24 kwietnia 2009

Kwitnące wiśnie i PIT-y

Ogród pełen kwitnących wiśni, ale pszczół niestety, nie ma


Ostatnia (z winy kotów) Cesarska Korona - niech będzie dla MM



Wiśnie właśnie zakwitły kiedy w prasie zaczęły pojawiać się wiadomości, że niebawem Ministerstwo Finansów umożliwi nam elektroniczne rozliczanie się z dochodów za ubiegły rok.

Ponieważ nie mam przekonania, że rząd racjonalnie gospodaruje pieniędzmi, które pochodzą z naszych podatków, stąd też, odkąd mogę to robić, nie zamierzam darować temu niezbyt mi przyjaznemu państwu, żadnych złotówek, groszy nawet, ani tych pochodzących z odliczeń za Internet, ani nawet mojego skromnego 1% podatku, który przekazuję na Przytulisko w Boguszycach Małych prowadzone przez malarkę Bożenę Wahl. Do czego zresztą wszystkich gorąco zachęcam.

W tej sytuacji muszę sama (zamiast zostawiać to ZUS-owi), składać zeznania podatkowe, więc ucieszyłam się nawet, że nie trzeba będzie biegać do urzędu skarbowego.

Parę dni temu weszłam na stronę ministerstwa, okazało się jednak, że aby pobrać interaktywne druki należy najpierw zainstalować określone dodatki do przeglądarki. Niestety, jeden z nich był przez mój komputer zwyczajnie wypluwany.
Na razie zanadto tym nie zrażona ponawiałam próby, ale bez rezultatu.
Zaczęłam więc przeglądać różne fora internetowe, zbierać porady, stosować je, ale wszystko na nic.

W poszukiwaniu pomocy trafiłam w końcu na blog informatyka Michała Małaja p.t. FLEX 2 (adres: http://flex2.blogspot.com/ ). Uderzyło mnie przede wszystkim jedno: absolutny brak wszelkich elementów graficznych, upiększających, jakiś wyskakująch okienek, zegarów, kalendarzy, liczników i innych, tego typu gadżetów.
Przypomniałam sobie, że oglądałam już takie „ascetyczne” wręcz blogi osób zawodowo zajmujących się informatyką: tylko wiedza, informacje i potrzebne łącza.

Jednak ten blog był zarazem nieco inny: trudną (dla mnie bardzo) tematykę, poruszał w sympatycznej formie opowiadań, z dialogami między dwójką młodych ludzi – Darią, która raczej gruntownej wiedzy informatycznej nie ma, i jej chłopakiem Michałem, który przeciwnie – jest specjalistą w tej dziedzinie.
I właśnie – najnowsze z tych opowiadań niemal idealnie odpowiadało problemowi, który miałam z tym nieszczęśnym plug-in’em, odmawiającym usadowienia się w moim laptopie.

Dodatkowo napisałam do autora blogu z prośbą o wsparcie techniczne. Jego dobra wola i uprzejmość były tak duże, że już w niedzielę udało mi się wysłać nasze PIT-y Ministerstwu Finansów oraz pobrać i wydrukować poświadczenia odbioru. A niech będą! Na pamiątkę, nie tylko na ewentualne żądanie urzędu.

Naprawdę miło jest wiedzieć, że poważnie zajęty zawodowo analityk-programista potrafi podać pomocną dłoń osobie w potrzebie, w dodatku ignorantce. A co więcej, robi to z wdziękiem oraz całkowicie przecież bezinteresownie. Po prostu
z dobrego serca.

W sumie byłam bardzo zadowolona, nie mówiąc już o naszych kotach, które będą mogły liczyć na dodatkowy, dziesięciokilowy worek niezłych chrupek. Dostaną go, gdy tylko Fiskus odda mi te 144 polskie złote.


11 kwietnia 2009

Ach, te baby



W Wielką Sobotę ostatnie zwykle przygotowania do święta Wielkiej Nocy czynimy: okna są już pomyte, dywany odkurzone, meble odświeżone, pranie wysuszone, a my - w kuchni szalejemy.

Pewnie są jeszcze domy, w których ogromne ilości jadła się przygotowuje, w moim jednak to szaleństwo raczej w cudzysłowie występuje. Umiar, i jeszcze raz umiar, ot, aby tradycji zadość się stało: Są więc kraszanki, w łuskach cebuli malowane, trochę wędlin, wypieki. Nacisk zaś głównie na wystrój stołu niż jego obfitość się kładzie.

W Polsce od wieków utarło się święta te traktować bardziej jako ucztę dla żołądka niż dla ducha. Świadectwo temu dają rozliczne opisy kulinarnego rozpasania, od magnackich domów poczynając, na najskromniejszych, kmiecich, kończąc.

W mojej ulubionej książce kucharskiej p.t. W staropolskiej Kuchni, Marii Lemnis i Henryka Vitry (Interpress, W-wa 1986), autorzy tak polski stół opisują:
„…W ciągu Wielkiego Tygodnia największy ruch panował w kuchni, z której dolatywały smakowite zapachy przygotowywanych na święta potraw. Podniecały one apetyty poszczególnych domowników, oczekujących z utęsknieniem rezurekcji, która oznaczała zakończenie postu i rozpoczęcie wielkanocnej batalii kulinarnej.
Tak zwane święcone ustawiano na wielkim stole, w jadalni. Składały się na nie szynki, kiełbasy, salcesony, ryby w galarecie, pieczone w całości prosię oraz wielkanocne ciasta: mazurki, torty, przekładańce i słynne, staropolskie baby. Nie zapominano oczywiście o wódkach, miodach pitnych, piwie i winie. Nad wszystkim górował wielkanocny baranek uformowany z masła lub cukru. Cały stół, mieniący się bogatą gamą barw i kuszący uwodzicielskimi zapachami, ozdabiano zielonym barwinkiem oraz kolorowymi pisankami…”

No, proszę – a dziś „święconki” tyle, ile w dziecinnym koszyczku się zmieści, symboliczne ilości, święconą wodą zwykle przemoczone.
Baranka cukrowego, z roku na rok przechowywanego, zastąpił u nas zając z materiału, a potem kwoka, z rafii wyplatana. Po prostu ładniejsza była. I teraz to ona, w otoczeniu żółtych kurcząt z waty, symbolizuje Wielkanoc. Oczywiście barwinek jest konieczny, i choć małe bukieciki wiosennych kwiatuszków, aby stołowi świeżości przydawały.

A jeśliby Zającowi na dnie jego koszyczka, jakiś skromny prezencik dla nas przewidziany, się zaplątał, to jasne, że z wdzięcznością przyjęty będzie.

Czego wszystkim, zaprzyjaźnionym z „Dwunastoma kotami” szczerze życzę. I o przyjęcie powyższego, wiosennego bukieciku, proszę.




5 kwietnia 2009

Piątek, trzynastego




Krakałam, krakałam…i wykrakałam:
Piec centralnego ogrzewania wysiadł w marcu; trzynastego, w piątek – a jakżeby inaczej. I nie bądź tu człowieku
przesądny.
Akurat pogoda znów zrobiła się podła; ziąb, codziennie padało, jak nie śnieg, to śnieg z deszczem. W dodatku okropnie wiało.
Z ogrzewaniem to jeszcze pół biedy, bo palimy w kominku, ale woda, ciepła woda!
Jej brak - to dopiero problem.

W ogóle nie wiem, jak funkcjonowała ludzkość, kiedy z kranów nie płynęła ciepła woda, zwłaszcza w naszym klimacie, i zwłaszcza o tej porze roku. Nawet umycie rąk pod zimnym strumieniem powoduje marznięcie, pierzchnięcie skóry, nie mówiąc już o tym, że brud się tylko rozmazuje. A co z kąpielą, ze sprzątaniem,
z myciem po kilkanaście razy dziennie sterty kocich naczyń?
Nie można przecież za każdym razem włączać zmywarki. I tak właśnie dostaliśmy rachunek za prąd, oczywiście o jakieś 35% wyższy od poprzedniego.

Radziliśmy sobie w ten sposób, że grzaliśmy wodę w czajnikach, a na kąpiel w wielkich garach, i nosili, taką wrzącą, na górę do łazienki. Dom był stale zaparowany, a nasza cała energia skupiała się na tym grzaniu i transportowaniu ukropu.

A wracając do kotła, to najpierw przyszedł zaprzyjaźniony sąsiad, aby do niego „zajrzeć”. Stwierdził, że już się naprawić nie da. Chyba.
Więc należało sprowadzić serwisanta, który wiedziałby to na pewno. Kiedy już udało się takiego namierzyć w sąsiednim miasteczku, okazało się, że ten „autoryzowany partner” producenta pieca nie radzi sobie nawet z jego rozebraniem . Lepiej wyszło mu inkasowanie należności – osobno za dojazd,
i osobno na wydanie na piec wyroku.

Potem przez kilka dni szukałam w Internecie odpowiedniego dla nas, nowego kociołka. Teraz wiem o kotłach c. o. znacznie więcej: jak są zbudowane, jak się dzielą ze względu na komory spalania, paliwo, moc, ilość funkcji, itp. Sądzę też, że sama, gdybym się jeszcze trochę przyłożyła, niezgorszym serwisantem mogłabym się okazać, a na pewno nie gorszym od tego, który nasz piec „zdiagnozował”.

W końcu po wielu rozterkach udało nam się podjąć decyzję co do marki, typu i rodzaju nowego pieca.
Teraz należało tylko znaleźć firmę, która sprzeda mi piec na raty (no bo skąd wziąć na poczekaniu taką sumę w gotówce?), następnie załatwić formalności i czekać na dostarczenie pieca.
Trzeba przyznać, że co jak co, ale kupowanie dzisiaj w sklepach internetowych przebiega szybko i sprawnie. Informacja jest dobra, sprzedawcy uprzejmi i kompetentni, klienta nie obchodzi transport, ubezpieczenie i podobne sprawy.
Ale to chyba dopiero od niedawna tak się dzieje. Jeszcze przed niespełna dwoma laty, kupując kilka mebli, musiałam słono zapłacić za ich transport, choć było to tylko 50 kilometrów.

W końcu zaprosiliśmy do instalacji nowego pieca dwóch fachowców. Nie razem, oczywiście. Przychodzili kolejno. Wybraliśmy lepszego, jak się zdawało.
Mąż musiał sam zdemontować ten stary, spalony kociołek, aby usługa tańsza była, no i aby pan instalator na drobne nie rozmieniał swoich umiejętności. Oj, życie!
Nasz nowy piec wreszcie został zainstalowany, włączony i hula na całego.

Pieniądze na podłączenie (jasne, że trzeba oddzielnie kilkaset złotych zapłacić), pożyczyliśmy „do pierwszego”od naszych kotów.
One teraz, paniska jedne, nie otrzymują już przesyłek z jedzonkiem. Teraz dostają przekazy. W Euro. Od swoich sponsorów z Nadrenii. Szczęściarze.

A ja tak sobie myślę; nawet w tych ciężkich czasach człowieka całkiem uszczęśliwić może taki niewielki, ciepły strumyczek. Pod warunkiem wszakże, że z własnego kurka wypływa.

7 marca 2009

Kwiatek dla pani



Naprawdę zabawne kartki znaleźć można w serwisach oferujących nam ich wysyłanie z różnych okazji. Aktualnie z okazji Dnia Kobiet.

Najbardziej spodobały mi się te nawiązujące w sposób humorystyczny do obchodów tego święta w czasach PRL i jeszcze trochę później (bo dopiero Hanna Suchocka je zlikwidowała). Właściwie to nie za bardzo wiem, czym się kierowano, przy jego kasowaniu. Chyba jednak względami politycznymi, bo przez jego przeciwników było uważane za „komunistyczne”.

Czyżby jednak kobiety miały za dużo swoich dni, swoich świąt?
Podobno wśród samych pań zdania są podzielone; większość osób młodych, w wieku do 25 lat w zdecydowanej większości opowiada się za tym świętem. Natomiast prawie połowa kobiet 50+ twierdzi, że go nie chce.

Nie wiem, na ile można wierzyć takim sondażom, bo osobiście nie znam żadnej kobiety, która by odrzucała życzenia, prezenty czy kwiatki, nawet gdy był to przysłowiowy jeden „zdechły” goździk, czy też poważnie już zmaltretowany tulipanik, który w dodatku nierzadko należało pokwitować.

