29 czerwca 2013
Znowu juta
Miałam jeszcze kawałek juty, co prawda nie z worka po kawie brazylijskiej, ale ganz neue.
I nie szkodzi; woreczek kolejny zrobiłam.
Właściwie taka bardziej torba niż worek to jest. Róża przy niej obszarpana, a jakże,
z juty. I ozdóbki różne, a to koronki, a to koraliki, a to hafciki. Nawet kwiatek glamour.
Zapięcie na 'zamotkę' (od motania, zamotania:). Przyznaję, że nie wymyśliłam go sama, podglądnęłam gdzieś, na Pinterest albo Etsy, nie pamiętam dokładnie.
W każdym razie spodobało mi się, i pomysł wykorzystałam.
Wystawię na Srebrnej Agrafce. A nuż się komuś spodoba:)
11 czerwca 2013
Bunt na pokładzie
Lolita bardzo niezadowolona
Rachunki bankowe, owszem mam, ale z tak zwaną płynnością finansową gorzej, znacznie gorzej.
A było tak: Potrzebny był pilnie transfer gotówki, więc z jednego konta przelałam
w piątek, tak gdzieś w południe, pieniądze na konto w innym banku. To były zresztą jedyne pieniądze jakie akurat miałam.
Po południu w banku adresowym pieniędzy nie było. No cóż, pomyślałam sobie, problemu nie ma, bo zakupy zrobione, koty zaopatrzone, gości się nie spodziewamy a ewentualne wydatki nieprzewidziane będą musiały poczekać. Ha! I tu się pomyliłam.
Otóż z powodu tej pogody okropnej zwierzęta nasze dużo w domu przesiadują, śpią i jedzą, jedzą i śpią.
W przerwach między ulewami wyskakują na dwór, poszaleją i przed następną nawałnicą wpadają do kuchni, futrują się jak przed największymi mrozami, to znaczy pożerają zastraszające ilości karmy, i znów idą spać.
Tempo, w jakim ubywał zapas kociej spiżarni zaczął mnie niepokoić już w niedzielne popołudnie. Ale co mam zrobić? Miski kotu odmówić? A niech jedzą, na zdrowie.
Jednak wieczorem żywność zaczęłam racjonować, tak aby starczyło dla wszystkich na poniedziałkowe śniadanko. W poniedziałek po śniadaniu mówię do męża: To może pojedziesz i kupisz kotom jedzenie - ale widzę, że się krzywi (deszcz leje, jak z cebra), to szybko dodaję - i dla nas twaróg, bo chcę zrobić pierogi. No to jasne, jest zgoda, pojedzie;)
I w tym momencie coś mnie tknęło. Sprawdzam stan konta, a tu nieprzyjemność duża - pieniędzy nie ma.
Cholera, rozumiem, że bankowcy też ludzie, chcą się rozerwać i zabawić, więc wraz z początkiem weekendu, który u nich rozpoczyna się chyba w piątek przed lunchem i trwa, no właśnie, do kiedy? finansowe życie kraju ustaje. Rozumiem też, że w końcówce tygodnia nie kupię złota w sztabach ani nie sprzedam akcji bo Giełda nieczynna.
Ale kiedy to klient, nie będący właścicielem platynowych kart ani kont Elite czy innych Prestige może się spodziewać realizacji swojej złotowej dyspozycji?
A przecież właśnie wszystkie możliwe banki zawiadamiają nas, że w najbliższym czasie ‘ulega zmianie taryfa prowizji i opłat bankowych’. Na tańszą ? Ha, ha - głupie pytanie!
