentowane w naszym miasteczku, które również na przełomie lat 50. i 60. w ramach tzw. radosnej twóczości komunistycznej doczekało się betoniaka w południowej pierzei. Maszkarna ta budowla odrzucać będzie co najmniej jeszcze parę kolejnych pokoleń mieszkańców.

Kiedy my dzieliliśmy się uwagami na te tematy, przechadzając się po kłodzkim rynku, nasze koty samopas biegały po ogrodzie i grasowały po okolicy.
W domu została tylko dwójka - Lolisia i ten maleńki chudziaczek Filipek.
Ilekroć wyjeżdżamy z domu, zawsze mamy ten sam dylemat, czy lepiej zostawić koty w domu, czy lepiej (dla nich), aby czekały na nas na dworze. Problem ten jest oczywiście związany z kwestią: wrócimy, czy nie wrócimy szczęśliwie do domu?
Jatki na drogach, które wcale się nie zmniejszają, a wręcz przeciwnie, czynią to pytanie nie pozbawionym sensu. Droga nr 8, po której najczęściej jeździmy, to jedna z bardziej niebezpiecznych i ruchliwych.
Stale myślę o tym, aby przygotować coś w rodzaju zawiadomienia dla służb ratowniczych i wozić je na widocznym miejscu, aby w razie potrzeby mogły zająć się zwierzętami zamkniętymi, czyli uwięzionymi w naszym domu.

Koty powitały nas przy furtce. Trochę już były zmarznięte, i potwornie głodne.Asystowały przy wyładowaniu bagażnika, doskonale się orientując, że wszystko co w środku, to dla nich. Biegały od auta do kuchni i z powrotem, okropnie się niecierpliwiąc i poganiając nas pomiaukiwaniem, jakimiś półokrzykami i piskami: no, kiedy nareszcie jedzonko będzie w miskach?
Filipek i Lolita, po tym wielogodzinnym siedzeniu w domu, wypadły na dwór, wcale nie chciały jeść. Chodziłam za nimi z miską po ogrodzie i namawiałam: Filipuś, musisz coś zjeść! Lolisia, popatrz jakie pyszne. Przepraszam, że tak długo nas nie było!
Wreszcie udało mi się je przekonać, aby przekąsiły. Filip chwilę jeszcze pobiegał i wrócił do domu, aby znów rozłożyć się do drzemki.
Lolita długo szalała po wszyskich drzewach, a zwłaszcza po moreli, która stoi cała w kwiatach, i nagle gdzieś zniknęła.
Czekałam na nią do 24.oo. Kotka widać postanowiła nas ukarać za to zamknięcie. Noc była z głowy. Schodziłam "tylko" sześć razy, aby ją wołać. Niebo było pogodne, wspaniale rozgwieżdżone. Ale wiał bardzo zimny, przeszywający na wskroś wiatr.
Lolita zjawiła się, jakby nigdy nic, o ósmej rano.
Nie miałam serca jej rugać. A ona wskoczyła mi do łóżka, oczekując należnej porcji pieszczoty. To oznaczało, że już nam przebaczyła, że już się nie gniewa.

13 marca 2008

Koty na wierzbie


Leon, kot nazwany tak przez nas w roku ubiegłym, kiedy się pojawił się w ogródku, w stanie, jakby go wyciągnięto dopiero z kubła na śmieci, zniknął gdzieś około listopada. Byliśmy niemal pewni, że już po nim. Aż tu, tak w końcu stycznia, Leon pojawił się znowu. Ale jaki! Panisko istne: futro nie obszarpane, boki nie zapadnięte, morda - całkiem sympatyczna.
Widać, że Leon znalazł zimowe przytulisko, 
jakąś piwnicę luksusową, może nawet ogrzewaną, i jakąś duszę litościwą, która pełną miską go częstowała. 
W każdym razie pan Leon od razu  obsikał nasz (swój?) próg i wprowadził się na ganek, domagając się, w sposób  dość bezczelny, miski tylko dla siebie. No i dostał. Pewnie. Nawet ucieszyliśmy się na widok Leona. Tylko dlaczego nie został na stałe tam, gdzie zimował?!

Leon wrócił chyba nie tylko dla miski. Zdaje się, że głównie dla kocicy Feli.
Pogoda zdziwaczała, ciepła od samego środka zimy, spowodowała, że kociska "marcują" już od dawna.
Feluszka nie będzie mieć już dzieci, ale zaloty, umizgi, pomruki, rzewne śpiewki zarówno Leona, jak i kotów z sąsiedztwa przyjmuje bez wstrętu. Nawet z zadowoleniem.
Siedzą sobie razem z Leonem na ogrodowym stole, albo na ławce. Przytulone. W milczeniu. Albo bawią się w berka. Gdzieś znikają razem. W naprawdę złą pogodę przesiadują  na stryszku komórki. Tam mają rozstawione kartonowe pudła.

Kiedyś, zanim się tu wprowadziliśmy, dom stał przez pewnien czas pusty, komórkę zamieszkiwała rodzina łasiczek - przepięknych zwierzątek, tylko nadzwyczaj płochliwych. Bardzo chcieliśmy, aby  zwierzątka zostały. Jednak były to przecież  stworzenia dzikie całkiem, więc ruch, roboty budowlane, gromada ludzi, a pewnie nawet i nasza ukochana kotka Murka, były przyczyną  opuszczenia przez nie tego miejsca.
Komórka obrośnieta była bujnie winoroślą, tak więc w okresie owocowania łasiczki prawdopodobnie i winogronami się żywiły, o czym świadczyły pozostawione przez nich ślady. Chociaż różnych szczątków było więcej, na przykład skorupki jaj ptasich czy drobne kostki, może myszy.
W pozostałych porach roku winorośl była doskonała do wspinania się po niej i do ukrywania przed niebezpieczeństwem.

Przykro, że je wypłoszyliśmy. Obawialiśmy się nawet, że mogły wyginąć, bo nie bardzo miały dokąd się przeprowadzić. W bliskości nie było więcej opuszczonych miejsc. Wszędzie ludzie i zwierzęta domowe. Ale wolimy sądzić, że jednak przetrwały. Jeszcze przez jakiś czas śmigały przez nasz ogród.

Tak więc Fela wysłuchuje sentymentalnych zwierzeń kota Leona, ktory wodzi za nią wzrokiem rozkochanym i wszędzie jej towarzyszy.
Kiedy Fela ma dosyć tej adoracji wskakuje na wierzbę rosnąca pod oknem kuchennym. Stamtąd na parapet okna, no i nierzadko jest wpuszczana do środka.

Wdrapanie się na wierzbę, skok na parapet, przejście przez kuchnię, zwłaszcza, kiedy można spodziewać się smakowitego kąska oraz wyjście drzwiami  na ganek, po to, aby za chwilę znów znaleźć się na wierzbie, to ulubiona rozrywka wszystkich naszych kotów.

