12 lipca 2009

Pada i pada, a koty się nudzą

To ja, Dunia
Trochę śpię, a trochę czuwam


Leje, pada, znowu leje. I znowu pada. Z krótkimi przerwami. W piwnicy mury są tak nasiąknięte wodą, że można je dosłownie wykręcać. W kuchni zapałki nie chcą się zapalać. A w łazience papier toaletowy przypomina mokre kompresy. Tak jest od pięciu tygodni. Choć i tak mamy duże szczęście, bo w pobliżu nie przepływa żadna rzeka, potok czy choćby strumyk, a te właśnie, wezbrane do ogromnych rozmiarów, są powodem wielu ludzich nieszczęść. Tu, na Dolnym Śląsku, najgorszą sytuację mają mieszkańcy kotliny kłodzkiej, a to dosłownie o rzut kamieniem od naszego domu.

Nasze zwierzaki, niezadowolone kiedy intensywnie pada, bo przecież niecierpią być zmoczone, z udręczonymi nudą obliczami, przesypiają po wiele godzin w różnych miejscach w domu. Ale wybiegają natychmiast na dwór, gdy natrafią na choćby małą dziurę deszczową. Wtedy szaleństwa wyprawiają straszne, biegają, polują, wąchają i badają wszystko, wylegują się na tej ociekającej wodą ziemi. Potem podłogi, schody, łóżka, krzesła, no w ogóle cały dom, są tak zabłocone, że ja już całkowicie bezradna i zniechęcona, przestałam na to reagować. Mieliśmy dom wyporządzić na przyjazd gości naszych miłych, nadreńskich, ale jeśli taka pogoda się utrzyma, to będzie to po prostu fizycznie niemożliwe.

A tymczasem przeszły ponuro urodziny naszych maluchów, to znaczy Filip i Bazylek skończyli właśnie po dwa lata. Ponuro, bo jak co dzień padało, a co to za dzień, w którym wyjść nie można? To dzień zwyczajnie zmarnowany, zwłaszcza dla włóczęgi Filipka. Choć Bazyl także pasjami lubi łazikować samotnie. Odwiedza codziennie pewien ogródek, po którym kilka kur spaceruje. I choć Bazyl zachowuje się w sposób znacznie odbiegający od standardowego kociego, to raczej wątpię, aby z przyjaźni do tego ptactwa tam zaglądał. W dodatku jest to kot towarzyski bardzo, pozwala się wszystkim głaskać, przysłuchuje się z zadartą do góry główką, kiedy obce całkiem osoby go komplementują, łazi bez obawy środkiem naszej uliczki, po której przecież paru gamoni potrafi przejechać osiemdziesiątką swoją "furą", z wyciem silników i głośników.

W końcu czerwca także Lolisia miała urodziny. Ale ona pierwszą młodość ma za sobą; skończyła sześć lat. Jak zwykle jest urocza, pełna wdzięku i gracji, jednak zauważyłam, że już skoro świt z domu nie wybiega, lubi pospać dłużej, do dziewiątej nawet. W ciągu dnia także przychodzi ułożyć się gdzieś wygodnie i podrzemać. Cóż, czas dla wszystkich jednakowo jest nieubłagany.

Mama Lolity, Dunia, to już ośmioletnia kocia matrona, ale bawić jak kocię nadal bardzo się lubi. Udawane polowanie na lisią łapkę, z krzykami, podchodami, chowaniem tego biednego lisiego szczątka do pudełek, dziur jakiś, a potem odnajdowanie go z wrzaskiem, przyprawiającym mnie każdorazowo o łomotanie serca, to jej najprzedniejsza rozrywka. Dunia, dumna i "niedotykalska" także od jakiegoś czasu przejawia dużą chęć do przytulania i siadania obok człowieka. Asystuje chętnie zwłaszcza przy śniadaniu, i czeka na kąsek, choć wiem dobrze, że nie lubi na przykład ciasta czy sera; bierze kawałeczek ze względów towarzystkich.

