15 października 2007

Wielki smutek

Lucky

Nie ma już Lucky
!

Była najsłodszym z sześciorga dzieci kotki Feli. Wszystkie kochaliśmy, ale Lucky najbardziej. Słowa nie opiszą jej uroku.

Tak bardzo chciałam znaleźć jej dobry, kochający dom. Wydawało się, że znalazłam. Niestety: odjechała od nas, z płaczem , 23 września, a 13 października już nie żyła.

Jak trudno pogodzić się z tym, że cieszyła się życiem tylko 3 miesiące. Jak boli świadomość, że męczyła się tak długo, zanim skonała!

Przebacz mi maleńka, że cię oddałam.



10 października 2007

Mała stabilizacja



Każda, niewielka nawet zmiana warunków bytowania wprawia nasze koty w duże niezadowolenie. Przestawienie mebla, nie mówiąc już o przesunięciu kociego koszyka, jest powodem nerwów i frustracji.
Utarte ścieżki, te same przejścia i te same dziury w płocie są podstawą codziennych kocich wędrówek.

Zwierzaki nie lubią obcych w domu, każda osoba, poza domownikami, każdy dzwonek wywołuje u nich popłoch. Nasza nieodżałowana Malina reagowała paniką nawet na dźwięk telefonu i nic nie wyprowadzało jej tak z równowagi, jak prowadzenie rozmowy przez telefon; wieszała się na przewodzie, usiłowała wyrwać mi słuchawkę, wskakiwała i zeskakiwała z kolan przez czas trwania rozmowy.
Wyjątkiem pod tym względem jest Szkaradziej. Szkaradziejek, najstarszy z rezydentów, nie tylko nie ucieka, kiedy mamy gości, ale wręcz przypomina wszystkim o swojej obecności, plącze się pod nogami i obowiązkowo stawia się w domu podczas wszystkich posiłków, wymownie patrząc biesiadnikom w oczy.

Najbardziej zaś nielubianym przez nasze koty rodzajem gości są ci, którzy śpią w naszym domu, czytaj - w domu naszych kotów. Wtedy destabilizacja życia kociego jest kompletna. Nie tylko w dzień ich zwyczaje muszą być ograniczane czy nawet zmieniane, ale w nocy, w nocy także! A tego koty doprawdy nie znoszą: Rudolf nie może spać pod kominkiem, bo boi się wejść do salonu, Szkaradziej nie może okupować kanapy, bo na niej rozkładają się goście, a kocice po prostu wariują. Spotkanie z gościem na schodach czy w łazience traktują niczym spotkanie z Miśkiem, znienawidzonym psem z sąsiedztwa.
Malina wówczas zwykle lokowała się w sypialni na szafie, skąd schodziła tylko do kuwety. A jadała nocą, kiedy goście spali.
Nasza Dunia ma podczas obecności gości niezwykłą zdolność znikania z pola widzenia. Zaszywa się tak skutecznie po różnych zakamarkach, że nawet nie domyślamy się miejsc jej pobytu.
W zasadzie tylko kociakom jest obojętne, czy są obcy w domu, raczej się ich nie boją i myślę, że zależy im tylko na braku ograniczania ich szaleńczych zabaw.

Przyzwyczajenie do nowej sytacji następuje po paru dniach, ale wtedy goście zazwyczaj odjeżdżają. Ulga po ich wyjeździe jest manifestowana na różne sposoby, najczęściej rozwalaniem się na wszelkich możliwych sprzętach domowych, dłuższym niż zazwyczaj przesiadywaniem w domu, nie na dworze i nie tylko chętnym poddawaniem się, ale szukaniem pieszczot i bliskości człowieka, własnego oczywiście.

Kot nie lubi niespodzianek, a szczęśliwy jest wówczas, gdy wie czego się spodziewać, gdy co dzień i co noc trafia na te same miejsca i te same sytuacje.
A przecież koty są zarazem niesłychanie ciekawskimi stworzeniami. Błyskawicznie zjawiają się tam, gdzie dzieje się coś nowego, niespotykanego, lubią być zadziwiane. Jednak wydaje mi się, że lubią to tylko wówczas, gdy mogą wybrać dla siebie rolę obserwatora a nie bezpośredniego uczestnika danego wydarzenia.

Z tego uwielbienia dla jednostajności i rutyny kot wyłamuje się tylko w jednym przypadku, mianowicie wtedy, gdy chodzi o koci stół. Tu monotonia jest grubo nie na miejscu, a brak urozmaicenia je zniesmacza, i to dosłownie.
Obserwując, choć właściwsze będzie tu określenie - karmiąc koty od lat, nie domyślam się nawet skąd wielu autorów różnych porad i poradników wzięło przekonanie, że kot przyzwyczaja się do danego typu karmy i po pewnym czasie odmawia innych pokarmów. No, chyba, że tym pokarmem jest powiedzmy - filet z indyka - to wtedy zgoda. Kot przyzwyczaja się, i to szybko, rzeczywiście nie chce potem już nic innego.

Wszystkie żywione przeze mnie koty wykazywały zawsze nadzwyczajne smakowo-węchowe upodobania do mięsa i ryb. Z moich doświadczeń wynika, że nawet najdroższa gotowa karma po kilku dniach nudzi się kotu do tego stopnia, że woli siedzieć głodny, niż zajrzeć do miski z tą samą zawartością.
Dlatego też staram się o możliwie urozmaicony jadłospis. I o pamiętaniu, że Rudolf nie lubi ryb, ale chciałby mieć wybór między różnymi rodzajami suchej karmy. Lolita wymiotuje po Kitekacie, tak go nie cierpi, przepada natomiast za filetem z kurczaka. Dunia preferuje ryby w każdej postaci, a Fela jada wszystko, pod warunkiem, że na każdy posiłek jest co innego. Maluchy dzisiaj lubią parówki, masełko i serek wiejski, a jakie będą jutro ich upodobania, to się dopiero okaże.

Nie wiem także skąd wzięło się przekonanie, że kot nie rozróżnia między na przykład zwyczajną kiełbasą i szynką domową. Nigdy, żaden z naszych kotów nie wybrał tej pierwszej, i nie zdarzyło się, aby pogardził drugą.
Nasze koty nie mają także żadnego zupełnie uznania dla jarzyn, kasz, makaronów i innych klusek. Pod żadnym pozorem nie zjedzą ziemniaków, nawet polanych najlepszym mięsnym sosem. A że są zdrowe i pogodne, to najlepiej świadczy o tym, że same, intuicyjnie potrafią wybrać pokarm dla siebie najlepszy, o ile rzecz jasna, mają wybór. Staramy się zostawiać im ten wybór.
Wszak wiadomo: Przez żołądek do serca, również kociego.

Felę i dwoje jej dzieci - kocurka Filipka i kocurka Bazyla można oglądać w mojej galerii w Google, adres: http://picasaweb.google.pl/manetka07

Osobę gotową pokochać jedno z tych zwierzątek i zdecydowaną troszczyć się o nie, proszę o kontakt.