Nawet kilkunastoletni Szkaradziej, już lata czujący w kościach, ubiegłego lata zaskoczył nas całkowicie. Ponieważ całe kocie towarzystwo skacze sprawnie, niczym wiewiórki, Szkaradziejek postanowił też się sprawdzić. Wleźć na drzewo, żadna sztuka, nawet dla starzyka, ale oddać taki skok? Siedział więc Szkarad bardzo długo na gałęzi, i bardzo długo się przymierzał. Nagle zdecydował się, skoczył i ... wylądował na parapecie. Udowodnił sobie, i wszystkim, że jeszcze sprawny jest i odważny.
Ale to był jeden, jedyny raz. Więcej już nie próbował, zresztą po co? Przecież statecznemu kotu łatwiej wejść do kuchni przez  drzwi niż przez okno.

A że skoki z wierzby są naprawdę trudne można łatwo zorientować się po tym, że od czasu do czasu któryś z  młodzieży z jękiem ląduje na ziemi, około 2 metrów poniżej parapetu. To boli.

5 marca 2008

Lubię krokusy


Zima odpuściła, ale w dalszym ciągu jest chłodno, najczęściej w okolicach zera. Dziś w nocy spadł śnieg, nie bacząc, że w ogrodku kwitną przebiśniegi i krokusy, moje ulubione, a zawiązki listków na gałęziach drzew lada chwila mają pęknąć.

A my już 10 dni temu wyłączyliśmy piec c. o. i ogrzewamy tylko kominkiem. Astronomiczne rachunki za ogrzewanie zmusiły nas do tego i chociaż drewno też drogie, jeszcze, odpukać, znacznie tańsze od gazu. Słyszałam też przez radio, że ceny znów podskoczą, w II półroczu nawet o 25%. Nic więc dziwnego, że naród się burzy i coraz to nowe grupy zawodowe strajkują i żądają wyższych płac. Do czego to wszystko prowadzi, nie potrafię się zorientować. I jakoś nie mam przekonania, że do czegoś dobrego.

Więc ostatnio często myślę o tym, czy można byłoby dziś jeszcze gdzieś na świecie znaleźć dobre miejsce do osiedlenia się na stałe. Miejsce stabilne politycznie, przyjazne społecznie, łagodne klimatycznie. Przecież człowiekowi wiele do szczęśliwego życia nie potrzeba, tylko ciepła, trochę jedzenia i dobrych uczuć. I już może całkiem nieźle funkcjonować.

Mimo brania pod uwagę różnych adresów, na różnych kontynentach, nie udało mi się takiego punktu na mapie świata odszukać: Afryka nie, bo głód, wojny, przewroty. Ameryka Północna nie, bo ustawiczny wyścig o więcej, i o lepiej. Ameryka Południowa nie, bo nędza i niepokoje. Azja nie, ze względu choćby na na różnice kulturowe, nie do pokonania. Europa nie, to już przerobiliśmy.

Dłużej można zastanawiać się nad Australią i Oceanią. Tak, Nowa Zelandia, to chyba byłoby to! Klimat dobry, krajobrazy fantastyczne, politycznie i gospodarczo bez zastrzeżeń. Wszystkie nacje są tam podobno jednakowo traktowane, wobec czego można założyć, że Polacy raczej nie są nielubiani. Tamtejsza polonia malutka, to może nawet obywa się bez większych niesnasek. Język? Uczyć się trzeba, i tyle.
Właściwie znalazłam tylko jeden szkopuł, mianowicie, za co tam się utrzymywać?

Ciekawe, czy polska przeciętna emerytura, po przeliczeniu na nowozelandzkie dolary, okazałaby się wystarczająca, aby przeżyć, miesiąc w miesiąc, aż do śmierci?
Wynotowałam sobie ceny z aucklandzkiego supermarketu: chleb 700 g - 2,99; masło 500 g - 4,99; jogurt 1 l - 6,29; jabłka 1 kg - 2,25; pomarańcze 1 kg - 2,91; stek z łososia 1 kg - 20,95; filety drobiowe 1 kg - 9,97; chardonney 2 l - 20,99; a ze strony NBP średni kurs 1 NZD = 1,9443 PLN.

Ale przecież nie chcemy mieszkać w mieście, zwłaszcza dużym, więc może udałoby się zbudować gdzieś na skraju maoryskiej wioski, na Wyspie Południowej, niedużą, prostą chatę. Z tak zwanych nośników energii - tylko prąd. Woda jest u nich za darmo. Konieczny byłby też kawałek ziemi, aby ta ich roślinność, która sama, bez pomocy człowieka bujnie się rozrasta, cieszyła oczy, no i żeby nasze zwierzęta miały gdzie szaleć.
Ale cóż to? Właśnie przeczytałam, że pewien angielski emeryt, który przyjechał z zamiarem osiedlenia się na Wyspie Północnej, bo tam mieszka i pracuje jego jedyny syn, będzie z kraju wydalony. Powód? Ze względu na wiek, a pan ten dobiega dziewięćdziesiątki, urzędnik państwowy założył, że niedoszły osadnik zbyt dużo kosztowałby nowozelandzki system opieki zdrowotnej!

Tak doszliśmy do punktu, w którym ostatni prawdopodobnie, rajski zakątek ziemi okazał się być przyjazny człowiekowi, pod warunkiem, że człowiek ten jest, i zawsze będzie, młody, zdrowy i bogaty.

Świat zszedł na psy. Tak twierdzą nie tylko nasze koty.
A zresztą, tam i tak nie ma krokusów.

21 lutego 2008

Karol i tort czekoladowy


Hałas odkurzacza jest dla kotów bardzo przykry. Teraz producenci zapewniają cichą pracę tych urządzeń. Ale nasz stary odkurzacz piorący, krzyk techniki, niestety ongiś, wydaje z siebie warkot niczym odrzutowiec przy starcie. Koty leżące przed kominkiem w popłochu uciekają od tego dźwięku gdzie pieprz rośnie.
Kiedy mieliśmy w domu wiele maluchów, które potrafiły w ciągu kwadransa zdewastować cały parter, włączaliśmy to piekielne ustrojstwo wieczorami, aby wykurzyć to małe tałatajstwo do legowisk na górze, parter zamknąć i spać spokojnie, bez obawy, że wywołają pożar, albo inne nieszczęście.

Tak samo koty reagują na dźwięk suszarki do włosów, a ponadto boją się okropnie strumienia gorącego powietrza. Więc, jeżeli już się tak zdarzy, że muszę kota wykąpać, że nie da się tego uniknąć, nigdy nie używam do osuszania go suszarki. Wycieram zwierzątko ręcznikami, sadzam w cieple i czekam, aż doschnie, w czym ono pomaga sobie samo, bardzo energicznie operując własnym języczkiem.

Z zasady kota się nie kąpie, chociaż spotkałam kiedyś weterynarza zalecającego (!) cotygodniową kąpiel wszystkim kotom. To była oczywiście moja pierwsza i ostatnia wizyta u tego "specjalisty".

