5 marca 2010

Płacz i zgrzytanie zębów

File:Alexandre-Gabriel Decamps 002.jpg
Alexandre-Gabriel Decamps Jagdhunde 1839 Oil on  canvas,  Musee du Louvre


Łzy rzęsiste lały mi się z oczu, kiedy przed paru laty czytywałam licznie w prasie zamieszczane relacje z życia i działalności Bożeny Wahl. Ona, to znaczy p.Wahl, znana ongiś i podziwiana wielce artystka malarka, kobieta piękna, przedstawicielka warszawskiego high life'u zamieniła jakiś czas temu swoją rolę kobiety uwielbianej w stołecznym światku, na rolę opiekunki nad bezdomnymi zwierzętami, w zapomnianej przez ludzi wiosce pod Rawą Mazowiecką, gdzie założyła Przytulisko dla psów i kotów.

Ponieważ same łzy to mało, co roku wraz z mężem przekazywaliśmy nasz skromny, jednoprocentowy datek od podatku dochodowego na rzecz tej Fundacji, a ja w miejscowej prasie namawiałam co wrażliwsze na zwierzęcą krzywdę osoby, aby poszły w nasze ślady. Czasem też sięgamy do portfela aby doraźnie wspomóc najbardziej potrzebujących.

Choć nie prowadzę żadnych statystyk, a więc nie wiem ile osób mnie odwiedza, na tym blogu na stałe umieszczone jest łącze do schroniska w Boguszycach Małych. Chodzi mi o to, aby przypominać, że problem zwierząt bezdomnych istnieje. Że jeśli nawet tylko jedna osoba pomoże, i wcale niekoniecznie tej właśnie fundacji, to będzie to plus jedna osoba, a nie zero.

Przyznaję, że od wielu miesięcy nie odwiedzałam wirtualnie Przytuliska p.Wahl. Ale ponieważ właśnie zamierzam rozliczyć się z Fiskusem za ubiegły rok postanowiłam popatrzeć, co też słychać w Boguszycach, u psów i kotów.
A tam... o Boże Święty! Wielkie zamieszanie. Zmiany. Oskarżenia. Pomównienia. Dowody. Brak dowodów. Pani Wahl odwołana. Nowy Zarząd. Nowa Rada. Pani Bożena zakładniczką we własnym domu. Dochodzenia. Pani Wahl nową fundację  zakłada.

A co ze zwierzętami?! Podobno dobrze. Podobno lepiej, niż dotychczas. Komu wierzyć? Kto ma rację? O co ta wojna? Wzburzona przeokropnie i prawie przekonana o winie dotychczasowej zarządzającej i właścicielki ziemi, na której znajduje się schronisko, napisałam do nowego Zarządu z pytaniami o rozliczenie tej aferalnej sprawy. Z odpowiedzi dowiedziałam się, że postępowanie prokuratorskie trwa, materiały prasowe nie zostały ocenione pod kątem rzetelności dziennikarskiej przez Radę Etyki Mediów, a wielotysięczna kwota pieniężna w dalszym ciągu jest nierozliczona, a więc nie wiadomo, czy została spożytkowana na potrzeby zwierząt, czy na inne cele.







Dziś, kiedy już trochę ochłonęłam po tych bulwersujących wiadomościach, sięgnęłam ponownie do materiałów prasowych. Barbara Pietkiewicz, wiadomo, jak pisze wierzy się jej każdemu słowu (artykuł w "Polityce" z sierpnia 2009 tu można przeczytać). W "Gazecie Wyborczej" 9 grudnia 2009 materiał "Bitwa na psim polu" zamieściła Anna Wacławik-Orpik (tekst tutaj). Zdaje się być obiektywny. Ale znów nie dać wiary słowom, zapewnieniom nowego Zarządu? Dlaczego?

Wniosek jest tylko jeden: U nas, jak zwykle, kiedy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, chodzi o pieniądze. Tylko dlaczego, na miły Bóg, zawsze najsłabsi na tym ucierpieć muszą?



Pytanie: Jak funkcjonuje prawo, w tym przypadku to o organizacjach pożytku publicznego, że dochodzić może do sytuacji, w których latami nikt nikogo, za nic nie rozlicza?


I refleksja. Jesteśmy dopiero na początku drogi prowadzącej do budowania społeczeństwa obywatelskiego. Między innymi ten jeden procent podatku, oddany do naszej dyspozycji, miał temu budownictwu służyć. Ilu z nas podobne sprawy skutecznie do tego zniechęcą?

Oczywiście w tym roku przekazuję, jak obiecałam, swój 1% na Fundację "Ostatnia szansa", wierząc, że to o psy chodzi. Może kiedyś wybiorę się do Boguszyc Małych, aby naocznie przekonać się, kto jest dobry. Dla zwierząt.

22 lutego 2010

Szwoleżer na uspokojenie



Ostatnio wszystko mnie męczy. I denerwuje. W dodatku znów nie miałam dostępu do Internetu. Postanowiłam więc nos zatopić w jakiejś lekturze, która niezbyt głowę absorbuje, i co konieczne, zupełnie odbiega od tak zwanej powieści współczesnej.


Wybrałam rzecz historyczną z epoki napoleońskiej p.t. Szwoleżerowie Gwardyi. No cóż, człowiek lekko dziecinnieje.

Nie jest to może proza klasy światowej, ale jakże miło się czyta. Wacław Gąsiorowski napisał ją w 1910 roku. Jakiś czas potem przeredagował tekst na potrzeby czytelnika młodzieżowego i w tym opracowaniu wydana została w Warszawie przez Gebethnera i Wolffa w roku 1913. Powyżej to właśnie, pierwsze wydanie.

Fabuła przenosi nas do roku 1812. Napoleon wyrusza na wojnę z Rosją. Znów potrzebuje polskiego patriotyzmu, bo chce naszego żołnierza i naszego zaopatrzenia, i to w dużych ilościach.
Większa część społeczeństwa, o Pani Walewskiej nawet nie wspominając, wielbi cesarza Francuzów, wierząc, że przywróci on Rzeczpospolitej niepodległość. Ale są i jego zagorzali krytycy, tacy, jak jeden z bohaterów powieści, porucznik Józef Stadnicki. Ten pochodzący z drobnej szlachty, niezbyt kształcony młody człowiek, potrafi jednak myśleć, analizować, wnioski wyciągać. Choć żołnierz z niego doskonały, opuszcza szeregi armii, i tak o swojej służbie opowiada:

„…Będzie temu pięć roków, gwardię szwoleżerską ogłosili, werbunek odbębnili – leźli rozmaici, polazłem i ja, sacrebleu, carramba! Wystroili nas na amarant z granatem i pognali w świat. Pognali i kazali zdychać za lemperera, za Francuzów, za szewron, za krzyżyk i niby za ziemię rodzoną. W pułku, niby w kotle, wrzało!

Powiadali, aby ze dwie kopy łbów hiszpańskich natłuc, to już-ci, ani chybi, cała Rzeczpospolita w biuletynie cesarskim nakazana będzie, no i ten! Dwa miesiące mordowaliśmy – chłop, no to chłopa, a jak baba, to babę; - dzieciak czy dziad, mnich nie mnich, z nożem idzie czy z krzyżem, zamierza się, czy ci do nóg się kładnie – przez łeb, po kapturze, rozkaz był, sacrebleu. I ten! … Hiszpan nas monstrancją egzorcyzmował – ale nam, psia, nic! Cesarz, powiadali, samemu papieżowi, jak potrza, szlufy odbierze i zdegraduje na braciszka zakonnego, albo zgoła do ciurów księżych wyśle. Tak i dobywaliśmy. Gryzły nas guerille, ziąb ściskał, nędza w kotle padlinę z prochem warzyła – aż ci machnęła białą płachtą, marszałek wiwat kazał bić, miasto zdobyte… - kupa gruzów i zaraza! Wyciągnęli bataliony na paradę i nuż Panu Bogu dziękować, że Mu mendel kościołów w powietrze wysadzili, co było klasztorów to rozwalili, a sukienek klasztornych natłukli, że ani pogrześć!

Rozumiecie waszmościowie?! Nie na tom się pod Krakowem rodził, aby przed Hiszpanami Tatara symulować lub za bisurmańskiego mameluka uchodzić. Zresztą, nie lubię, psia mać!
Napoljona nie lubię, takich wylizanych mundurków nie lubię, tych imć jenerałów z socjety nie lubię, i ten… niech żyje Dąbrowski! …”

Pewną trudnością, zwłaszcza dla młodszego nastolatka, może być archaiczny język, pojawia się wiele wyrazów, których już nie ma w użyciu, albo też zmieniło się ich znaczenie.
Za to przygody są barwnie opisane, postaci bardzo wyraziste, a przesłanie czytelne. Są oczywiście i awantury, i żołnierska bijatyka, i wątek romansowy, a jakże.