3 października 2007

Znów korupcja

Bazyl i Filip


Nie pamiętam już ani autora, ani nawet tytułu opowiadania o pewnym kocie, bo czytałam to jakieś kilkadziesiąt lat temu. W każdym razie w mojej pamieci zachowało się w takiej oto postaci:

Biedny, wymizerowany kot został odchuchany przez dobrych ludzi, z którymi następnie podróżował autem. To byli ludzie niezbyt zamożni i samochód był tani. Na jakimś parkingu wszyscy wysiedli, aby zjeść w barze. Kot też by coś dostał. W pewnej chwili na parking podjechał wspaniały Rolls-Royce, a towarzystwo nim jadące zaczęło wabić zwierzaka. Ludzie ze skromnego auta zobaczyli "swojego" kota już tylko za tylną szybą odjeżdżającego rollsa.
Wówczas myślałam, że jest to literacka fikcja. Dziś, po kilkunastu latach zajmowania się kotami wiem doskonale, że to mogła być najprawdziwsza prawda. Odczułam to również na własnej skórze. A to było tak:

Po śmierci naszej cudnej, najmądrzejszej i ukochanej kotki Murki, co stało się w środku zimy, zaczęła regularnie nawiedzać nasz ogród bardzo młoda koteczka. Przesiadywała na śniegu, podchodziła na ganek, i o której bądź porze wyjrzałam, ona była. Przez pamięć o Murce, a także sądząc, że to biedne zwierzę jest zziębnięte i głodne, raz i drugi wyniosłam jej na próg miseczkę. Potem wpuszczałam, żeby się trochę ogrzała. I niestety, od tego się zaczęło. Piszę niestety, bo już znacznie, znacznie później okazało się, że ta kotka jednak miała swój dom, i to niedaleko. Więc nie była ani głodna, ani zaniedbana. Ona po prostu uznała, że miska u nas jest smaczniejsza, a kominek cieplejszy. I już późnym latem tego roku uważała się na naszą kotkę, a nasz dom uznała za swój.
Wiadomo, że wywołało to sąsiedzkie kwasy i choć całkiem niezamierzenie, jednak zawiniłam wobec poprzednich jej opiekunów. To za sprawą tej kotki nasz dom zaroił się, a precyzyjniej rzecz ujmując - zakocił ponad miarę i przybyło trosk, również ponad miarę. Kotka Małpiatka, nazwana tak z racji swego niezwykłego podobieństwa do tego zwierzątka, od lat już nie jest z nami. Ale jej potomstwo miewa się bardzo dobrze.

Rozważając dziś los Feli i jej z nami znajomość, nie mogę wykluczyć, że historia tego kota w jakimś sensie się powtarza. Fela przecież także kiedyś musiła mieć jakiś dom i jakiś opiekunów. Ale wybrała lepszych. Dla niej. I chociaż naprawdę długo nas do tego przekonywała, jednak udało jej się postawić na swoim.

Tak więc zanim wpuścisz do swego domu kota, upewnij się, że jest on bezdomny. Ale jak? Niestety, nie ma na to dobrego sposobu.
Lepiej jednak zaopiekować się cudzym kotem, niż pozwolić wyrzuconemu albo zagubionemu zginąć z głodu i zimna. To pewne.

Dwaj synkowie Feli, Filip i Bazylek szukają dla siebie domów. Jedno z tych zwierzątek prześlicznych może należeć do Twojej rodziny. Obejrzyj je w galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07

25 września 2007

Fela poluje

Bazyl

Obie nasze kocice, Dunia i Lolitka są zawołanymi myśliweczkami. Stale obnoszą przeróżne trofea, od much poczynając, przez myszy czy żaby, na ptakach, często całkiem sporych, kończąc.

Dunia poluje po to, żeby zdobycz przynieść do ogrodu, a jeszcze lepiej, okropieństwo, do domu, podzielić się z nami swoim łupem, i oczywiście oczekuje należnych pochwał i podziękowań. Jeśli niemądry i niewdzięczny człowiek nie potrafi docenić takiego gestu i starania o wspólny stół, to trudno, jego strata. Więc zdobycz zostaje przez Dunię zjedzona, a przynajmniej nadgryziona i to najprzyjemniej w obecności zgromadzonych i zazdroszczących, pozostałych kotów.

Lolita tak nie postępuje. Lolita poluje głównie dla sportu. Lolita to uwielbia. Jest zdolna do tropienia, podchodzenia i wielogodzinnego czatowania na upatrzoną ofiarę. A za największą zdobycz uważa upolowanie ptaka, i to złowienie go wśród gałęzi, wysoko, nad ziemią. Zapewne uważa, że jej kunszt łowiecki osiąga wówczas najwyższy poziom.
Lolita potrafi także upolowaną mysz, żywą jeszcze, rzucić kociakom Feli, chociaż ich nie cierpi, albo obserwować, jak podkradają się do łupu nasze dwa kocury, te safanduły, którym rzadko udaje się coś złowić. Przypuszczam, że są zbyt wygodne i leniwe. Aby coś upolować trzeba się przecież co nieco natrudzić. A po co? I tak dadzą coś zjeść, a uganiać się za myszą zamiast leżeć na słoneczku - czysty nonsens!

Całej myśliwskiej wyprawy kota prześledzić się nie da, ale obserwowanie fragmentów polowania (chociaż ze względu na finał jest z gatunku thrillerów) pozwala na ocenę fizycznych możliwości człowieka. W porównaniu z kotem jesteśmy po prostu zwykłymi niedołęgami: nasze reakcje są dużo za wolne, nasze skoki o wiele za niskie, nasz bieg zbyt ślamazarny.
Zwykło się mawiać, że tylko w człowieku tkwi bestia; potrafi zabijać bez powodu. Natomiast zwierzę zabija wyłącznie wtedy, gdy jest głodne, wyłącznie po to, aby przeżyć.

W przypadku kotów domowych to nie do końca jest prawdą. Po pierwsze, one z zapałem i energią polują wówczas, gdy są syte. Po drugie, nie tak znów często swoje ofiary zjadają. Zwykle je porzucają. Kochają za to sam rytuał łowów.
Ich ofiary, z reguły wielokrotnie mniejsze i słabsze, wprawiają je w duże niezadowolenie: tak słabo się bronią i tak szybko umierają! Więc co robi kot, aby sobie przedłużyć przyjemność polowania? On tego biednego mysiego trupka jeszcze przez kwadranse całe potrafi podrzucać, ciągnąć i przewracać. On go bez przerwy ożywia! I chowa po różnych zakamarkach. A nuż mysz znowu zacznie uciekać? Wówczas zabawa zacznie się od nowa.