Pamiętam za to dobrze, że wszystkie panie - pracownice, niezależnie od stanowiska, wykształcenia czy wieku, nawet jeśli troszeczkę zaprzeczały, jednak starannie przygotowywały się do tego dnia; zakłady fryzjerskie (które jeszcze wówczas nazwy salonów nie nosiły) w przeddzień święta okupowane były od rana do wieczora, stoiska z kosmetykami notowały wzmożony ruch, a w sklepach z damska konfekcją można było spotkać wiele znajomych.
Żadna nie chciała wypaść gorzej od koleżanek. Od rana, 8 marca, zapachy „Być może” i „Pani Walewska” krzyżowały się z wodą kwiatową „Konwalia”.

Trochę inaczej panowie. Ci z kierownictwa przedsiębiorstwa i rad zakładowych, organizatorzy święta, musieli trzymać fason co najmniej do uroczystej akademii.
I rozdania „drogim koleżankom” tych przywiędłych kwiatków.
Potem atmosfera stawała się coraz mniej oficjalna, aby późnym popołudniem, trwającym nierzadko do późnego wieczora, przemienić się w zwykłą popijawę. We własnym gronie. Bowiem panie już dawno były w domu, wszak miały rodzinne obowiązki.

W miarę upływu lat święto nabierało pewnego wyrafinowania; tulipana zastąpił bukiecik frezji, a parę stylonów bon towarowy do PDT. Za późnego Gierka mógł to być nawet bon do księgarni, albo bilet do teatru.

Więc jestem zdania szanowni panowie, że mężczyzna elegancki o święcie swojej kobiety nie zapomina, nawet jeśli kiedyś (1993) niekomunistyczny rząd to komunistyczne święto zlikwidował.

3 marca 2009

Śnieżyczki zakwitły



Już przedwiośnie. Po wielu tygodniach zimy prawdziwej, jak dawniejsze, z dużymi mrozami i śnieżnymi zaspami, kiedy zaczyna się nam wydawać, że zawsze tak już będzie, raptem jakby, z dnia na dzień, przyjemnie ciepło się zrobiło.

W ogródku niespodzianka: pomiędzy łatami topiącego się, zalegającego jeszcze tu i ówdzie śniegu, wystrzeliły liczne kępki przebiśniegów, wczoraj jeszcze w pączkach były, a dziś już kwiatuszki mają śliczne, rozwinięte, białe. Na tych swoich łodyżkach zielonych, wyglądają tak świeżo i wdzięcznie.

W południe słonko grzeje a nasze wszystkie koty wyłącznie na dworze chcą przesiadywać. Filipek wrócił do swoich przyzwyczajeń i o piątej rano, kiedy całkiem ciemno przecież, pod drzwiami pokrzykuje, aby wypuścić go na dwór. Ponieważ już mrozów nie ma, wstaję i wypuszczam go; a niech idzie. Po pół godzinie Lolita decyduje się na wyjście. No, to schodzę.

Potem, z częstotliwością co kwadrans, kolejne nasze kociska budzą się i domagają tego samego.
Po 2-3 godzinach łazikowania, zaglądania we wszystkie dziury, zwiedzania przyległych ogrodów, zaczajania się na sąsiedzkie gołębie i dzikie ptaki, głodne i z zimnymi uszkami, wracają do domu w odwrotnej kolejności.

Teraz czas na śniadanko; Animonda, nietania wcale, - tuńczyk w łososiowym sosie - danie smakowicie wielce wyglądające, z dużymi kawałkami ryby, pachnące kusząco, w ząbki kole to kocie „jaśnie państwo”. Nie zamierzam się tym razem przejmować. Kto nad miską wybrzydza, głodny idzie drzemać, i tyle. A właśnie przyszła pora na zdrowy sen, najlepiej blisko kominka.
„Cug” jest, przewodom dymowym sprawność przywrócono, to i pali się świetnie, wszędzie cieplutko. Więc żyć, nie umierać.

A że ja mam trochę gorzej? Że czuję się, jakbym do roboty w jakiej fabryce, w piątek i świątek na szóstą leciała? A co to koty nasze odchodzi! One mają wygodę mieć, i tyle. Do zażywania przyjemności są przecież stworzone.
Naprawdę, człowiek własnym kotem chciałby być, i to nie raz.

13 lutego 2009

Kocie ego

Duniaszka


Trzy dni, a raczej trzy noce temu, około wpół do pierwszej, na chwilę poszłam do łazienki. Po powrocie do sypialni okazało się, że moją poduszkę zajęła Dunia, zwinęła się w kłębek, i zasnęła.

Dunieczka, ustawicznie zmieniająca miejsca, ostatnio nocowała na szafce, na dole w przedpokoju, rozkładając się na futrzanej czapie i polarowych rękawicach, które mój mąż wkłada co rano, kiedy idzie odśnieżać.

Reszta kociarni rozlokowana jest całkiem wygodnie w naszych sypialniach, a ja przed położeniem się spać robię obchód; każdego zwierzaka pogłaszczę, poprawię mu posłanie i coś zagadam. Taki rytuał.
Tylko Bura (jeden z pseudonimów Duni) zawsze była niezadowolona wielce, że w ogóle się do niej podchodzi, bo przecież ona śpi. Więc przestałam zwracać na nią uwagę, trochę zła, że odrzuca moje czułości, a trochę po to, aby jej nie denerwować.
Okazuje się jednak, że to niezadowolenie udawane było tylko a kocica postanowiła upomnieć się o moje zainteresowanie.

Od dawna, bo od czasu zaginięcia naszej nieodżałowanej Maliny, w moim łóżku sypia Lolita. A i z przerwami Filipek, zwłaszcza kiedy przytrafią mu się jakieś kocie nieszczęścia, co jest na porządku dziennym, przychodzi się „wypłakać” i przytulić. Kiedy Lolita zobaczy wieczorem Filipka w „swoich” betach każdorazowo zastanawia się przez dłuższą chwilę, czy obrazić się i pójść gdzie indziej, czy uznać, że wszystko w porządku, i wskoczyć, ale już z drugiej strony, jak najdalej od Filipa. A następnego wieczora usiłuje ubiec go i wcześniej zająć swoje miejsce. Wtedy Filipek, zjawiający się jako drugi, obserwuje kotkę i stara się przewidzieć jej reakcję, bo kiedy sam zdecyduje się wejść do łóżka łagodna Lola potrafi ciężką łapą boleśnie przygrzmocić.

Ale łóżko dość obszerne jest, więc dwa koty, nawet w poprzek się układające, każdy ze swoim kocykiem, jeszcze kapkę miejsca na moje kości zostawiały. Tym bardziej, że oba raczej w „nogach” łóżka i najlepiej na moich własnych
kończynach rozkładać się lubią.

No, ale poduszki nikt mi raczej nie zajmował. Więc Dunia oceniła, że to właściwe miejsce, aby się na trzeciego wepchać i bezkolizyjnie przespać.

I co miałam zrobić? Przecież zawsze się tak rozżalałam, że Buraszka miejsca swojego noclegowego nie ma, wszystkie możliwe kąty już w domu zaliczyła i żadnego na stałe nie zaakceptowała.
Oczywiście wzięłam mały jasieczek, podłożyłam pod spód jakąś twardawą poduszeczkę i do rana przewracałam się, w dodatku nie po swojej ulubionej stronie łóżka, co tym bardziej nie pozwalało mi spokojnie usnąć.
W nocy kilka razy opatulałam rozkopujące się koty, a one odpowiadały cichutkim mruknięciem.

Rano Duniaszka obudziła się bardzo późno, zadowolona i wypoczęta, i ostatnia wyszła z domu na przedpołudniowy spacerek.

Wieczorem, przekonana, że Dunia wróci na szafkę do przedpokoju, spokojnie zajęłam swoje miejsce w łóżku i wyłączyłam światło. Po 10 minutach zobaczyłam przemykający cień i nagle… skok. Powyżej mojej głowy, na poduszce miejsce zajęła Duniacha. Historia z poprzedniej nocy się powtórzyła.

Trzeciego wieczora, całkowicie pewna, że tym razem Dunia będzie spała na rękawicach do odśnieżania, bo już się właśnie na nich ulokowała, położyłam się spać. W nocy zbudziło mnie bolesne szarpanie za włosy. To Dunia, leżąc na mojej poduszce, mając za mało miejsca, wierciła się i spychała mnie niżej, aby wygodniej się ułożyć.
Więc co zrobiłam? Wzięłam mały jasieczek…
Rano Buraszka, bardzo zadowolona, pozwoliła się wziąć na ręce, i dała się trochę potarmosić, wygłaskać i wycałować, czego zwykle nie znosi.

Kolejną noc przespała na czapce w przedpokoju, choć moje łóżko staranie tym razem przygotowane było do noclegu dla trzech kotów i jednego człowieka.

A ja analizowałam najpierw dogłębnie kocie ego. I czy różni się od naszego?

Następnie długo rozpatrywałam ludzki (czyli swój) brak przezorności, kompletne fiasko jeśli chodzi o umiejętność przewidywania, lekceważenie wniosków wynikających z własnego doświadczenia i wypływającą stąd życiową (nocną)niewygodę.

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”? No, pewnie. W tym przypadku to nawet całkowicie dosłownie.

1 lutego 2009

Mały, biały domek




Nasza stara chałupa, zbudowana około 1935 roku, chyba zaczyna powoli się rozpadać.
Nic to, że 11 lat wcześniej robiliśmy jej wielki i naprawdę kosztowny remont. Okazuje się, że to tylko lifting był, niestety.

Bo właśnie w tej chwili, kiedy przyroda zakuła nas w najniższe temperatury, zafundowała wichry jakieś wyjące, tony śniegu i paskudną wilgoć, u nas katastrofa z ogrzewaniem jest. Od kilku dni nie można palić w kominku, ponieważ w sypialniach na górze dym wali jak ze zdezelowanego pieca kaflowego.
Przypuszczalnie, gdzieś na tej wysokości musi być dziura w przewodzie kominowym, ale gdzie dokładnie? To się może okazać dopiero, kiedy rozbierze się całą futrynę drzwiową. Jednak, żeby się do niej dostać musimy zdemontować panele sufitowe, usunąć kafle na ścianach, jednym słowem zdemolować po pół pokoju i przedpokoju na poddaszu. Częściowo dobraliśmy się do belki nadproża, całej okopconej, czarnej od dymu i wysokich temperatur.
Wygląda całkiem jak po pożarze, którego w tej sytuacji cudem chyba tylko uniknęliśmy.

Niezawodni nasi nadreńscy przyjaciele ekspresowo ślą nam czujniki dymu, których dotąd w domu nie mieliśmy, i dziwią się naszej pod tym względem indolencji, traktując nas jak niezbyt rozgarnięte, życiowe safanduły. Chyba nie bez dozy racji jednak.

Więc z bólem serca, a raczej portfela przeszliśmy na ogrzewanie gazowe. I oczywiście z duszą na ramieniu, bo piec i cała instalacja centralnego ogrzewania także już zalicza dwunasty rok. Przy jakiejś, odpukać, nawet niedużej awarii, będzie to dla nas całkowity koniec świata. Dlaczego? Ha, bo wszystkie rury pochowane są w ścianach.
Owszem, dom nie spowity w metalowe rurki wygląda nieźle. Nie trzeba zastanawiać się co, gdzie i jak ustawić, aby je choć częściowo ukryć.

Przerabialiśmy już ten problem mieszkając ponad 20. lat w tak zwanym nowym budownictwie, gdzie pajęczyna instalacji, głównie grzewczej, poprowadzona była bez najmniejszej dbałości o estetykę wnętrza, a często i bez żadnej dbałości o funkcjonalność tejże. A moim głównym zadaniem było główkowanie, co zrobić, aby ukryć paskudną stalową rurę biegnącą pod sufitem, przez całą długość pokoju. Albo kuchni. Albo przedpokoju. No, zresztą wszędzie.

Więc skwapliwie zgodziłam się, gdy w nowym domu instalatorzy zaproponowali maskowanie rur. Chociaż kiedy już powywalali półmetrowej szerokości bruzdy we wszystkich ścianach aby umieścić w nich miedziane rurki grubości mojego palca,
zaczęłam mieć pewne wątpliwości. Teraz to one przerodziły się już w obawy prawdziwe: Kiedy zdołamy ustalić miejsce dziur w kominie, kiedy uda się je uszczelnić, usunąć zniszczenia spowodowane przez te przyczyny, znów będę się zastanawiać, co teraz wysiądzie, nawali, zepsuje się, odmówi posłuszeństwa. Czyli wydatki i nerwy. Nerwy i wydatki. Na okrągło.