Leon, nasz stołownik, już kilka miesięcy temu przyprowadził podobnego sobie kloszarda do naszego ogrodu. Teraz pospołu siadują na progu, a ja sumienia nie mam, aby je przeganiać, bo tylko na tym progu chociaż trochę przed opadami daszek je chroni. Oczywiście Leon musi teraz dzielić się swoją porcją z koleżką, który tak jest wygłodzony, że łapą wyszarpuje jedzenie z miski. Chodzące kocie nieszczęście. Skóra i kości. Zainfekowane okropnie uszy. W biało (kiedyś, po urodzeniu)-czarne łaty. Nawet imienia nie dostał. Przezywamy go "Łaciak".

Tak; dla większości istot życie niewesołe jest, oj, niewesołe.

22 czerwca 2009

Chleb powszedni



Ta listopadowa wręcz pogoda jest tak przygnębiająca, że mimo mnóstwa różnorakich powinności, człowiek z kąta w kąt się snuje, nic konkretnego nie robi, a dnie, całe wilgotne, przez palce łagodnie sobie przeciekają.
Pomyślałam, że taka aura skisła pomocna może być wielce w dosłownym kiszeniu żywności. Ale czego? Na ogórki czy pomidory jeszcze za wcześnie. Padło na chleb. Więc mój mąż zamówił w sklepiku GS-u, gdzie od lat chleb kupujemy, mąkę żytnią, której tu w innych sklepach nie uświadczysz.
O dziwo, zamówienie zostało zrealizowane szybko, więc pozostało mi tylko zabrać się do roboty.
Liczne strony w Sieci, na których tysiące przepisów i porad, dyskusji i fotografii, rozważań na temat bakterii i drożdży, pozwalają na dowolne zgłębienie tematu.
Tak więc, bogatsza w wiedzę o rozmnażaniu (płciowym bądź bezpłciowym) drożdży, typach i rodzajach mąk (od amerykańskich, przez francuskie, po australijskie), historii wypieku chleba, mającej 12 tysięcy lat, i innych informacji, niezbędnych zapewne do przygotowania ciasta na jeden bochenek, zabrałam się do zrobienia zakwasu.

Sądząc po dyskusjach na forach, ukwaszenie kilku garści żytniej mąki z wodą z kranu stanowi problem nie lada; dopytywanie o zamianę miar w szklankach, kubkach czy łyżkach na gramy albo filiżanki, gorace spory o kolorek, odcienie (szary, beżowy, czy zielony) i zapachy (octowy, cytrusowy, acetonowy) zaczynu, wielkość i liczebność (mało, za mało, dużo, za dużo) pęcherzyków powietrza, i temu podobne problemy świadczyć mogą jak poważnie podchodzimy do zagadnienia chleba naszego powszedniego.

Mój zakwas, zgodnie z dyspozycjami piekarniczych stron i blogów, gotowy był po pięciu dniach. I zrobił się sam, bez przeliczania stopnia hydracji (czy ma być 100 a może 130%), bez podglądania, mieszania i wąchania. Do plastikowego naczynia z pokrywką raz na dobę dawałam po jednej miarze mąki żytniej i letniej wody, rozmieszanych z sobą, aby nie było grudek. Szóstego dnia zakwas wyglądał jak na zdjęciu. Na pewno pomogła ta pogoda. Wybrałam przepis na chleb żytnio-pszenny. Rósł strasznie długo. Na pewno zawiniała ta pogoda. Po wyjęciu z pieca bochenek raczej nie przypominał tego z naszej piekarni; na blasze trochę rozlazł się na boki, i spłaszczył. W smaku niezły. Ale skórka - nieszczęście; jak na żołnierskim sucharze z czasu I wojny światowej - przegryźć się przez nią raczej trudno, można tylko żuć. Zdaje się, że to wina piecyka. Czyżby następny Whirlpool do wymiany? Ma przecież dopiero 12 lat!

Więc summa summarum (oprócz wydatków na koszyczki, blaszki, kamienie, i inne akcesoria do pieczenia chleba w domu) taniej jednak będzie kupowanie bochenka co drugi dzień w naszym sklepiku.
Poza tym smak bagietki na zakwasie moim zdaniem ustępuje "zwykłej" bagietce drożdżowej, które pieczemy przecież najczęściej. I chyba tak zostanie.