Natomiast kocica Fela, która przecież ma dla kogo łowić, bo jeszcze dwa maluchy są pod jej kuratelą, na polowanie udaje się bardzo zwyczajnie, za płot. Za płotem bowiem stoi długi na jakieś 150 metrów i wysoki na 4 piętra blok, którego mieszkańcy, przynajmniej niektórzy, mają mało chwalebny zwyczaj wyrzucania przez okna różnych przedmiotów, w tym i resztek żywności.
Fela patroluje pas trawy pod blokiem i kiedy wypatrzy kawałek, nadający się jej zdaniem do zjedzenia, niesie go błyskawicznie w pyszczku swoim dzieciom, nawołując je przeraźliwym głosem już z daleka. Zdobycz im oddaje, wycofuje się i z pewnej odległości obserwuje, jak się z nią maluchy rozprawiają. Jeżeli zdobyczą jest świeży plaster szynki, to fajnie. Gorzej kiedy biedna Felunia, prawdopodobnie karmiona kiedyś paskudnymi resztkami, przynosi na przykład zatęchły kawał solonego boczku. Oczywiście ani maluchy, ani nasze dorosłe koty tego nie ruszą. Ale my musimy sprzątać.
Zastanawiające jest jednak to, że w porze karmienia Fela pierwsza pcha się do misek, swoim dzieciom miejsca wcale nie ustępuje i nigdy nie widziałam, aby jakieś smakowite kąski, które dostała ze stołu, oddawała swoim pociechom. Tu zasady polowania już nie obowiązują. I prawidłowo - miska w domu każdemu kotu się przecież słusznie należy. A przy misce, wiadomo, kto pierwszy, ten lepszy!

Bazyla i Filipka, dwa kochane kocurki oraz kocicę Felę można oglądać w mojej galerii, w Google, adres:
http://picasaweb.google.pl/manetka07

Kto chciałby podzielić się własnym domem z jednym z tych zwierzątek, tego proszę o kontakt.

19 września 2007

Długi tydzień

Dominik z Zuzią pięknie rysują

To Filip


To kocica Fela


Bazyl



Wszystko zaczęło się w ubiegłą sobotę. Zadzwoniła do mnie p. Józefa z Wrocławia. Od razu spodobał mi się jej niski głos, rzeczowy dialog i podkreślenie odpowiedzialności kroku, na który się zdecydowałi. Zobaczyli bowiem zdjęcie kocurka Bazyla w serwisie ogłoszeniowym Gumtree, który jest moim zdaniem bardzo dobrym miejscem do umieszczania ogłoszeń.
Oczywiście, kto by nie chciał Bazylka? Ale akurat dzień, dwa wcześniej Bazyl również oczarował pewną młodą parę. Więc p. Józefa, po przeczytaniu notek o innych naszych, a właściwie nie tyle naszych, ile kotki Feli dzieciach, przeznaczonych do adopcji oraz obejrzeniu licznych zdjęć w kociej galerii, w Google oraz naradzie ze swoją rodziną, zdecydowała, że własnym domem podzielą się z kocurkiem Boryskiem.

Jasne, że Borys jest kotem niemniej uroczym od Bazyla, a nawet pod pewnymi względami go przewyższa; mianowicie, nie jest aż takim rozrabiaką.

Kiedy w niedzielę przywiozłam Borysa do państwa W. do Wrocławia, byłam zaskoczona, że mama 30-letniej córy Agnieszki i trzynastolatka Piotrusia, sama wygląda jak trzydziestolatka, filigranowa, zgrabna, no i bardzo sympatyczna. Na dworze deszcz i zimno, a w domku na Boryska czekał trzaskający kominek i równie gorące serca. Wiem, że synek Feli będzie w tym domu szczęśliwy.

Zaraz potem, bo już we wtorek, Miłka, Kacperek i ja, wyruszyliśmy do domu Iwony i jej 4-letniego synka Dominika, do Sosnowca. Z Iwoną to my już korespondowałyśmy w sprawie adopcji maluchów niemal od ich urodzenia, to znaczy od dwóch miesięcy. I tu też zostawiłam moją sympatię i dużą nadzieję, że jest to dom, w którym biała koteczka, nazwana teraz Zuzią, będzie bardzo szczęśliwa.
Bo dla Kacperka, cudnego pasiaczka, był to tylko przystanek w drodze do Wojkowic. Tam bowiem będzie jego dom rodzinny. I już wiem, że cudownie się przystosowuje. Z Zuzią były kłopoty, ale okazało się, że chwilowe i teraz już pięknie się bawią z przedszkolakiem Dodo.

A w niedzielę pojechaliśmy z Bazylkiem do Lubawki, na samej polsko-czeskiej granicy. Tu oczekiwali nas młodzi, sympatyczni i mili, Aneta z Piotrem. Od pierwszego wejrzenia zarówno mnie, jak i Bazylowi spodobałi się opiekunowie, dom i ogródek. Nawet zabawiłam tam zbyt długo, opowiadając przy herbacie o kotach i naszym życiu przy nich. A kiedy już wszystko ułożono i szczęśliwie się żegnałam, do salonu wpadł wielki, stary, puchaty kocur Leon. I co zrobił? Dosłownie chciał rozszarpać i żywcem pożreć maleńkiego Bazylka! Lecz Bazyl-bohater, stawił dzielnie, za dzielnie, czoła temu wielkiemu tygrysowi. Oczywiście rzecz cała skończyła się zapakowaniem Bazyla do kosza i naszym powrotem do domu.
Teraz zastanawiamy się z Anetą i Piotrem co zrobić? Jaka jest nadzieja, że stosunki na linii: zasiedziały w tym domu, będący na własnych włościach kocur Leon, i nowicjusz Bazyl, ułożą się, jak to się mówi, przyjacielsko, a co najmniej poprawnie? Na razie zwlekamy z odpowiedzią na to pytanie, chociaż odpowiedź wkrótce przecież paść musi.
I tylko ja po cichu sobie myślę, że jednak ta moja wizyta okazała się być wcale nie za długą. No, bo co by się stało, gdyby bezprzykładna napaść kota Leona na malucha Bazyla wydarzyła się dopiero po moim odjeździe?

W kolejny już wtorek zawiozłam Felę, mamę szóstki bliźniaków, o których najczęściej mowa na tym blogu, do lecznicy w Dzierżoniowie. Powód? Nie możemy mieć więcej dzieci. Zresztą my, jak my, ale Fela zdaje się też, po doświadczeniach tego rodzicielstwa, jest zdecydowana, aby więcej pociech nie sprowadzać na świat.
Więc Felunia przebyła operację, po której już kociąt mieć nie będzie. Biedna kociczka, jest teraz bardzo chora. Opiekujemy się nią troskliwie. Jutro jedziemy znów do kontroli. A za tydzień zdejmujemy szwy.
Przeżycia opiekunów wywołane taką operacją dają się porównać tylko z własnymi, medycznymi doświadczeniami. Jednak mamy nadzieję, że Feli pomogą wrócić do równowagi po tym stresującym bardzo doznaniu, jej dzieci, to znaczy jej córeczka Lucky oraz synaczkowie Bazyl i Filipek. Ona je kocha wcale nie mniej, niż ludzka matka kocha swe dzieci. Co to była za radość, kiedy dziś rano znowu je zobaczyła! Taka chora, a zaraz zabrała się do ich toalety, tulenia i całowania. Po kociemu, oczywiście.
To był naprawdę długi, bardzo długi tydzień. Tysiąc kilometrowy!

Na Twoją miłość i opiekę czekają w dalszym ciągu koteczka Lucky, kot Filip i sama ich mama - kocica Fela, ona oczywiście po całkowitym wykurowaniu się i dojściu do pełnego zdrowia psychicznego.