Latami kupowałam Muratora, Dom Letni i inne pozycje tego wydawcy. Zachłannie czytałam od deski do deski, oglądałam projekty, plany, remonty, przeróbki. Zachwycałam się tym dążeniem ludzi do własnego domu, tę ich walką prawdziwą ze wszystkimi przeciwnościami, aby tylko zamieszkać w swoich wymarzonych czterech ścianach.

No, cóż. Chciałam mieć własny, mały, biały domek. To mam.

19 stycznia 2009

Poważna sprawa


Lolita


Mimo zapewnień pana premiera, że nie zostaniemy światowym kryzysem dotknięci w takim stopniu jak kraje zamożne, od jakiegoś czasu ciągle martwię się, jak my i nasze zwierzęta, i tysiące takich jak my, przetrwamy te ciężkie czasy, o których nawet nie wiadomo, jak długo mogą potrwać.

Czytam prognozy, analizy i opracowania różnych ekonomistów, polityków i innych mądrali, i dochodzę do wniosku, że są to wszystko zwyczajne domysły, po prostu wróżenie z fusów.
Jak będzie i co przyniesie, a raczej pewnie, jakie szkody wyrządzi niepohamowana pazerność świata, zwłaszcza świata finansów na pieniądz, to się dopiero okaże, kiedy najbliższe miesiące i lata staną się już przeszłością.

Być może, i oby, rację mają ci, którzy dalecy są od czarnowidztwa i przepowiedni katastrofy.
Człowiek młody może jeszcze pocieszać się, że „fortuna kołem się toczy”, i ludowe mądrości typu „raz na wozie, raz pod wozem” do swojego życia przymierzać. Wiadomo, że na którymś etapie, w którymś momencie doczeka uśmiechu losu.
Ale ludzie starsi, wiekowi, którzy, jak to się mówi, weszli już w smugę cienia? Przecież jest takich wielu, i ciągle przybywa. Jak poradzą sobie, skoro ich skromne dochody pożerają ustawiczne podwyżki cen, inflacja, ograniczenia wydatków publicznych?
Na własnym przykładzie wiem, że nie ma już na czym oszczędzić; i tak od dawna nie prowadzimy życia na poziomie, są to raczej tylko pozory takiego życia. I od dawna także wszelkie nasze koszty i wydatki przeliczamy na puszki z karmą dla naszych kotów, na piach, na weterynarza. Na tej podstawie decydujemy, czy możemy je ponieść, czy musimy zrezygnować, ale przecież są jakieś granice rezygnacji.

Przyznaję, że dobija mnie lektura takiego typu jak artykuł A.Drzewieckiej i N.Mazur z Dużego Formatu GW (13.01.2009), p.t. Co jedzą polscy emeryci?
"Eugenię (74 lata) spotkaliśmy w barze mlecznym w centrum Poznania, gdzie właśnie zjadła zupę ziemniaczaną za 1,3 zł… Mieszka sama na jednym z poznańskich blokowisk. Mówi: Do baru mlecznego wstępuję rzadko, tylko gdy jestem w mieście. Teraz przyjechałam specjalnie do apteki, gdzie są tańsze leki. Zaoszczędziłam 24 zł. Ale normalnie gotuję sobie sama. Jak zupkę ugotuję, w takim średnim garnku, to na trzy dni mi starcza. I dalej, Alfreda (71 lat): Kupiłam słoik pulpecików w sosie pomidorowym. Cztery pięćdziesiąt, drogo, ale mnie na dwa dni starcza. "
Przykładów autorki przytaczają znacznie więcej.

Złotówka sięga dna, firmy upadają, pracownicy tracą zatrudnienie czyli dochody. Więc jak spłacić kredyt, zwłaszcza walutowy, z czego opłacić świadczenia, za co żyć, to pytania, które zadają już sobie miliony ludzi.
Nic dziwnego, że w mediach zaczyna roić się od poradników: jak przetrwać, jak oszczędzać, jak zachować pracę, i temu podobnych. Ale czy pomogą one komukolwiek, nauczą zaciskać pasa, skoro ten już na ostatnią dziurkę zapięty?Nie chciałabym dożyć czasu, w którym mój kot siedzi nad pustą miską.

Mieć? Czy być? – to podobno podstawowa kwestia. A przecież chciałoby się i jednego, i drugiego. Dlatego smutno zaczyna się robić.

8 stycznia 2009

Byle do wiosny!

                                                                        Bazyl


Fela
                                                                           
W południe
                                                                         

No, to zima rozpoczęła się na dobre. Zasypało wszystko na biało, grubą, zmrożoną na kość warstwą.
Śnieg, jak kasza manna, prószył z przerwami przez dwie doby, odśnieżania było więc dużo. Bo to i ganek, zawalony całkiem, i schodki z ganku, i kilka metrów ścieżki do furki, i parę do hałdy drewna za domem. Oczywiście największa robota to odśnieżanie kilkunastu metrów chodnika. Należy to do naszych obowiązków, bo przecież trotuar publiczny jest i ludzie muszą w miarę wygodnie przejść. Chodnik przylegający do naszego płotu musimy zresztą utrzymywać w porządku przez cały rok. Zwykle z tego faktu mało zadowoleni, zimą cieszymy się, że nasza działka malutka jest, to i roboty mniej. A że trzeba się napracować, miałam okazję się przekonać, samodzielnie sprzątając kilka razy. Wyłamać się z tego porządku także nie można, bo sąsiedzi z prawej, z lewej, i z vis a vis bacznie patrzą sobie na ręce, czy raczej na łopaty i miotły w sąsiedzkich rękach. Nie mówiąc już o służbach porządkowych, które potrafią uwagę właścicielowi zwrócić, czy nawet mandatem ukarać.

Rano mieliśmy -10 stopni, ale nasze koty, na razie tym zimnem nie zrażone zanadto, dosyć ochoczo z domu wybiegły, każde do swoich zajęć; Dunia i Lolisia na polowanie, pieski, to znaczy bliźniaki Bazyl i Filipek, żeby pobiegać i powygłupiać się, Fela, ich mama, żeby rozprostować kości.
Tylko Szkaradziej z Rudolfem siadują pospołu na progu, i jak te Muppets'y na galerii, głowami zgodnie kręcą, obracając je równocześnie w stronę najlżejszego ruchu czy jakiegoś dźwięku, bo na tej uliczce, a już zwłaszcza o tej porze dnia i roku naprawdę niewiele się dzieje. Kiedy uszka im zmarzną, lubią ten fakt manifestować i pędem do domu wpadać, przed kominek. Po 5 minutach gotowe są znów do wyjścia, ale kiedy nosy wytkną tylko za próg, niepomiernie są zdziwione, że przez ten czas nic się nie zmieniło, że dalej zimno jak diabli, i szybko wycofują się, znów pod kominek.
Fela także bardzo szybko wraca i rozkłada się gdzie popadnie, rozglądając się tylko pilnie, czy aby Dunia na nią nie czyha, bo wtedy może solidnie oberwać. Kocice, niestety, w dalszym ciągu awersję do siebie sporą mają.
Dunia, która rozpoczęła już ósmy roczek, także dosyć prędko wraca do domu. Ale Lola i maluchy, które oczywiście od dawna maluchami nie są, bo właśnie po półtora roku skończyły, potrafią i dwie nawet godziny po tym mrozie gdzieś się włóczyć.
Ja oczywiście bezustannie wychodzę je wołać, dom tym ciągłym otwieraniem wyziębiam, i sama zakatarzona i kaszląca chodzę, bo wiadomo, nie ubieram się za każdym razem, gdy za kotami wyglądam.

Zachęcona apetycznymi bardzo zdjęciami chlebków pieczonych przez Błękitną gdzieś między niebem a Warszawą (łącze obok) zabrałam się także do wypieków. Ponieważ mąki razowej bezskutecznie poszukiwałam w tutejszych sklepach, a zakwasu jeszcze nie odważyłam się robić, pozostały mi zwykłe, drożdżowe chlebki z białej mąki pszennej. Udały się nie najgorzej i z gorącą zupą grzybową, okraszoną śmietaną i koperkiem stanowiły samodzielne obiadowe danie. A po obiedzie, do herbaty zielonej, dobre były ciepłe jeszcze bułeczki nadziewane kostkami gorzkiej czekolady, które wkładałam do każdej zamiast dżemu truskawkowego czy wiśniowego.
Właściwie to zamierzałam upiec je z bakaliami i makiem, który mam w zamrażalniku, już sparzony i zmielony. Ale niestety zabrakło w domu miodu, a w taki ziąb któż by chodził po zakupy, jeśli nie są absolutnie niezbędne.

Jak nasze koty, zwłaszcza te najstarsze, w ciepełku przesiadywać wolimy, nie robić nic szczególnego, trochę poczytać, trochę w TV się pogapić, radia posłuchać, a potem krzywić się, że rok znowu minął!
W taką pogodę, za każdym razem, kiedy należałoby wziąć się do czegoś konkretnego, coś przedsięwziąć, postanowić i wykonać - odkładamy to na później, sennie powtarzając: Byle do wiosny!

31 grudnia 2008

Carpe diem




Tak sobie myślę: gdyby tylko mała, maluteńka część tych życzeń noworocznych, którymi dosłownie zasypywani jesteśmy przez instytucje prywatne i publiczne, różnych usługodawców, serwisy, banki, i temu podobne, i którymi my sami tak hojnie szafujemy, sprawdziła się w realnym życiu, w naszej codzienności, to doprawdy ogólnej szczęśliwości nie byłoby granic.

Życzenia zdrowia, powodzenia, spełnienia marzeń, realizacji zamierzeń i wiele szczęścia powtarzają się we wszystkich możliwych odmianach i formach.
No cóż, wszyscy chcemy być szczęśliwi. I chociaż każdy ten stan na swój sposób rozumie, na swój sposób go oczekuje i do niego dąży, przecież są takie jego elementy, które wszystkim albo przynajmniej większości ludzi się ze szczęściem kojarzą. To na pewno jest zdrowie, dobrobyt materialny, poważanie i szacunek innych.
Do tego koszyka podstawowego indywidualnie dokładamy już własne składniki, własne o szczęściu wyobrażenie.

Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tą sprawą spostrzegłam, że w każdym okresie mojego życia co innego, inne cegiełki na mój osobisty, szczęśliwy świat się składały. Już nie będę wracała do czasów wczesnego dzieciństwa, choć nawet wtedy przecież miałam tę wiedzę o szczęściu; dawała mi je bliskość rodzicielki, no i może ta biała sukienka w niebieskie serduszka.

Ale już w szkole podstawowej szczęśliwa byłam w dniu, w którym udało mi się przekonać Matkę, aby więcej nie posyłała mnie na lekcje muzyki.
A w średniej rzeczywiście szczęśliwa byłam tylko na wagarach, z książkami, które bynajmniej szkolnymi lekturami nie były.
Niezłe były też chwile, kiedy w upale lipcowego, wakacyjnego dnia spoglądało się z kwietnej łąki, miodowo pachnącej naparstnicami, na Czarny Kocioł Jagniątkowski.

Potem, wiadomo, jak to dziewczyna: kiedy się zakochałam, tym razem „śmiertelnie” i „na zawsze”, kiedy impreza była udana, kiedy z jakiejś zasłonki, czy zapomnianej, przedwojennej kreacji udało się wyczarować ciuszek i zadawać w nim szyku.

A w tym życiu całkiem „dorosłym”, w którym co parę lat, a nawet co roku zmieniały się cele i priorytety, powstawały i przemijały problemy, szczęściem były chwile zaledwie, jakieś nastroje, emocje, wywołane widokiem, krajobrazem, lekturą, muzyką, słowem czy gestem innego człowieka.
Ulotne momenty z naszego życiorysu, zapadłe nam w pamięć jako te najszczęśliwsze bądź właśnie odwrotnie, jako najnieszczęśliwsze, chyba z natury rzeczy nie trwają długo. Tak więc zwykły dzień, tydzień i rok najlepszy byłby dla człowieka? Ani nadzwyczajne uniesienia, ani czarne całkiem dni dla naszej psychiki nie są wskazane. Chyba nie bylibyśmy w stanie udźwignąć ani jednych, ani drugich jako stanów permanentnych.

Filozofów zajmujących się ludzkim szczęściem od zarania historii wielu było. Teraz nawet twierdzi się, że nasza do szczęścia predyspozycja to sprawa genów, przekazanych nam przez przodków, coś jak skłonność do przeziębień. Ale spokojnie; ci, którzy nie odziedziczyli genów szczęścia mogą się podobno dosyć łatwo go wyuczyć.