Ale to wszystko furda. Problemem jest, jak mam kotom wytłumaczyć, że zostało tylko wiaderko suchej karmy, a whiskasów, winstonów ani topików nie ma, i nie wiadomo kiedy będą?! Może zjedz trochę chrupek, mówię do Filipka - a sama sobie zjedz - odpowiada Filipek. Spojrzeniem. Lolita to tak się wkurzyła, że poszła spać do łazienki. A ja za nią; z kocykiem. Reszta bractwa dłuższą chwilę przechadzała się po domu z podniesionymi ogonami, wyraźnie dając do zrozumienia w jakim mnie ma poważaniu. I szybko zapadła nocna cisza. Tylko ja długo się przewracałam z boku na bok złorzecząc bankom i myśląc o tym jak nieszczęśliwe są moje zwierzęta:)
9 czerwca 2013
Srebrna Agrafka
Przedwczoraj założyłam sklepik w Srebrnej Agrafce. Spodobała mi się nazwa tego serwisu, ale przede wszystkim naprawdę ładna szata graficzna, nie wydumana, czytelna, a jednocześnie dość kolorowa i przyjazna dla użytkownika. Interfejs chyba to się nazywa;)
Nie wiem, nie wiem, czy to moje nowe zamierzenie nie skończy się tak, jak mój sławetny już udział w Jarmarku Wielkanocnym, to znaczy fiaskiem. Kompletnym.
Pewnie, że chciałabym, aby się udało.
Zapraszam osoby odwiedzające Dwanaście Kotów, aby kliknęły i popatrzyły co w Naparstku i Szpilkach się wystawiło. Najbardziej zależy mi na krytyce. Konstruktywnej:)
P.S. A naparstek jest srebrny i zabytkowy. Pamięta przełom wieków, oczywiście nie ten ostatni, ten przedostatni;) Szpilki paskudne, współczesne:(
26 maja 2013
Na Dzień Matki
Tkwię tak nad kartką pustą przede mną i myślę, że wcale łatwo nie jest napisać do matki, albo o matce swojej opowiedzieć, żeby ckliwie nie było. Ani pretensjonalnie.
Ale, żeby jednak uczucia dla matki wyrazić, przywiązanie okazać, wdzięczność podkreślić.
A także, aby własnego słowa cierpkiego żałować, czy uwagi rzuconej w rozdrażnieniu.
Odeszła w Nieznane 16 lat temu. Każda z nas, jej córek, zupełnie inaczej to przeżywała i starała się uporać
z sytuacją.
Ja byłam zła. Na Nią. Nie tak miało przecież być. Miała z tego szpitala wrócić.
Miała ‘setki’ doczekać. Wiele jeszcze opowiedzieć, wspomnienia spisać.
Byłam zła na siebie. Że nie zdążyłam powiedzieć Jej jak wstydzę się tych okresów milczenia, które bywało i na tygodnie całe się przeciągały, kiedy to czasu nie było, aby wpaść choć na krótko i skupioną uwagę Jej poświęcić, w matczyne życie się wsłuchać.
To nie była pierwsza w moim życiu strata, groby bliskich już miałam za sobą. Jednak Matka w jakiś szczególny sposób wywierała wpływ na moje życie; dość długo wszystko co robiłam było dla Niej. Albo przeciw Niej.
Oczywiście, że Ją kochałam. Ale równocześnie wzbudzała mój respekt. Podziwiałam Ją, ale dostrzegałam i skazy w Jej usposobieniu. Liczyłam się z Jej zdaniem, akceptowałam je albo gwałtowanie polemizowałam. Rzadko nasze relacje były letnie, tak zwane poprawne. Na ogół spontaniczne bywały, bardzo.
Przez całe moje długie (nie chodziłam do żłobków czy przedszkoli) i szczęśliwe dzieciństwo, Matka była jedynym moim światem.
W okresie szkolnym, i w dalszych czasach, ten świat się trochę rozszerzył i lekko przyćmił matczyny blask.
Dopiero lata musiały minąć abym zrozumiała i w pełni doceniła, że to Matka właśnie nauczyła mnie paru dobrych rzeczy, pozwalających wśród ludzi funkcjonować. Wszystkich złych nauczyłam się sama.
Rację ma poeta*, kiedy twierdzi, że o matce pieśń ‘to pieśń bez słów’. Bo jakie słowa uczucia odwzorują? Wyrazić je może gest, spojrzenie, uścisk ramion.
I kwiat na grobie położony.
________________________________________
*Aleksander Woysym-Antoniewicz – ‘Pieśń o matce’
11 maja 2013
Ósemka? Nienawidzę;)
W niedzielę umarł mój stary laptop. Kwękał już od dłuższego czasu.
Przez cały poniedziałek rozpaczałam.