Właściwie wszystkie urządzenia domowe, głośno pracujące, wibrujące, warkoczące, świszczące, i jakie tam jeszcze, wydające nieprzyjemne również dla człowieka dźwięki, koty obchodzą z daleka nawet wtedy, gdy są one wyłączone.

Jedynym wyjątkiem, jaki znam było zachowanie naszego kota Karola, który czekał, co prawda z udręczoną miną, ale cierpliwie na wyłączenie miksera, a wtedy on, Karol dostanie do wylizania te maślano-śmietankowo-czekoladowe resztki składników, jakich użyto do przygotowania wypieków. Natomiast, co ciekawe, za upieczonym już ciastem wcale tak nie przepadał. Chociaż, o ile w grę wchodził tort czekoladowy, nie miał w zwyczaju odmawiać kawałeczka (sporego).

Karol, kot zupełnie wyjątkowej urody, niczym egipski faraon, był bratem i mężem Lolity, naszej uroczej koteczki. Para ta od urodzenia za sobą przepadała, nie mogła się bez siebie obyć, wszystko robiła razem. No właśnie:
Ich synek Gucio, niestety już nieżyjący, był też kotem wyjątkowym.

A jednak Karol opuścił Lolitę, swój dom i nas. Nie wiem dlaczego, tylko się domyślam. W każdym razie pewna jestem, że Karol świadomie tak postąpił i jakby zawczasu na to nas przygotowywał. Najpierw zniknął z domu na 3 tygodnie.Aż któregoś poranka kocie nawoływania spowodowały, że wypadliśmy na dwór, aby sprawdzić co się stało. To Karol oznajmiał, że jest, że wrócił; tulił się, gryzł nam ręce, i radośnie witał się z pozostałymi kotami. Cieszyliśmy się strasznie. A Karol zupełnie przestał się włóczyć po sąsiedztwie. Przykładnie siedział w domu i w ogrodzie.Wieczorami śledził z wysokości szafy, na której miał legowisko, wszystko co działo się niżej. I wydawało mi się, że co chwila wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.

Ta sielanka trwała już od miesiąca, aż pewnego bardzo późnego wieczoru kilka razy podchodziłam do Karola, aby go pogłaskać i zagadać. A on leżał niedbale wyciągnięty na progu domu, w ciszy i cieple letniej nocy 2004 roku. Kiedy pół godziny później znów wyjrzałam Karola nie było. I nie ma go od tamtej pory.
Zrozumiałam wtedy, że tamtego ranka, przed miesiącem, Karol przyszedł się pożegnać, i że to pożegnanie po prostu trochę się przedłużyło.

Tęsknimy za nim i pamiętamy go, tak jak pamiętamy wszystkie koty, które kiedykolwiek były, mieszkały, albo tylko przewinęły się przez nasz dom.

4 lutego 2008

Targ rybny


Nasze dwa maluchy, Bazyl i Filipek, za szybko rosną. Już w pełni ujawniły się cechy ich charakterów. Bazyl, większy i mocniejszy, z muskularnym ciałkiem, w wieku 7 miesięcy wygląda na dorosłego kota. Jest łagodny i nie szuka zaczepek. Jest też zawołanym śpiochem, chociaż to właśnie Filip, jako niemowlę i podrostek wiecznie spał, a jego bracia rozrabiali i po nim, śpiącym, w najlepsze brykali, a jemu to wcale nie przeszkadzało.

Teraz Filip pierwszy z całej gromadki budzi się i zaczyna tym swoim dyszkancikiem, przeraźliwym okropnie, oznajmiać wszystkim, że on, Filip właśnie się obudził a więc wszyscy powinni już wstawać i wraz z nim witać nowy dzień. Filip pierwszy jest do zwady i małej awanturki. Na pewno dłużej niż Bazyl będzie dorastał, taki drobniutki i chudziutki, chociaż apetycik ma niezgorszy.
Filip jest bardzo "dziecinny" w zachowaniu. Chyba nawet cudzysłów nie jest potrzebny, bo od lat już obserwuję, że małe koty zachowują się dokładnie jak małe dzieci, a do Filipka szczególnie się to odnosi. Jest krnąbrny, egoistyczny i we wszystkim przesadza; kiedy szaleje, w domu czy na dworze, to do wyczerpania, kiedy przychodzi się pieścić, to nie chce zejść z kolan, mruczy tak głośno, jakby się zepsuł, pręży się, pakuje mordkę w dłoń, domagając się więcej głaskania i tarmoszenia.

Ale oba kotki wchodzą w wiek, gdy to głaskanie i przytulanie zaczyna je peszyć. Kiedy przedszkolak staje się uczniem, już nie pozwala sobie na okazywanie czułości, zwłaszcza publicznie. Wszystkie nasze koty, straszne pieszczochy w dzieciństwie, jakby wstydziły się swoich potrzeb do pieszczot, kiedy zaczynały dorastać.

Z Bazyla robi się kot stateczny, przychodzący na wołanie, i w ogóle jakby zdający sobie sprawę, że długie przebywanie na dworze w paskudną wietrzną czy mroźną pogodę "jest złe dla Bazyla".
Filip, jeszcze mały głuptas, siedzi na dworze do skostnienia i wygłodzenia. Kiedy wreszcie pojawi się w domu, chce uciekać, jak tylko trochę się ogrzeje i przekąsi. Chodzi cały brudny, bo przecież nie mogę go kąpać po każdym wyjściu. Ponieważ jest biało-czarny, to znaczy białego futerka na nim znacznie więcej niż czarnego, wygląda naprawdę niechlujnie.
Na czarnym Bazylku, w białych skarpetkach, nie widać tak tego usmotruchania. Ale kiedy śpią razem słodko, zmęczone i szczęśliwe, łapy Filipa są czarne, choć z natury białe, a łapy Bazyla pozostają białe. Dziwne. To chyba dlatego, że Filip wyciera się po wszystkich możliwych dziurach, kątach i zakamarkach, włazi wszędzie i buszuje po całej okolicy.
Bazyl raczej trzyma się swojego ogrodu. Naśladuje Szkaradzieja i Rudolfa, koty, które niezmiernie rzadko wyprawiają się poza własny płot.

Chociaż Filipka nigdy nie można się dowołać, to jednak zjawi się na pewno i nie wiadomo skąd, kiedy tylko jest do zjedzenia coś, za czym przepada. W jego przypadku to są filety z drobiu. W jaki sposób kot nieobecny przez ileś godzin zjawia się w kuchni zawsze i nieomylnie kiedy jest kurczak, tego nie wiem. Równie nieomylnie trafiają do domu kocice, Dunia i Lolita, zwabione rybą, chociaż to przynajmniej da się wytłumaczyć ostrym, intensywnym zapachem.

Nie wszystkie koty lubią ryby, choć utarło się takie przekonanie. Także w literaturze. Tak było
u Hrabala, tego zagorzałego wielbiciela kotów, karmiącego ich przecież kilkadziesiąt, do końca swoich dni.
Zapytałam męża: - Nie pamiętasz tytułu opowiadania Babla, tego o kotach wrzeszczących
i śliniących się na widok ryb? Mąż śmiał sie do rozpuku, a kiedy opanował atak wesołości, powiedział: - To ja ci to opowiadałem - już dość dawno - kiedy wróciłem z podróży do Odessy.