A nasze koty wpadły do kuchni, zziębnięte i zmoknięte, w nosie mając chlebowe dylematy. Żądają krabów. I pstrąga. I żadnego chleba.

10 czerwca 2009

Piwoniowe kraje



Chociaż jest tak zimno, że cały czas zastanawiam się, jak to właściwie jest z tym ocieplaniem się klimatu, to jednak drzewa są zielone, a kwiaty zakwitają.
Teraz rozwinęły się piwonie, za którymi przepadam. Pachną tak słodko i świeżo zarazem, że przytulenie twarzy do piwoniowego bukietu jest zawsze chwilą najwyższej przyjemności.

Wśród wielbicieli piwonii, których zapewne wielu, był i nasz noblista. Jeden z moich wierszy ulubionych to właśnie ten: "Piwonie kwitną, białe i różowe / A w środku każdej, jak w pachnącym dzbanie / Gromady żuczków prowadzą rozmowy / Bo kwiat jest dany żuczkom na mieszkanie..."
I, w przeciwieństwie do prozy, której admiratorką raczej nie jestem, jeszcze jeden szczególnie mi się podoba. Poeta w swoim ogrodzie, w Kaliforni. Ten nastrój, ten spokój, ta błogość, są urzekające:
"Dzień taki szczęśliwy / Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie /Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium /Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć /Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć /Co przydarzyło się złego, zapomniałem /Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem /Nie czułem w ciele żadnego bólu /Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle."

W ogrodzie, oprócz piwonii, rosną na potęgę pieczarki, i inne grzyby, i to w takich ilościach, że można byłoby codziennie potrawy z nich robić. Niestety, nie wiemy, czy to grzyby jadalne, choć wyglądają bardzo zachęcająco. Porównywałam je z ilustracjami w książkach i na stronach o grzybach w Sieci, ale stuprocentowej pewności co do ich "zjadliwości" nie nabrałam, więc nie będę ryzykować.
Zatrucie grzybami bardzo przykre jest, a my wolelibyśmy, jak mówi Jarek "umierać zdrowo".

Ale najważniejszą nowiną ogrodową jest zachowanie naszego jeżyka Kubusia. On właśnie znalazł sobie damę serca, i zaloty trwają od wczesnego popołudnia, co o tyle dziwne jest, że jak dotąd zawsze dopiero po zmierzchu zaczynał być aktywny. Jednak wiadomo; na miłość każda pora jest dobra. Jeśli panienka przyjmie awanse Kubusia to doczekamy się gromadki jeżąt.

Jeże rozmnażają się podobnie całkiem jak koty, samiczka rodzi dwa razy w roku do siedmiu maluchów, ciąża trwa 2 miesiące, dzieci, otwierające oczka po dwóch tygodniach, wychowuje wyłącznie matka. No i dobrze, że chociaż one same starają się o swoje wyżywienie. Bo nasze kociska, które do okruszka wyjadły już zapasy z ostatniej przesyłki, teraz z niecierpliwością oczekiwały na powrót Schatz z urlopowych wojaży, mając nadzieję na kolejną porcję smakołyków. I nie zawiodły się. Bo na Whiskasy nie mogły już patrzeć.

Czas tak szybko płynie, że te parę tygodni minęło jak z przysłowiowego bicza trzaskanie, i nasi Nadreńczycy wrócili w domowe pielesze, wypoczęci, zadowoleni, opaleni, pełni wrażeń i zdrowi. A że portfele znacznie lżejsze się zrobiły? No cóż, przyjemności zawsze kosztują.

7 czerwca 2009

Filip i polityka


Filip





Oj, coś nie zanosi się na wysoką frekwencję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Właśnie wróciliśmy z naszego lokalu wyborczego, a tam na listach uprawnionych do głosowania same puste miejsca. Co prawda jest dopiero pora obiadowa, ale zwykle pierwsza większa grupa wyborców meldowała się zaraz "po kościele".
Głupio, naprawdę głupio będzie, kiedy się okaże, że my, Polacy to faktycznie w nosie mamy tę całą Unię. Że potrzebna nam jest przy wyjazdach na wakacje, albo na saksy. Że ją uznajemy przy korzystaniu ze środków pomocowych. I tyle. Reszta - nie nasza sprawa.