We wtorek mąż wyrzucił mnie z domu po nowy notebook. Choć Bóg mi świadkiem, że nie chciałam nowego, przywiązałam się do tego starego, który ostatnio już sznurkiem był przewiązany, bo wyłamały mu się zawiasy:)
Sznurek to nic takiego;), cieniutki był, ekranu nie zasłaniał, więc prędko się przyzwyczaiłam do takiego stanu. Poza tym, po zimie, która trwała 7 miesięcy ( to znaczy tyle hulał piec C.O.), naprawdę nie stać nas na nowe wydatki :(
Ale moja panika (co z przelewami, różnymi zobowiązaniami, pocztą, zdjęciami i wieloma innymi rzeczami bez płacenia dostępnymi?) większa się okazała od trzeźwej oceny sytuacji finansowej i poleciałam do sklepu, a jakże:)
W zasadzie miałam tylko przejrzeć ofertę, ale nowo otwarty salon okazał się być całkiem, całkiem. Więc po półtoragodzinnym ‘maglowaniu’ sprzedawcy wyszłam z pudłem pod pachą.
A w środę? w środę to płakałam rzewnymi łzami po ukochanym moim systemie XP, który padł, a który tak był mi przyjazny przez ostatnie 7 lat.
Dlaczego? W nowym, zainstalowanym już w notebooku, Windowsie 8, nie ma na przykład menu Start, tylko jakieś głupie kafelki. No to jak się dostawać do programów i aplikacji? Jak go w ogóle używać, w dodatku bez literatury. Przecież się człowiek nie przygotowuje, choć powinien, na tego typu okoliczności.
W czwartek udało mi się zrobić recovery. I zainstalować Chrome, Picasę i antywirusy.
W piątek jakimś cudem dosłownie zmusiłam mój aparat fotograficzny, aby zaprzyjaźnił się z nowym komputerem. Nawet wymogłam na nim, aby zdjęcia do komputera wgrywał przez Picasę, moją ulubioną, z której korzystam od dawien dawna, i cenię.
Niestety, za nic nie mogę zainstalować Office 2007, a najchętniej Worda używałam jako edytora tekstu.
Co prawda okazało się, że najlepiej pisać ‘ w chmurze’ bo tylko te dokumenty mam zachowane. Reszta utracona, w tym wszystkie zdjęcia, oprócz paru z PicasaWeb, którą niepotrzebnie tak bardzo zaniedbałam:( No cóż, człowiek się uczy przez całe życie i....)
Dziś jest sobota; przeczytałam parę artykułów w Benchmarku.pl, zamówiłam literaturę w Helionie i ‘odkryłam’ kilka naprawdę fajnych rzeczy w Ósemce. Może nie będzie tak źle, z czasem rzecz jasna?
2 maja 2013
To już maj!
Jakoś ostatnio miesiące uciekają mi tak prędko jak dawniej tygodnie, a tygodnie w tempie dni; żeby nie powiedzieć, że z szybkością godzin. Przecież dopiero były święta, te Bożego Narodzenia :) a już zrobił się maj!
Te kilka poprzednich dni pogodnych w całości poświęciłam na porządki, a głównie na mycie płotu po zimie, chociaż nie wiem po co, bo od dwóch dni znów leje, więc płot powoli robi się czarny :(
Nasze koty śmiertelnie się nudzą, bo w taki ziąb na dworze za długo nie wytrzymują, więc biegną do domu i przysypiają gdzie popadnie, a ja namiętnie oddaję się robótkom ręcznym.
Prawdę mówiąc nie mam ich już gdzie przechowywać, bo ewentualnych klientów jakoś nie widać. Moja sypialnia powoli staje się pakamerą, z coraz większymi zapasami rękodzieła w osobistym wydaniu.