Jeśli o mnie chodzi, to wiele z egzystencjalnych niepokojów nużących jest, wiele jest za trudnych, ale epikurejskie podejście do sprawy ciekawi mnie i w większości przekonuje. Zwłaszcza, kiedy tak pięknie prawi o znaczeniu przyjaciół i przyjaźni w naszym życiu.
Mądrzy byli ci Grecy starożytni, bardzo mądrzy.
Więc bądźmy szczęśliwi w 2009 roku!

19 grudnia 2008

Przed Gwiazdką

Niestety, żaden z naszych kotów nie chciał dziś w tej mikołajowej czapeczce pozować do zdjęcia



Nie jestem zanadto religijna. Prawdę mówiąc wcale nie jestem religijna. Ale jestem zdeklarowaną tradycjonalistką, więc niezależnie od źródła, bardzo popieram tradycyjne świętowanie, mało tego – lubię je nad wyraz. A już Boże Narodzenie zwłaszcza.
I choć Kościół Katolicki za największe uważa święto Wielkiej Nocy, sama, jak pewnie większość z nas, przedkładam bożonarodzeniową Wigilię nad wszelkie inne, nawet te całkowicie osobiste czy rodzinne uroczystości.

Właśnie – kolacja wigilijna. To dla niej pucuje się dom, pięknie stół nakrywa, wyciąga najlepszą porcelanę, srebra, ozdoby. Zapalamy świece, stawiamy kwiaty, ubieramy pachnącą lasem choinkę i jeśli portfel pozwala układamy pod nią prezenty. Nasze w tym roku, co tu ukrywać, koty zjadają. Dostały właśnie dwa wory po 10 kilo Royal Canin. Dobra karma (eh, droga jest), to i smakuje naszym zwierzakom, a to one w końcu najważniejsze są w tym domu.
Natomiast na nadreńskie jedzenie zaczęły krzywo spoglądać. Niewdzięczne. Więc schowałam je i zaprosiłam koty do Whiskas’a. No, i proszę – to było właściwe posunięcie – dość szybko się przeprosiły i nie marudzą już nad miskami z pstrągiem czy z krabami, które na Boże Narodzenie Schatz im przysłała.

Nie wiem, czy na naszym wigilijnym stole tradycyjnych dwanaście potraw bywało, ale chyba jednak nie, dziś już apetyty nie te co ongiś. W każdym razie były śledziki, sałatki, karp w galarecie na przystawki, barszcz czerwony z uszkami jako zupa, ryba na danie główne, a potem słodkie wypieki, to znaczy makowce, torty, pierniki i pierniczki jako deser. I koniecznie kompot z suszu.
Kiedy padała komenda – można wstawać od stołu – wszyscy starali się znaleźć pod choinką prezent dla siebie. Nie do pomyślenia było, zwłaszcza dla nas, dzieci, aby kogoś pominięto, aby „od Aniołka”(nie „od Mikołaja”) choć najskromniejszego upominku ktoś nie dostał. Później dorośli szli na Pasterkę.

Tak było w domu mojej Matki, która małopolskie, krakowskie potrawy zawsze na Wigilię podawała. My, córki ten zwyczaj kulinarny przejęłyśmy, z tym, że ja go nieco modyfikuję. Po pierwsze nie przygotowuję takich ilości ani rozmaitości jedzenia; śledzie w jednej, najwyżej w dwóch wersjach, jedna sałatka jarzynowa, barszcz z uszkami, to jako oczywistość, i od lat nie podaję karpia, głównie z tego powodu, że nie ma go kto zabić. Okropieństwo. Od kiedy uśmierciłam tę rybę, jakieś 15 lat temu, nie biorąc jej oczywiście do ust przy kolacji, kupuję tylko filet z łososia i serwuję smażony, rzadziej pieczony.
Na deser jest tort makowy, a kompot nie z suszu owocowego tylko cytrusowy, bo taki najbardziej lubimy. Pewnie, że do jedzenia musi być białe wino, półwytrawne. No, i może do kawy, całkiem już późnym wieczorem, także nie od rzeczy będzie jakiś trunek. Plus czekoladka.

Kolęd słuchamy przez radio. Albo Presley’a ze starych taśm magnetofonowych. Nie jesteśmy muzykalni, słuchu pozbawieni, to i sami do śpiewania się nie palimy.

Z tradycyjnych zachowań wigilijnych przejęłam jeszcze ten, że od chwili złożenia sobie życzeń i zajęcia miejsc przy świątecznym stole, nikomu oprócz pani domu, nie wolno wstać aż do zakończenia kolacji. W przekazie miała ta norma służyć temu, aby rodzina, domownicy, krewni w przyszłym roku mogli się szczęśliwie spotkać w tym samym miejscu i w tym samym gronie.
Nie chcę dyskutować, czy to zwykły zbieg okoliczności, niemniej zdarzyło się tak, że jedna z osób wyłamała się z tego zakazu, nazywając go śmiesznym przesądem… i następnej Wigilii jej miejsce, niestety, puste było.
Od tej pory nikt z nas nie chciał już ryzykować. Wszyscy karnie czekali na pozwolenie wstania od stołu.

Nie wiem, czy jest to jakiś szerzej znany obyczaj regionalny, czy był tylko w moim rodzinnym domu pielęgnowany. Co by nie powiedzieć – świętujący byli obsługiwani przez całą kolację, a było to nadzwyczaj dla nich miłe. Gospodyni pewna była porządku i sprawnego przebiegu posiłku, nikt przecież bezładnie nie biegał, nie pytał co teraz wnosimy, nie usiłował pomagać, podczas gdy faktycznie potęgował tylko zamęt w kuchni – i o to przecież także chodziło.

A teraz proszę wszystkich, którzy tu zaglądają, bądź tylko zabłądzili, a zwłaszcza Panie Domu, aby zechcieli przyjąć życzenia udanych Świąt; olśniewającego stołu, wspaniałych potraw, trafionych prezentów.
I przede wszystkim dużo zdrowia. Oj, będzie potrzebne!

Chcę także wierzyć, że wszystkie zwierzaki będą się cieszyły pełnymi miskami i dobrymi uczuciami swoich opiekunów.

11 grudnia 2008

Murka

Była najpiękniejszą kotką świata. I najmądrzejszą. Kochaliśmy ją bezgranicznie. I ona nas kochała.
Zjawiła się u nas sierpniowego, chłodnego dnia, maleńka i urocza. Miała zaledwie cztery tygodnie. Przyglądała się nam bardzo uważnie cudnymi, ogromnymi, bursztynowymi oczami. Ubrana była w wielkie, jakże delikatne białe futro z jedną tylko czarną plamką na główce, i w czarne kolanówki na tylnych nóżkach.
Ale jej królewską wprost ozdobą był ogon, jakiego dotychczas nie widziałam u żadnego przedstawiciela tego gatunku; był wspaniały, gruby, puchaty, w biało-czarne pręgi, jak u szopa.
Mąż wziął kociątko na ręce, a ona ułożyła się wygodnie w zgięciu łokcia, na swetrze i …słodko zasnęła. W tym momencie oddaliśmy jej nasze serca na zawsze.

Dostała na imię Murka, na pamiątkę pierwszej kotki, którą opiekował się mąż będąc jeszcze małym chłopcem. Tamta kotka, porzucona przez niemieckich właścicieli, wysiedlonych z tych terenów już po wojnie, była zwierzęciem nadzwyczaj sprytnym, mądrym i inteligentnym, co pozwoliło jej nie tylko przetrwać, ale i znaleźć nowy dom. Te cechy, a także jej dzikość i uroda zdecydowały, że nadano jej imię Murki – królowej odeskiej ferajny, portowego półświatka.

Imię to, nomen omen, fantastycznie odpowiadało, jak się później okazało, usposobieniu i charakterowi naszej kotki.
A nasza Murka była kociczką niezależną, swawolną, dziką, egoistyczną, czułą, obrażalską, radosną, tkliwą, słodką. Podziwianą i uwielbianą.

Pojawienie się nowego domownika całkowicie rujnowało nasz rozkład zajęć i dość niezależny tryb życia. Mieszkaliśmy wówczas na 4 piętrze budynku usytuowanego w ruchliwym miejscu, powstało więc kilka problemów, w tym wypuszczanie zwierzątka na dwór.
Na razie koteczka biegała w domu po roślinach i tapetach, strącała wszelkie możliwe przedmioty i z zaciekawieniem śledziła ich lot, a my, mimo kilku autentycznych szkód, wcale się nie denerwowaliśmy, przeciwnie śmialiśmy się i zachwycali jej zwinnością.
Wkrótce mąż zobowiązał się, że będzie codziennie wywoził zwierzątko do lasu odległego o kilka kilometrów od domu. Pakował kociaka do zamykanego koszyka, wynosił do auta, i jechali. Murka tak uwielbiała te wycieczki, że już na odgłos kroków męża na schodach, sama wchodziła do koszyka, a kiedy nie wyjeżdżali natychmiast robiła to wielokrotnie, wchodząc i wychodząc z kosza, przynaglając go w ten sposób do podróży.

Kiedy Murka była jeszcze mała nie było większych problemów. Ale koty szybko rosną; już po paru miesiącach dorosła kotka, śmigająca po najwyższych sosnach, biegająca nieprzytomnie po lesie, do którego ludzie przywozili też swoje psy, nie reagująca na wołanie, szalejąca przez 2-3 godziny, to już stawał się duży problem. Próbowaliśmy trzymać ją na smyczy, ale cóż znaczy najdłuższa nawet linka wobec swobodnego hasania bez uwięzi. Nie mieliśmy serca tak ograniczać jej wolności.
Kiedy już udawało się zwabić ją z powrotem do auta po tych leśnych szaleństwach, Murka spokojnie lokowała się na przednim siedzeniu i pracowicie się myła. A kiedy skończyła swoją toaletę wskakiwała na oparcie fotela, za kierowcą, i rozpoczynała systematyczne, dokładne wylizywanie włosów i przeczesywanie pazurkami fryzury mojego męża. To był codzienny, jakże zadziwiający rytuał.

Gdy Murka jechała ze mną, to oczywiście ja sama byłam obiektem jej higienicznych zabiegów. Nosiłam wówczas długie włosy, więc można wyobrazić sobie niezadowolenie naszego kota, który mimo plucia na moją głowę, nie bardzo dawał sobie z nią radę.

W dni robocze Murka była zwykle przez około trzy, cztery nawet godziny sama w domu. W tym czasie, nawet wówczas gdy była jeszcze kociakiem, nie robiła nic, nie jadła, nie bawiła się, po prostu spała. Nie cierpiała być sama, więc w taki sposób uciekała przed tą nielubianą sytuacją.

Uwielbiała swego opiekuna. Ceniła jego towarzystwo nad wszystkie inne, siedziała z nim i przy nim, „pomagała” mu we wszystkich czynnościach, łącznie z goleniem i kąpielą. Byłam trochę zazdrosna, ale trzeba przyznać, że Murka bardzo umiejętnie obdzielała nas swoim przywiązaniem. Na przykład uznała, że sypiać będzie w moim łóżku więc nawet zaniesiona w inne miejsce, zawsze do mnie wracała, nie zdradzała. To samo było z jedzeniem, brała kęsy tylko z mojej ręki, nie bezpośrednio z miseczki. Rozpieszczałam ją bardzo.

Nigdy i nigdzie nie ruszaliśmy się bez tego zwierzątka. Jeżeli musieliśmy na dłużej wyjść bądź oboje wyjechać, Murka zawsze jechała z nami. Nie była oddawana pod cudzą opiekę. Oczywiście nie zawsze było to wygodne dla nas i często uciążliwe dla kota. Długa jazda autem denerwowała ją i nużyła. Chociaż miała z tyłu swoje legowisko, wolała jeździć na naszych kolanach i wyglądać przez szyby. W obcych miejscach chodziła na smyczy. Bajkowo wyglądała w tych swoich czerwonych, welurowych szeleczkach i pewnie o tym wiedziała, bo choć nie lubiła smyczy, dzielnie z nami maszerowała.

Murka miała swoje upodobania kulinarne. Na jej stole, pierwsze miejsce, przed wszystkimi innymi potrawami, zajmowały ryby, i to o dziwo wcale nie żadne łososie, ale pospolite płocie, za którymi przepadała. Mąż śmiał się, że taka arystokratka, a skłonności ma plebejskie. Źle znosiła wołowinę, polecaną przecież dla kotów, wolała kurczaki. Nie lubiła też wędlin, może z wyjątkiem szynki. Wszelkie warzywa, nawet gotowane specjalnie dla niej na rosole, traktowała z obrzydzeniem, a makarony i kluchy uznawała za żart w całkiem złym guście. Ponieważ mleka krowiego nie daje się kotom, a specjalnego kupić wówczas nie można było, znalazłam w jednej z okolicznych wsi właściciela kilku kóz i przez dość długi okres jeździłam do niego po świeże mleczko dla naszej koteczki.