Głosuję, choć zdaję sobie sprawę, że mój wpływ na skład naszej reprezentacji jest minimalny. Byłby znacznie większy, gdybyśmy rzeczywiście mogli wybierać wśród najlepszych. A to z kolei byłoby możliwe, gdyby partie rekomendowały ludzi godnych, o wysokiej osobistej kulturze, odpowiednio wykształconych. I obowiązkowo z dobrą znajomością choć jednego z oficjalnych języków Parlamentu. Tzw. pi-dżi English, czy dukanie po francusku może być pomocne na urlopie, ale nie w pracy, w dodatku parlamentarnej. Ale cóż. Dopóki o tę funkcję ubiegać się będą kandydaci oczekujący jedynie doskonale płatnej posady w zamian za zasługi (usługi) dla swoich partii, dopóty nie mamy co marzyć, aby nasz skład stanowiły same Danuty Huebner i Jackowie Saryusz-Wolscy.

Zahaczyłam trochę o wyborczy temat, wbrew własnemu postanowieniu, że na tym blogu żadnych politycznych wątków nie będę wprowadzała; opowiadam przecież tylko o naszych kotach i o zwykłych, codziennych sprawach. Choć, jak się mówi, nie samym chlebem człowiek żyje, czymś tam się przecież jeszcze interesuje.

Ale wracam do kotów. I jest do czego. Filipek, moja ustawiczna, od dwóch lat, troska, zaczął nam ujawniać prawdziwy swój charakter. Od przeszło tygodnia wszystkie, dosłownie wszystkie noce spędza pod gołym niebiem, i dopiero przed południem przychodzi do domu, a właściwie zakrada się do niego, tak jakby chciał być przeźroczysty. Cichcem, cichcem, i na górę, do sypialni, gdzie zakopuje się w betach.
Przypomina to całkiem zachowanie nastolatka (choć właściwie to faceta w każdym wieku), który wie, że przeskrobał, balując poza domem całą noc. Nie wiem, gdzie on łazikuje, co robi po nocy, kiedy tak zimno albo leje. Czyżby miał, jak to w męskim jest zwyczaju, jakieś dodatkowe przytulne gniazdko?
W każdym razie kiedy mnie zobaczy natychmiast chowa się pod łóżko. Dobrze wie, że zawinił. Ale i tak dostaje ostrą reprymendę; wypominam mu ile to razy schodziłam i bezskutecznie go wołałam. Potem naturalnie "przebaczam" Filipkowi i podsuwam miskę, a on wygłodniały, dosłownie rzuca się na jedzenie. Jeśli nie jest zbytnio usmarowany to idzie zaraz spać. I śpi jak zabity do późnego popołudnia, a nierzadko i do wieczora. Następnie wyspany, awanturuje się pod drzwiami, aby go na dwór wypuścić.
Pewnie, nie będę więzić kota w domu, wbrew jego woli, więc wypuszczam, łudząc się, że tym razem pobiega i do domu na noc wróci. Ale gdzie tam. Przez jakiś czas jest w zasięgu wzroku. Potem jednak gdzieś przepada. Mój mąż wiadomo, stronę Filipa bierze, i w kółko tłumaczy, że kot taką naturę ma; w nocy poluje, w dzień się wyleguje.
Ciekawa jestem jednak dlaczego to ta natura dopiero teraz na wierzch wypływa. No, i dlaczego pozostałe nasze kociska wolą jednak w domu nocować, choć oczywiście każdemu się "skok w bok" przytrafia.

Mam tylko nadzieję, że ta paskudna pogoda, jaką od całych tygodni mamy, i która na myśl przywodzi raczej powrót do epoki lodowcowej, niż groźbę ocieplenia klimatu, nareszcie się poprawi, jak na czerwcową aurę przystało.
Przestanę się wtedy martwić, że Filipek tak przemaka i przemarza, i że na starość to na pewno będzie miał reumatyzm.