Nagle sobie przypomniałam tę relację, to nie była literatura tylko rzeczywistość:
Na wielkim Priwozie, w centrum Odessy, znaczna ilość miejsca przeznaczona została na targ rybny. Stały tam niewysokie, drewniane budki z ladami, na których sprzedawcy wykładali owoce morza - wszelkie możliwe rodzaje ryb, krewetek, małż, i podobnych.
Uwijający się tłum nie zwracał uwagi na dachy tych budek. A tam, nad głowami ludzi, siedziały, stały i biegały niby bezładnie, koty, kilkadziesiąt kotów wariujących z powodu widoku, i z powodu zapachu ryb.
Niektórzy handlarze rzucali kotom wnętrzności czy kawałki ryb. Podnosił się wtedy wrzask jeszcze głośniejszy, przepychanki, bójki o kąski, i zaczynała się kocia uczta. Nie wszystkim zwierzakom zdobycz się dostała, nie wszystkie się dopchały. Wtedy co bardziej zdeterminowany kot zeskakiwał z daszku, kradł rybę i w nogi. Goniły go przekleństwa sprzedawców i śmiech klientów.
Potem znów koty krążyły, wyczekiwały i powrzaskiwały, aż do chwili, kiedy dostawały następny kawałek. I cały ten koci spektakl można było obserwować od początku.

W każdym razie nasz Rudy (to znaczy Rudolf) ryb nie lubi, zjada jeden kęs zaledwie, tylko po to, aby nie żałować, że inni jedli ze smakiem a on nawet nie spróbował. Zawsze myślałam, że Rudy to jakiś koci wyjątek. Ale odkąd pojawiła się u nas Fela i poznaliśmy jej upodobania smakowe, okazało się, że to nie takie rzadkie. Fela ryb także nie lubi. Ona nie bierze nawet kawałeczka.

Oczywiście upodobania kotów z wiekiem się zmieniają. Kiedyś oba maluchy przepadały za kaszką ryżową. Niedawno im taką podsunęłam, dobrą, z masełkiem i śmietanką. Popatrzyły na mnie z niedowierzaniem, potem z wyrzutem i oba odeszły z podniesionymi wysoko ogonkami, nawet nie spróbowały.

Sama także, karmiona wyłącznie ryżem do trzeciego roku życia, później przez kilkadziesiąt lat ryżu wręcz nie znosiłam. Dziś jem go ze smakiem. Prawie wszystkie dzieci, przynajmniej z mojego pokolenia, szczerze nie znosiły szpinaku. Teraz uważam, że to znakomita jarzynka, nadająca się również jako farsz do rozmaitych potraw. Na przykład: naleśniki ze szpinakiem albo ravioli - pycha.

22 stycznia 2008

Kosz na bieliznę


Dziś Filip naprawdę mnie zdenerwował. W środku nocy urządził sobie zabawę. Skakał z deski do prasowania do wysokiego kosza ustawionego w sypialni na komodzie. To jest półtorametrowa odległość, a kąt skakania bardzo niewygodny. Trzeba dobrze się przymierzyć, ustawić na samej krawędzi, potężnie odbić, i polecieć. Deska, jak trampolina, wyrzucała to sprężyste ciałko, i Filipek bezpiecznie lądował w koszu.
Hałas, który przy tym rozlegał się w całym domu stawiał na równe nogi wszystkich śpiących, i nas, i zwierzęta.

Deska jest stale rozstawiona, bo kociaki, chociaż teraz już są na progu dorosłości, kiedyś przypadkowo odkryły ją jako świetne miejsce na przedpołudniowe drzemki. Wtedy akurat słoneczko tu zagląda, a one się wylegują rozkosznie wśród naszych ciepłych swetrów. Dlatego na razie tak to zostawiłam i nie będę likwidować, tym bardziej, że kot potrzebuje kilku legowisk, które i tak, wcześniej czy później, zamienia na całkiem inne. Więc czekam, aż im się ta deska znudzi i wynajdą inne, równie zwariowane miejsce.

Kiedy sześcioraczki Feli na tyle już podrosły, że nie mieściły się w typowym koszyku dla zwierząt, przypomnieliśmy sobie, że mamy na strychu naprawdę wielki, obszerny kosz. Został wypucowany, odpowiednio wymoszczony i kocia rodzina przez jakiś czas go używała. Później stan kociąt się zmniejszył i cztery wyemigrowały do innych domów. Kosz stał się zawalidrogą. Już chcieliśmy się go pozbyć, ale któregoś dnia Bazyl uznał, że to idealne miejsce, i do zabawy, i do spania. A jak Bazyl, to i Filip oczywiście także, bo to bracia nierozłączni i wszystko robią razem.
Więc kosz został, ale nie wiadomo jak długo po tych harcach Filipa wytrzyma. To przedmiot wiekowy, ma kilkadziesiąt lat, i jak to kosz, wypleciony jest z wikliny.

Kiedyś w takich koszach leżała bielizna pościelowa i stołowa zdjęta po praniu ze strychu, skropiona wodą, "wyciągnięta" i złożona. Oczekiwała na transport do magla.

Dziś, kiedy wszystko pierze się samemu na bieżąco, w pralce z dziesięcioma programami, albo w usługowej pralni, nie bardzo chce się wierzyć, że dawniej pranie trwało tydzień, albo i dłużej.
W domu mojego dzieciństwa do tego celu służyła pralnia, wyposażona w wielki miedziany kocioł do gotowania bielizny, wannę, dużą ręczną maglownicę oraz przeróżne balie, miski i szafliki.
Woda w kotle podgrzewana była węglem. W wannie najpierw namaczało się bieliznę a potem prało rzeczy wyjmowane z tego ukropu w kotle specjalnymi drewnianymi pałkami. Potem się je płukało, "farbkowało", krochmaliło, suszyło, i w końcu maglowało.
W pralni było gorąco jak w piekle, w powietrzu unosiło się mnóstwo pary, zapachy mydła, proszku i papierosów. Bo praczka, o zgrozo! paliła.
Była to kobieta, którą wynajmowało się co jakiś czas, w zależności od ilości zbierających się "brudów". Wykonywała swój fach chodząc od domu do domu, i w zamian za każdorazowo negocjowaną zapłatę, robiła sama całą tę ciężką robotę. "Naszą" praczkę zapamiętałam jako maleńką, niemłodą już osobę, chudą i żylastą, ze zniszczonymi mocno dłońmi, stale nie w humorze. No, cóż: Hajcowała pod kotłem, prała posługując się metalową tarą, nosiła ciężkie kosze z piwnicy, gdzie mieściła się pralnia, na strych i z powrotem, rozpinała sznury do suszenia, odnosiła pranie do magla. Stale w wodzie, mydle i chlorku.