Z juty powstała torba-worek olbrzym i worki 'normalne', trochę mniejsze:
Helenie uszyłam 2 poszewki i woreczek na drobiazgi:
Z filcu zrobiłam bransoletkę-mankiet i drugą, z kwiatem kanzashi. To moje pierwsze bransoletki:
W ogóle filc jest, jak dla mnie, przyjemnym surowcem do tworzenia ozdób, więc zrobiłam jeszcze parę broszek
i takie kwiatki:
Teraz czekam, aż nareszcie, nareszcie wiosna prawdziwa, słoneczna i ciepła nadejdzie. I będzie trwała jak najdłużej:)
25 marca 2013
Kolorowe jarmarki
Gdzieś tak w początku lutego wyczytałam, że miejscowy ośrodek kultury organizuje u nas 23 marca Jarmark Wielkanocny.
Ogłoszenia zachęcały wszelkich wytwórców, rzemieślników, artystów i hobbystów do wystawiania swoich prac. Ponieważ od jakiegoś czasu amatorsko zajmuję się rękodziełem, ba, nawet za hobbystkę już zaczęłam się uważać, postanowiłam również wziąć w jarmarku udział.
Po co? Aby przekonać się, i na własnej skórze doświadczyć, o co tak naprawdę w tym chodzi.
Jednak z kilkoma uszytymi saszetkami czy woreczkami na drobiazgi nie ma co startować. Zaczęłam więc wydobywać z dna szaf dawno już zrobione ‘dekupaże’, ozdobne zawieszki, jakieś biżutki, ale i tak mało tego było. Więc postanowiłam ‘doprodukować’ różne różności
i uszyłam szereg woreczków prezentowych, poduszki, dekoracje wielkanocne, itp.
Zrobił się z tego spory karton.
Teraz stanął problem jak to wszystko pokazać, a już zwłaszcza jak wyeksponować takie na przykład kolczyki czy bransoletki. Pomyślałam o płycie korkowej oprawionej w ramę; okleiłam ją materiałem i zrobiłam wystawkę. Potem pojawiały się kolejne sprawy, typu pojemniki do ekspozycji, opakowania, cenowe zawieszki, i podobne.
Czas uciekał, a ja śledziłam prognozy pogody, bo jak wiadomo lutą zimę mamy tej wiosny.
I w przeddzień imprezy upewniałam się u organizatora, że jej nie odwołuje J
Potwierdził, że kilkudziesięciu wystawców będzie miało do dyspozycji wielki namiot,
a pojedynczy straganik to będzie piwny stół i ława. Więc szybko jeszcze zrobiłam dwa długie bieżniki z juty, aby ten stół wystawienniczy udekorować i około pierwszej po północy spać się położyłam.
A rano okazało się, że śniegu dosypało tak ze 20 centymetrów, a słupek rtęci zatrzymał się 12 stopni poniżej zera.
No to pożyczyłam od męża jakieś za małe na niego, stare ‘niewymowne’, ubrałam T-shirt, dwa swetry, skafander, dwie pary skarpet, botki na platformach, czapkę wełnianą, i za piętnaście dziesiąta byłam już na miejscu.
A tu szok: wielki namiot okazał się być samym brezentowym dachem na stalowych stelażach, pod którym wiatr hula i mróz szczypie. Piwne stoły to wąskie, z paru szczapek zbite stoliczki.
Zanim rozłożyłam swoją ramę na biżuterię i zaczęłam wieszać te kolczyki ręce zgrabiały mi do tego stopnia, że nie potrafiłam dokończyć tej roboty. Więc byle jak rozstawiłam rattanowe koszyczki z rozbrojonej na ten cel komódki z mojej sypialni (chciałam, żeby estetycznie było J), dosłownie porozrzucałam zaledwie mikrą część rzeczy, które przywiozłam i zaczęłam rozglądać się po otoczeniu.
Ze zdziwieniem odkryłam, że część stolików jest niezajęta, a wystawcy oferują głównie balony i inne zabawki dla dzieci, palmy wielkanocne, przeróżnego rodzaju koszyczki, jajka, wydmuszki, pisanki, kraszanki, ciasta (!).
Było też paru artystów plastyków z obrazami i jeden (chyba) rzeźbiarz.