Wszystko układało się dobrze do czasu, kiedy Murka w pogoni za muchą wskoczyła na parapet loggii i spadła na betonowe schody przed wejściem do domu. Przeżyła, ale złamała naprzemiennie dwie nóżki. To była straszna sytuacja. Piątkowe popołudnie, wszystkie lecznice pozamykane, w jednej weterynarz obiecał interwencję w poniedziałek, bo właśnie wyjeżdża…na weekend(!). A Murka, mimo że w stanie niemal agonalnym warczy, syczy i z pazurami rzuca się na weterynarza. Lekarz nie radzi sobie i telefonuje po instrukcje, nazywając swoją pacjentkę „zdziczałą” kotką. Proponuje uśpienie rannej: mój mąż, zwykle spokojny człowiek, dostaje po prostu szału.
Zastrzyki znieczulające, to cała pomoc. Kiedy lek przestaje działać kot płacze, jest półprzytomny, z bólu gryzie moje palce do krwi, a ja tak chcę jej ulżyć, tak jej współczuję, że nie cofam rąk; cierpimy razem.

Moje emocje, telefony, szukanie ratunku. Nareszcie udaje się w Klinice AR we Wrocławiu umówić zabieg. Czuwam przy Murce całą noc. Łzy i nerwy. Rano nie jestem w stanie prowadzić. Jedziemy taksówką do Wrocławia.
Operacja. Kot po wielu godzinach budzi się z narkozy. Będzie żyć. Będzie chodzić. Jestem szczęśliwa.
Potem jeszcze kilka tygodni leczenia, usuwanie drutów z nóżki. Murka kuleje na przednią łapkę, i tak już będzie zawsze. Kostki śródstopia są tak drobne, że zespół operacyjny, jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy w Polsce, bez specjalnego oprzyrządowania, którego Klinika nie ma, nie jest w stanie nic więcej zrobić.
Jednak mam zapewnienie, że kotka jest wyleczona, a co najważniejsze, że nie odczuwa już bólu.

W tym czasie pojawia się możliwość przeprowadzki, która jednak łączy się z radykalnymi zmianami: opuszczeniem miasta, w którym przeżyło się większą część życia oraz zakończeniem pracy zawodowej. Liczymy, że może jeszcze w nowym miejscu podejmiemy jakieś zatrudnienie, niestety rzeczywistość okazuje się inna.
A nowe miejsce to chałupka z ogródkiem, w małej miejscowości i spokojnej okolicy. Raj dla Murki. Byłby to koniec z uciążliwymi codziennymi wyjazdami z kotem za miasto. Te argumenty przeważają i podejmujemy stosowne decyzje.

Przeprowadzka. Murka przyjechała do nowego domu w czerwcu 1997 roku. Mimo różnych niedogodności, remontów, obcych ludzi wokół, hałasów, i innych, kotka momentalnie zaakceptowała nowe warunki, nowy dom – swój dom i swój ogród. Była bardzo, bardzo zadowolona.
Tego lata – od rana do późnej nocy Murka biega po dworze, poznaje ogród, wszystkie drzewa i chaszcze, zaczyna wyprawiać się na sąsiednie działki. Odkrywa swoją wielką namiętność – polowanie. Czatuje godzinami i zasadza się na drobne gryzonie, ale jej największe trofea to ptaki, które dały się zaskoczyć. Wszystkie swoje zdobycze przynosi nam w darze. Szkoda mi jej ofiar, tym bardziej, że sama ich nie zjada, ale jest tak szczęśliwa, że ja to usprawiedliwiam, i także jestem zadowolona.
Murka pilnuje swego ogrodu, strzeże terytorium przed innymi kotami, a ponieważ jest odważna i bojowa robi to nadzwyczaj skutecznie. Jest panią na włościach. Kiedy pewnego razu w ogródku pojawiła się kociczka trochę podobnie umaszczona, Murka wpadła dosłownie w amok, chciała wybić szybę. Wyskoczyła na dwór i dała intruzowi taką szkołę, że ta już nigdy się u nas nie pojawiła.

Przesiadujemy często w ogrodzie, obserwując niesamowitą żywotność, sprawność i wdzięk Murki, która mimo tej okaleczonej nóżki porusza się z precyzją i swobodą primabaleriny, a po drzewach po prostu fruwa niczym wiewiórka.

Wraz ze zmianą miejsca zamieszkania pojawiły się liczne problemy, od organizacyjnych po zdrowotne. Ale nasz maleńki członek rodziny czuje się tu tak świetnie, że wszystkie te sprawy schodzą na plan dalszy.

I tak jest do 11 grudnia 1998 roku. Cudownie słoneczna pogoda, błękitne niebo, śnieg powyżej kolan i mróz utrzymujący się poniżej -20 stopni. Tego przedpołudnia Murka wyszła tylko na chwilę. Na chodniku, po przeciwległej stronie naszej uliczki potrącił ją samochód. Zginęła na miejscu. Została tylko niewielka plama krwi na ubitym śniegu. Nie bała się samochodów, znała je od dzieciństwa.

Ból rozsadzający serce, fizyczny, namacalny, jest nie do opisania. Moja histeryczna wręcz rozpacz trwała wiele miesięcy. Przez trzy lata godzinami opłakiwałam Murkę i rozpamiętywałam najdrobniejsze szczegóły z jej życia. Tęskniłam za nią strasznie. A ona leży sobie cicha i spokojna pod cisem, w swoim ogrodzie ulubionym.

Przygarnialiśmy nowe koty, ale nieszczęście nasze po jej stracie nie słabło. Tylko to cierpienie z czasem lżejsze jakby się stawało.
Dziś mija 10 lat od jej śmierci. W naszych sercach i w naszej pamięci Murka pozostanie już do końca, i chcę wierzyć, że się kiedyś znów spotkamy – na niebieskich łąkach.

26 listopada 2008

Urodziny ciotki Lusi


W niedzielę znowu urządziłyśmy sobie z Hanką wideorozmowę. Tak, przez Skype’a. Hanka ma nowego laptopa, więc go testujemy.
Było już dobrze po godzinie 3. a ja jeszcze łazikowałam po domu w piżamie i ogrodowym ( tzn. bardzo ciepłym) swetrze Schatz, bo w domu chłodno jest. Mimo kilkustopniowego mrozu pieca c.o. jednak nie włączamy, wychodząc z założenia, że na pewno zimniej jeszcze będzie, i to pewnie niedługo. Więc teraz trochę oszczędzimy. Zresztą nie za wiele, bo kominek hula na całego.

Trzeba przyznać, że nie tylko ta wełna tak mnie podgrzewała. Otóż postanowiliśmy urządzić sobie święto Beaujolais Nouveau , czyli degustować młode wino, może nie całkiem z winogron szczepu Gamay, jak u tych wielbicieli naszych żabek zielonych, bo z takiej bezimiennej raczej winorośli, z naszego ogródka, ale też młode (bardzo) i nieźle do głowy idące.

Co prawda było to świętowanie w stosunku do francuskiego lekko spóźnione, ale naprawdę szczere, co moja rozmówczyni może zaświadczyć z ręką na sercu. Kiedy zaczęła mi opowiadać jak to dobrze bawiła się na spektaklu Teatru Rampa, w którym udział brała m.in. Krystyna Sienkiewicz, z miejsca przypomniałam sobie dykteryjkę opowiadaną przez tę aktorkę, znaną wielbicielkę czterech łap, o różnych charakterach kota i psa, wyrażających się odmiennym stosunkiem tych zwierzaków do człowieka - swego opiekuna, no właśnie, swego pana, czy swojego sługi(?).

Niestety, ani moja wersja skrócona, ani tym bardziej rozszerzona historii, którą koniecznie chciałam powtórzyć, jakoś tematu nie trzymała, co Hanka litościwie starała się zatuszować przytaczając kawał o kocie i zaczarowanej rybce. Śmieszny całkiem: jedna pani chciała rybę, na obiad przewidzianą, życia pozbawić. Ryba prosi: - nie zabijaj mnie, jeśli darujesz mi życie, spełnię twoje życzenie. Pani, trochę rozgniewana: - Nie zawracaj mi głowy, ja nie mam żadnych życzeń. W tym momencie w kuchni pojawia się kot, zwabiony możliwością uczty. Jego widok podsunął pani sformułowanie następującego życzenia: - Zgodzę się, o ile zamienisz mojego kota w pięknego i młodego pana. Po chwili ryba spełnia życzenie, a przystojniak w kuchni odzywa się w te słowa: - Widzisz, i trzeba mnie było kastrować?!

Po tym niedzielnym świętowaniu zapasy naszej piwniczki bardzo raptownie się skurczyły, ale to chyba dobrze, wino młode jest, stać nie może długo – skwaśnieje i… dopiero będzie strata. A ja, już poniedziałkowym popołudniem, późnym co prawda, skojarzyłam sobie dokładnie o co chodziło w tej dykteryjce pani Sienkiewicz.
Tak to bywa, gdy człowiek ma więcej lat niż powinien.

A propos wieku – nasza jedyna, ukochana ciotka Lusia, mieszkająca w Charkowie, obchodzi dzisiaj 85. rocznicę urodzin. Wie dobrze, że musi żyć długo, nie zostawi przecież Lindy, swojej suczki ulubionej, bo któż by się nią zaopiekował. Lusia trudne miała życie, oj trudne.
Jej życiorys to kawał niełatwej historii polsko-rosyjsko-ukraińskiej. Właśnie składaliśmy jej gratulacje i serdeczne życzenia długiego życia w najlepszym zdrowiu. Przez Skype’a naturalnie.

6 listopada 2008

Kocie spojrzenia

Posted by Picasa
Wszystkie nasze koty oprócz oficjalnych imion (bo nazwisko, wiadomo, noszą nasze) mają nadane przezwiska, jakieś pseudonimy, ksywki tak zwane. Bliźniaki oczywiście także.Filipek został „szczurkiem”, bo faktycznie urodą tego gryzonia trochę przypomina. Natura nie wyposażyła go zbyt hojnie, białe futerko ma liche, nawet wydaje mi się, że stale przez to marznie. Mordka trochę wydłużona, a filipkowy ogonek szczególnie długi jest i cieniutki, i powodem do dumy być nie może.

Za to Filip jest wyjątkowo bystrym i elokwentnym zwierzątkiem – bardzo dużo i głośno „gada”.
Ostatnio Filipek wrócił z wyprawy nad oczko wodne, cudze zresztą, cały mokrusieńki i wyglądał niczym nutria. Musiał wpaść do wody, całe szczęście, że się nie utopił. Siedział długo w krzakach i zawzięcie wylizywał futro. W końcu wrócił do domu i długo „opowiadał”, co mu się przytrafiło. Aspiryny nawet podać mu nie można było, ani mleczka z miodem jako ochrony przed przeziębieniem. Mleko kotom szkodzi, a aspiryna jest dla nich wręcz zabójcza. Więc tylko miskę dostał lepszą i w swoją kołderkę się zagrzebał, a potem spał do późnego wieczora. Już obawiałam się, że wyspany taki zechce znowu wyrwać się i włóczyć po nocy, ale jakoś obyło się bez wychodzenia. Połaził trochę z kąta w kąt i z powrotem się położył. A rano obudził się późno i całkiem zdrowy, ze świetnym apetytem. Nasz Filipek, jak na prawdziwego szczurka przystało, zawsze głodny jest i zawsze gotów zjeść coś pysznego.

Z kolei Bazyl od małego kociaka prezentował pewne psie cechy, na przykład bardzo chętnie aportował.Pomijając przybieganie do furtki i witanie powracającego domownika, bo to robią i inne nasze koty, zwłaszcza Fela i Szkaradziej, Bazylek odprowadza mojego męża do pobliskiego sklepiku, gdzie kupujemy chleb z prawdziwej wiejskiej piekarni, i gdzie dostać jeszcze można prawdziwy twaróg, taki GS-owski.
Kot czeka na męża pod jakimś kontenerem, trochę się boi biwakujących pod sklepem piwoszy i psów biegających samopas, a potem razem wracają do domu.