Stopniowo pralki Franie i wyżymaczki, co prawda dalej ręczne, ale już zamontowane na tych, jakże wówczas nowoczesnych urządzeniach, zaczęły wypierać kobiety-praczki, aż do całkowitego zaniku tego zawodu.

Po latach, w pracy zawodowej spotkałam człowieka dobrze wykształconego, na eksponowanym stanowisku, który wywodził się z rodziny robotniczej. Opowiadał mi, że jego rodzice ciężko pracowali; matka była praczką. Dobrze wiedziałam, co to znaczy.

13 stycznia 2008

Zarękawki i Excel


Wszystko płynie, a czas najszybciej. Znów o rok jestem starsza.

Zastanawiam się, jak to było, że dziesięć, dwadzieścia i więcej lat temu miałam na wszystko czas, w dodatku wszystko robiłam w terminie. Obok głównych zadań, przesiadywałam przecież godzinami w kawiarniach, chodziłam do kina, na prywatki, dokądś wyjeżdżałam, zajmowałam się domem, i miałam dziesiątki innych zajęć. Dziś już tak nie jest.

Kiedyś sprzątnięcie domu "na błysk" zajmowało mi dwa dni. Teraz poświęcam na to dwa tygodnie. Do kawiarni od dawna nie chodzę. Uważam, że to strata czasu.

O co tu chodzi? Czy o stale obniżającą się naszą sprawność, i fizyczną, i psychiczną? Chyba nie tylko. Osiągamy pewnien wiek a wraz z nim przekonanie, że wszystko co należało, co zaplanowaliśmy, już zostało osiągnięte, zrealizowane, więc nie ma do czego i po co tak się spieszyć.
Zaczynamy czas celebrować: wszystko, co robimy staramy się lepiej przygotować i dokładniej wykonać.
Z drugiej strony cenimy czas jako dobro wyczerpywalne, którego mamy z każdym rokiem, miesiącem i dniem coraz mniej, i mniej. Nie można go zmagazynować. Ani zaoszczędzić na później.
Dlatego z bieżącej chwili staramy się "wyciągnąć" jak najwięcej, robić głównie to co lubimy, co sprawia nam radość i przyjemność. Więc czytam sobie spokojnie, nie przejmując się zanadto brudnymi szybami. Choć któregoś dnia i tak będę musiała umyć te okna, ale powolutku, bez pośpiechu. W międzyczasie pobawię się z kotami. Wypiję herbatę.

Nie muszę już poddawać się terrorowi wydajności. Nie chcę żyć coraz szybciej. Przecież właściwie w ciągu jednego pokolenia tempo życia zwiększyło się zawrotnie. Rzeczywistość wymogła na nas posiadanie umiejętności nieporównanie bardziej skomplikowanych, a więc i bardziej czasochłonnych niż w poprzedniej zaledwie generacji.

Dawniej dobry księgowy wyposażony był w zarękawki i liczydła, których działanie opanował w ciągu kwadransa. Nieco później liczydła zastąpił mu mechaniczny, a wreszcie elektryczny kalkulator. Dziś tygodnie i miesiące poświęca, aby rozgryźć, opanować i ćwiczyć możliwości Excela czy innego programu biurowego. Bez biegłości w posługiwaniu się nimi żaden z niego księgowy.
Kto dziś pamięta, że zarękawki, noszone jeszcze jakieś trzydzieści lat temu, to były zszyte prostokąty materiału, zakończone tunelem z gumką, nakładane na rękawy marynarki dla ochrony przed plamami z kopiowych ołówków i kleksami atramentu z obsadek, którymi zapisywało się kolumny cyferek. Szczytem technik prezentacyjnych był rzutnik, powiększający na ekranie ręcznie wykreślone słupki.

W czasach mojego dzieciństwa matka zmywała naczynia w szafliku, do którego wlewało się wodę grzaną na płycie pieca kuchennego, opalanego węglem. Niezwykłym udogodnieniem był po latach zlewozmywak z bieżącą wodą, ogrzewaną gazem z tzw. junkersa.
A dziś? Licytujemy się z mężem, kto ma załadować zmywarkę po obiedzie, bo to przecież "tyle roboty".
Więc gdzie podział się ten czas, niby zaoszczędzony?
Ano, zżarła go TV i Internet. Pochłonęły go godziny i lata potrzebne na przyswojenie sobie porcji wiedzy o życiu, i o świecie, o dziesięć? o sto? o tysiąc? razy obszerniejszej od tej, jaka była potrzebna do funkcjonowania naszym rodzicom i naszym dziadkom.

Kiedyś wolałam tę rzeczywistość. Dzisiaj wzdycham:
- Dlaczego nie urodziłam się w XIX wieku? To był świat!

7 stycznia 2008

Gustaw



Źle zaczął się nowy rok. Nadeszła wiadomość, że tuż przed Bożym Narodzeniem Gucio odszedł na zawsze. Do Krainy Wiecznych Łowów.

Nie doczekał nawet swoich urodzin, czwartych zaledwie.

Trafił do nowego domu jako rozkoszny, 3-miesięczny kociak, cały puchaty i śliczny w tym swoim popielatym futerku.

Był już wtedy po przejściach: Miał 2 miesiące, kiedy wyjechał od nas do pewnych znajomych na wsi. Byłam przekonana, że będzie mu tam dobrze, że będzie miał dużo bezpiecznej przestrzeni życiowej, której koty przecież tak bardzo pożądają.
Niestety, okazało się co innego. Ilekroć zadzwoniłam, aby dowiedzieć się, jak Gucio adaptuje się do nowych warunków, tyle razy słyszałam, że kotek właśnie śpi. Zupełnie jakbym chciała, aby zawołali go do telefonu. Zaniepokoiło mnie to do tego stopnia, że rozpoczęłam śledztwo i ustaliłam, że zwierzątko bezmyślnie przekazywane jest z rąk do rąk. Natychmiast pojechałam i zabrałam Gucia stamtąd. Ale dla takiego malucha, to musiał być koszmarny tydzień - całe 7 dni poniewierki.

W piękny letni dzień, 23 czerwca 2004 r. Gucio zameldował się już na stałe w Jeleniej Górze. Zmęczony upałem i stukilometrową podróżą nie pozwolił sobie jednak na sen, ani nawet na drzemkę. Badał uważnie, czy przyjęty będzie jako wróg, czy jako przyjaciel psa i królika, mieszkańców tego domu. I został członkiem rodziny.

Kiedy ostatni raz widziałam Gucia miał 2 latka i od dawna nazywano go Gustawem.

Był szczęśliwym kotem, kochanym przez opiekunów. A pan domu po prostu go uwielbiał.
Tylko za krótko, za krótko to życie szczęśliwe trwało!
Maleńkie serduszko nie wytrzymało.

Lolitka nic nie wie, że jej jedyny synek już nie żyje.
Dunieczka nic nie wie, że jej jedyny wnuczek już nie żyje.
Ja im nie powiem.