25 maja 2009

Zupa? A pfuj!


...ławeczka, ogródeczek...





Powoli sezon urlopowy się rozpoczyna. Wszyscy, no prawie wszyscy, planują swoje wyjazdy. Niektórzy, jak Hanka z Włodkiem, to już nawet z wakacji wrócili; dla nich najlepszy wypoczynek to szusowanie gdzieś po wielkich, alpejskich lodowcach. Brr, zimno, biało i niebezpiecznie.
Ale oczywiście, co kto woli. My nie mamy takiego sportowo-turystycznego zacięcia. Dla nas wypoczynek to błękitne morze, żółty piach, cudownie grzejące słońce, pusta plaża, a w oddali, na horyzoncie, żagle. Niekoniecznie do pływania, raczej do obserwowania. Na brzegu jednak pewniej się czujemy.

Takich wielbicieli morza znacznie więcej jest: Schatz ze swoim skarbem (jasne, oboje to skarby) także preferują ten rodzaj wypoczynku. Właśnie brzeg Renu zamienili na brzeg morski i przez parę tygodni rozkoszować się będą lekką bryzą. I żarem z nieba. I sztormem. Bo przecież nadmorska pogoda tak zmienna jest i frapująca.

Czytuję chętnie w Sieci reportaże z podróży dalekich i egzotycznych, ale i wakacje na działce mogą być przecież bardzo, bardzo przyjemne. My, jako że działki nie mamy, jak co roku od lat, w przydomowym ogródku będziemy urlopować, i wypatrywać, kto tu z miłych gości do nas zawita.

Nasze zwierzaki, które bardzo lubią kiedy my na dworze przebywamy, obsiądą nas wszystkie, przymilać się będą, na drobny poczęstunek oczekiwać. Oczywiście nie obejdzie się bez popisów i pokazywania nam i sobie wzajemnie, swojej sprawności, skoczności, szybkości. Kto najzręczniej i najwyżej na morelę wbiegnie? Kto na najcieńszej wiśniowej gałązce zawiśnie, w dodatku z głową w dół? Komu uda się przez świerkowe igiełki przedrzeć, aby łapek zbytnio nie pokłuć? No i kto nie spadnie z daszku komórki, na który tak trudno się wdrapać? Podchody, szukanie, uciekanie, polowanie - a wszystko to na niby tylko.
Obserwować taką kocią zabawę można godzinami. I zwierzęta bawią się tak samo dobrze, jak wówczas, gdy miały po 6 tygodni. Przy ładnej pogodzie, zmęczone tym szaleństwem, po kwadransie, najdalej po pół godziny, odpocząć muszą. Wtedy układają się gdzie popadnie, nierzadko na betonowej płycie chodnikowej (wygodnie?), i przysypiają. Po takiej drzemce znów gotowe są do aktywności. Potrafią tak na zmianę cały dzień i pół nocy wariować.

Koty szybko się męczą, ale i regenerują siły także bardzo szybko. Cały dzień także coś sobie podjadają, coś próbują. A to Rudy wpadnie do kuchni, zje cztery chrupki, a to Filipek wynajdzie coś w miseczce, Dunia obliże się po zjedzeniu kęska. Prawdziwy głód dopada je dopiero wieczorem, najczęściej późnym. Wówczas mają wilczy apetyt i pochłaniają spore ilości. Na szczęście dla nich, przed swoim wyjazdem Schatz zaopatrzyła kociska w znaczne ilości jedzonka. Nasze własne możliwości tak się w tym roku skurczyły, że gdyby zwierzaki musiały liczyć tylko na ten stół, nie mogłyby absolutnie tak przebierać w pokarmach i wybrzydzać. A czego nie zjedzą, co zostanie, wpadnie do miski Leona. On grymasić nie ma zamiaru. I dobrze. W ten sposób absolutnie nic się nie marnuje. Leon zje nawet zupę grochową. Byleby w niej choć kawałek kiełbaski pływał!