Sąsiadka wystawiająca obok mnie oferowała styropianowe jaja, około 10 i 15 centymetrowe, dekorowane różnokolorowymi cekinami, przytwierdzanymi szpilkami do tego styropianu. Cieszyły się sporym zainteresowaniem przechodniów. Tak samo jak palmy po trzy i pięć złotych u kolejnych wystawców, ciastka po złoty pięćdziesiąt u innej pani oraz jaja z namalowaną buzią kurczaka, nawet nie wiem po ile J
Nie widziałam natomiast chętnych na obrazy ani na rzeźby. W ogóle publiczności było bardzo mało, bo kto przy zdrowym poczuciu rzeczywistości łazi po takim mrozie i słucha ogłuszającej muzyki z megafonów. Co prawda sprawiedliwość należy oddać ośrodkowi kultury, że pomyślał i o życzeniach dla mieszkańców, które ksiądz proboszcz złożył słuchaczom z okazji Wielkanocy, i pan starosta, a jakże. W tej właśnie kolejności J
Część wystawców raczyła się ciepłym żurkiem i pierogami, kupionymi u innych wystawców, a część zaczęła zwijać swoje stragany.
A ja? W ciągu czterech godzin chodzenia wzdłuż stołu, 2 metry w tę i 2 metry z powrotem, przemierzyłam ładnych parę kilometrów. Sprzedałam 1 (słownie: jedną) bransoletkę za 25 biletów Narodowego Banku Polskiego, co dało powalającą kwotę 6 złotych i 25 groszy przychodu na każdą godzinę. Przemroziłam nos, policzki a głównie ręce. Koszty uzyskania tego przychodu wyceniam na około 300 zeteł, a to:
zakup juty, filcu, nici, koronek, kilku metrów materiałow, tablicy korkowej, torebek papierowych, toreb foliowych, celofanu, żeby nie wymieniać pinezek, gwoździków, tuszów do drukarki, itp. itd.
O 14:00 zapakowałam się do auta, ale niezbornie mi to szło; nawaliły mi korzonki, co chyba dziwne nie jest, i w ogóle byłam tak zziębnięta, że nawet mówienie sprawiało mi trudność.
W domu mąż już nie chciał się znęcać nade mną; dostałam gorącą herbatę limonkową, potem grzane piwo, dwa termofory i do łózia. Całą niedzielę przeleżałam, chora śmiertelnieJ
Ale cel osiągnięty został; już wiem, na czym to polega J
Po co? Aby przekonać się, i na własnej skórze doświadczyć, o co tak naprawdę w tym chodzi.
Jednak z kilkoma uszytymi saszetkami czy woreczkami na drobiazgi nie ma co startować. Zaczęłam więc wydobywać z dna szaf dawno już zrobione ‘dekupaże’, ozdobne zawieszki, jakieś biżutki, ale i tak mało tego było. Więc postanowiłam ‘doprodukować’ różne różności
i uszyłam szereg woreczków prezentowych, poduszki, dekoracje wielkanocne, itp.
Zrobił się z tego spory karton.
Teraz stanął problem jak to wszystko pokazać, a już zwłaszcza jak wyeksponować takie na przykład kolczyki czy bransoletki. Pomyślałam o płycie korkowej oprawionej w ramę; okleiłam ją materiałem i zrobiłam wystawkę. Potem pojawiały się kolejne sprawy, typu pojemniki do ekspozycji, opakowania, cenowe zawieszki, i podobne.
Czas uciekał, a ja śledziłam prognozy pogody, bo jak wiadomo lutą zimę mamy tej wiosny.
I w przeddzień imprezy upewniałam się u organizatora, że jej nie odwołuje J
Potwierdził, że kilkudziesięciu wystawców będzie miało do dyspozycji wielki namiot,
a pojedynczy straganik to będzie piwny stół i ława. Więc szybko jeszcze zrobiłam dwa długie bieżniki z juty, aby ten stół wystawienniczy udekorować i około pierwszej po północy spać się położyłam.
A rano okazało się, że śniegu dosypało tak ze 20 centymetrów, a słupek rtęci zatrzymał się 12 stopni poniżej zera.
No to pożyczyłam od męża jakieś za małe na niego, stare ‘niewymowne’, ubrałam T-shirt, dwa swetry, skafander, dwie pary skarpet, botki na platformach, czapkę wełnianą, i za piętnaście dziesiąta byłam już na miejscu.