20 grudnia 2007

Prezent gwiazdkowy








A m s t e r d a m


Zrobiłam listę zakupów na święta. Mój mąż, który jest znawcą cen, pobieżnie wszystko podliczył. Wyszło dużo za dużo. Więc zaczęłam skreślać, skracać i redukować. Znowu przymiarka. Teraz ewentualnie spis może zostać.

Trzeba jechać na zakupy. A w sklepach szał. Nie darmo statystyki wskazują, że kupujemy coraz więcej, bo jesteśmy coraz bogatsi.
No tak, średnia płaca przekroczyła już przecież znacznie 1000 $. A pamiętam doskonale czasy, kiedy taka suma stanowiła majątek.

Pamiętam również, że można było oficjalnie wymienić w Narodowym Banku Polskim kwotę 150 $, i to tylko wówczas, gdy wyjeżdżało się za zachodnią granicę, a więc na paszport. Ten dostawało się przed wyjazdem i natychmiast po powrocie należało go zwrócić. Komu? Państwu, które w tym wypadku reprezentowane było przez komendy MO, a może odwrotnie. Dziś to się wydaje nieprawdopodobne.
A przecież wyjazd na Zachód to było dla wszystkich coś upragnionego.

Nasz pierwszy pobyt na Zachodzie to był Amsterdam, Haga, Rotterdam, Antwerpia i niewielkie miasto w Nadrenii-Westfalii, gdzie mieszkali przyjaciele.
To nic, że podróż (małym Fiatem zresztą) trwała tylko tydzień. To były emocje niespotykane. I niezapomniane.

Najpierw nieprzyjemna granica z "przyjaciółmi" z NRD. Ale z nią byliśmy już jako tako oswojeni, więc zapory i uzbrojeni pogranicznicy nie robili takiego wrażenia. Naprawdę straszne było przejście pod Eisenach, na granicy dwóch państw niemieckich. Broń, dużo broni, mundury, niebotyczne stalowe zapory, druty kolczaste i wieżyczki. To było jak z filmów pokazujących czasy wojny i okupacji. Sceneria obliczona na wywoływanie strachu. I wywoływała. Zapewniam.

A po stronie tych kapitalistycznych, odwetowych i ziomkowskich Niemiec podróżnych ze Wschodu witał uśmiechnięty cywil, mówiący nieźle po polsku i życzący przyjemnego pobytu. Na nasze pytanie, dlaczego nie pilnują granicy? odpowiedział - A po co? Przecież NRD wszystkich upilnuje!
Podróż przez Niemcy Wschodnie, dziurawą autostradą, przypominała całkiem jazdę polskimi drogami, chociaż miasta, a zwłaszcza wsie, wydawały się być bardziej zadbane niż polskie.

Ale szok następował dopiero po wyjeździe z "bratnich" Niemiec. Po drugiej stronie granicy szosy były równe jak stół, autostrady wielopasmowe, oświetlenie jak w dzień, samochodzy prawdziwe, stacje benzynowe z barami i sanitariatami, z wielkimi parkingami.Wszystko czyste, ładne, kolorowe, a ludzie uprzejmi i uśmiechnięci. Jasne! Czymże się martwić w takim uporządkowanym, pięknym świecie!

Granica niemiecko-holenderska ledwie zaznaczona, bez urzędników, a my przecież musimy mieć urzędowe poświadczenie, że wjechaliśmy do Holandii. Szukamy długo chętnego do przybicia pieczęci. Wszak po naszym powrocie paszporty będą skrupulatnie sprawdzane. Nie chcemy przecież narażać się na odmowę wydania ich nam w przyszłości. Pieczątki wjazdu (i wyjazdu) być muszą.

Objuczeni zapasami smakołyków, w które zaopatrzyli nas przyjaciele z Nadrenii, docieramy do Oosterhout. Tu będziemy gośćmi Adama, przyjaciela przyjaciół naszych przyjaciół. Niewielki, ponoć bardzo tani, dom komunalny, w którym mieszka Adam wraz ze swoją liczną rodziną podoba się nam bardzo, zwłaszcza elewacja, piękne okna. Jakże się różni od naszego bloku spółdzielczego, przypominającego zachodnie slumsy.

Zwiedzaliśmy tam publiczną szkołę, która zachwycała nie tylko architekturą, ale przemyślanym każdym detalem. Korytarze, na przykład, nie miały paskudnych olejnych lamperii jak u nas, bo ściany, malowane w pastelowe kolory, były z cegieł tak wiązanych, że nie było możliwości bazgrania, malowania i brudzenia ich powierzchni. Uczniowie nie chodzili w kapciach, bo podłogi wykonane ze specjalnych paneli nie rysowały się i były łatwe do utrzymania czystości. Klasy - pracownie doskonale wyposażone, a mnogość przesuwanych w dól i w górę oraz na boki tablic wykluczała potrzebę ich ustawicznego ścierania w czasie trwania zajęć.
Zaproszono nas również, abyśmy zobaczyli, jak mieszkają ludzie majętni. Wszystko było olśniewające, ale domek maleńki: ziemię w Holandii nadzwyczaj się ceni.

I wreszcie Amsterdam. Urzekające Stare Miasto. Wspaniałe kanały, domy, muzea. Plac Dam z Pałacem Królewskim i Hotelem Krasnapolskim. Obawiamy się nawet wejść do holu. Z naszym przydziałem dewiz?

Jeszcze będąc w Republice Federalnej zamówiliśmy kilka noclegów w pewnym, niedrogim hoteliku. W Amsterdamie, z pomocą pracownika służb miejskich, który był uprzejmy pilotować nas, aczkolwiek lekko zdziwiony, pod wskazany adres, trafiliśmy na miejsce. Pan, który nas przyjął wcale nie wyglądał na recepcjonistę, a sygnałem powinno być to, że był po prostu wściekły z powodu naszego pojawienia się. Jednak dopiero panienka, przywołana aby wskazać nam pokój, odziana stanowczo zbyt skąpo jak na ten listopadowy, chłodny dzień uzmysłowiła nam, że właśnie znaleźliśmy się w tanim burdeliku. Trochę się zdenerwowaliśmy i w dużym popłochu opuścili to miejsce, ku jawnemu zadowoleniu burdel-taty. To było nasze, a moje na pewno, pierwsze i ostatnie zetknięcie się z domem publicznym.

Okazało się, w przeciwieństwie do ówczesnej polskiej rzeczywistości, że wynajęcie "normalnego" pokoju hotelowego wcale nie było trudne. A kiedy rano obudził nas prawdziwy kataryniarz, z prawdziwą małpką, który pod oknami hotelu puszczał w ruch wielką, zabytkową katarynę, byliśmy naprawdę zachwyceni.
I wyruszyliśmy na zwiedzanie.