Czytelnik może poznać mieszkańców zaścianka, panujące zwyczaje, stosunki w armii. A wszystkie opisy i sytuacje są wiarygodne bo autor przeprowadzał drobiazgowe analizy dziejów okresu napoleońskiego, i sam odwiedził niemal wszystkie miejsca prowadzonych przez Bonapartego kampanii.
Aby dobrze rozumieć koleje losu szwoleżerów trzeba przypomnieć sobie wydarzenia historyczne sprzed 200 lat, bo one są tłem opowieści o przygodach gwardzistów. I to pewnie jest największym walorem tej powieści. A wychowało się na niej parę pokoleń dzieciaków, i to dobrze wychowało. Szkoda, że dziś szkoła o twórczości Wacława Gąsiorowskiego zapomniała. Więc może sami uczniowie na nowo tę literaturę odkryją. Bo warto.

11 lutego 2010

Prawym łokciem do lewego kolana


Jeżdżę na masaże. Nie, nie do SPA. Do miejscowego ośrodka rehabilitacyjnego. Po masażu gimnastyka przez pół godziny. Dresik, kapcie, ręczniczek.
Leżenie na podłodze niezbyt miłe, na materacu co prawda, i z poduszką pod głową, napełnioną jakimiś nasionami chyba, bo przyjemnie się przesypują. To znaczy nasiona w poduszce, bo
z moją głową na razie jeszcze jako tako.

Sala gimnastyczna niezbyt duża, ale ładna, z wielkimi oknami i z lustrami. W nich obejrzeć można swoją sylwetkę (o Boże!) i swoją niemoc (o rany!). W dodatku trzeba ćwiczyć: rączki splatamy na karku, nóżki ugięte w kolanach, głowę unosimy i prawym łokciem dotykamy lewego kolana. Powtórzyć dziesięć razy. Potem odwrotnie. Znów dziesięć razy. To samo
z ciężarkami w każdej ręce. W kolejności 'rowerek', w przód i w tył. Następnie 'kołyska'.
I ćwiczenie, którego nie będę opisywać, bo za długo by to trwało, a na samo jego wspomnienie wszystkie kości zaczynają mnie boleć. Na koniec 'rozciąganie', czyli to, co każdy kot robi zaraz po wstaniu z betów.
I już można zacząć gramolenie się z tej podłogi do pionu, po cichu policzyć wszystkie kończyny, czy na miejscu aby, i grzecznie powiedzieć - dziękuję i do widzenia. A potem powlec się do wyjścia z absolutnym przekonaniem, że oto osiągnęło się wiek 99 lat, no, niech będzie 98. A jutro od nowa: rączki wzdłuż tułowia...

Tak miałam w ubiegłym tygodniu. W bieżącym jest znacznie lepiej, bo nikt się mną nie zajmuje, ani nie przejmuje. Z powodów kadrowych zdaje się. Nie widzę tych pań, które usiłowały uprzednio mojemu kręgosłupowi jego podstawową funkcję przywracać. Nawet mi to odpowiada z tego względu, że samodzielnie mogę w dowolnym rytmie sobie ćwiczyć. No, ale co do zasady, to chyba jednak nie powinno tak być. Pacjentowi należy się doza zainteresowania, nawet jeżeli nie wykłada gotówki z kieszeni tylko jest beneficjentem NFZ.




Co innego w gabinecie masażystki. Tu, w przeciwieństwie do tłoku panującego w sali gimnastycznej, całą uwagę terapeutki mamy przez dwadzieścia minut wyłącznie dla siebie. Nie wymaga się od nas absolutnie żadnego wysiłku, tylko leżenia i całkowicie bezwolnego poddawania się temu ugniataniu, głaskaniu, muskaniu, naciskaniu, pocieraniu. Lubię to, lubię. A jeszcze kiedy trafi się na sympatyczną osobę, to człowiek żałuje, że taka sesja nie jest zdecydowanie dłuższa.

Nie tylko ciało korzysta, coś dla ducha także jest: Akurat w radiu słuchałyśmy wybranych fragmentów powieści p.t. Jestem komunistyczną babą. Autor, Dan Lungu, rumuński pisarz i socjolog, napisał trochę prześmiewczą, ale głównie realistyczną bardzo historię życia kobiety, niemłodej już Emilii. We współczesnej rzeczywistości bohaterka-narratorka nie bardzo może się odnaleźć, i tęskni za światem, w którym rumuńskiej ziemi "Słońce Karpat" przyświecało. Wtedy była szczęśliwa, teraz nie bardzo. Powieść czytała Stanisława Celińska. Ale jak czytała! Gdyby niektórym polskim powieściom niedawno wydanym taka okazja się trafiła, to na pewno wiele zyskałyby na wartości. W każdym razie to była przyjemność - posłuchać dobrej prozy w znakomitej interpretacji.



Ale wracam do głównego wątku: Czy to masowanie mi pomaga? Chyba tak. Skąd wiem? Pierwszego dnia wdrapywałam się na łóżko do masażu niczym na Kasprowy. Około czwartego dnia szło mi lepiej, szczyt leżanki zmalał tak gdzieś do wysokości Śnieżki. Dziś to była zaledwie Góra Św. Anny. Mam nadzieję dojść do sprawności takiej, jakiej wymaga spacer na ten pagórek, tuż za naszą uliczką.

Jednak należna dawka masaży się kończy. Pogimnastykować się w domu można, ale wymasować sobie domowym sposobem kręgosłup? Ha, z tym to już gorzej. Można oczywiście masować się prywatnie. I tu rodzi się pytanie: kupić dla siebie zabiegi czy dla naszych kotów Royal Canin? E tam, powiedziałam sobie. Najgorzej sztuczne jakieś problemy stwarzać. Ruszam się jeszcze? Ruszam. No to chyba oczywiste, że zwierzaki nie będą zadowolone kiedy zobaczą puste wiadro na karmę. Zresztą, jak już ruszać się nie będę mogła, to po prostu pojadę.
- Jasne, powiedział Bazyl, i oblizał się, wyjadając chrupki Boscha z miski.











 

7 lutego 2010

Kolejny śnieżny dzień, to już czterdziesty pierwszy



                                                     autorka: Kim Levin

Od tego ciągłego siedzenia w domu, spowodowanego mrozami i śnieżycami jakich od lat nie było, nasze koty już całkiem kręćka dostają. Nie wiedzą, co ze sobą począć; no bo ile można spać, jak długo można znęcać się nad dywanami i obiciami. Ile jeszcze można obgryźć liści agawie, która z ganku do domu została już w październiku przeniesiona. Ile naczyń można rozbić, ile doniczek z roślinami przewrócić. I wreszcie ile bójek, podchodów, zaczajeń na siebie wzajemnie można dokonać. Koty zwyczajnie się nudzą.

                              Filipek, mój ulubieniec i utrapienie

Wychodzą na dwór, a jakże. Brodzą w śniegu z obrzydzeniem, szybko swoje ścieżki obiegają i już po 20 minutach, najdalej po półgodzinnym spacerku na progu wyczekują, aby wpuścić je do ciepłego domu.
Wszystkie normalne koty tak postępują. Oprócz Filipka naturalnie, bo Filipek normalny to raczej nie jest. Filip na dwudziestostopniowym mrozie potrafi i trzy godziny przesiedzieć, w śniegu tunele przekopywać, strąconymi soplami się zabawiać, kosy gonić, na kamiennych, piwnicznych parapetach  wysiadywać.                                                                                                                                                     
Ja przez niego nerwy tracę, bo to najmniejszy i najsłabszy kot z naszego stada, a w dodatku sierść ma całkiem lichą. I kiedy reszta tałatajstwa już najlepsze miejsca przed kominkiem zajmuje, rozwala się w niewiarygodnych całkiem pozycjach i wreszcie futra z powodu gorąca zaczyna rozpinać, Filipek akurat na dworze lanie bierze od jakiegoś kociego włóczęgi.

Okoliczna kocia hałastra, dobrze wiedząc, że w naszym ogródku bezpiecznie czuć się może, bo psem nikt nie poszczuje, ani kijem nie przyłoży,  już tak się rozbestwiła, że nie tylko między sobą boje toczy, ale nawet nasze koty, na ich własnym terytorium napada. Gdyby nie Łaciak, który ganek ustawicznie okupuje, i potworny alarm zawsze podnosi  kiedy obcy kocur się pojawia, nawet z pomocą Filipkowi nie mogłabym biegać.