Utarło się nazywanie obu bliźniaków pieskami: -Wołaj pieski! albo –Czy pieski nie są głodne? Do nich też się tak zwracamy: -Przestańcie rozrabiać, pieski! One dobrze wiedzą, że to o nich, i do nich.
Bazylek po psiemu całkiem uszka stawia i przysłuchuje się nam z wytężoną uwagą, a jego oczka okrągłe, bardziej psie niż kocie, wpatrują się w nasze twarze, stanowczo i uparcie, i wyrażają wszelkie możliwe nastroje: zdziwienia, rozbawienia, niezadowolenia, złości czy przywiązania.

Twierdzi się, że koty mają doskonały wzrok. Na pewno tak jest, z tym, że widzą inaczej niż człowiek, mają inny zakres i zasięg patrzenia. Na przykład często zostawiają niedojedzone porcje, mimo, że za czymś przepadają, bo nie wszystkie kęsy w misce zauważą. Podobnie dzieje się z rozpoznawaniem innych zwierząt i ludzi: otwieram drzwi, aby wypuścić na dwór Lolitę. Na progu siedzi Rudy. Lolita nie wychodzi, bo się przestraszyła, zobaczyła kota, ale nie rozpoznała Rudego, chociaż normalnie się wcale nie boi, a nawet go lekceważy.
Patrząc z daleka, nasze koty wahają się czy podbiec, nie poznają mnie, dopiero kiedy zawołam odważą się ruszyć w moją stronę.

A wtedy, gdy obserwuję, jak Rudolf śledzi mrówkę poruszającą się w trawie, z jakim zaciekawieniem i uwagą to robi, i nie „gubi” jej nawet przez kilkanaście minut, jestem przekonana, że widzi doskonale, jak ludzkie oko, ale uzbrojone co najmniej w szkło powiększające. Natomiast prawie zaraz traci z pola widzenia muchę, którą stara się upolować na okiennej szybie. Dostrzega ją ponownie dopiero kiedy owad zabrzęczy.

Oczy kocie, jak chyba żadne inne, absolutnie urzekające są i za symbol piękna zawsze uchodziły. Ich wyraz, kształt, kolor i głębia odbijają koci świat wewnętrzny, albo i nie tylko koci, tajemniczy i intrygujący. Patrząc w nie wyobrażamy sobie, że stworzenia te posiadły jakieś ważne, a może i mroczne sekrety, wiedzą więcej i lepiej niż my. Są od nas inteligentniejsze i mądrzejsze: Przecież rozumieją nas, pojmują nawet naszą mowę. A my ich nie rozumiemy, najwyżej domyślamy się ich przeżyć, wrażeń i intencji. To przykre jest. Dla nas.

23 października 2008

Słoje Wecka

Zimowa spiżarnia w piwnicy

Trochę sobie ponarzekałam ostatnio, że moje domowe realizacje nie powstają w zaplanowanych terminach. Za to udało mi się zrobić kilka rzeczy zupełnie niezamierzonych wcześniej. Jedną z nich jest półka na przyprawy i inne drobiazgi, którą powiesiłam w kuchni.
Przedtem był to stary i niezbyt urodziwy sprzęt, przekształcony metodą decoupage’u w przedmiot wyglądający teraz całkiem interesująco, i wiekowo.
To moja druga, po poręczach przy schodach, praca w tej technice i pewnie trochę ładniejsza, ale jeszcze nie całkiem mnie zadowala. Nie tracę jednak wiary, że z czasem osiągnę lepsze rezultaty. Wszak ćwiczenie czyni mistrza. A mam jeszcze w planie drzwi szafy ubraniowej w mojej sypialni. Będzie tego łącznie dobrych parę metrów, więc mam na czym trenować.

Teraz zajmuję się głównie przygotowywaniem przetworów na zimę. Część produktów do nich pochodzi z naszego ogródka, są to przeważnie jabłka, gruszki i winogrona. Latem zrobiłam także
parę słoiczków z morelami, później z wiśniami. Zakisiłam czerwone pomidory i buraki, a mój mąż, uważający się za znawcę i specjalistę, zakisił ogórki. Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że te jego kiszonki są całkiem smaczne.
Robimy oczywiście ilości raczej symboliczne; ot, po parę słoiczków, tak zwanych twistów. Na pewno na długo nie starczą. W tym roku nie było żadnych wielkich zbiorów. Tylko jabłek mamy sporo, ale te gatunki nie nadają się do przechowywania na surowo. Więc przyrządzam z nich przeciery i dżemy. Będą zimą jak znalazł do tart i szarlotek, które oboje lubimy.

Przy okazji tych przygotowań wracam myślą do zamierzchłych już czasów dzieciństwa, kiedy to moja Matka robiła zimowe zapasy i ogarnia mnie podziw prawdziwy; ileż to było starań, ile zabiegów i pracy aby w tych szklanych słojach z fabryki Wecka zamknąć smaki oraz zapachy lata i jesieni.
Były w nich zakiszone, zamarynowane, zagotowane owoce, warzywa i mięsa. A więc grzybki, ogóreczki, pomidorki, konfitury, dżemy, marmolady, przeciery, kompoty. Produkty na słodko, na kwaśno, na słono, pikantne i łagodne. Dania wieprzowe i drobiowe. Dziesiątki, setki słoiczków, słoików i słojów, różnej pojemności, od półlitrowych, przez trzy czwarte i litrowych, do dwulitrowych.
Same słoje były bardzo ładne – wysokie, smukłe albo niskie, pękate, nierzadko zdobne owocem jakimś, na przykład truskawką. A do tego gumki-uszczelki, różnych rozmiarów, bardzo pieczołowicie przechowywane, bo kupić ich nie można było. Komplet taki zamykały blaszki, rodzaj sprężynek, także w przeróżnych kształtach i wymiarach.
Do pasteryzacji przeznaczony był wielki, cynkowany garnek, kocioł w zasadzie, z dziurkowaną wkładką w środku, na której ustawiało się słoje do gotowania. A na zamontowanym w nim termometrze sprawdzało się temperaturę tego procesu.
Nie kisiło się tylko kapusty w beczce, bo wszyscy nie znosiliśmy tego zapachu.

Matka była spokojna wtedy, gdy półki w piwnicy i w spiżarni przy kuchni uginały się od wszelkich zapasów. Nasza rodzina była już wtedy bardzo duża, sześcioosobowa, więc było kogo żywić.
Robienie przetworów podyktowane było z jednej strony faktem, że wówczas, całkiem inaczej niż dziś, przemysł spożywczy nie mógł pochwalić się ani asortymentem, ani jakością swoich produktów. Z drugiej strony nasze matki pochodziły jeszcze z tego pokolenia kobiet, do którego zwykłej edukacji należała sztuka prowadzenia domu, w szerokim sensie słowa.
A więc panny od najmłodszych lat uczone były nie tylko gry na instrumencie, haftu czy malarstwa, ale także gotowania, pieczenia, smażenia, w ogóle wszelkiego przetwórstwa żywności, a oprócz tego nakrywania stołu, odpowiedniego podawania potraw, używania właściwych naczyń i sztućców, przyjmowania gości, no i tak zwanej etykiety. Wyśmiane później przez ludowe państwo jako przeżytek i burżuazyjne konwenanse, zasady bycia i zachowania, po dziesiątkach lat wróciły znów do łask. Zrozumiano, że to jeden z wyrazów społecznego ładu i porządku, jakże potrzebny i użyteczny.

A wracając do tych matczynych przetworów, pamiętam do dziś ich boskie smaki, na przykład brusznicy do mięsa albo jagodowego kompotu czy marynowanych maślaczków. Pyszne były śliwki w kwaśnej zalewie, jak i w postaci powideł, znakomitych zarówno do ciasta z kruszonką, jak i do chleba, ale najlepsze do drożdżowych bułeczek, takich prosto z pieca. A kompoty, zwłaszcza te z gruszek, moje ulubione, to była przecież istna poezja.

Czego się nauczyłam? Szkoła była bardzo dobra, uczennica niestety, krnąbrna i leniwa. Już jako osoba dorosła, na własnym gospodarstwie, postanowiłam popisać się i przygotować grzyby na zimę. Kupiłam przepiękne borowiki i usmażyłam je na maśle, z cebulką. Aromat, który się unosił, zmuszał wręcz, aby je zjeść. Przełykaliśmy z mężem ślinę i z samozaparciem pakowaliśmy grzybki do słoików a potem pasteryzowali. Prawdziwki ślicznie wyglądały i powędrowały do piwnicy.
Około Bożego Narodzenia zdecydowaliśmy spróbować nasz specjał. Otwarty słój uwolnił nieprawdopodobny fetor – grzyby się zepsuły. Wszystkie.

Nasz zawód, i moja złość, że nie spytałam jak poprawnie przygotować grzyby, były ogromne.Ale ten borowikowy przypadek sprawił, że od tamtej pory przenigdy nie chowałam „na później” żadnej potrawy, na którą mieliśmy ochotę. Zjadaliśmy od razu. Inna rzecz, że przez całe życie nie mieliśmy ani grama nadwagi. Teraz to ja mam. I nie jest, niestety, w gramach liczona.

11 października 2008

Tarta Tatin



Z zadań, jakie sobie zaplanowałam do zrobienia wiosną i latem w naszym domu, zostało dotąd wykonanych tak około 60%, a tu już jesień mnie zaskoczyła.
Wiosną jakoś prace sprawniej się posuwały, może dlatego, że ta pora roku jest tak sprzyjająca wszelkiej aktywności, a poza tym gości oczekiwaliśmy, co było wystarczającym impulsem do działania.
Człowiek musi mieć jakieś bodźce i zachęty. Teraz żadnych planów towarzyskich nie mamy, to i robota się ślimaczy.Oprócz tego różne nieprzewidziane wydatki, typu remont dachu, uniemożliwiły przeznaczenie środków na inne, wcześniej zamierzone cele.

Parter domu w zasadzie już „może być”, chociaż nadal oczekują lakierowania drzwi do piwnicy, porządnie obtłuczone różnymi sprzętami i narzędziami, jakie wnosi się i wynosi stamtąd. To znaczy jakie wnosi i wynosi mój mąż. Ja do piwnicy schodzę najwyżej raz na kwartał, głównie w poszukiwaniu któregoś zawieruszonego kota, bo one pasjami lubią w niej buszować.Trzeba przyznać, że zejście do piwnicy, po kilku stopniach, jest mało wygodne, ale też i uwagi żadnej mojego męża nie zajmuje: - A co ja zrobię, jak tu za ciasno jest?! To jest jego zwykły wykrzyknikowo-pytający argument na moje prośby w tej mierze.

Natomiast obie sypialnie na piętrze to istna zgroza i niechlujstwo zwykłe. Białe tapety i białe gładzie, po prostu czarne są, zwłaszcza do wysokości kociego zasięgu, i od dawna proszą się o jakieś odświeżenie.
Odkąd wprowadziliśmy pewne reżimy i koty przestały włóczyć się i wycierać się po salonie, siedzą i paskudzą teraz wyłącznie na górze: wszystkie kocury i kocica Fela, mama bliźniaków, wylegują się i TV oglądają w sypialni męża, a u mnie, w łóżku oczywiście, bo gdzieżby indziej, rozkłada się Lolita.
Dunia od jakiegoś czasu sypia na parapecie w przedpokoju. Bety na nim leżące zasłaniają okno już niemal do połowy. Oczywiście po to, aby kochanej Buraszce (to ksywka Duni) za zimno nie było.

Zamierzałam odnowić te pokoje łącząc techniki malowania i tapetowania, ale cóż, okazuje się, że rolka tapety, którą wybrałam kosztuje 300,00 PLN. To jest jakieś zupełne wariactwo cenowe. Pewnie, że można kupić tapetę i po 30,- zł. Ale kiedy taką nakleję, to potem, ile razy na nią spojrzę będę myślała: -To całkiem nie to, o co mi chodziło. Więc ponieważ nie stać mnie na tę drogą, a taniej nie chcę, nie robię nic z tymi ścianami.
Czekam na jakieś natchnienie, jakiś nowy pomysł, którego realizacja przywróciłaby właściwe proporcje między ceną a moim poczuciem estetyki.

Tymczasem dzień za dniem sobie leci.
Jednak postanowiłam zanadto się nie przejmować: tylko górnik Pstrowski wyrabiał 270% normy we wczesnym PRL-u, i innych wzywał do pobicia tego rekordu. Czy ja „przodownik pracy socjalistycznej” jestem?

Przyjemnie jest, to prawda, osiągać zamierzone cele, ale głupio też popadać w przesadę. Najlepiej plany skorygować, pomyślałam sobie po cichu, i tak zrobiłam.
A w kuchni odszukałam „Kuchnię” z października 2002 roku i według ich przepisu upiekłam tartę Tatin. Z tych jabłek z ogródka. Pyszna była.