Na koniec pobytu chciałam zrealizować listę zakupów, którą przygotowałam jeszcze w Polsce. Mój Boże! Cóż to była za lista, wymieniała na przykład nożyk do jarzyn. Z tym spisem wybraliśmy się do znanego domu towarowego. To spowodowało kolejny szok: pierwszy raz w życiu zobaczyliśmy tysiąc stoisk
z milionem luksusowych (przynajmniej dla nas) towarów! Nie mogłam się opanować: za 3/4 mojego przydziału dewiz kupiłam mężowi na prezent gwiazdkowy wspaniały sweter. Był zrobiony z wełny szetlandzkiej, w pięknym kawowym kolorze. Nosił go potem tak długo, aż wytarła się włóczka na rękawach. Wtedy na łokcie naszyłam zamszowe łatki i dalej był to ulubiony sweter, w najlepszym zresztą guście.
Ale wówczas, z tej listy zakupów skreślałam kolejne pozycje, skracałam ją i redukowałam.
Zupełnie jak dziś.

12 grudnia 2007

Kocie serca




Kotka Fela, zwana pieszczotliwie Feluszką, tak nam się znakomicie wykurowała po operacji
i tak przytyła, że teraz jest przezywana Felą - belą. Kiedy wydaje nam się, że ona rozumie te prześmiewki, to prędziutko z beli robi się Bella, głaskana i hołubiona. Z tymi swoimi spasionymi, czarno-białymi boczkami faktycznie przypomina holenderkę (krówkę). Nic dziwnego; apetyt jej dopisuje, wychodzi rzadko i niechętnie. Szybko wraca i zaszywa się w sypialni pana domu, gdzie wyleguje się całymi dniami. A w nocy, kiedy jest pewna, że wszyscy już śpią, pakuje się do jego łóżka.
Przedtem ten przywilej przysługiwał ukochanicy mojego męża, Lolisi, która musiała ustąpić pola Feli. Fela zaś boi się, aby nie utracić dachu nad głową. Przecież przez pół roku mieszkała na dworze. Zresztą może i dłużej, nie wiemy, co się z nią działo jeszcze wcześniej.

Przed laty podobnie zachowywał się kocur Rudolf, także bał się straty domu. Zakopywał się w piernatach swojego koszyka. Spał i jadł. Jadł i spał, albo udawał, że śpi. Jeśli w ogóle wychodził, to nie dalej, niż na próg domu. Miska, kąt i spokój - to były jedyne jego wymogi.

Mimo, że upłynęły już miesiące od wprowadzenia się do nas Feli z kociakami, nasze kotki w dalszym ciągu jej nie tolerują. Tylko na dworze Fela czuje się "u siebie" i przepędza wszystkich. Ale w domu Dunia z Lolitą nie dają spokojnie żyć Feli, tu one są u siebie.
Z kolei maluchy nic sobie z wrogości kocic nie robią. Zresztą innej sytuacji nie znają. Tu przyszły na świat i uważają takie zachowanie za normalne.

Martwimy się tylko, że Fela, naśladując kocice, syczy i warczy na swoje własne dzieci i nieraz grzmoci je łapą. Trochę jeszcze zajmuje się Filipkiem, który jest mniejszy, słabszy i jakiś taki bardziej dziecinny od brata, ale Bazylem już się nie przejmuje i traktuje go jak pozostałe koty. Chyba jednak za szybko uznała je za dorosłe. Przecież mają dopiero piąty miesiąc i są niesamowitymi pieszczochami. Filipek nadstawia brzuszek do głaskania, mruczy donośnie, na cały regulator, i w ogóle jest całuśnikiem: bez przerwy przytula mordkę do mojej twarzy, dotyka mnie tym swoim mokrym noskiem, i stale mam wrażenie, że chce mnie wylizać,a też nie miałby nic przeciwko wylizaniu jego.
Bazyl z kolei najbardziej lubi całymi kwadransami wylegiwać się na brzuchu swojego żywiciela i uwielbia być noszonym przez niego za pazuchą.

Od dnia, w którym odeszła do kociego nieba maleńka Lucky, przestaliśmy szukać dla kociaków nowych domów, w obawie, aby nie trafiły gorzej, niż mają teraz. Ale to był chyba błąd. Przecież pozostała trójka trafiła bardzo dobrze.

Myślę jednak, że prawdziwie szczęśliwy jest tylko ten zwierzak, który jest jedynakiem. To znaczy jest jedynym kotem w domu, bo inne zwierzęta, na przykład psy, nie przeszkadzają mu, i prawdopodobnie nie jest o nie zazdrosny.

U nas, niestety, takiego luksusu mieć nie mogą. Staramy się wszystkie nasze koty obdarzać jednakową miłością, uwagą i czułościami, bo one, zupełnie jak dzieci, potrafią doskonale wyczuć najdrobniejsze różnice w traktowaniu. Ale czy to się w stu procentach udaje? Na pewno, jak i w ludzkiej rodzinie, koty wiele mogłby nam zarzucić.

Czy w tę noc wigilijną odezwą się ludzkim głosem? Obawiam się, że wówczas Szkaradziej powie: -Nigdy nie kochaliście mnie tak, jak Lolity! A Rudolf: -Wciąż muszę się z kimś dzielić swoimi chrupkami! Fela: -Nie zapomnę wam tego, że oddaliście obcym czworo moich dzieci!

Jednak jest nadzieja, że chociaż maluchy powiedzą, tak po prostu: -Kochamy was.
I tyle.

4 grudnia 2007

Mucha w kuchni


Nie lubię much. Właściwie to ich nie cierpię. A jednak od dłuższego już czasu łapię się na tym, że bardzo uważam, aby żadnej nie zabić.
Dawniej wieszałam lepy na muchy.Był to sposób obrzydliwy (dla mnie) i potworny (dla much). Później biegałem ze sprayem przeciw tym owadom i z satysfakcją oblewałam im skrzydełka.
Z satysfakcją? Może raczej z sadyzmem, i bezmyślnie. Teraz otwieram okno i po prostu ścierką wyganiam muchę z kuchni. Mucha nie chce wylecieć, ja nie chcę dać za wygraną, szmatka trzepoce, kolejna szklanka znów na posadzce.
Nie szkodzi. Przecież po to szklanki sprzedają po sześć. Albo po dwanaście.

Mucha to mucha. Nie myśli się o niej. Albo może przemyka przez myśl - to TYLKO mucha. Od dziecka uczą nas: - Komar, zabij! - Mucha, zabij! - Osa, zabij! Potem my uczymy. Dopiero, kiedy lata miną zdajemy sobie w pełni sprawę, że oprócz nas, wszyscy inni mieszkańcy tej ziemi, także chcą żyć, równie silnie, jak my.

Dlaczego tak jest, że nie wcześniej niż wówczas, gdy z uroczej nastolatki czas zrobi przygłuchą i przyślepą starszą panią, to dopiero ona wyniesie wieczorem pod blok miseczkę z jedzeniem dla bezdomnego kota?

Za wielu z nas przenosi te wyuczone, wrogie uczucia z osy i komara na psa, kota czy niedźwiadka. Nie śledziłam do końca sprawy młodych ludzi, którzy w Tatrach zamęczyli na śmierć to piękne, dzikie zwierzę. Problem kary dla nich to sprawa sądu. Ale pozostaje problem potępienia takiego czynu, a przede wszystkim metod wychowywania.
Jedno jest dla mnie pewne: Żaden z tych młodych sprawców nie miał w dzieciństwie ani małego, ani dużego, nie miał po prostu żadnego pluszowego misia, do którego mógł się przytulić, wyszeptać mu swoje żale, opowiedzieć o swoich marzeniach.Na dobranoc TV wyświetliła mu film o tym, jak zając znęca się nad wilkiem. A na urodziny dostał pistolet. To nic, że na razie był na wodę.