Łaciak, nasz stołownik od roku przeszło, w dalszym ciągu imienia się nie dorobił, bo stale mieliśmy wrażenie, że on na chwilę tylko tu się zatrzymał. Ale on trwa,  i przeszedł wszelkie możliwe etapy tego trwania, od zastraszonego, okropnie wychudzonego kociego nieszczęścia, przez okres adaptacji, który niezbyt długi był zresztą, do agresji i chęci dominacji nad całym otoczeniem. Przecież wiadomo powszechnie, jakie koty potrafią być bezczelne.
Musiałam mu kilka razy pokazać kto tu rządzi, bo łagodne perswazje, typu:
- Łaciak, jeżeli nasze koty będziesz bił, to jedzenia nie dostaniesz - wcale nie skutkowały. Ale i tak Łaciak ostatecznie przegonił Leona, naszego poprzedniego stołownika. I pomyśleć, że to właśnie biedny Leon do miski go przyprowadził.
Taka to jest wdzięczność kocia; jeśli o przetrwanie chodzi, nie ma żadnych sentymentów. Skąd my to znamy?



Teraz Łaciak trochę sporządniał, nasze zwierzaki tylko lekko straszy, więc nie boją się już z domu wychodzić, choć za każdym razem przed wyjściem obserwują gdzie jest i co robi, a zwłaszcza jaki ma humor: nikt nie chce się przecież narazić na bolesnego szturchańca.
Za to można niezawodnie na Łaciaka liczyć, o ile oczywiście jest na stanowisku, to znaczy na ganku, w razie pojawienia się jakiegoś agresywnego intruza. Wrzask wtedy podnosi niesamowity, przebija nawet warkot mojego wiekowego odkurzacza. Więc można uznać, że na swoją miskę uczciwie zarabia. I przyznać trzeba, że specjalnie nie wybrzydza. Zwłaszcza teraz, zimą, zjada wszystko, co dostaje. Oczywiście potrafi bardzo głośno się upominać: jak to, jeszcze nie dostałem? albo: dlaczego tak mało? Bo przy większym mrozie daję mu jedzenie na raty. Ogrzewam ceramiczną miskę, wkładam pół porcji i wystawiam z przestrogą: - jedz szybko, bo ci zamarznie. Kiedy się z nią rozprawi, daję mu resztę, w drugiej, też ogrzanej misce. Trochę się ze mnie z tego powodu podśmiewają (ludzie), ale nie mogę wziąć Łaciaka do domu, to niech chociaż jedzonko ma,  jak trzeba.


Dunia znów dziś tłukła Bazyla, większego i silniejszego od niej zresztą. Ale Bazylek jest słodki, i dżentelmen z niego wielki, więc na kocicę łapy nie podnosi, woli zejść jej z drogi.
W podzięce za jego piękne zachowanie rzucałam mu trochę kulki i piłeczki, które ślicznie aportuje. Niestety, ta zabawa męczy mnie szybciej, niż Bazyla.


A Dunia szkodnicą jest wielką; stale coś rozbija i niszczy. Teraz zabrała się za kanapę w salonie. Chciałam mebel ochronić, bo na nim zawsze goście sypiają. Uszyłam więc wielką, na podszewce, grubą narzutę, dokładnie kanapę nią zabezpieczyłam, na wierzch położyłam jeszcze kocie kołderki, i teraz proszę:
- możecie po niej łazić, spać, a nawet pazury tępić.
Przemyślna Dunia bardzo szybko znalazła sposób. Ciągnie narzutę pazurami i zębami, odwija dolny brzeg i włazi między materiał a kanapę, a teraz - hulaj dusza, piekła nie ma.

Postanowiłam w takim razie do niezwykłego, jak ogólnie wiadomo, intelektu kociego się odwołać i zainteresować je sztuką. Fotograficzną.
Zaczęłam im pokazywać zdjęcia wykonane przez nowojorską fotografkę Kim Levin. Świeżo bowiem dostałam w prezencie albumik z czarno-białymi portretami pięknych kotek, jej autorstwa.

Nikt się nie poznał na urodzie tych prac, za wyjatkiem Lolity. Tylko ona chciała koniecznie łapką do środka albumu się dostać. - Widzisz, widzisz, wołałam do męża, jednak jej się podoba! - Pewnie, śmiał się mąż: - Koniecznie chce wydłubać kryształki z kolii, w jaką wydawnictwo ustroiło kotkę na okładce.

Niestety, on zawsze mi wszystko zepsuć musi. Ach, te chłopy.
                                                     



Bardzo grzeczny Filipek



Filipek senny

20 stycznia 2010

Zima u Vivaldiego wspaniała po prostu jest





Oj, nie cierpię tej pory roku, nie cierpię. Ale zima, choć nie taka, jak nasza tegoroczna, bo włoska i osiemnastowieczna, w wydaniu dźwiękowym Antonio Vivaldiego, urzeka mnie; cudowna jest.

Powyżej, ściągnięty z YouTube Koncert nr 4 f-moll zatytułowany Zima, z jego Le quattro stagioni czyli Czterech Pór Roku.

Warto, warto posłuchać.

16 stycznia 2010

Szkoda twoich łez...

Ordonka


Muzykalna to ja za bardzo nie jestem. Ale tak się dzisiaj zasłuchałam:


'...Szkoda twoich łez, dziewczyno,
Wszystko ma swój kres, dziewczyno,
Żar miłości sczezł
l tylko płonie w szklankach wino...'

Osiemdziesiąt lat minęło, odkąd idol tamtych czasów Tadeusz Faliszewski w "Morskim Oku" śpiewał to rzewne tango Andrzeja Własta, do którego muzykę skomponował Artur Gold. Obaj autorzy szlagieru tragicznie zginęli z rąk hitlerowców podczas II wojny.
Tadeusz Faliszewski, który dla wytwórni Syrena-Elektro nagrał najwięcej płyt gramofonowych, po wojnie znalazł się na emigracji i do swojej śmierci (1961) już Polski nie odwiedził.



A w piosence znów on ją porzucił, już nie kocha, ona płacze, a bywalcy tawerny domagają się, aby dziewczyna im zatańczyła. Ckliwe? Chyba nie. Cyniczne trochę. W nim miłości już nie ma, ale ją namawia: 'Zapomnijmy się/ Pójdź do mnie, szczęście mi stwórz'.


Godne uwagi przede wszystkim jest to, że twórczość z tamtych lat ma swoich zagorzałych wielbicieli do dnia dzisiejszego, i niekoniecznie osiemdziesięciolatków. Sama, choć jeszcze mi pięć minut do tego pięknego wieku brakuje, lubię od czasu do czasu pozachwycać się przebojami z okresu dwudziestolecia, poczytać i posłuchać o kabaretach, jakże sławnych i tłumnie odwiedzanych: Zielonym Baloniku, Momusie, Czarnym Kocie, Morskim Oku, Qui Pro Quo.


Postaci Fryderyka Jarossy'ego, Hanki Ordonówny, Zuli Pogorzelskiej, Lody Halamy, Stefci Górskiej, Aleksandra Żabczyńskiego, Henryka Warsa, Boya-Żeleńskiego, Mariana Hemara, i wielu, wielu innych pamiętane są przecież świetnie do dzisiaj.


To były czasy: Kobiety uwielbiane, piękne, uzdolnione, we wspaniałych kreacjach, błyszczały na scenie i poza nią. Panowie w smokingach, wytworni, kulturalni. Kwiaty, czekoladki, dorożki i przechadzki. Zresztą teksty piosenek najlepiej to opowiadały:
'...Zaraz wezmę od szefa akonto/ Kupię jej bukiecik róż/ Potem kino, cukiernia i spacer/ W księżycową jasną noc...' śpiewał Eugeniusz Bodo w piosence 'Umówiłem się z nią na dziewiątą' w najlepszej komedii dwudziestolecia "Piętro wyżej" z 1937 roku, w reżyserii Leona Trystana. Muzyka Henryka Warsa.
Z tego samego filmu pochodzi inny, znany do dziś szlagier, ze słowami Emanuela Schlechtera, p. t. Sex appeal, który Bodo śpiewał w przebraniu kobiecym.



Jakże w dalszym ciągu przejmująco brzmi Mieczysław Fogg, który w 1935 pierwszy raz śpiewał słowa napisane przez Zenona Friedwalda do muzyki Jerzego Petersburskiego:
'... to ostatnia niedziela/ moje sny wymarzone / szczęście tak upragnione/ skończyło się/ pytasz co zrobię i dokąd pójdę / dokąd mam iść ja wiem/ dziś dla mnie jedno jest wyjście/ ja nie znam innego/ tym wyjściem jest, no mniejsza z tem...'

Piosenka ta, nazywana tangiem samobójców nawet, światową zrobiła karierę. Tak samo jak inny utwór tego kompozytora, z roku 1929, czyli Tango milonga (słowa A. Włast), znane też p. n. Oh, Donna Clara.