Zdjęcia kociaków i Feli można, jak zwykle, oglądać w mojej galerii publicznej, w Google, adres: http://picasaweb.google.manetka07/
Napisz do nas, jeśli drgnie Ci serce.





7 września 2007

Dunia - mama Lolity

Dunia



Dunieczka przyszła na świat w naszym domu, w październiku 2001 roku. Jako maleńki kociak strasznie piszczła i pokrzykiwała. Te jej przenikliwe piski do szału doprowadzały nasze dorosłe koty, a już zwłaszcza Szkaradzieja, który albo lał ją łapą, albo zwyczajnie uciekał z domu. Trwało to całymi tygodniami. Ponieważ kociak był zdrowy więc postanowiliśmy ten stan po prostu przeczekać. Aż któregoś dnia Dunia przestała wydawać te denerwujące dźwięki i nawet zaprzyjaźniła się ze Szkaradziejem, który odtąd zawsze ustępował jej miejsca przy swojej misce.

Mama Duni była kociczką bardzo rozrywkową i najchętniej przebywała na dworze, gdzie miała swoje rozliczne sprawy, często nie pokazywała się w domu przez wiele godzin. Musieliśmy w związku z tym przejąć obowiązek wyżywienia kociaka. Dunia rosła więc najpierw na marchewce z rosołkiem, a później na marchewce z kurczakiem. I tylko mama Duni nie mogła się nadziwić, skąd ten kolorek marchwiowy na buzi jej dziecka, którego nawiasem mówiąc nie udawało się jej nigdy do końca wypucować.
Któregoś dnia Dunia odmówiła zdecydowanie dalszej konsumpcji marchewki. Pozostała przy mięsie, i tak jej zostało do dziś.

Nie chcieliśmy mieć więcej kotów, więc kiedy Dunia wyrosła na dorodną pannę, zaczęliśmy podawać jej środki antykoncepcyjne. To jednak nie uchroniło kotki przed amorami.
Nie miała jeszcze dwóch lat, gdy w czerwcu 2003 roku urodziła trójkę kociąt. Jedno z nich nie przeżyło, a z dwójki pozostałych jest z nami tylko Lolitka. Jej brat, Karol opuścił nas jako niespełna roczny, piękny kocur. Urodę wziął po mamie.
Dunieczka - mama tej parki zachowywała się naprawdę wspaniale. Nigdy nie widziałam takiej opiekuńczej troski; karmienia, mycia, a później nauki. Otulała te swoje dzieci, ciągnąc kocyk zębami, obejmowała łapkami, śledziła każdy ich ruch i przybiegała na każde wołanie o pomoc.
Wczesną jesienią, kiedy maluchy trochę podrosły, wyprowadzała je do ogrodu i uczyła polować. Przynosiła myszy i owady, pilnowała kiedy wdrapywały się na drzewa. Podnosiła niesamowity alarm i przybiegała do ludzi o pomoc, kiedy jej dzieci przełaziły przez ogrodzenie do sąsiedniego ogrodu, gdzie był pies, złośliwy i gorliwy tępiciel kotów, którego zęby Dunia poznała na własnej skórze.
A najbardziej zdumiewające było to, że maluchy miały już po jakieś trzy miesiące a Dunia w dalszym ciągu zachęcała je do ssania. Zresztą od dawna mleka już nie miała, a i kociaki też od dawna zajadały mięso i gotową karmę. Jednak chodziło o tę rodzinną więź, zupełnie jak u ludzi.

Zaobserwowaliśmy też wyjątkowo silne przywiązanie między rodzeństwem. Wszędzie, dosłownie wszędzie chodziły razem, razem jadły, razem się bawiły, razem psociły (strasznie), i jedno bez drugiego nie zasnęło. Była to więź silna do tego stopnia, że kiedy Lolitka urodziła jako 9-miesięczna kociczka swoje jedyne dziecko - pięknego synka Gucia, tylko brat towarzyszył jej przy trudnym porodzie; lizał ją po główce, miauczał, mruczał i nie odstępował, a potem, nadzwyczaj zdumiony pojawieniem się nowego członka kociego klanu, bacznie go obserwował i obwąchiwał.
Pozostałe koty, w tym i Dunia, nawet nie zajrzały, one takie ciekawskie, nie przybiegły popatrzeć, udając, że przecież nic się nie dzieje.


W jakiś czas później Dunia poddana została sterylizacji. Była przez dwa tygodnie bardzo chora, ale miała naprawdę dobrą opiekę weterynaryjną i czułą opiekę w domu, więc i ta przykrość minęła.
I chociaż w tej chwili bardzo ją złości i denerwuje sześcioro maluchów, które się ostatnio w domu pojawiły, jest dziś Dunia stateczną, mądrą kocicą. Lubi spokój i dobre jedzenie. Lubi się bawić, lubi wychodzić w swoich kocich sprawach i trochę się powłóczyć.
Czasem się jej zdarza nie wrócić do domu na noc. Ale komu z nas nie zdarzają się chwile szaleństwa?

Kto chciałby obejrzeć maluchy kotki Feli, tego zapraszam do Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07
Kto chciałby zająć się losem jednego z nich, tego proszę o kontakt e-mailowy.


30 sierpnia 2007

Wojna trwa

Fela

Jakieś złe fluidy unoszą się chyba nad nami wszystkimi bo sytuacja wcale się nie stabilizuje, a wręcz przeciwnie: Kocie niesnaski, które nie są już mało szkodliwymi przepychankami, ale otwartą wojną - przybrały na sile.
Kocica Fela wcale nie przystosowała się do nowej rodziny. Ustawicznie wywołuje konflikty, które są po prostu ordynarnym kocim mordobiciem. I to nie tyle wymierzonym w nasze dwa kocury (byłe zresztą), ile eskalacja chuligańskich zachowań Feli nakierowana jest na kociczki, a już szczególnie na Lolitkę.

Podczas kiedy my staramy się przywrócić Loli równowagę psychiczną po jej blisko miesięcznej nieobecności w domu, Felka niszczy nasze wysiłki. Goni, straszy, syczy, bije - czyli usilnie stara się znów wypędzić Lolitę z domu.

Niemal tak samo Fela zachowuje się wobec Duni, ale ponieważ Dunia jest dużo większa i silniejsza niż Fela, nie ulega jej tak łatwo. Jednak i ona woli ostatnio przebywać poza domem.

Nie mogę pozwolić, aby historia się powtórzyła i teraz aby Dunia została z własnego domu przez Felę wypędzona.
Także Lolita nie może przecież reszty życia spędzić na szafie, którą obrała za swoją twierdzę. Dunia zaś nie może bez przerwy przebywać na dworze, tym bardziej, że zbliżają się jesienne chłody.

W tej sytuacji koniecznym staje się odizolowanie wojowniczej Feli od naszych kotów. Powstaje więc problem umieszczenia Feli w rodzinie zastępczej.

Dzieci Feli, choć powoli, to jednak systematycznie znajdują przyjaciół i domy, które staną się ich rodzinnymi domami.

Felę można oglądać w mojej galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07
Kto chciałby i może przyjąć Felę pod swoj dach proszony jest o kontakt e-mailowy.