5 października 2008

Danie z krabami

Koszyczek dla Schatz (z naszego ogródka)


Telefon to jednak świetne urządzenie. Zwłaszcza do kontaktu z bliskimi osobami. Zwykle w sobotnie lub niedzielne przedpołudnie rozmawiam przez telefon z naszą przyjaciółką, mieszkającą nad Renem.
Z Schatz (jak niezmiennie od lat zwraca się do niej mąż) osobiście widujemy się niezbyt często. Dzieli nas tysiąckilometrowa odległość, co nawet jak na dzisiejsze możliwości komunikacyjne wcale blisko nie jest. Ale przy pomocy tego fenomenalnego wynalazku pana Bella wiemy na bieżąco co się u nas dzieje; jaka jest pogoda, co czytamy, co oglądamy, co jemy, dokąd jeździmy, a nawet co nam dolega czy na sercu leży.

Parę lat temu, po najdłuższym i najszczęśliwszym życiu opuściła ich cudna, kudłata, ciemno podpalana suczka Tina. Była wspaniałą przedstawicielką rasy yorkshier terrier. Tineczka, wiadomo, jak to ukochane zwierzątko, była psem jedynym i wyjątkowym.
To tragiczna i serdeczna strata, z którą długo nie mogli się uporać. Przywiązani byli do Tiny bardzo i wiele jej poświęcili. Ich życie, jak teraz nasze kotom, podporządkowane było temu zwierzęciu. Z ilu wyjazdów musieli zrezygnować, ile razy zostać w domu z psem, i dla niego, wiedzą tylko oni.

Część, niemała zresztą uczucia, jakim Tinę darzyli, przeszła na nasze koty. Prawdę mówiąc sprawa wygląda tak, że dopomagają nam w utrzymaniu naszej gromadki. Systematycznie robią naszym kotom prezenty w postaci wartościowej karmy, zresztą nie tylko, którą kupują u siebie i kurierem ślą naszym zwierzakom.
A te tak się już rozbestwiły, że żadnego Kitekata nie tkną, a i na inne konserwy z „niższej półki” plują po prostu. Jeśli w misce jest coś, co na przykład Filipkowi nie smakuje, to podchodzi, wącha, wstrząsa z obrzydzeniem prawą łapą, i odchodzi a właściwie odbiega i z odległości kilku kroków wymownie patrzy mi w oczy. Czy zrozumiałam? Pewnie!
Z suchej karmy może być Royal Canin, najlepiej w wersji dla wybrednych kotów. Że drogi? No, to nie ich problem przecież! Mogą sprawić nam przyjemność i ten produkt na swój stół dopuścić.

Wiem, wiem. Takie rozpuszczanie kotów nie jest w porządku. Wiem, że jeśli sytuacja by się zmieniła, to znaczy pogorszyła, zwierzaki będą nieszczęśliwe. Ale jakoś nie potrafię, nie mogę odmówić im dobrego pokarmu.
Lubię myśleć o tym, wiedzieć o tym, że przynajmniej one żyją na tym świecie wyłącznie dla własnej przyjemności.

Schatz zadzwoniła dzisiaj: - Zapakowałam kotom dziewięćdziesiąt konserw, są z drobiem, z wołowiną, z pstrągiem, z rybami morskimi i krabami. Będziesz miała na jakiś czas.
- Bardzo ci dziękuję, cieszyłam się. One tak lubią kraby. Na to usłyszałam w słuchawce: - Ty mi tak nie dziękuj, przecież my także je kochamy.
I w tym momencie całkiem się rozkleiłam. Uczucia dobre są. Lepsze nawet niż telefony.

28 września 2008

Wystarczy do szczęścia


Raczej trudno jest ustalić prawdziwą datę urodzenia kota po samym jego wyglądzie zewnętrznym.
Na przykład Szkaradziej u nas jest od 10 lat, ale jego wiek oceniamy na 13 do 15 lat. Kiedy tydzień temu Szkaradziejek zgubił dolny kiełek, miał przez kilka dni trudności z jedzeniem: przez ten utracony ząb nie mógł sprawnie chwytać pożywienia, a kęsy wypadały mu z buzi. Teraz już się nauczył i radzi sobie dobrze, śmiesznie przekrzywiając główkę na boki.

Mój mąż śmieje się, choć to nie do śmiechu wcale, że bliski jest czas, gdy Szkaradziu zacznie się oblizywać, nie jak teraz na widok puszki z krabami, ale na widok słoiczka Gerbera, takiego dla niemowlaków.

Szkaradziej futro miał zawsze gładkie, lśniące i gęste. Teraz mu się przerzedziło znacznie, a on sam zrobił się taki drobniutki, główka mu zmalała, a szyjka schudła.Kiedy tak siedzi na progu i trochę smętnie przygląda się światu, wygląda całkiem jak pewien bezzębny staruszek, przycupnięty na przyzbie swojej malowniczej chaty, którego onegdaj pytaliśmy o drogę, i czy domu nie chce sprzedać.
Głupi byliśmy; a gdzieżby on, stary człowiek miał się podziać, z dala od swojej ziemi, swojej chałupy, swoich kurek?

Jeszcze chwila dosłownie, i sami będziemy jak ten rolnik, jak ten nasz Szkaradziej. Właśnie się do tego sposobimy:Kiedy Elżbieta wczoraj napisała, że lecą z mężem na dwa tygodnie do Egiptu, pomyślałam z miejsca o trudach podróży, o nieznośnym upale, sensacjach żołądkowych, zagrożeniach terrorystycznych. A przecież wiadomość powinna mi się skojarzyć z Muzeum w Kairze, z Gizą, pustynią, Nilem, Asuanem. Z Tutenchamonem czy Kleopatrą.

E tam, powiedziałam. Egipskie real-foto to zawsze mogę w Internecie obejrzeć. Sięgnęłam po Egipcjanina Sinuhe, przysunęłam bujak bliżej kominka, otworzyłam książkę na chybił trafił, i czytałam:

„…Jęczmień zaczął się zielenić dla księżniczki Baketamon, bo kapłani zręcznie wyliczyli jej czas na korzyść Horemheba. W bezsilnym gniewie psuła swoje ciała i wyniszczała piękność, żeby zabić dziecko w swym łonie, ale życie kiełkujące w jej ciele było jednak silniejsze od śmierci i gdy nadszedł czas powiła Horemhebowi syna z wielkimi bólami, bo biodra jej były wąskie, a chłopiec duży. Lekarze i niewolnicy musieli ukryć przed nią dziecko, żeby nie zrobiła mu nic złego. O dziecku tym i o jego urodzeniu opowiadali ludzie później rozmaite legendy, utrzymywano, że urodziło się z lwią głową, to znów, że z hełmem na głowie. Ja jednak mogę zaświadczyć, że wszystko u tego chłopca było normalne i że było to dziecko zdrowe i silne, a Horemheb przysłał posłańca z kraju Kusz i kazał wpisać je do złotej księgi życia pod imieniem Ramzes…”

Zdaje się, że niezupełnie tak było, ale przecież przyjemnie się czyta i szybko przenosi w tamte czasy i miejsca. Więc po co uganiać się po pustyni? To już nie dla nas.
Chyba całkiem upodobniliśmy się do naszych kotów – tylko spokój, ciepło i jedzonko. Jeżeli wyprawa – to najlepiej nie dalej niż w promieniu 100 km od domu. Tak, jak one – ekspedycja co najwyżej do trzeciego ogródka, na koniec naszej uliczki.

Tu jest nasze życie i nasze małe, wystarczające przecież przyjemności.
A Elżbieta młodsza jest. O całe pięć lat. Niech jeździ. I dobrze się bawi, dopóki sprawia jej to frajdę.

18 września 2008

Mknące tramwaje


Nostalgia mnie dzisiaj ogarnęła. Dziwne, bo to chyba pierwszy raz od 11 lat. W dodatku z powodu czegoś, czego od dawna już nie ma, mianowicie tramwajów w mieście, w którym przeżyłam większą część życia.

Przeglądałam wpisy na stronach o Jeleniej Górze i tak sobie pomyślałam: Mój Boże, to przecież kilkadziesiąt lat minęło, a dokładnie czterdzieści, od czasu, kiedy tramwaje przestały tam być środkiem publicznej lokomocji.
Niestety, władze ówczesne chciały bardzo świat wokół siebie „unowocześnić” (zasłużyć na pochwały KC za inicjatywę?) i zarządziły ich zastąpienie rzekomo bardziej nowoczesną komunikacją autobusową. Było to równie niemądre posunięcie „ludowej władzy”, jak niemal wszystkie ich decyzje w ciągu trwania PRL-u.

Tabor samochodowy, zbudowany wg polskiej myśli technicznej przez rodzimych wykonawców, nie był jak wiadomo światowym osiągnięciem w tej dziedzinie. Obsługa MPK miała olbrzymie problemy z zapewnieniem ciągłości ruchu: autobusy nieustannie się psuły, niemiłosiernie kopciły, okropnie hałasowały, nigdy nie były punktualne, ale za to brudne w środku i na zewnątrz oraz wiecznie przepełnione.

Oczywiście większości tych mankamentów nie miały tramwaje. I, mimo że linii autobusowych było z czasem znacznie więcej niż tych zlikwidowanych tramwajowych, jestem przekonana, że dla miasta, mieszkańców i środowiska lepsze byłoby rozbudowanie komunikacji tramwajowej. Tym bardziej, że torowiska, remiza, sprzęt, przystanki, itp. przejęte były od Niemców w doskonałej przecież kondycji. Wystarczyło pracować nad utrzymaniem stanu posiadania oraz rozwijać go w miarę potrzeb.

Linie tramwajowe prowadziły od głównego dworca kolejowego, ulicami śródmieścia, aż do Cieplic, i dalej do Sobieszowa oraz do Podgórzyna. A najciekawsza była ta, która przebiegała w dół ulicą Konopnickiej, potem w lewo, ostry skręt pod przewiązką Ratusza, przez plac, i dalej ulicą Długą, która zresztą wcale długa nie była.

Przejażdżka tramwajem dla nas, dzieci wówczas, to było coś. Pamiętam czasy, kiedy całą rodziną, z koszami piknikowymi, jechaliśmy tramwajem do przystanku końcowego, na przykład w Sobieszowie, który był wtedy odrębnym, uroczym jak wszystkie w tej karkonoskiej kotlinie, miasteczkiem. Następnie szliśmy pieszo zwiedzać ruiny XIV-wiecznego zamku Chojnik. Nazywał się jeszcze wtedy Kynast.
Często także jeździliśmy do Podgórzyna, skąd również piechotą wyprawialiśmy się do lasu albo na łąki lub maszerowaliśmy do następnej wsi, podziwiając krajobraz, zachwycając się licznie jeszcze w tamtych czasach przemykającymi po polach dzikimi zwierzętami, zatrzymując się w co bardziej urokliwych miejscach na popas.
Przepadałam za tymi wycieczkami, tym bardziej, że podróż tramwajem (o ile siedziałam przodem do kierunku jazdy) znosiłam dość dobrze, podczas gdy w samochodzie zawsze dopadała mnie choroba lokomocyjna.

Później, kiedy zaczęłam chodzić do szkoły zazdrościłam dzieciom, które dojeżdżały tramwajem – były takie dorosłe. Na mojej trasie niestety, linii tramwajowej nie było.
W szkole średniej, do której miałam kawał drogi, na lekcje chodziłam pieszo, ale po zajęciach dość często wracałam wraz z innymi uczniami tramwajem. Wszyscy pakowaliśmy się do jednego wagonu. Przejeżdżaliśmy kilka przystanków, a po każdym grupa malała i cichła, stale kogoś ubywało.
Czasem wysiadaliśmy w samym centrum, aby zobaczyć co „idzie” w kinach albo wpaść do Domu Książki, obejrzeć nowe tytuły, a później popisywać się przed klasą i profesorami. Celował w tym nasz kolega Marek. Nie widziałam go, jak zresztą wielu, wielu innych od pół wieku. Ale do dziś noszę na kostce nadgarstka, niczym tatuaż, grafitowy ślad po tym, kiedy w dziesiątej bodaj klasie ukłuł mnie do krwi zaostrzonym ołówkiem. Śmieszne, że tak długo pamiętam takie drobiazgi, a nie pamiętam (paskudne oznaki starzenia?) nazwiska profesorki od historii. Kobieta ta autentycznie prześladowała mnie przez trzy lata, do samej matury. Notabene zdałam ją najlepiej z historii właśnie.