A tu szok: wielki namiot okazał się być samym brezentowym dachem na stalowych stelażach, pod którym wiatr hula i mróz szczypie. Piwne stoły to wąskie, z paru szczapek zbite stoliczki.
Zanim rozłożyłam swoją ramę na biżuterię i zaczęłam wieszać te kolczyki ręce zgrabiały mi do tego stopnia, że nie potrafiłam dokończyć tej roboty. Więc byle jak rozstawiłam rattanowe koszyczki z rozbrojonej na ten cel komódki z mojej sypialni (chciałam, żeby estetycznie było J), dosłownie porozrzucałam zaledwie mikrą część rzeczy, które przywiozłam i zaczęłam rozglądać się po otoczeniu.
Ze zdziwieniem odkryłam, że część stolików jest niezajęta, a wystawcy oferują głównie balony i inne zabawki dla dzieci, palmy wielkanocne, przeróżnego rodzaju koszyczki, jajka, wydmuszki, pisanki, kraszanki, ciasta (!).
Było też paru artystów plastyków z obrazami i jeden (chyba) rzeźbiarz.
Sąsiadka wystawiająca obok mnie oferowała styropianowe jaja, około 10 i 15 centymetrowe, dekorowane różnokolorowymi cekinami, przytwierdzanymi szpilkami do tego styropianu. Cieszyły się sporym zainteresowaniem przechodniów. Tak samo jak palmy po trzy i pięć złotych u kolejnych wystawców, ciastka po złoty pięćdziesiąt u innej pani oraz jaja z namalowaną buzią kurczaka, nawet nie wiem po ile J
Nie widziałam natomiast chętnych na obrazy ani na rzeźby. W ogóle publiczności było bardzo mało, bo kto przy zdrowym poczuciu rzeczywistości łazi po takim mrozie i słucha ogłuszającej muzyki z megafonów. Co prawda sprawiedliwość należy oddać ośrodkowi kultury, że pomyślał i o życzeniach dla mieszkańców, które ksiądz proboszcz złożył słuchaczom z okazji Wielkanocy, i pan starosta, a jakże. W tej właśnie kolejności J
Część wystawców raczyła się ciepłym żurkiem i pierogami, kupionymi u innych wystawców, a część zaczęła zwijać swoje stragany.
A ja? W ciągu czterech godzin chodzenia wzdłuż stołu, 2 metry w tę i 2 metry z powrotem, przemierzyłam ładnych parę kilometrów. Sprzedałam 1 (słownie: jedną) bransoletkę za 25 biletów Narodowego Banku Polskiego, co dało powalającą kwotę 6 złotych i 25 groszy przychodu na każdą godzinę. Przemroziłam nos, policzki a głównie ręce. Koszty uzyskania tego przychodu wyceniam na około 300 zeteł, a to:
zakup juty, filcu, nici, koronek, kilku metrów materiałow, tablicy korkowej, torebek papierowych, toreb foliowych, celofanu, żeby nie wymieniać pinezek, gwoździków, tuszów do drukarki, itp. itd.
O 14:00 zapakowałam się do auta, ale niezbornie mi to szło; nawaliły mi korzonki, co chyba dziwne nie jest, i w ogóle byłam tak zziębnięta, że nawet mówienie sprawiało mi trudność.
W domu mąż już nie chciał się znęcać nade mną; dostałam gorącą herbatę limonkową, potem grzane piwo, dwa termofory i do łózia. Całą niedzielę przeleżałam, chora śmiertelnieJ
Ale cel osiągnięty został; już wiem, na czym to polega J
Powyżej niektóre z rzeczy na jarmark przygotowanych:)
17 lutego 2013
Światowy Dzień Kota
Filip duży
Filipuś sześciotygodniowy
Filipeczek czternastodniowy
Filipek, ten mały szatan, o godzinie 4:10 zrobił mi pobudkę. Nie, nie dlatego, że dziś obchodzimy Dzień Kota. Wiedział przecież dobrze, że jestem przeciwna takim obchodom z tego prostego względu, że nasze koty swój dzień to w tym domu ustawicznie mają.