26 sierpnia 2007

Dziura w dachu

Lolita

Wiadomym jest ogólnie, że wszyscy rzemieślnicy, w tym dekarze, jakiś czas temu wyjechali na wyspy, aby tam zapewnić ludności anglojęzycznej usługi na dobrym poziomie.
Więc u nas w kraju ci, którzy musieli zostać winni sobie sami radzić jak potrafią. W związku z tym mój mąż, człowiek niemłody a co gorsza nierzemieślnik, po bezskutecznym, wielomiesięcznym poszukiwaniu fachowca, postanowił wczoraj wybrać się na dach. Wytaszczył tam z sobą rolkę papy i wiadro lepiku i rozpoczął wielogodzinne roboty naprawcze.
Kiedy w którymś momencie z wysokości komina popatrzył w dół, zauważył naszą Lolitę przemykającą właśnie ulicą. Lolitę, poszukiwaną przez nas od 29 lipca, czyli niemal od miesiąca, zaczęliśmy już opłakiwać, oskarżając się wzajemnie o zawinienie tego nieszczęścia. A tu nagle szczęście - jest Lolita!

Oczywiście sprowadzenie kotki do domu wcale nie było łatwe. Zwierzak niby chciał się dać złapać, ale przy każdej próbie wzięcia na ręce wymykał się i uciekał przez coraz inny płot. W końcu udało się wziąć ją za pomocą miski z jedzeniem, postawionej na trawniku, w sąsiednim ogródku. Było przeciąganie kota przez pręty ogrodzenia. I poranienie rąk. Puściłam ją dopiero w domu, po pozamykaniu wszystkich okien i drzwi. Kot był zupełnie roztrzęsiony, przestraszony, zagubiony, chudy, głodny i jak się później okazało, także zapchlony.
Przez całe popołudnie, wieczór i pół nocy odbywało się karmienie, uspakajanie, głaskanie, przytulanie, mówienie czułych słówek, trzymanie na kolanach i dogadzanie na wszekie możliwe sposoby.
Ta koteczka, przez 4 lata swojego życia rozpieszczana przez nas i przez pozostałe koty, które tylko w stosunku do niej nie były nigdy wrogie ani zazdrosne, okazała się zwierzęciem bardzo słabym psychicznie. Jest całkiem rozbita, nie może się pozbierać, bez przerwy mruczy, trzyma mnie pazurkami, chce być blisko. Przeżyła naprawdę groźne 4 tygodnie poza swoim rodzinnym domem.
Gdzie była, kto ją przetrzymywał, tego się nie dowiemy. Co gorsze, jest to kot wychodzący, więc nie wyobrażam sobie, aby przez resztę życia mogła być trzymana w domu, byłaby na pewno bardzo nieszczęśliwa. Natomiast wypuszczenie jej z domu grozić może powtórnym zaginięciem. Są to sytuacje trudne, w których nie wiadomo co robić, i co lepsze będzie dla zwierzęcia. Na razie postanowiliśmy nie wypuszczać jej samej a jedynie wywozić gdzieś na łąki i tam pozwolić się wyhasać.

W taki oto sposób dziura w dachu, sama w sobie nienawistna, walnie przyczyniła się do odzyskania kota i pełnego szczęścia w domu.

Kotkę Felę i kociaki, dla których poszukujemy domów szczęśliwych, rodzinnych, można oglądać w mojej Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07
Zainteresowanych proszę o kontakt e-mailowy.

19 sierpnia 2007

Babie lato




Dni są pogodne, ale poranki i wieczory zupełnie chłodne. Kociaki Feli rosną tak szybko, że aż szkoda, miło byłoby, gdyby długo były takie małe i takie rozkoszne.
Właśnie teraz wchodzą w wiek totalnego niszczenia: kwiaty w donicach przed wejściem są całkowicie zadeptane, duże pęki paproci leśnych naprzeciw ganku kompletnie połamane, zostało tylko pobojowisko.
W domu mniej więcej to samo. Sześć razy 4 nóżki plus pazurki i ząbki równa się całkowita demolka!
Jedyne chwile wytchnienia dla nas, to okresy snu tych małych barbarzyńców. Po godzinie szaleństwa padają właściwie tam, gdzie zmęczenie i sen je zmorzy i śpią, wyglądając przy tym na anielskie istoty, jakąś godzinkę lub półtorej. I wszystko zaczyna się od początku: gonitwy szalone, podchody, walki, a wszystko to całkiem na serio.

Ta horda dzika przenosi się z szybkością światła z ogrodu na ganek, a z ganku do salonu. Tu jest najprzyjemniej gryźć, rwać i szarpać. Wszystko przecież miękkie, nie ma kamieni, o które można się boleśnie uderzyć, ani twardych pni czy patyków, które tak trudno przegryzać. Tu upadki z kanapy są przyjemnie mięciutkie, bo ląduje się na dywan, ten z kolei przyjemnie jest szarpać, turlać się po nim i przewracać. Ale najprzyjemniej jest wspiąć się pędem na firankę, kto najwyżej? I wisieć sobie tak, dopóki paskudny człowiek, nie znający się w ogóle na fajnej zabawie, stąd nas nie ściągnie. Czasem nawet i chciałoby się już puścić, ale w pazurki tak się zaplączą te
głupie nitki, że można tylko krzyczeć o pomoc. A te krzyki to są na razie tylko cieniutkie popiskiwania, wszak w dalszym ciągu jesteśmy niemowlakami. Mamy po 7 tygodni.

Na na świecie już babie lato. I rozpoczynają się powoli przygotowania do chłodów oraz przetrwania zimy. Kto może szykuje sobie domek w dzikim winie, osy mieszkają pod dachówkami a jeż przezimuje w okolicy świerków. Tylko kociaki wcale a wcale się nie przejmują, od tego mają nas, swoich opiekunów.

Zwierzaki można oglądać w Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07.
Kto chciałby aby jeden z kociaków go pokochał, proszony jest o kontakt e-mailowy.

8 sierpnia 2007

Dzień urodzin


Od wielu tygodni obiecywaliśmy sobie wycieczkę w sudeckie Góry Bystrzyckie, parogodziną rzecz jasna, bo nie można na dłużej zostawić zwierząt samych. Ostatecznie wybraliśmy się w dzień moich urodzin.
Potraktowałam to jako podarunek i rzeczywiście było warto jechać. Przez Duszniki Zdrój i Zieleniec dotarliśmy aż do Lasówki i Mostowic, na samej polsko-czeskiej granicy.

Jest to całkiem inny świat; piękny krajobraz, wsie spokojne, zdrowe lasy, stosunkowo mało turystów. Droga sudecka całkiem dobra. Mieszkańcy żyją głównie z agroturystyki, prawie w każdym domostwie są pokoje do wynajęcia i dodatkowo jakieś usługi gastronomiczne.