Ale tramwaj jedzie dalej: Na następnej mijance musiałam już wysiąść. Vis a vis tej mijanki mieszkała Hanka – moja przyjaciółka od czasów szkoły podstawowej. Nierzadko, zwłaszcza w poniedziałki, wypadałyśmy z tego tramwaju i wpadałyśmy do niej, na górę. A tam – raj: Jej mama zwykle w niedzielę wykupywała dosłownie pół kiosku Ruchu. Były wszystkie chyba kolorowe pisma i tygodniki, jakie się wówczas ukazywały, od Dookoła Świata do Przekroju. Tonęłyśmy w tej lekturze, wymieniały uwagami, komentowały. No cóż, było to całkiem co innego niż Prus i Żeromski. To były naprawdę fajne chwile.

Od tramwaju jeszcze spory kawałek biegłam do domu. Po co więc jeździłam tym wehikułem, skoro nie docierałam szybciej niż piechotą, w dodatku tramwajem było trochę naokoło? Chyba po to, aby się przejechać i popatrzeć na miasto przez szyby wagonu. I aby pobyć trochę dłużej z osobami z tej uczniowskiej grupy, ale już poza szkolnymi murami, bez bacznych spojrzeń ciała pedagogicznego.

Nie wiem, czy tramwaje wówczas, jak w tym szlagierze sprzed lat „mknęły” po szynach. Na pewno nie były niebieskie. Jeździły raczej dostojnie, statecznie. Ale zawsze na czas i bezpiecznie.
Bez wątpienia te tramwajowe dzwonki, zgrzyty kół po szynach rozlegające się daleko, a zwłaszcza widok oświetlonych wagonów po zmroku, z pasażerami w środku, należały do krajobrazu tego miasta.

Sądzę, że dziś mieszkańcy na pewno nie zgodziliby się na taką zamianę, broniliby tramwajów. Jednak, cóż. Wówczas nie było społeczeństwa obywatelskiego. Rządzący wiedzieli lepiej i ustalali sami, co dla miasta jest najlepsze. Szkoda. Bardzo szkoda.

8 września 2008

Chronić Kubusia



Ten kloszard, kocur Leon nie pokazuje się u nas od 3 tygodni. Chyba znalazł jakieś miejsce, w którym go karmią, jakiś dom (oby znów nie okazał się przechodni), bo w innym przypadku kategorycznie, jak to on potrafi, upomniałby się o jedzenie.
Ale jego miseczka, stojąca pod doniczką z jałowcem, przy piwnicznym oknie, nie jest bezużyteczna. Chętnie zagląda do niej inny zwierzaczek. Widać go nieczęsto, jako że stworzenie to na żer wychodzi nocą, a za dnia śpi w swoich kryjówkach.

Jeż Kubuś, bo o nim mowa, czuje się w naszym zarośniętym ogródku widać bardzo dobrze, gdyż jest tu od lat.
Prawdę mówiąc nie wiemy, czy to wciąż ten sam jeż, no bo po czym można byłoby odróżnić Kubusia, po nocy, od innych jeży?

Mąż odkrył go po naszym tu przyjeździe, całkiem przypadkowo, przy porządkowaniu ogrodu. Jeżyk spał spokojnie pod jakimiś szczątkami drewnianych sprzętów, gdzie urządził sobie całkiem przytulne mieszkanko. Zebrał w nim różne badylki i masę suchych liści. Ponieważ śmietnik ten trzeba było uprzątnąć, przy okazji „rozbiórce” poddano również lokum jeża.

Zbudowaliśmy mu w tym miejscu domek, taki ziemno-ceglany, niestety jeż go nie zaakceptował i gdzieś się wyprowadził. Ale po pewnym czasie znów się pojawił, i zamieszkał. Nawet zaczęliśmy mu zostawiać kocie jedzenie. Jednak okazało się, że zapach zwabiał te paskudne „gołe” ślimaki, których masa pojawia się każdego roku. Włażą całe do miski z jedzeniem i rozpoczynają ucztę. Więc nie dosyć, że zżerają wszystko, co tylko można w ogrodzie, to jeszcze tuczą się na kocich konserwach.
Ślimole są w dodatku tak bezczelne, że do miski wystawionej dla kotów na ganku potrafią się bardzo sprawnie doczołgać? a w każdym razie doślimaczyć, po kilku schodach, nie będących dla nich żadną przeszkodą, i robią to wcale nie w "ślimaczym" tempie.

Nasze koty, podobnie jak ja, okropnie brzydzą się ślimaków i nie tkną jedzenia, w którym one wcześniej się pasły. Ale jeżowi to zupełnie nie przeszkadza, tym bardziej, że sam się nimi żywi, choć nie wiem z całą pewnością, czy także tym akurat gatunkiem.
Koty jeżowi wcale nie zawadzają, zauważyłam zresztą, że z pewnym respektem go omijają; nic dziwnego – bliskie spotkanie z pięcioma tysiącami ostrych igieł,
jakie Kubuś na sobie nosi z pewnością nie byłoby dla kota miłe.

Kubuś zjawia się późnym wieczorem, na wołanie –kici, kici. No, bo jak wołać jeża?
Dostaje swoją porcję, spokojnie pałaszuje, a kiedy się nasyci, odchodzi. Wcale się nie boi, a wczoraj nawet pozwolił się sfotografować.

Bazyl i starsze kocury z pewnym zainteresowaniem przyglądają się jedzącemu jeżowi, znają go, bo przecież nie raz spotykają się w Kubusiem, i to nie tylko we własnym ogródku. Jeże przemierzają dosyć spore obszary w poszukiwaniu odpowiadającego im pożywienia, to znaczy dżdżownic, ślimaków, owadów, jaj i piskląt ptasich, a kiedy nie ma dań mięsnych, nie pogardzą i jarskimi, ale to tylko w ostateczności. Tak, że jeża niosącego jabłko na grzbiecie możemy spokojnie wśród kart bajek pozostawić.

Oprócz jedzonka celem wypraw jeża są również poszukiwania damy serca. Co prawda nie udało mi się dotąd zobaczyć jeżowych dzieci, ale że są, to pewne. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam zaloty zakochanych jeży w starym maliniaku, to chrumkanie, sapanie, mlaskanie, pochrząkiwanie, trzaskanie gałązek i tupanie, przekonana byłam, że to jakiś człowiek zakradł się po nocy i grasuje w naszym ogrodzie.
Jeże oświetlone snopem światła z latarki, były sobą tak zajęte, że nawet nas nie zauważyły. Co to znaczy prawdziwa miłość!

W ciągu wiosny i lata nie dokarmiamy Kubusia systematycznie, ale już teraz codziennie dostaje pełną kocią miskę. Musi być w dobrej kondycji, która pomoże mu przetrwać zimę, a do tego lada tydzień zacznie się sposobić. Aby przyszłą wiosną znów mógł cieszyć się życiem, a my jego obecnością. Nawet jeśli rzadko go widujemy, to przecież wiemy, że on jest, ma swoje sprawy, i że tak jak my, stara się co dzień o szczęśliwe i długie istnienie.

28 sierpnia 2008

Maliny z ogrodu



Wczorajszej nocy, jak rzadko której tego lata, wszystkie nasze koty stawiły się w domu. Nawet spodziewaliśmy się, że będzie jakaś nawałnica, którą zwierzaki wcześniej przeczuły, ale nie, pogoda była stabilna.

Odkąd zrobiło się ciepło, chyba gdzieś od początku czerwca, wszystkie, zwłaszcza kocice, włóczą się nocami, nie wiadomo gdzie. Pokazują się dopiero rano, choć zdarza się, że i do późnego popołudnia nie wiadomo co się z nimi dzieje.
Przedtem strasznie się denerwowałam, schodziłam na ganek po kilkanaście razy w ciągu nocy, nie mogłam usnąć jeśli którejś nie było, i oczywiście byłam permanentnie przemęczona.

Włóczęgostwo kotów było przyczyną naszych sprzeczek: -Ty, taki miłośnik kotów, a nie obchodzi cię, co się z nimi dzieje, gdzie przepadają na całe noce – zarzucałam mężowi. Mąż natomiast ustawicznie powtarzał, że wychodzącego kota nie da się upilnować, ani skontrolować dokąd chodzi. Kot wraca kiedy mu to na rękę, na łapę, można powiedzieć, i kompletnie się nie przejmuje tym, że ty się o niego martwisz.

Teraz nasze koty, a zwłaszcza Fela, nocująca na dworze od całych tygodni, uodporniły mnie na swoją nieobecność. Już się tak nie stresuję, no bo ile można? Choć przy złej pogodzie nadal wielokrotnie chodzę wołać nieobecnych. Wreszcie postanowiłam zaprowadzić jakiś względny porządek: ostatni raz otwieram drzwi wejściowe około wpół do pierwszej. Kto nie czeka na wpuszczenie do domu, śpi na dworze, i koniec. Niestety, muszę przyznać, że nie zauważyłam, aby któryś zwierzak przejął się choć odrobinę taką dyscypliną.

Człowiek troszczy się jak może o to tałatajstwo; szyje miękkie kołderki, opatula cieplutkimi kocykami i własnymi swetrami, podściela gąbkowe materacyki i puchate ręczniki, w sumie nie wiem po co. Bazylek potrafi rozkosznie się rozłożyć na chropowatej, betonowej płycie chodnikowej, gołej oczywiście, i spokojnie zasnąć.
Lolita, wielka zwolenniczka spania w moim łóżku, wyciąga się, jak długa, na mokrej ziemi, tuż po deszczu, i z takiej kałuży kontempluje świat.
Szkaradziej, systematycznie domagający się wpuszczenia do salonu, gdzie rozwala się na naszej najlepszej kanapie, zostawiając brudne ślady i czarne kudły, potrafi godzinami siedzieć na twardej gumowej wycieraczce, wyłożonej przed schodami na ganek.

To ustawiczne przeskakiwanie z jednej skrajności w drugą jest także specjalnością Duni. Duniaszka kilka nocy z rzędu przesypia na książce telefonicznej, leżącej na parapecie niewielkiego okna w przedpokoju, a następnie przenosi się na najbardziej miękką poduszkę na łóżku. I oczywiście mowy nie ma aby ustąpiła, kiedy człowiek chce się położyć. Właściwie ta książka telefoniczna, a konkretnie jej rozmiar, to jeszcze nic. Duniacha, spora kociczka, ważąca prawie pięć kilogramów ma takie okresy, kiedy to pasjami przesiaduje na słupku balustrady, na schodach. Niby nic, ale przekrój tego słupka to 6 x 10 centymetrów! Dunia się popisuje, Dunia dowodzi swojej sprawności!
Ponadto nikt poza nią nie potrafi tam się umieścić, więc to jest miejsce tylko dla niej! A wczoraj i przedwczoraj Dunia spała w wannie. Wanna jest blaszana, na dworze było 9 st.C. No nie, na pewno nie będę do wanny wkładała kocyków, ani mi się śni. Ale ciekawa jestem bardzo o czym Dunia śni w tej wannie?

Z kolei Rudolf, wielkie kocurzysko, nadzwyczaj lubi wpasowywać się w pudła i kartony, tak na oko 3 razy mniejsze od jego koszyka. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udaje mu się w nich zmieścić, ale robi to z zacięciem. Ostatnio sypia w takim kartoniku, pod lodówką w kuchni. No tak, dobrze wie, że to najważniejsze miejsce w domu!

Jak na razie tylko Filipek zachowuje się tak, jak przystało na kociego sybarytę: nie jada na zimnej, kuchennej posadzce – zawsze wskakuje na krzesło, wszak drewno dla kocich łapek milsze od terakoty. Nie sypia na gołej ziemi, woli wymoszczony koszyk. A najważniejsze jest to, że nie obraża się jak reszta, kiedy wypędzam je z kuchni.
Niektóre, na przykład Lolita, potrafią się poczuć „śmiertelnie dotknięte" i nie pokazywać się nam na oczy przez kilkanaście godzin nawet. Filipuś taki nie jest. Filip wpadnie do kuchni jeszcze i kilkadziesiąt razy. Przecież dobrze wie, że on, taki chudzinka, zawsze coś wyprosi. Dziś to były maliny z ogródka, które szykowałam na deser.
Oczywiście nie dosłownie; próbował śmietankę, ubijaną do tych malin. Mamy tego roku wyjątkowo udane zbiory, bo te cztery badylki, jakie zasadziliśmy trzy lata temu zdążyły już opanować pół ogrodu. Zupełnie jak nasze koty, z tym, że one żadnymi „połówkami” się nie zadawalają.