Ach, gdyby nasze koty polubiły taką kuchnię, gdyby chociaż ją tolerowały! Ale one, niestety, nie chcą słyszeć o jedzeniu "ludzkiej" zupy. Ani makaronu. Że nie wspomnę już o kaszach czy ziemniakach. Jednak do kogo pretensje? Jak nauczyłam, tak mam. Wszyscy mi to w koło powtarzają. Ale przecież, na Boga! W naturze żaden kot zupy nie jada!

15 maja 2009

Latka lecą

Rudolf lekko znudzony

Szkaradziejek przysypia



Jak przystało na "zimną Zośkę" rano było tylko 3 st. C. Rano, to znaczy o wpół do czwartej, kiedy to Filipek każe się wypuścić na dwór, a za nim w te pędy, część naszej kociarni. Jak już trzy-cztery sztuki wyjdą pobiegać, albo zapolować, choć nie za bardzo wiadomo na co, wtedy decyduje się na wyjście jeszcze Dunia. Skacze z szafy w sypialni, gdzie od tygodni ma legowisko, tak głośno, że cały dom aż dudni, więc jakby ktoś jeszcze spał, to teraz już na pewno się obudzi. A jak się obudzi, to będzie długo, dokładnie i pracowicie się mył, a jak już toaleta będzie zrobiona to będzie się domagał, aby go wypuścić, bo przecież inni dawno poszli. A ja czekam.

Tylko seniorzy, którzy są już po siedemdziesiątce (licząc ludzką miarą), to znaczy Szkaradziejek z Rudolfem, tacy skorzy do wychodzenia na ten ziąb przed świtaniem nie są, wolą jeszcze ze dwie godzinki poleżeć. Ale za dwie godzinki i tak jest dopiero wpół do szóstej. I co ja mam powiedzieć?! Tak jest co dnia, chyba, że na dworze leje, albo jest jakaś znaczna zmiana ciśnień. Wtedy kociska potrafią wylegiwać się i do dziewiątej. Nikt, absolutnie nikt nie przychodzi mnie budzić.

Kiedy odwieram drzwi wejściowe na progu naturalnie siedzi Leon - włóczęga. Zniknął tak gdzieś jesienią, a około lutego znów się na naszym ganku pojawił. Staczał ciężkie boje, głównie na mordy zresztą, ze wszystkimi możliwymi przybłędami kocimi, jakie przez nasz ogródek się przewijały.
Kocie walki, przeraźliwe darcia się, wrzaski niepojęte, zwłaszcza w środku nocy, potrafią być bardzo uciążliwe. Człowiek budzi się, lekko przerażony, bo w pierwszej chwili nie bardzo wie, co się dzieje.
Koty budzą się także. Doskonale potrafią odczytywać te wszystkie, dobiegające z dworu dźwięki. W zależności od przebiegu awantur i zapasów dziejących się na zewnątrz, są albo zaniepokojone, albo zwyczajnie zniesmaczone, że znów jakiś koci chuligan przerwał im smaczny sen. Tylko Filipek momentalnie jest gotowy, aby biec i przekonać się naocznie, co też takiego ciekawego się wydarza. Oczywiście Filip lanie dostaje od obcych kocurów w pierwszym rzędzie. Mały, wątły, teraz na wiosnę znów jakby nam wychudł, więc absolutnie nikt z respektem z drogi mu nie schodzi. Biedny Filipuś.

Jeszcze w ubiegłym roku nasz Rudy vel Rudolf potrafił utrzymawać porządek wśród tej kociej zgrai. Kocury się go bały i z daleka obchodziły. Nasze koty także przywództwo mu oddawały. Ale teraz Rudzielec się zestarzał, najchętniej przysypia gdzieś po kątach, a godziny jego aktywności raczej do minut się skurczyły. I chociaż Rudolf miał tylko do lata, a najdalej do jesieni dożyć, co mu weterynarz przed dziewięciu laty przepowiedział, jakoś dotąd cieszy się światem, a my oczywiście nim. I niech tak jak najdłużej zostanie. Oczywiście Rudy także zmalał jakoś, nie tak sprawnie się już porusza, nie objada się tak często do nieprzytomości, jak kiedyś, kiedy tak bał się, że jedzenia zabraknie. Może nareszcie zapomniał straszne swoje przeżycia z wczesnej młodości, zanim do nas przystał.