Widzi się też sporo domów letnich, w większości pięknie odremontowanych, przystosowanych do potrzeb wakacyjnych nowych właścicieli.
Oglądaliśmy jeden z takich domów, urządzony w siermiężnym, ludowym stylu, z tradycyjnym kominkiem z otwartym paleniskiem, ale właściciele nie odmówili sobie kuchenki mikrofalowej czy satelitarnej anteny.
Tak więc mieszkańcy miast, spragnieni tzw. łona przyrody, wypoczywają w warunkach zbliżonych, a może i takich samych jak w miejskim domu, tyle, że krajobraz za oknem inny. No i trzeba co weekend jechać 100, 200 czy może nawet więcej kilometrów.

Od lat marzymy o domu na wsi, ale chcielibyśmy znaleźć taki dom i taką wieś, w której moglibyśmy zamieszkać na stałe. Czy to jest jeszcze do spełnienia, czy już na zawsze pozostanie marzeniem, trudno odpowiedzieć.

Zrobiło się już bardzo późno, na ganku zostały kociaki z Felą, no i nasze, na pewno głodne już koty. Trochę zmartwieni, czy to towarzystwo nie rozpierzchło się gdzieś po krzakach i pokrzywach, których nie brakuje w naszym ogrodzie, wracaliśmy już szybko, zatrzymując się tylko po zapas kociego jedzonka.
A w domu, przy furtce czekał Rudolf ze Szkaradziejem i Felą. I o dziwo, wszystkie kociaki karnie siedziały w koszu. Tylko kocic ani śladu. Lolitę prawdopodobnie straciliśmy na zawsze.

Każdy dostał coś pysznego i po chwili słychać było tylko mlaskanie i siorbanie z kocich misek. Maluchy właziły całe do jedzenia na talerzach, wybierały kęsy i mlaskały tak samo głośno jak dorosłe.
A my byliśmy już zbyt zmęczeni aby coś ugotować, więc otworzyliśmy buteleczkę i powoli sączyli czerwone wino w tym wieczornym cieple.

Dzieci Feli szukają dla siebie domów rodzinnych. Kto zapragnie podzielić się z kotem tym co ma, proszony jest o kontakt mailowy. Kociaki można oglądać w Galerii w Google:
http://pisacaweb.google.pl/manetka07

2 sierpnia 2007

Mali drapieżcy



Po tych paru dość paskudnych dniach dziś znów zaświeciło słońce i zrobiło się bardzo przyjemnie. Nie praży tak, ale jest cieplutko.
Ganek jest terenem coraz bardziej zwariowanych zabaw sześcioraczków Feli. Wolę nie myśleć co będzie, kiedy te maluchy zaczną wybierać się gdzieś dalej i rozbiegać po ogrodzie. Jak je upilnujemy? Fela już zachowuje się, jakby dała za wygraną. Wcale sobie nie radzi z tą kocią rodzinką.
Kociaki były przez kilka dni dokarmiane kaszką dla niemowląt z marchewką i zmiksowanym mięsem. Ale dziś wprawiły mnie w osłupienie: Wystawiłam dla Feli miskę z dość sporymi kawałkami mięsa drobiowego. I co się okazało? Natychmiast wszystkie dobrały się do jedzenia i tymi swoimi mlecznymi ząbkami wprost rozdzierały całkiem pokaźne kęsy tak skutecznie, że miska została na błysk wyczyszczona. Jednak drapieżniki! Mam nadzieję, że im nie zaszkodzi.

Sami w końcu nabraliśmy apetytu na coś dobrego. Podałam schab zawijany z serem, który robię tak:
Rozbijam kotlety schabowe (po jednym na osobę) bardzo cienko, przyprawiam solą, pieprzem, ostrą papryką, układam plaster żółtego sera tostowego, na to plasterek albo dwa salami, zawijam, spinam szpilką do szaszłyczków i opiekam na patelni, na dobrze rozgrzanej oliwie albo oleju rzepakowym. Porcje muszą być rumiane z każdej strony.
Do tego ziemniaczki i kabaczek pokrojony w półplastry, uduszony z cebulą, czerwoną papryką i pomidorami. I dużo koperku.
Jeżeli jest wolne miejsce na patelni to można dodać ćwiartki czy ósemki jabłka (ze skórką, żeby się nie rozpadły), lekko posolone i posypane majerankiem.

Ponieważ nie udała mi się konfitura wiśniowa (wyszła zbyt rzadka: za dużo owoców, za mało cukru żelującego), postanowiłam wykorzystać ją do deseru.
Upiekłam najprostszy biszkopt w długiej foremce, pokroiłam w grubsze plastry i każdy polałam tym sosem wiśniowym. Było dobre.

Kociaki można oglądać w Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07 . Może ktoś zapragnie zaopiekować się jednym z nich.

31 lipca 2007

Lolita wypędzona

Lolita



Współistnienie kotki Feli z naszymi czterema kotami układało się niczym stosunki polsko-rosyjskie. Ale do czasu. Później było tylko gorzej.
Odkąd Fela urodziła swoje dzieci prawo wstępu na ganek stracili wszyscy, oprócz tego obszarpańca, wiecznie głodnego kocura Leona.
Z upływem tygodni obszar ogrodu patrolowany przez Felę sukcesywnie się powiększał, zdecydowanie przeganiała wszystkich z okolic wejścia.
W końcu doszło do tego, że nasze koty musiały wychodzić i wchodzić do domu przez okno.

Ale najgorsze jest to, że Fela tak skutecznie przepędzała obie nasze kotki, że Dunia po ogrodzie musi się przemykać chyłkiem, a Lolita od paru dni w ogóle nie wraca na noc do domu. W dodatku od przedwczoraj nie pokazuje się wcale, nie widać jej w ogrodzie, nie przychodzi na posiłki. Jesteśmy coraz bardziej zaniepokojeni. Obawiam się, czy nie przytrafiło jej się coś złego.

Powstała sytuacja bez wyjścia: Nie można usunąć bezdomnej Feli z dziećmi, bo dokąd? Nie można doprowadzić do kociej zgody, bo jak?
Wygląda na to, że nie potrafimy zapewnić poczucia bezpieczeństwa naszym kotom w ich własnym domu.

Jak odzyskać Lolitę? Dotychczas, korzystając z uprzywilejowanej pozycji najmłodszej, była bardzo rozpieszczana, wszystko było jej wolno. Teraz nagle tę pozycję, w jej odczuciu utraciła i zareagowała opuszczająć nas. Po prostu pozwoliła się wypędzić.

Tak więc zostaliśmy srogo ukarani za to, że okazaliśmy serce obcemu, przybłąkanemu zwierzakowi. A zwierzak ten bezpardonowo, ale przecież w zgodzie ze swoją naturą, w walce o przetrwanie i w trosce o swoje potomstwo to serce wykorzystał.

Szukam domów dla dzieci Feli. Kociaki można oglądać w Galerii:
http://picasaweb/google/manetka07. Zapraszam serdecznie.

30 lipca 2007

Małe jest piękne







Wszystkie małe zwierzątka są bardzo ładne, no może oprócz ślimaków, zwłaszcza tych bez domków, ale małe koty, to po prostu małe dzieła sztuki.
Można w nieskończoność zachwycać się tymi mięciutkimi uszkami, okrąglutkim brzuszkiem, różowymi łapkami, wąsikami, ogonkami, tym niemowlęcym futerkiem, w którym więcej puchu niż na pisklaku.
Mały kot, obojętne co robi i jak się zachowuje, czy śpi, czy dokazuje, czy je, czy ćwiczy z braćmi karate, czy straszy siostry,wydając jakieś groźne pomruki - zawsze jest zachwycający.