Trudno nie pamiętać o polskim hicie wszech czasów czyli utworze z melodramatu 'Szpieg w masce' w reżyserii Mieczysława Krawicza. Film wszedł na ekrany w roku 1933 ciesząc się niebywałym powodzeniem. Oczywiście chodzi o utwór skomponowany przez Henryka Warsa do słów Juliana Tuwima, zaśpiewany przez super gwiazdę tamtych czasów Hankę Ordonównę, p.t. Miłość ci wszystko wybaczy.
Wiedziała, o czym śpiewa. Mąż, hr. Michał Tyszkiewicz, wybaczał jej burzliwe romanse. Ale była osobą wyjątkową, 'najczarowniejszą, jaką znam na świecie' - pisał o niej i do niej Juliusz Osterwa.



Piosenka znana jest też na świecie dzięki oskarowej 'Liście Schindlera' Stevena Spilberga (1993).
Wciąż ma słuchaczy. A wykonują ją kolejne pokolenia piosenkarek, na przykład Kayah czy Tatiana Okupnik. Ale to chyba nie to samo?



1 stycznia 2010

Niepotrzebne już stare kalendarze




Upływa szybko życie ... śpiewało się w szlagierze starym.


I właśnie ostatni rok minął mi jakoś tak szybciej, niż poprzednie lata.
W ogóle wydaje mi się, że z każdym rokiem miesiące, tygodnie i dni zastraszająco prędko kurczą się, maleją, nikną, nie wiadomo kiedy.


Dopiero co żegnaliśmy rok 1999, witali z nadziejami i obawami ostatni rok 20. wieku, czyli rok 2000. I co? Kolejne dziesięć lat nie wiedzieć kiedy przeminęło; z wiatrem, można powiedzieć. A przecież nie ma znów tak za wielu tych dziesięcioleci w życiu każdego z nas.



Dziś zdejmujemy z biurek i ze ścian stare kalendarze, na ich miejsce umieszczamy nowe, z nowymi datami, z nowymi nadziejami, ze świeżymi siłami. Do życia. Do działania.


Czy robimy obrachunki? Czy sami przed sobą się spowiadamy z naszych dokonań, ze swoich uczynków? Chyba tak. Bo jak inaczej wytłumaczyć wszelkie zobowiązania, podejmowane wraz z nowym rokiem, nowym początkiem? Przyrzekamy sobie wiele, najczęściej zbyt wiele, narzucamy rygory, podejmujemy postanowienia. Mówimy: Nie wolno mi... Chcę... Muszę... Dokonam...


A potem znów miesiące mijają i kolejny Sylwester pyta nas o nasze minione dwanaście miesięcy, więc my kolejną inwentaryzację z naszego życia przeprowadzamy.


Bilanse roczne różnie w naszym życiu wyglądają. Są lata zysków, ale i lata strat. No, a na koniec...cóż... bilans zawsze wypada na zero.



Ale do tej chwili cieszmy się tym co mamy, i tym, że kosztujemy ciągle przygody, jaką jest nasze na tej planecie istnienie. I bierzmy tyle, ile nam potrzeba, aby poczuć się szczęśliwymi. Czego sobie i wszystkim przyjaciołom, znajomym oraz gościom życzę na początku tej wyjątkowej daty, jaką stanowi 01. 01. 2010.



24 grudnia 2009

Anioły kruche są



Dokładn
ej daty oczywiście nie znam, ale wiem, że co najmniej od 100 lat z okładem ten aniołek alabastrowy opiekuje się świątecznym, bożonarodzeniowym stołem różnych rodzin protestanckich i katolickich.
I u nas jest od dobrych lat kilkudziesięciu. Mógłby nam niejedno opowiedzieć o ludziach przy tych stołach zgromadzonych, o ich twarzach, ubiorach, o potrawach, zastawach, obrusach. O drzewkach, choinkowych ozdobach, szopkach, światełkach i zimnych ogniach. No, i oczywiście o prezentach, jakie tym ludziom przynosił.

Jednak anielskie wspomnienia główne  życzeń dotyczą,  jakie ludzie wzajemnie przez te lata sobie składali. A były to życzenia szczere, prosto z serca płynące, dotyczące zdrowia dobrego, powodzenia życiowego,  wytrwałości w dążeniach, aby marzenia w realia zamieniać.
Oczywiście anioł nigdy publicznie nie zdradza tych życzeń, które bardzo osobiste były, a które szeptał do ucha mąż żonie, matka synkowi, narzeczeni sobie nawzajem. Ale wiadomo, że całkiem szczególne były, i że nie zdarzało się, aby się nie  sprawdzały.


Tak więc ten aniołek nieduży, z gipsu wykonany,  różne koleje losu przeszedł, ale wiek przecież przetrwał, i jeszcze długo pieczę nad ludźmi sprawować zamierza.  A on dużo może. To pewne.
Alabaster kruchy jest. Jednak idee wieczne są. Podobno.

I ja mam życzenia dla przyjaciół 
Dwunastu kotów i gości do nas zaglądających: aby ten wyjątkowy każdego roku  czas mogli spędzić wśród bliskich, w zdrowiu i zadowoleniu.
A naszym zwierzętom życzę dobrych serc opiekunów i misek zawsze pełnych.

18 grudnia 2009

Ostatnia zima w życiu Szkaradzieja




Dziś o wpół do ósmej mieliśmy -16 stopni. I masę śniegu.
A w Kopenhadze radzą nad konwencją klimatyczną. Bezskutecznie, wiadomo.
Nasze kociska wybiegły z domu na ten śnieg zmrożony i po chwili pędem zaczęły wracać pod kominek. Ale kominek ledwo, ledwo się żarzył od wczoraj. Kiedy zorientowałam się, że taki ziąb na dworze, już nie dokładałam drewna tylko piec c.o. włączyłam.

Zawsze boję się o rury, żeby nie popękały. Boję się o komin, aby się nie zatkał, i żeby się sadza nie zapaliła.Po wczesnowiosennym doświadczeniu z awarią przewodu kominowego, czyści się go co i rusz, potrzeba czy nie potrzeba. Śnieg z naszego kawałka chodnika musimy uprzątać, drewno rąbać, ale najpierw je kupić za niemałe pieniądze, rachunki za gaz niebotyczne już przecież, regulować. Tak więc zima  przysparza mi samych kłopotów, zmartwień i obaw.
Dzieci i dorośli, amatorzy zimowych sportów tę porę roku kochają. Ja ze sportów najbardziej lubię skoki; w TV, zwłaszcza kiedy Adam Małysz wygrywa. Krajobrazy zaśnieżone także ładne są, ale  tylko przez szybę lubię na nie patrzeć. I w ogóle najchętniej z domu bym wyszła dopiero pierwszego wiosennego dnia. I to pod warunkiem, że jest naprawdę ciepły.

 Większość kotów tego samego jest zdania, za wyjątkiem Lolity i Filipka. Lolita zachowuje się co rano jak dziki kot,poluje; czai się, podchodzi, skrada. Wdrapuje się na drzewa, biega po gałęziach wznosząc tumany białego, opadającego śnieżnego puchu. Jest niesamowicie zwinna i szybka. Jej reakcje są błyskawiczne. Więc od czasu do czasu uda się jej ptaszka upolować. Nic dziwnego, skostniałe, sztywne prawie od tego mrozu, z brzuszkami pustymi, bo jak tu coś jadalnego pod grubą warstwą śniegu wyszukać, słabiej reagują, na pewno i sił,aby poderwać się do lotu, mniej mają.
Filipek natomiast rewiry swoje wszystkie obejść musi, i to wielokrotnie, obadać co  się dzieje, jak i gdzie.
I mimo, że 2,5-letni Filip troszkę jakby zmężniał, już nie jest taki całkiem byle jaki, i tak zawsze o niego najbardziej się martwię.

Ale w tej chwili prawdziwe moje obawy wzbudza stan zdrowia najstarszego naszego kota, i pierwszego rezydenta - Szkaradzieja. Minęło właśnie w listopadzie 11 lat odkąd Szkaradziu znalazł się pod naszą opieką, najpierw "na garnuszku" tylko, w zimę straszną, śnieżną i mroźną, jak obecna.  Przemieszkiwał w rozwalającej się szopie na przyległej działce, dokąd mój mąż zanosił mu suchą karmę. Ale kiedy zorientował się, że sąsiad okrada tego biedaka z jedzenia, staraliśmy się do domu go zwabić.
Niestety, Szkaradziej panicznie wprost bał się wszystkich i wszystkiego. Przezimował i "przewiosnował" pod chmurką, trochę na stryszku komórki na narzędzia ogrodnicze, ale nieogrzewanej przecież, trochę na naszym progu, kamiennym zresztą. Nad tym progiem daszku nawet wówczas jeszcze nie było. Wynosiłam na próg jakieś dywaniki i baranie skórki. A na stryszek kartony wymoszczone kocykami.
I każdej nocy zrozpaczonej, bo było to po tragicznej śmierci naszej Murki ukochanej, dodatkowo martwiłam się, czy to zwierzę nie zamarznie, czy już nie zamarzło.