Bo Szkaradziej, żyjący w naszym domu jedenasty rok, od jakiegoś czasu zachowuje się, jak na szczęśliwego kota przystało: przychodzi się przytulić, wskoczy na kolania, domaga się pieszczot, co kiedyś było nie do pomyślenia. Sam idzie do kuchni i szuka w miskach dobrych kąsków. Kiedyś również nie do pomyślenia.
Ten kot bardzo długo, latami dosłownie, nie odważał się na jedzenie bez pozwolenia. Musiał być nieźle tresowany przez poprzednich opiekunów. Właśnie, opiekunów?Takie zastraszone zwierzę jest najlepszym dowodem na to, jaka to "opieka" być musiała. Teraz, na starość, Szkaradziu nawet bawić się lubi. On, taki zawsze poważny, taki odnoszący się do wszystkiego najpierw z obawą, a potem z rezerwą. Najmilszy Szkaradziej.
Najgorsze, że okropnie boleśnie wbija pazury w kolana, kiedy już się na nich usadowi. Robi to oczywiście z przywiazania. I skarcić go nie można, bo pomyśli, że go nie kochamy.

4 maja 2009

Pierwsza majówka tej wiosny



Wiele osób na majowy pogodny weekend wyjechało w plener, zabierając dzieci, zwierzęta i sprzęt do grillowania. My, zamiast na majówkę, bo nie sposób upchać wszystkich kotów do jednego, małego w dodatku autka, postanowiliśmy przez te parę dni oddawać się całkowicie dowolnym zajęciom, wzajemnie się nie popędzając, ani do niczego nie przymuszając. W naszym własnym ogrodzie jest przecież tak zielono i kwitnąco, że należy z tego korzystać, zamiast narażać się na utratę zdrowia czy pojazdu, albo jednego i drugiego, w tych zawodach szybkościowych na szosach, zwłaszcza w dni wolne od pracy.

Mój mąż, w ubiegłym tygodniu "ścigany" przeze mnie, aby nareszcie zaczął robić porządki w piwnicy, którą doprowadził do tragicznego wręcz stanu, zajął się teraz z dużą chęcią renowacją starego krzesła. Ale jego gotowość do szlifowania wynikała głównie stąd, że była usprawiedliwieniem dla odstąpienia (czasowego) od sprzątania podziemia.
Krzesło, solidnie zrobione z dębowego drewna przez jakiegoś dziewiętnastowiecznego rzemieślnika, okazało się, po wyciągnięciu go z tejże piwnicy, sprzętem jeszcze do uratowania, mimo, że przeleżało, czy raczej przestało w niej 12 lat. Po oczyszczeniu zamierzamy go zawoskować kilka razy, wypolerować i zmienić tapicerkę z obecnej skórzanej, ale uszkodzonej, na pokrycie tekstylne. Najchętniej widziałabym na nim "angielskie" róże, jako, że styl ten nadzwyczaj mi się ostatnio podoba.
W miarę posiadania funduszy chciałabym zmienić wystrój kominkowej części naszego salonu na taki właśnie - różany. Wiejski.

Sama do piwnicy rzadko schodzę, nie chcąc się denerwować tym bałaganem, ale przypomniałam sobie, że wisi w niej stary, ceramiczny zegar, zresztą nie na chodzie. Był w stanie nieciekawym i dlatego nie znalazł miejsca w kuchni. Teraz postanowiłam się nim zająć. Po wyczyszczeniu ozdobiłam cyferblat metodą decoupage, zrobiłam krakelurę i powiesiłam, na razie w sypialni. Gdzie znajdzie swoje docelowe miejsce, jeszcze nie wiem. Ale doszliśmy do wspólnego wniosku, że szkoda, aby dalej rdzewiał w piwnicy. Oczywiście w dalszym ciągu nie "chodzi", ale nie o to przecież chodzi (ach, ta słów wieloznaczność), ma być po prostu dekoracją.