A już obserwowanie takiej gromady, jak sześcioro dzieci Feli, które właśnie skończyły pierwszy miesiąc swojego życia, jest lepsze od najlepszego programu telewizyjnego, ciekawsze od przygodowej powieści, bardziej zajmujące od meczu koszykówki. Może dorównuje spotkaniom towarzyskim, oczywiście pod warunkiem, że tematem rozmowy na takim spotkaniu są...koty!

Nie można oczu oderwać od Borysa, który zakłada Filipowi podwójnego nelsona, chociaż marnie jeszcze na nóżkach się utrzymuje. Bazyl z powagą liże futerko, trochę swoje, a trochę myje siostrę Lucky, a końcu zaczynają podgryzać sobie nawzajem ogonki. Z pudła wypada Miłka i chowa się wśród braci, aby za sekundę wziąć któregoś za gardło. I wszystko to odbywa się w zupełnej ciszy. Przecież to jeszcze niemowlaki!
Tylko od czasu do czasu słychać piski, ale kocia mama - Fela dokładnie potrafi je rozróżnić. Wie, który oznacza zadowolenie z zabawy, który jest wołaniem o pomoc, a który mówi: "jestem głodny".
Kociaki rosną, a Fela jakby coraz chudsza. Dzieciaki są żarłoczne okropnie. Od kilku dni dostają kaszkę, od wczoraj mięsko z marchewką, ale nie wszystkie sobie radzą z jedzeniem. Właściwie tylko Miłka od razu wiedziała, co się robi z zawartością miseczki. Dzień później chłeptanie z talerza opanował kot Bazyl. Potem Filip. Reszta niestety, jeszcze takiej umiejętności nie posiadła.

Chociaż, kto wie? Może to jakaś zmowa tej trójki i ostentacyjne dawanie do zrozumienia, że najlepsze jest mleczko mamy.

Jak zwykle zachęcam do obejrzenia kociaków w Galerii Google: http://picasaweb.google.pl/manetka07,
z nadzieją, że kolejna osoba otworzy swoje serce i swój dom dla następnego malucha.

Dzieci Feli












Upalna pogoda daje się we znaki nam i zwierzakom też. Wszyscy biwakujemy na ganku. Kociaki mają pudła i kosze,a ludzie ławeczkę.
Nasze koty są wściekłe i gniewają się na nas, bo kocięta zajęły najlepsze punkty obserwacyjne, no i to ulubione przez wszystkich miejsce na progu, pod daszkiem, gdzie można przesiadywać nawet jak pada.

Ściana domu aż huczy od operujących wśród dzikiego wina pszczół. Termometr wskazuje 32 st. C. Rozpięty parasol oraz rośliny dają trochę upragnionego cienia.
Ganek, kosze i kociaki zasypywane są białymi kwiatkami rdestu Auberta,wśród nich wyleguje się kocica Fela.

Fela stała się stateczną, mimo swego młodego wieku matroną, czułą bardzo mamą, pełną poświęcenia. Całymi dniami pielęgnuje, karmi i pilnuje swoje pociechy. Po prostu zapewnia im pełny serwis, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Wyobrażacie sobie ludzką mamę z sześciorgiem bliźniąt?

Wszystkie kociaki mają już imiona, bo udało się ustalić ich płeć. Są 2 dziewczynki i 4 chłopaczków. Panienki to Miłka i Lucky. Miłka chodzi w białym futerku a Lucky ma czarne. Lucky ma ponadto białe mitenki na przednich nóżkach, (no bo gdzież nosi się mitenki?) i założyła na stałe białe kolanówki. A Miłka przystroiła główkę pasiastym wzorkiem w beżu i, jak przystało na prawdziwą elegantkę, ten beż nosi również na ogonku.

Młodzież męska także nie stroni od mody. Kacper zdecydował się na garnitur beżowy w te same wzorki, w które wystrojona jest Miłka. W czerni występuje Bazyl i naprawdę mu do twarzy. Kot Borys i kot Filip uznali, że na lato najlepsza jest biel, ale szykownie łączona z czernią.

Całe to wytworne rodzeństwo i ich mamę Felę można obejrzeć w mojej Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07 .

Zapraszam do Galerii z wiarą, że znów jakieś serce drgnie i zapragnie obdarzyć uczuciem jedno z kociąt.
OpróczMiłki, którą już pokochano!

29 lipca 2007

Co czuje Rudolf


Kot Rudolf szczerze mnie nienawidzi. To ja jestem ta zła: Ja czyściłam jego futro z plich odchodów szczoteczką do zębów, bo inaczej się nie dało. Ja go kąpałam, zakrapiałam oczy, smarowałam bolące uszy, szczotkowałam, woziłam do weterynarza i trzymałam, kiedy dostawał zastrzyki.
Kot Rudolf wdarł się przemocą i podstępem do naszego domu. Pojawił się bardzo wczesną i mroźną wiosną 2000 roku w śmietniku sąsiadów. Tam żył przez jakiś czas i pewnie wtedy zainfekował oczy, uszy i co się tylko dało. Kiedy zorientował się, że w naszym domu żyją koty i to całkiem nieżle, zaczął je po prostu prześladować. Bił, syczał, wymyślał po swojemu. W końcu zaczął zajmować strategiczną pozycję na ganku i nie wpuszczał żadnego ze zwierzaków do ich własnego domu. Był, mimo złego stanu, jeszcze na tyle silny, że udawało mu się zastraszać nasze dwa koty, więc bały się go okropnie.Oczywiście nieustannie podejmował próby dostania się do domu, oszukania nas i udawania, że przecież on tu był zawsze.Ostatecznie te jego usiłowania tak nas rozmiękczały, że zdecydowaliśmy się zająć jego losem.

W ten sposób przybył trzeci rezydent. Początkowo kilka dni mieszkał w piwnicy, bo baliśmy się, że zarazi nasze koty. Ale dla niego ta piwnica to i tak był hotel pięciogwiazdkowy. Pamiętał dobrze śmietnik, ziąb i głód. Był to młody kot. Miał może rok, nie więcej niż póltora. W domu, z którego uciekł (został wyrzucony?) karmiony był suchą karmą i do dzisiaj jest to jego główne pożywienie.
Na początku swego pobytu u nas tak strasznie się obżerał, że codziennie wymiotował. Ale nie chcieliśmy mu ograniczać ilości jedzenia, miski zawsze były dostępne.Czekaliśmy, aż któregoś dnia uwierzy, że jedzenie się nie skończy i nie będzie już więcej głodny. Jednak minęły lata, a Rudolf w dalszym ciągu, choć tylko od czasu do czasu ma napady obżarstwa. I pewnie tak pozostanie.
Rudolf zwany na codzień Rudym i Rondelkiem jest wspaniałym zwierzakiem, lubiącym dominować nad resztą. Chętnie do dzisiaj rozdaje kuksańce, ale są one z reguły przyjacielskie. Uwielbia ciepło i wygodę. Latem, nawet kiedy praży niemiłosiernie i wszyscy szukają cienia, Rudy rozkłada się w największym słońcu. A kiedy przychodzą chłody potrafi bardzo wyraźnie dać do zrozumienia, że życzy sobie, aby mu napalono w kominku. Patrzy tym swoim ludzkim, piwnym wzrokiem i wówczas wiadomo, że Pan Rondel idzie spać pod komin. Nikt nie odważył się nigdy zająć mu jego miejsca.