Miesiące później Szkaradziejek jednak zamieszkał z nami, dając nam wiele radości z możliwości obserwowania, jak długo i mozolnie, latami całymi, przystosowuje się do życia w kocim dobrobycie. Jakie postępy czyni, jak reaguje to zwierzątko tak biedne, zahukane, na zwykłe sytuacje, o których domowy kot, wychowany w normalnych warunkach,sądzi, że słusznie mu się należą.
Każdorazowo święto u nas było, kiedy okazywało się, że kot po raz pierwszy wskoczył na krzesło, kiedy pozwolił się pogłaskać, gdy dał się wziąć na kolana, wreszcie gdy znalazł pierwszą w swoim życiu zabawkę, albo kiedy po raz pierwszy odważył się przestąpić próg (umowny zresztą) między jadalnią a kominkiem. A było to w dziewiątym(!) chyba roku pobytu Szkaradzieja w naszym, w jego,  domu. Potem już 'poleciało': Szkaradziu na kanapie, Szkaradziu na kominku, Szkaradziu w łóżku (opiekuna). Ale ostatnio, jakieś półtora miesiąca temu i do moich betów wreszcie zdecydował się przymierzyć. Mruczał nawet.

Już w ubiegłym roku Szkarad, zwany też Bamberkiem, bardzo zmizerniał, wychudł wręcz, kiełek stracił, zmalał, chyba znacznie ogłuchł, sądząc po tym, że naszego potwora-odkurzacza się nie boi, choć wszystkie inne zwierzęta rejterują na jego dźwięk. Nie widzi dobrze.  Dziś już nie tylko, że apetytu wcale nie ma, i nic, nawet kawałeczka filetu z kurczaka, który jeszcze niedawno uwielbiał, nie chce zjeść, to jeszcze ustawicznie wymiotuje biedaczek.
Na kanapie tylko przesiaduje, do człowieka się łasi, opieki poszukuje. Ma prawdopodobnie od 14 - 16 lat.

Postanowiliśmy, że tylko w razie absolutnej konieczności, gdyby cierpienia wielkie musiał znosić, eutanazji go poddamy.
Chcielibyśmy, aby odszedł sam, w spokoju, we własnym domu. Aby ostatnim spojrzeniem mógł objąć twarze go kochające i przyjazne oblicza swoich pobratymców.
Smutno. Bardzo.
Uważamy, że zwierzęta powinny mieć także szansę dobrego życia i godnej śmierci, jak ludzie. Przecież różnimy się od nich zaledwie jakimiś marnymi promilami w genach.


6 grudnia 2009

Maliny grudniowe prosto z krzaka







No, dobrze: może ogrodnicy z nas żadni, może i ziemia odłogiem stoi, może i nikt nie przystaje za płotem, aby się podziwować, jak to przechodnie robią, na przykład pod ogródkiem naszej sąsiadki, że wszystko śliczne takie, pod rządek posadzone, pod linijkę przycięte, pobielone, pograbione, każdy chwaścik wyrwany, wykorzeniony, zniszczony, unicestwiony.

Nie, nasz ogródek całkiem ekologiczny jest: Liście nie zgrabione, zwłaszcza te pod samym murem zalegające, bo gdzie podzieją się na zimę stworzenia, co tam domki sobie znalazły? Krzewy nie poprzycinane, bo gdzie jeże do wiosny przetrwać mają? Dzikie wino dom coraz szczelniej oplata, na elewację wcale nie bacząc, bo co ptaki podjadać mają, kiedy wszystko lodem skute już będzie?



Ten kawałeczek maleńki świata własnym całkiem życiem sobie żyje, trwa w zgodzie z porami roku, nie jest pestycydami oblewany, wapnem malowany, Randapem żadnym traktowany. Po prostu jest naszym, prywatnym całkiem, rezerwatem ścisłym.Tu tylko prawa przyrody są respektowane, a człowiek nosa swojego przemądrzałego nie ma prawa wścibiać.


I co się dzieje? A nic nadzwyczajnego. Drzewa sobie rosną, ptaszki sobie fruwają, a my-ludzie sobie chodzimy i podglądamy, co też tam wyrosło, urodziło się, co nie przetrwało, co kogo zagłuszyło, co się przebiło, a co zmarniało. I całkiem sobie stan taki chwalimy. A co w zamian, od tych paru metrów ziemi dziewiczej otrzymujemy? Oprócz walorów estetycznych, a więc wszystkich możliwych barw i odcieni zieleni, czerwieni, żółci, brązu, oprócz kształtów różnorakich, zapachów wielu, są także i pożytki, a jakże. Zbieramy jabłka, gruszki i winogrona, czasem kilka sliwek, trochę wiśni, co drugi rok mamy klęskę urodzaju moreli. I maliny. Kto właściwie maliny zbiera z krzaków w grudniu?


Dla tych kilku garstek malin grudniowych, cudownie przeobrażających najskromniejszy deser w wytworne wety, warto ten spłachetek ziemi samemu sobie zostawić.


Jeszcze parę lat temu kosiliśmy trawę, przycinali gałęzie, równali żywopłot. Ba, kupowaliśmy nawet przeróżne narzędzia ogrodnicze. Teraz cięcia wykonujemy tylko wtedy, gdy już całkiem wyjść czy wyjechać poza parkan nie można, a pędy niebezpiecznie oplatają przewody telefoniczne czy wysokiego napięcia.

Przed laty, kiedy się tu sprowadziliśmy, zdecydowaliśmy, że stara, potężna czereśnia, która bloczysko czteropiętrowe za naszym płotem stojące, od dawna przerosła, będzie tylko na ptactwa dzikiego użytek. Tak samo wiśnia-szklanka, choć prawdę mówiąc kosy wcale nas o zgodę nie pytały, anektując już dawno to drzewko.


Owoce kaliny, jagody cisowe i bzu czarnego swoich zwolnenników znajdują, także samo i owoce jarzębiny. Albo szyszeczki modrzewiowe.


Szczęśliwa byłabym wielce, gdyby inne jeszcze zwierzęta sprowadziły się do naszego ogródka i stały się naszymi współmieszkańcami. Pewna jestem, że nasze wzajemne realacje byłyby naprawdę przyjazne. Czyli całkiem inne niż z ludzkimi sąsiadami.

19 listopada 2009

Beaujolais Nouveau, czyli lekki katz(enjammer) jutro rano







Tak sobie postanowiłam dzisiaj przed południem, że zamiast 1. czy 2. stycznia nadchodzącego roku 2010 narzekać na to, że oto właśnie znów roczek minął, że starsza  o dwanaście miesięcy jestem, a zmarszczek to już całkiem doliczyć się nie mogę, co innego, całkiem co innego,  zrobię. 

A co? Właśnie  już dziś utyskiwać zacznę, że 365 dni znów za nami. Bo to akurat przed rokiem  święto Młodego Bożole obchodziliśmy. A ponieważ  trzeci czwartek listopada od rana nam nastał, postanowiliśmy skosztować, co też tego roku z naszych własnych gron winnych, ogrodowych, się nam urodziło.

Otóż mąż mój już od  tygodnia w małym gąsiorku (ale nie takim znowu całkiem malutkim), sezonował w salonie, za kominkiem, wino młode, młodziutkie zupełnie, mając nadzieję, że smak tego napitku, zwykle "sikaczem" zwanego, na tyle się poprawi, że będziemy mogli zbiory świętować.

Ja oczywiście sceptycznie, jak zwykle, do tego się odniosłam. Więc tym większe i przyjemniejsze było moje zdziwienie, że trunek całkiem, całkiem do picia się nadaje, i miło dosyć przez gardło przechodzi.
Po drugiej szklaneczce (Rosjanie to naczynie dobitniej - stakan - nazywają) nasze zmartwienie rokiem upływającym zmniejszyło się do tego stopnia, że wzajemnie zaczęliśmy się przekonywać o walorach wieku naszego, co tu ukrywać, z wiekiem  Beaujolais  Nouveau niewiele, a prawdę mówiąc, kompletnie nic wspólnego nie mającym.

W nastrojach całkiem sympatycznych do tej wieczornej chwili dotrwaliśmy, z silnym postanowieniem, że jutro dopiero zaczniemy się przejmować spustoszeniami, jakie czas upływający powoduje, i jak paskudnie na nas sobie używa.
Oczywiście trudne to zadanie wcale nie będzie, bo nasza jutrzejsza kondycja fizyczna, po dzisiejszym święcie, odpowiednia do takich rozważań, a nawet idealna po prostu będzie.

Ale, nie przesadzajmy: żebyśmy tylko zdrowi byli . Czego sobie i gościom swoim serdecznie życzę.