Po prostu większość wczorajszego dnia przekimał na parapecie w salonie. Wyrzucił stamtąd Felę, swoją mamę, z którą w ogóle się nie liczy. Bo to Fela od początku zimy na parapecie stanowisko sobie obrała; tam ma swoją kołderkę, spod spodu ciepełko od kaloryfera, widok na to, co dzieje się w w domu, a głównie w ogródku od frontu, no i na ulicy.
Za dużo to tam się nie dzieje, bo to uliczka maleńka i spokojna, ale czasem można zaobserwować jakieś kocury szalejące, psy biegające samopas, nielicznych przechodniów, dzieci wracające ze szkoły i patykami po sztachetach rąbiące, z czego odgłosy są, jak nie przymierzając, z maszynowego karabinu. Nasz płot biały i plastikowy, więc - nie cierpię bachorów:)
A Filipek, najmniejszy nasz zwierzak; futerko liche, ogonek cieniutki, charakterek drański, włóczykij i morderca, z wielką lubością parę godzin w tym śniegu, już się roztapiającym, brodził.
Wrócił około jedenastej, mokrusieńki, wygłodniały, w dodatku udawał, że się bardzo boi ostrych wymówek z mojej strony, bo na wielokrotne wołania zupełnie nie reagował, mimo, że był w zasięgu głosu.
Podczas śniadania skarżyłam się mężowi, że jestem wykończona, niedospana i w ogóle przemęczona tym wielokrotnym wstawaniem, schodzeniem i wołaniem małego diabła.
Mój szanowny małżonek wcale nie zamierzał się przejąć i skwitował krótko; ‘bo głupia jesteś’.
Naturalnie przestałam się do niego odzywać.
Teraz cała zgraja śpi. Brzuchy pełne. Do swoich misek z 'winstonami' dostały resztę rybek wczoraj otworzonych. Ryby były w tomacie. Nie, nie skumbrie. Śledzie :)
30 stycznia 2013
Nerwy i róże poszarpane
Ręce mnie rozbolały od załamywania ich nad stylem bycia, a głównie stanem intelektu niektórych naszych posłów, a już posłanek w szczególności. Przestaję śledzić prace, choć to raczej awantury są, nad ustawami o związkach partnerskich.
W najmniejszym stopniu nie obchodzi mnie co stanie się z wrakiem Tupolewa, kiedy nareszcie ci nienawistni ‘ruscy’ Polakom go oddadzą.
Nie włączę się do dyskusji czy fotoradary poprawią bezpieczeństwo na drogach czy też są wyrazem represyjności państwa.
Nie mam zamiaru rozważać czy i jakie szkody przyniosło (i przynosi) społeczeństwu działanie takich instytucji jak IPN a zwłaszcza CBA.
Żeby nerwy w jakim takim stanie utrzymać, postanowiłam w ogóle prasy nie śledzić, tv nie oglądać, wiosny czekać i kwiatami się zajmować. Z bawełny, z koronki, z żakardu. Takimi - chic cottage. I workami:
Pozazdrościłam także Ashce jej kota białego, takiego cudnego, i chcę śnieżnego, bardzo.
Ale o żywym, nowym, mowy już być nie może. Z powodów logistycznych, a głównie finansowych :( Więc uczę się, jak się robi kota-origami :)
Ale o żywym, nowym, mowy już być nie może. Z powodów logistycznych, a głównie finansowych :( Więc uczę się, jak się robi kota-origami :)
Etykiety:
awantury poselskie,
chic cottage,
fotoradary,
torba-worek,
wrak Tupolewa
16 stycznia 2013
Te tiule, ptyfenie...
..."Chyba pędzel-by skreślił te tiule, ptyfenie,
Blondyny, kaszemiry, perły i kamienie..."