1 grudnia 2007

Cisza nocna


Około godziny dwudziestej drugiej nasza uliczka cichnie, a pół godziny później zasypia. Starsi państwo, wiadomo, wcześnie są znużeni trudami dnia, więc i wcześnie się kładą.
A w oknach dzieci i ich rodziców też szybko gasną światła, bo nazajutrz trzeba zdążyć do szkoły i do pracy.

Kiedy tu się sprowadziliśmy, mieliśmy obawy, że mieszkańcy wielkiego bloku, który stoi z tyłu ulicy, wzdłuż ogrodów, będą hałasowali do późnych godzin. Jednak okazało się, że jeszcze długo przed północą wszelkie odgłosy milkną i krzątanina ustaje. Czasami tylko w którymś mieszkaniu odbywają się imieniny, chrzciny czy inne uroczystości rodzinne. Wówczas rozlegają się, co słychać zwłaszcza latem, przy otwartych oknach, toasty, okrzyki i wiwaty. Dopiero nad ranem wszystkie "kaczuszki-krzywe nóżki" i "rybki w jeziorze", i wszyscy "górale, którym żal", ochrypli i z ciężkimi zapewne głowami, dają za wygraną. Więc co najmniej do południa mamy urzekającą ciszę. Na szczęście, mimo, że blok ma wiele klatek, tego typu spotkania towarzyskie są raczej sporadyczne.

W ogóle jest to miasteczko, w którym bodajże dwa razy do roku zdarza się mieszkańcom nie spać do białego rana. Pierwszy przypadek to Nowy Rok, z okazji którego pan burmistrz wydaje na Rynku coś w rodzaju przyjęcia sylwestrowego i wszyscy mogą podziwiać pokaz sztucznych ogni. Następnie, pół roku później, przyjeżdżają zespoły folkowe z kraju, a nawet z zagranicy. Za nimi ciągną młodzi ludzie, wielbiciele tej muzyki, których zjeżdża wcale niemało. Jak co roku biorą w posiadanie ruiny XIV- wiecznego zamku, i tu grają, śpiewają i bawią się. A wraz z nimi całe miasto, jako, że zamek położony jest w samym centrum grodu.
Poza tym publicznego życia nocnego nie ma. Jedyny lokal, na sąsiedniej ulicy, chełpiący się mianem dyskoteki, już parę lat temu został zamknięty. Okoliczni mieszkańcy nie wytrzymali powtarzających się co noc większych i mniejszych burd, urządzanych przez powracających z zabawy, a co bardziej wrażliwi nie mogli już dłużej słuchać rozlegającej się stamtąd muzyki, która, nie dość, że była przez małe "m", to jeszcze chyba przez "u" kreskowane.
Tak więc miasto, jak pół Polski pewnie, co noc śpi spokojnie, aby rano móc stawić czoła nowemu dniowi.
Nam taki stan bardzo odpowiada, choć wydaje mi się, że nie jest dobra ta postępująca izolacja, zamykanie się ludzi we własnych czterech ścianach.

Nasze własne późne wieczory przeznaczane są na lekturę, czasem film, wiadomo bowiem, że publiczna TV wartościowsze rzeczy zwykła nadawać około 24.oo, właśnie wtedy, gdy statystyczni Kowalscy przewracają się na drugi bok. Może teraz się to zmieni, wszak tyle się mówi o misji publicznych mediów?

Wśród tego nocnego spokoju lubię także posiedzieć sobie w kuchni i poczytać przepisy. Czasem tak przemówią do mojej wyobraźni, że z miejsca decyduję się na ich realizację. Właśnie postanowiłam upiec bułeczki według staropolskiego przepisu, nie skomplikowanego wcale, za to naprawdę zadawalającego podniebienie:

Rozrabiam pół kostki (5 dkg) drożdży w 3 łyżkach śmietany (18%) i 2 łyżkach cukru. W misce łączę pół kg mąki pszennej z 15 dkg miękkiego masła. Dodaję 2 jaja i 2 żółtka, rozrobione drożdże i sporą szczyptę soli. Mieszam wszystko dokładnie, a jeśli ciasto jest zbyt "luźne", dosypuję nieco mąki.
Zamiast długiego wyrabiania, na które nie mam siły, stosuję metodę, którą przeczytałam chyba w "Kuchni Kryszny", skoro należy przy niej powtarzać mantrę. Kulę ciasta podnoszę nad głowę i rzucam nią o blat tyle razy, ile wyrazów jest w mantrze:

Hare Kryszna Hare Kryszna
Kryszna Kryszna Hare Hare
Hare Rama Hare Rama
Rama Rama Hare Hare.

Zawsze jest świetnie wyrobione! Teraz ciasto dzielę na 10 kulek - bułeczek. Na każdą, rozpłaszczoną palcami, nakładam łyżeczkę konfitury lub dżemu. Dziś dałam dżem z pigwy, która bardzo dorodna wyrosła w naszym ogrodzie, a w tym roku dodatkowo cierpiała klęskę urodzaju.
Zalepiam bułeczki i układam na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Teraz czekam 20 - 30 minut, aż wyrosną. Smaruję każdą pędzlem moczonym w lekko ubitym białku i wstawiam do nagrzanego piekarnika na pół godziny. Temperatura 8 (około 210 st.)
Ponieważ jest już około wpół do drugiej, to oczywiście nie zjemy 10 bułeczek, najwyżej po jednej. Reszta będzie na jutrzejsze śniadanie. Ażeby zapewnić im smak "prosto z pieca", mój mąż (łasuch), który wziął na siebie ten obowiązek, zamraża bułeczki kiedy tylko wystygną. Rano wkłada je do kuchenki mikrofalowej na 3x (odwraca) 30 sekund, moc 750. Są naprawdę świeżutkie. I pyszne.

Jeśli nie lubimy śniadania na słodko, to możemy przygotować nadzienie bardziej treściwe, na przykład przesmażając z cebulą i pieczarkami mięso mielone, dobrze doprawione vegetą, pieprzem, chili, oregano, czosnkiem, itp. Tę masę miksuję, dodaję surowe jajko, drobno posiekaną pietruszkę i nadziewam bułeczki. Przy tej wersji trzeba pamiętać, aby do ciasta dodać nie 2 łyżki, ale tylko 1 łyżeczkę cukru. Kiedy na blasze bułeczki wyrosną i posmaruję je białkiem, każdą posypuję dodatkowo kilkoma nasionkami kminku.
Dwie takie bułeczki na głowę całkowicie zaspakajają nasz poranny apetyt.

Koty też jedzą, ale bądźmy szczerzy - wyłącznie nadzienie.