16 listopada 2009

Chlebek na jutro




Pieczenie
chleba nie jest już takim jak dawniej,  trudnym zadaniem. Po pierwsze nie trzeba mieć pieca chlebowego. Po wtóre przepisów w Sieci można znaleźć tysiące. Po trzecie wreszcie smaczny chlebek wcale nie musi być na zakwasie pieczony, choć wiem, że wszystkie poważne 'piekarki' na wszelkich piekarniczych blogach niemal wyłącznie zakwas, jako podstawę wypieku dopuszczają.

Zamiast przeszukiwać Google'a  postanowiłam skorzystać  z przepisu Błękitnej tu  podanego, który oczywiście trochę, jak to ja zwykle, zmodyfikowałam, dostosowując go do własnych warunków: rozrobiłam 4 dag świeżch drożdży, dodałam szklankę więcej mąki (w dodatku nie chlebowej, tylko tortowej, bo tylko taką miałam) i sporą garstkę kminku.  Nadto naczynie do pieczenia wysmarowałam obficie olejem rzepakowym.
No, właśnie, to naczynie największe moje obawy wywoływało. Bo Błękitna piekła w garnku rzymskim, jakiego nie ma w wyposażeniu mojej kuchni. Ale po krótkiej analizie doszłam do wniosku, że chodzi w tym przypadku po prostu o naczynie z pokrywą, na wysoką temperaturę odporne, czyli szkło żaroodporne powinno być w sam raz.


- Co będziesz piekła? zapytał wczoraj wieczorem mój mąż, fanatyczny wielbiciel wypieków wszelakich.
- Chlebek na jutro - odpowiedziałam.
- Eee, dopiero na jutro? zawiódł się trochę.
















Resztę zaleceń z przepisu potraktowałam bardzo dosłownie, i proszę; dziś mamy chleb pyszny, świeżutki (że niezdrowo?), pięknie wyglądający, a co najważniejsze - wiemy, co ma w środku.


Produktem niejako ubocznym jest, utrzymujący się już od kilku godzin, przepełniający cały dom, zapach  pieczonego chleba.
Żaden Dior, żadna Chanel, czy inna Ricci, ani nawet sam Armani nie są w stanie z tym zapachem konkurować!



15 listopada 2009

Ognisko domowe

Nasze cztery kąty, nazywane są zwykle przez nas domem, czyli miejscem, które do nas należy, ale sądzę, że jest to przede wszyskim miejsce, do którego my należymy.
I właśnie się zastanawiam nad taką sprawą: czy to nasze siedlisko może być prawdziwym gniazdem, o które się staramy, któremu poświęcamy tyle uwagi i zachodu, jeżeli nie mieszka w nim, obok nas i bliskich, pies, kot, albo rybka chociaż, i niekoniecznie złota?
I czy to nie jest tak, że właśnie dopiero my-ludzie, i zwierzęta w naszym domu, tworzymy rodzinę?

Czyż do kotki-niejadki nie odzywamy się w te słowa: - Lolisiu, jak zjesz to cię na dwór puszczę. Zobacz Lolu, tu w miseczce, jakie pyszne jedzonko!
Przecież kichającego Szkaradzieja opatulamy w koszyku ciepłą kołderką, przemawiając do niego czule: - Otwórz pyszczek, połknij lekarstwo!
A włóczykija Filipka, do białego rana wołać potrafimy, martwiąc się, że zmarznie albo przemoknie. Nie szkodzi, że sami marzniemy, że zmęczeni jesteśmy. Filip ważniejszy jest.

Dlaczego zwierzęta, a już pies i kot szczególnie, tak znaczącymi są dla nas istotami? Odpowiedzi, sądzę, tyle jest, ile naszych z nimi relacji.
Tę silną więź budujemy przecież od tysięcy lat. Nie do końca wiadomo, kiedy dokładnie udomowiony został pies (17 tysięcy lat temu?), czy kot (9,5 tysiąca lat temu?). A chociaż w historii różnie z tym bywało, od 'świętości' kota w starożytnym Egipcie, po uznawanie go za 'narzędzie szatana' w średniowiecznej Europie, oczywistym jest, że wzajemne 'pożytki' okazały się niezaprzeczalne.

Dziś co prawda mniej ludzi "trzyma" kota dla obrony zbiorów przed gryzoniami, czy psa dla stróżowania, polowania, stad pilnowania.
Dziś chcemy mieć w zwierzęciu towarzysza, przyjaciela, istotę do opiekowania się, chcemy, aby nasze dzieci ze zwierzętami się wychowujące, nauczyły się bezinteresowności i odpowiedzialności za żywe stworzenie.
Oczywiście nie wszyscy tego chcemy. Niestety.

Ale nie chcę tu rozprawiać o mamusiach i tatusiach, którzy 'na prezent' swojemu dziecku sprawili kociaczka czy szczeniaczka, którego do lasu wywieźli, kiedy ze szczeniaka zaczął wielki pies wyrastać.
Nie chcę zajmować się psychopatami wszelkiej maści, znęcającymi się nad zwierzętami nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, zastanawiać się nad ludźmi (?) walki zwierząt organizującymi, gdzie zwyciężony jest już tylko ścierwem, ani myśleć nawet o tych, którzy przeznaczają zdrowe, żywe zwierzęta na 'naukowe cele'.

Chcę myśleć o tym, ile czułości nasz kot w nas wywołuje. O tym, jak pędzimy do domu,bo nasz pies na nas czeka. O tym, jak niedomagający, chcemy szybko na nogi stanąc, bo nasze zwierzę nas przecież potrzebuje.
I o tym w końcu, że przecież przed naszym kotem umrzeć nie możemy, bo kto się wówczas nim zaopiekuje.

Sreberko

Kudłasek

Te dwa prześliczne koty (tu kliknij: http://koty-nem-mco-moon-tail.blogspot.com/), aktualnie pod opieką Grażyny, mogą Twoje ognisko domowe tworzyć. Wystarczy, że pod własny dach je przyjmiesz. I pokochasz.

Więc kto w swoim domu zwierzątka jeszcze nie ma?

14 listopada 2009

Ratujmy jeże

"Nasz" jeżyk ogródkowy, dziki

Elisse na swoim blogu Utkane z marzeń (link obok) umieściła prześliczną historię n. t. ratowania jeżyka o imieniu Jerzyk. To jest ilustracja do apelu, abyśmy pomogli człowiekowi, chroniącemu te urocze zwierzątka przed zagładą:

Andrzej Kuziomski
ul.Stradomska 27/23
31-068 Kraków
nr konta: 41 1090 1665 0000 0001 0823 0718

"W imieniu jeży i Pana Andrzeja , którego niestety nie miałam przyjemności poznać…bardzo dziękuję" - napisała Elisse.

Ja takze nie znam p.Andrzeja, natomiast znam i wielką przyjaźnią darzę jeżyki, zwłaszcza te z naszego ogrodu, sprytnie karmę naszym kotom podbierające.

Jak pisze Elisse, każde 5,-zł to już wielka pomoc. Kto może przekazać jakiś grosz (np. mBank prowadzi bezpłatnie konta internetowe i bezpłatnie przelewa pieniądze na dowolne rachunki - polecam) będzie miał chwilę dużej przyjemności myśląc o sobie: Proszę, jestem darczyńcą!

Ale, tak bez żartów, to naprawdę miłe - móc wspomóc bardziej bezbronnego, bardziej głodnego, bardziej zmarzniętego, jednym słowem bardziej potrzebującego, niż my.






6 listopada 2009

Pomóżmy kotom z gdyńskiej stoczni



Wszyscy chyba słyszeli o tragedii zwierząt na terenach zlikwidowanej stoczni w Gdyni.
Pomóżmy tym biedakom!


Dla osób mogących wspomóc koty finansowo, numer konta bankowego:

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!
ul. Kopernika 6/8, 00-367 Warszawa

81 1370 1109 0000 1706 4838 7309

z dopiskiem “PKDT – koty stoczniowe”
bank DNB NORD Polska S.A. I O/Warszawa

Jeśli nie możemy zaoferować datku, choćby najskromniejszego, wstrząśnijmy sumieniami gdyńskich urzędników samorządowych, aby skuteczną pomoc dla kotów nareszcie zaczęli organizować i podpiszmy petycję, jaką do władz miejskich kierują wolontariusze z Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego.
Tysiące ludzi już pod tym apelem swój podpis złożyło:

http://www.petycje.pl/4529


2 listopada 2009

Requiem aeternam



Szron kwiaty na grobach ściął; stały we flakonach albo w donicach z ziemią zamarzniętą, takie oniemiałe jakby, zesztywniałe. I na myśl przywiodły mi te wszystkie oblicza, te twarze już w bezruchu zastygłe, jakie pożegnać w życiu musiałam. Ale nie te rysy stężałe przecież analizuję, myśląc o tych, którzy odeszli. Przeciwnie, wspominam twarze żywe, oczy widzące, usta uśmiechające się, wargi słowa wypowiadające.