Kotka Fela

Fela


Pojawiła się w styczniu 2007 roku i odtąd biwakuje na naszym progu. Nie mogliśmy jej przyjąć do domu, bo nasze własne cztery koty strasznie się denerwowały. Są bardzo, bardzo zazdrosne.

Byliśmy w tym czasie świeżo po kociej tragedii: 28 pażdziernika 2006 r. wyszła z domu i więcej nie wróciła nasza ukochana kotka Malina. Łzy po jej stracie jeszcze nie wyschły, więc postanowiliśmy, że dopóki przybłęda trzyma się naszego ogródka będzie przynajmniej dożywiana.
A ja miałam wielką nadzieję, że jeśli Malina żyje, a tylko zgubiła drogę do domu, to ktoś ją przygarnął i będzie dla niej dobry, tak, jak my będziemy dobrzy dla tej kociny.

Daliśmy jej na imię Fela.

Ale Fela nie była jedyną przybłąkaną. Oprócz niej, mniej więcej od tego samego momentu opiekujemy się także innym chodzącym nieszczęściem: czarnym kotem z białym fontaziem pod szyjką, którego ochrzciliśmy imieniem Leon.
Jest to zwierzak wymizerowany, brudny, z obszarpanym futrem, ranami po stoczonych walkach, pokiereszowany przez psy lub złych ludzi. W każdym razie jest to istota biedna, przeganiana z miejsca na miejsce przez nasze zwierzęta i obce koty, grasujące po ogrodzie. Ale zdaje się, że zaczyna wierzyć w swój lepszy los.

Kotka Fela znikała na kilka lub kilkanaście godzin, jednak zawsze wracała na próg. Przeżyła na nim mrozy, zawieje, wichry i deszcze. Na stryszku komórki, w której przechowuje się narzędzia ogrodnicze miała ciepło wymoszczone pudełko. Nie chciała z niego korzystać. Wolała marznąć na progu. Co prawda na progu położyliśmy dywanik, a nad progiem wisi daszek; zanim znajdzie się klucze od domu ochroni głowę przed deszczem, no ale to żadne schronienie dla kota.

Tak więc Fela pasła się na tym progu, aż któregoś dnia okazało się, że to wcale nie z tego dobrobytu jest taka tłuściutka.
Powód był zupełnie inny: 29 czerwca urodziła sześć dorodnych kociaków. Gdzie? Na naszym progu. Z kartonowego pudła obitego grubą folią zrobiliśmy domek i umieścili na tym jej ulubionym miejscu. Porządnego kosza wiklinowego w kształcie budki wcale nie chciała zaakceptować. Może był zanadto przewiewny, a może utrzymywały się na nim zapachy innych zwierząt. Dość, że w tym właśnie pudle jej dzieci przyszły na świat.
Jak taka mikruska urodziła tak liczne potomstwo - pozostanie tajemnicą natury.

A dzieci są piękne, wielkie, bajkowo umaszczone.

Teraz musimy znaleźć dla nich domy, i to nie żadne zastępcze, ale prawdziwe rodzinne domy, w których będą zdrowe, szczęśliwe i rozpieszczane.

Nie chcę i nie mogę usypiać tych kociąt. W końcu człowiek nie jest Panem Bogiem. Zresztą Fela z taką ufnością patrzy nam w oczy.

Kto może wziąć jedno z tych kociąt pod własny dach i obdarzyć je miłością i troską?

Kotkę Felę i jej dzieci można oglądać w mojej Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07

28 lipca 2007

Szkaradziej

Szkaradziej
Straszny krzyk, który rozległ się pewnego listopadowego, mroźnego dnia 1998 roku w jednym z okolicznych ogrodów, spowodował, że zbiegli się ludzie i zwierzęta, żeby zobaczyć, co się stało.To był krzyk rozpaczy i skargi. W pierwszej chwili nie można się było zorientować, kto tak woła o pomoc. Pomyślałam najpierw, że to Murka, chwilę potem, że dziecko. Pobiegłam do okna: to był kot.
Kobiecie, która wyszła z domu w wysokich botkach, stawał wszystkimi czterema łapami na stopach. I znów lamentował. I biegał jak nieprzytomny. Ten zwierzak musiał przeżyć coś naprawdę strasznego: stracił dom, umarł jego opiekun? Nie wiadomo.

W każdym razie kot ten zamieszkał w stojącej otworem komórce na sąsiedniej działce. Karmiliśmy go suchym jedzeniem, ponieważ inne w oczach zamarzało. Widać było, że nie zna tego pożywienia, ale głód musiał mu już porządnie dokuczyć, bo zjadał wszystko do okruszka. W jego schronieniu wiatr hulał i wcale przed zimnem nie zabezpieczał. Co rano chodziliśmy patrzeć, czy przetrwał. I wabiliśmy go do domu. Ale zjadał tylko swoją porcję i uciekał.

W tym czasie przeżyliśmy dramat. Nasza ukochana kotka Murka, uwielbiany, najcudowniejszy
i najmądrzejszy kot świata, straciła życie z winy złego i bezmyślnego człowieka.
Ani wówczas, ani dziś nikt i nic nie jest w stanie zastąpić jej straty.

Z humanitarnego obowiązku nadal karmiliśmy bezdomnego kota, który przeżył tę okropną zimę
i nie lepszą wiosnę, i dopiero w połowie lata, dosłownie podstępem zwabiliśmy go do domu. Kot miał już imię. Nazywał się Szkaradziej. Nie jest brzydki, wręcz przeciwnie, to ładny kot, pięknie umaszczony, chociaż ma feler: jest niewysoki, a tylne nóżki ma krzywiczne. I ten właśnie feler, zwłaszcza na tle skończonej piękności jaką była Murka, zdecydował o jego imieniu.

Szkaradziej panicznie bał się wszystkiego i absolutnie nie zachowywał się jak kot. Uderzyło nas przede wszystkim to, że nie zaglądał do każdego kąta, nie skakał po meblach, nie wysiadywał krzeseł ani kanap. Szkaradziej nie umiał się bawić! Trzeba było nie miesięcy, ale lat aby stał się normalnym kotem. Po trzech latach po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak bawi się w ogrodzie śliwką, która spadła z drzewa. Dopiero ósmej zimy swego u nas pobytu odważył się usiąść przed kominkiem.
A dziś ze wszystkich dawnych strachów pozostał mu jedynie strach przed grzmotami burzy i hukiem noworocznych fajerwerków. Najlepsza kanapa w domu należy do Szkaradzieja.

Taki był początek naszej opieki nad opuszczonymi kotami.