- tak wieszcz się zachwycał w poemacie swoim, urokiem Telimeny i jej wykwintnym strojem ;)
Lubię te kokardy, koronki, zakładki, falbanki, koraliki, dżety, wstążeczki i tasiemki. Zawsze lubiłam; już jako dziecko, przy silnej dezaprobacie mojej Matki, z wielką pożądliwością przyglądałam się innym małym damom, ubieranym z taką przesadną dekoratywnością. Niestety, moje sukienki co najwyżej w jedną były zdobione falbankę, a moja fryzura najczęściej składała się z 'loka' wsuwkami zapinanego na szczycie głowy :(
A kiedy już wyzwoliłam się spod kurateli rodzicielki, czy dawałam upust swoim gustom w tym względzie? No cóż, raczej nie. Właściwie to zdecydowanie - nie:)
Ani ja, ani mój dom nie skłaniamy się do tej estetyki romantyczno-rustykalnej,chyba noszącej dziś miano stylu shabby chic. Co nie oznacza, że on mi się nie podoba. Daję temu wyraz w szytych ostatnio woreczkach,np. na telefon i chusteczkę do nosa, albo trochę większych, gdzie już schować można tyle skarbów, ile ich zwykłyśmy w torbach swoich nosić.
13 stycznia 2013
Woreczek z kluczykiem
Trudno mi powiedzieć, że z nowym rokiem nastrój nowy, to znaczy lepszy, mnie ogarnął. Pewnie ta pogoda, ni to jesienna, ni to zimowa też przyczynia się do obniżenia samopoczucia.
Poza tym okazało się, że smutno jest w domu bez kominka; drewno się skończyło, a ponieważ u nas jego ceny tak poszybowały, że już porównywalne są z ceną gazu, więc zdecydowaliśmy się, że w tym sezonie będziemy się piecem c.o. posługiwać.
Przy obecnych kosztach utrzymania domu, na to i na to, zwyczajnie, człowieka nie stać :(
I tak, obawiając się jakiegoś przeddepresyjnego stanu, znów leczę się rękodziełem. Uszyłam torebeczkę-woreczek z zewnętrznymi kieszonkami. Ozdobiłam koronkami, różami i starym kluczykiem :)
Ale czy to mi humor poprawiło? Nie całkiem, nie całkiem.
3 stycznia 2013
Rok dwa tysiące dwunasty
Minął 2012. To był rok taki sobie. Mógłby być lepszy; cieniem położyły się choróbska różne, głównie Przyjaciela naszego - Nadreńczyka. Dzielny jest, ani myśli się poddawać - i tak masz trzymać, Miły!
Nie żałuję upływu tego czasu. No, może wyjąwszy fakt, że człowiekowi znów rok przybył, całe 12 miesięcy, czego naturalnie metryka moja nie znosi :). Wkrótce dojdzie do tego, że ukrywanie jej żadnego sensu mieć nie będzie i można będzie tryumfalnie światu ogłosić: dobiłam do 80? 90? 100? OMG!
Ponieważ nie wszystko po myśli naszej się układało, w ostatnim zwłaszcza okresie, postanowiłam skołatane nerwy i myśli niezborne koić sposobem znanym ludziom, a już kobietom zwłaszcza, od lat dziesiątek, stuleci, a nawet tysiącleci. Czyli zająć ręce głównie, a głowę jakby przy okazji, i zaczęłam ‘robótkować’.
- z 60 kart vintage (rozsypanego leksykonu, pięknie gotykiem pisanego) udało mi się skleić dużą kulę Kusudama:
- kwiaty z bibuły:
- serca i gwiazdy bożonarodzeniowe decoupage:
- gwiazdki origami:
- bukieciki z papieru na modrzewiowych gałązkach:
- a nawet wieńce z rolek po papierze toaletowym:
- robiłam papierowe rozety 'recyklingowe':
i figury 3D z brystolu:
W międzyczasie Lolisia przyglądała mi się bardzo podejrzliwie:
a bliźniaki (Bazyl z Filipkiem) obojętnie wylegiwały się w piernatach:
- szyłam też serwetki:
i poszewki:
Wreszcie wczoraj uplotłam bransoletki Shamballa; Kto jest chętny? Można sobie jedną z nich wybrać :)
Niestety, w żadnej z tych dziedzin nie osiągnę biegłości, o doskonałości to nawet nie wspomnę. Dlaczego? Bo zupełnie mnie nie kręci wgryzanie się w niuanse poszczególnych technik ani praca nad ciagłym ich ulepszaniem. Po prostu: szybko się nudzę i zaczynam interesować się czymś zupełnie innym.
Fatalnie. Ale przecież już się nie zmienię :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