Najodleglejsze moje wspomnienie ze śmiercią związane jest takie:
Widzę małą, białą salkę, z łóżkiem metalowym, na biało lakierowanym, z pościelą białą, i głowę ciemną na poduszce. Twarzy nie mogę sobie przypomnieć. Za to słowa pamiętam: - Wypij mleczko, malutka. I rękę, która filiżankę mi podaje.
To moja matka, siostra i ja z wizytą w szpitalu, u ojca. I słowa starszej siostry: - Nie pij, zobacz, jaki paskudny kożuch. A chociaż chcę przecież wypić, aby zrobić ojcu przyjemność, mówię:- Nie, nie wypiję. Nie chcę.
Więcej nie byłam w tym szpitalu. Ale dobrze pamiętam chwile zabawy w przebieranki przed wielkim lustrem w krakowskim mieszkaniu cioci Zofii, przerwanej łzami mojej matki, wpatrującej się w telegram - Chodź tu córeńko; tatuś nie żyje!
Nie wiedziałam co to znaczy, miałam przecież trzy lata tylko. Wiedziałam za to dobrze, że powinnam płakać. Ale nie mogłam się rozpłakać, nie mogłam. I gorączkowo szukałam wyjścia. Aż nagle zaczęłam krzyczeć:- Nie, nie, ja w to nie wierzę!

Ta scena gdzieś się w zakamarkach mojej pamięci zatarła, a przypomniana potem, kiedy nastolatką już byłam, bezustannie rodziła pytanie; czy możliwe, aby mała dziewczynka tak przewrotna była? Czy dzieci są tak nieczułe? A może to było jeszcze coś gorszego?

Już jako dorosła żegnałam kolejnych bliskich, członków rodziny i znajomych. I zawsze w takich chwilach straszny żal mnie dopadał na myśl, że czegoś wobec odchodzących zaniedbałam, czegoś im nie powiedziałam, coś zrobiłam niepotrzebnie czy nieopatrznie, albo czegoś nie zrobiłam, z niedbalstwa, niepamięci, lekceważenia. I że odrobić się tego już nie da.

Nie wiem kiedy uznałam, że te dwie literki "ś. p." poprzedzające na klepsydrze nazwisko zmarłego, bynajmniej nie grzecznościowe są, ale prawdziwie świętej pamięci przydają wszystkim, którzy odtąd człowieczą tajemnicę największą już znają. Chyba dosyć dawno musiało to być, bo też od dawna najukochańszym swoim zmarłym oddaję się w opiekę, swoje myśli i pragnienia im powierzam, o radę proszę, i o pomoc w rozwiązywaniu życiowych problemów.
Przeświadczona jestem, i jak zdążyłam się przez lata zorientować, raczej nie osamotniona w tym przekonaniu, że nasi zmarli otaczają nas, żywych jeszcze, czułą swoją uwagą.

Nie wierzę w niebo i piekło, sprawiedliwą karę za grzechy, ani wspaniałą nagrodę za dobre postępki. Chcę jednak, i lubię wierzyć w byty jakieś idealne po tym naszym ziemskim żywocie. W miejsca, gdzie już nie będzie ludzi głupich. Gdzie już nie będzie ludzi okrutnych. Gdzie nie ma bogów, ale nie ma też galerników. A wszystkie stworzenia równe są. I przyjazne.

17 października 2009

Nalewka bursztynowa i pietruszka grubo siekana




Ślachetne zdrowie, /Nikt się nie dowie, /Jako smakujesz, /Aż się zepsujesz. /Tam człowiek prawie /Widzi na jawie /I sam to powie, /Że nic nad zdrowie...
Tej wspaniałej fraszki wszyscy uczyliśmy się na pamięć w klasie drugiej czy trzeciej szkoły podstawowej, nie ma więc sensu dalej jej cytować. Wtedy oczywiście o własne zdrowie wcale nie dbaliśmy, od tego mieliśmy mamę, tatę, babcię, i panią higienistkę.

Wraz z upływem lat musieliśmy tę troskę sami na siebie przyjąć. Chociaż różnie z tym bywa. Wyłączając skrajności, to znaczy hipochondryków po jednej stronie, a po przeciwnej osoby kompletnie się zaniedbujące, cała reszta z nas zaczyna o zdrowie dbać, zgodnie z tezą Jana z Czarnolasu, gdy ono nieco już szwankuje.

Dziś leczymy się najczęściej przez TV albo przez Internet. Agresywne reklamy tzw. paraleków czy innych suplementów diety, na wszelkie schorzenia, dolegliwości i urazy, od tabletek "Goździkowej" po bardziej wyrafinowane specyfiki, sprzyjają zdaniem specjalistów, naszemu mało frasobliwemu podejściu do tej sprawy. No, bo wiadomo, kiedy mamy zgagę bierzemy Ranigast, a kiedy 'nawalają' nam plecy smarujemy się Fastum.
W Sieci możemy codziennie przeczytać setkę nowych porad na temat zdrowia, odporności, diety, wagi, stresu, wypoczynku, itp.

Ale pytanie jest takie: Co robiliśmy w czasach "przed telewizją" i przed Internetem? Jak się leczyliśmy, kiedy nie było ani antybiotyków, ani nawet aspiryny?
Przypomina o tym jedna z ulubionych moich lektur: Powrót do ziół leczniczych. Autor - o. Andrzej Czesław Klimuszko. (Wyd. Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 1996, wg publikacji z 1987).
Czesław Klimuszko, nieżyjący już (zm. 1980) franciszkanin, jasnowidz, zielarz, wizjoner, posiadł niezwykłą wiedzę o leczniczych właściwościach roślin. Dla setek i tysięcy ludzi był wybawicielem od chorób i dolegliwości, na które oficjalna medycyna nie umiała znaleźć lekarstwa.

Receptami na czasie, w związku z tą paskudną aurą, są jego metody walki z przeziębieniem i grypą.
Otóż, sposobem niemal stuprocentowego zabezpieczenia się przed tą przykrą chorobą jest nalewka bursztynowa.
Sporządza się ją następująco: 50 g kawałeczków rodzimego naszego bursztynu, wypłukać dokładnie w letniej wodzie. Wrzucić do butelki o pojemności 3/4 l i zalać spirytusem (broń Boże nie denaturatem, choć niektórzy to lubią) i odstawić na 10 dni. Po tym okresie nalewka jest gotowa, nie trzeba jej przecedzać czy przelewać. Kiedy płyn się wyczerpie, bursztyny można zalać ponownie, ale tylko jeden raz, po uprzednim rozbiciu ich na mniejsze jeszcze cząsteczki. Bursztyn w spirytusie się nie rozpuszcza, ale uwalnia mikroelementy barwiące go na złoty kolor. Codziennie rano wypić trzeba szklankę herbaty z trzema kroplami tej nalewki.
Jeżeli jednak tej profilaktyki nie stosowaliśmy i złapaliśmy choróbsko (grypę, zapalenie oskrzeli, dychawicę oskrzelową, a nawet zapalenie płuc) nalewką bursztynową nacieramy sobie plecy i piersi, i kładziemy się do łóżka, stosując kurację przez trzy dni. Nalewka skutecznie i szybko obniża wysoką gorączkę. Stwierdzono również doraźne zmniejszanie się dolegliwości sercowych (osłabienie mięśnia sercowego, arytmia) oraz ustępowanie bólu głowy przy nacieraniu miejsc bolących tą nalewką, a w razie jej braku, pocieraniu ich po prostu kawałkiem bursztynu.
Polski jantar ma również właściwości przeciwrakowe: ciągły kontakt ciała z bursztynem (muszą to być kształty wieloboczne, nie kuliste) w postaci np. naszyjników czy bransolet, zabezpiecza w dużej mierze przed nowotworami.

Spośród roślin doskonale polepszających odporność naszego organizmu o. Andrzej poleca szczególnej uwadze czosnek i cebulę.
Miesięczna kuracja czosnkowa jest następująca: Trzy ząbki czosnku cienko poszatkować, ułożyć na kromce posmarowanej masłem i zjeść podczas kolacji. Po tej kuracji zrobić tygodniową przerwę i znów przez miesiąc czosnek 'zażywać".
Zabezpiecza się w ten sposób organizm nie tylko przed osłabieniem, ale również przed sklerozą i jej groźnymi następstwami.
Cebulę powinno się jeść (co najmniej) co trzeci dzień, zwłaszcza w zimie, w postaci sałatki: dużą cebulę pokroić na plasterki, posolić, polać oliwą lub olejem, odstawić na godzinę pod przykryciem, zjeść przed obiadem lub kolacją.

O. Klimuszko był przekonany o wybitnych właściwościach bakteriobójczych, antychorobowych, grzybów leśnych, ustanawiając taką ich kolejność: borowik, rydz, maślak, pieczarka, smardz, kania, opieńka, surojadka.
Uważał, że działają jak antybiotyki, ale bez ich skutków ubocznych. Przez wiele lat zalecał delikatną kurację grzybami chorym, których organizmy były bardzo wycieńczone, osiągając zadawalające wyniki. Nawet osobom z chorobami przewodu pokarmowego dyktował codzinne jedzenie grzybów gotowanych, świeżych bądź suszonych, chociażby w postaci zup.

Cudownym ziółkiem nazywał pietruszkę, która nie leczy bezpośrednio jakiejś choroby, lecz chroni człowieka przed wirusami, zwłaszcza grypy oraz "uodparnia organizm ludzki przed zapadalnością na wszelkie schorzenia oraz daje niebywałą tężyznę życia i długowieczność".
Musi być spożywana na surowo, nie żałujmy więc tej przyprawy, posiekanej grubo, zarówno do zup jak i innych potraw.
Równie dobroczynne działanie ma surowy chrzan, będący także silnym antybiotykiem.

Zwykła pokrzywa, tępiona przez ogrodników jako zielsko, ma ogromne właściwości lecznicze. Zawiera ona wiele substancji aktywizujących i regenerujących ludzki organizm. Mimo, że nie stosuje się jej solo, a w połączeniu z innymi ziołami, znakomicie eliminuje wiele schorzeń, w tym anemię i wycieńczenie.
Nawiasem mówiąc, spotkałam w sieci trochę przepisów na zupę z pokrzywy, albo jarzynkę z niej.

O. Andrzeja zachwycały też zdrowotne właściwości migdałow. Zjadanie 2 razy dziennie po 3 migdałowe ziarenka zabezpiecza w dużym stopniu organizm przed owrzodzeniem żołądka i dwunastnicy oraz przed zapadaniem na choroby nowotworowe, zwłaszcza przewodu pokarmowego.

Natomiast dziką różę uznał za najwartościowszy, z rosnących w Polsce owoców, zapobiegający wszelkim chorobom. Zalecał możliwie najczęstsze jedzenie powideł z niej usmażonych oraz picie herbaty z jej płatków.
Trochę podobnym działaniem wykazuje się czarna porzeczka.

Ten znakomity uzdrowiciel oddzielnie potraktował temat kaktusów, głównie ich odmianę p. n. aloes arborescens. Sądził, że odpowiednio spreparowanym aloesem można przywrócić siły witalne naszemu organizmowi. I nie tylko. Ale o tym następnym razem.

Na razie nie daję się temu podstępnemu atakowi zimy, wierząc, że jeszcze złota jesień swoją obecnością nas zaszczyci. W czym utwierdza mnie modrzew za oknem, ciągle zielony przecież, i wichurom odpór dający. Dopóki igieł nie straci, dopóty śniegi i lody nas nie skują.
Tak, tak - powiedziała Lolisia, i wskoczyła na klawiaturę.

10 października 2009

Torebka landrynek






Nie nad smakowymi walorami żywności chciałam się rozwodzić, choć to temat także miły do roztrząsania jest. Ale nad tym, w jaki sposób, za pomocą jakich metod, producenci zmuszają nas do kupowania ich produktów.
Wiadomo, że towary najlepiej opakowania sprzedają. No tak. Takie, na przykład, słodycze. Teraz już nie sięgamy po nie, ale kurier właśnie dostarczył naszym kotom przesyłkę znad Renu, z jedzonkiem od Schatz, to i my się załapaliśmy; trochę słodkości i dla ludzi się w niej znalazło.

Więc koty z ganku zgoniliśmy i sami się rozsiedli: Cappuccino sobie zrobiliśmy, i po czekoladce, no może po dwie skosztowaliśmy. Dobre, pyszne nawet były, takie z odrobiną chili. Ale co tam czekoladki, popatrzmy raczej w czym zostały sprzedane? We wzorek uformowane, a każda z osobna w folię złotą zawinięta, potem do ślicznej kopertki ją włożono i całość w kartonik zapakowano. A ten? Dobrym przykładem sztuki graficznej być może. Dobór kolorów - czarny, złoty, czerwony, kształt i wypukłość czcionek, wielkość, rozmieszczenie... Dla oczu naszych - mniam, mniam.

Tak samo zachwycać się można słoiczkiem z malinowym dżemem, jego kształtem, zakrętką, nalepką, banderolą. Albo puszką kawy czy herbaty, gdzie nostalgiczne scenki namalowano, rodzaj i gatunek herbaty opisano, recepturę zamieszczono. Pudełeczka z serami, kartoniki z kaszami, szklaneczki z musztardami, i tysiące podobnych, urodą swoją zaskakują. I to podwójnie zaskakują, bo przecież z definicji, opakowania są rzeczami jednokrotnego użytku, a żywot ich kończy się wraz z ostatnią łyżeczką kawy, czy ostatnią malinką ze słoika wyjedzoną.Potem trafiają na wysypisko. Jak i opakowania alkoholi.
Tu kształty butelek (płaskie, wysmukłe, baryłki, owale,kwadraty, prostokąty), kolory szkła(przeźroczyste, zielone, brązowe, czerwone, białe, opalizujące), korki, nakrętki, nalepki, folie, druciki, sznureczki, plakietki i dziesiątki innych zdobień walczą o spojrzenie klienta. Kuszą i do zakupu zachęcają.

I nie dotyczy to wcale najwyższych półek, jakiś Harrodsów czy innych sklepów dla bogaczy, tylko zwykłych produktów, w zwykłych supermarketach, dla zwykłych konsumentów.

A przecież nie tak dawno jeszcze, to znaczy dla mnie nie tak dawno, bo młodzież ani to zna, ani pamięta, niebem w gębie dla dzieciaka, i młodszego i starszego, parę deko landrynek było. Tak naprawdę, to była zbita, sklejona masa słodko-kwaśnych cukierków,którą najpierw sprzedawczyni w sklepie obtłukiwała i dźgała aluminiową łopatką, do szarej, z makulatury, ze trzy numery w stosunku do zawartości za dużej torby wpychała, na szalkę wagi uchylnej rzucała, oznajmiając: złoty dwadzieścia, i z okrzykiem - następny, kolejnego malucha uszczęśliwiała. I faktycznie byliśmy szczęśliwi. Tego smaku przecież nikt, kto to cudo jadał, nigdy, przenigdy nie zapomni.
Takim samym wzięciem oranżada w proszku się cieszyła. Porcjowana już, w papierowych torebkach, smakowała identycznie, jak te landrynki właśnie. Przeznaczona do rozpuszczenia w szklance wody, rzadko kiedy doczekała spożycia w charakterze płynu musującego. Z reguły jeszcze pod sklepem w buzi nabywcy lądowała.

Handlowa rzeczywistość PRL bardzo długo zgrzebna była. Liznąć kolorów tego "zgniłego" kapitalistycznego świata mogliśmy dopiero, kiedy pierwsze sklepy Pekao i Baltony otworzono. Bynajmniej nie zaspakajaniu konsumpcyjnych apetytów rodaków służyć miały, ale bardziej prozaicznemu celowi - ściąganiu od mieszkańców posiadanych przez nich walorów dewizowych.I chociaż dzieckiem już nie byłam zapamiętałam,a jakże, wygląd pierwszej mojej puszki z Coca-Colą. I ten syk towarzyszący jej otwieraniu. I te bąbelki w nosie kręcące. Nie szkodzi, że od lat tego napitku nie tykam, i nie uznaję. Przecież wówczas wygląd, zapach i smak były zniewalajace.

Właściwie dopiero "za Gierka" zaczęły się bardziej masowe wyjazdy na Zachód, no a tam to już prawdziwy szok każdego obywatela demoludów dopadał.
Choć, pamiętam dobrze, że i nasz pierwszy wyjazd do Budapesztu, a była to połowa lat sześćdziesiątych, także Zachodem zapachniał. Świat całkiem inny (ach, ta Vaci ut), jakże piękny i kolorowy pokazywał. I nie tylko w Budapeszcie, czy nadbalatońskich miejscowościach, ale w jakimś maleńkim Mosonmagyarovar, zachwycające były knajpki, winiarnie, i sklepy.

Czyż więc można się dziwić, że i my dziś tak perfidnie mamieni, na pokuszenie na każdym kroku wodzeni, skacząc do sklepu po mąkę "tylko" czy karton mleka, wychodzimy objuczeni torbami, wypakowanymi ponad miarę.
Tym bardziej, że i pieniądze nie są potrzebne. Którąś z kart przecież zapłacimy.
Więc na zakupy chodzę zawsze bez karty, za to obowiązkowo z kartką. A na niej spisane potrzebne artykuły. Ale i tak "z torbami" już dawno poszłam.