Teraz widzę, że dużo, o wiele za dużo naszych sprzętów najróżniejszych znalazło swój smutny koniec na śmietnikach albo w workach przeróżnych złomiarzy czy innych zbieraczy. Przy niewielkich nakładach pracy mogłyby z powodzeniem jeszcze wiele lat służyć jako przedmioty użytkowe lub ozdobne.
Ba, ale wówczas nie przepadałam, jak teraz, za stylem prowincjonalnym.

24 kwietnia 2009

Kwitnące wiśnie i PIT-y

Ogród pełen kwitnących wiśni, ale pszczół niestety, nie ma


Ostatnia (z winy kotów) Cesarska Korona - niech będzie dla MM



Wiśnie właśnie zakwitły kiedy w prasie zaczęły pojawiać się wiadomości, że niebawem Ministerstwo Finansów umożliwi nam elektroniczne rozliczanie się z dochodów za ubiegły rok.

Ponieważ nie mam przekonania, że rząd racjonalnie gospodaruje pieniędzmi, które pochodzą z naszych podatków, stąd też, odkąd mogę to robić, nie zamierzam darować temu niezbyt mi przyjaznemu państwu, żadnych złotówek, groszy nawet, ani tych pochodzących z odliczeń za Internet, ani nawet mojego skromnego 1% podatku, który przekazuję na Przytulisko w Boguszycach Małych prowadzone przez malarkę Bożenę Wahl. Do czego zresztą wszystkich gorąco zachęcam.

W tej sytuacji muszę sama (zamiast zostawiać to ZUS-owi), składać zeznania podatkowe, więc ucieszyłam się nawet, że nie trzeba będzie biegać do urzędu skarbowego.

Parę dni temu weszłam na stronę ministerstwa, okazało się jednak, że aby pobrać interaktywne druki należy najpierw zainstalować określone dodatki do przeglądarki. Niestety, jeden z nich był przez mój komputer zwyczajnie wypluwany.
Na razie zanadto tym nie zrażona ponawiałam próby, ale bez rezultatu.
Zaczęłam więc przeglądać różne fora internetowe, zbierać porady, stosować je, ale wszystko na nic.

W poszukiwaniu pomocy trafiłam w końcu na blog informatyka Michała Małaja p.t. FLEX 2 (adres: http://flex2.blogspot.com/ ). Uderzyło mnie przede wszystkim jedno: absolutny brak wszelkich elementów graficznych, upiększających, jakiś wyskakująch okienek, zegarów, kalendarzy, liczników i innych, tego typu gadżetów.
Przypomniałam sobie, że oglądałam już takie „ascetyczne” wręcz blogi osób zawodowo zajmujących się informatyką: tylko wiedza, informacje i potrzebne łącza.

Jednak ten blog był zarazem nieco inny: trudną (dla mnie bardzo) tematykę, poruszał w sympatycznej formie opowiadań, z dialogami między dwójką młodych ludzi – Darią, która raczej gruntownej wiedzy informatycznej nie ma, i jej chłopakiem Michałem, który przeciwnie – jest specjalistą w tej dziedzinie.
I właśnie – najnowsze z tych opowiadań niemal idealnie odpowiadało problemowi, który miałam z tym nieszczęśnym plug-in’em, odmawiającym usadowienia się w moim laptopie.

Dodatkowo napisałam do autora blogu z prośbą o wsparcie techniczne. Jego dobra wola i uprzejmość były tak duże, że już w niedzielę udało mi się wysłać nasze PIT-y Ministerstwu Finansów oraz pobrać i wydrukować poświadczenia odbioru. A niech będą! Na pamiątkę, nie tylko na ewentualne żądanie urzędu.

Naprawdę miło jest wiedzieć, że poważnie zajęty zawodowo analityk-programista potrafi podać pomocną dłoń osobie w potrzebie, w dodatku ignorantce. A co więcej, robi to z wdziękiem oraz całkowicie przecież bezinteresownie. Po prostu
z dobrego serca.

W sumie byłam bardzo zadowolona, nie mówiąc już o naszych kotach, które będą mogły liczyć na dodatkowy, dziesięciokilowy worek niezłych chrupek. Dostaną go, gdy tylko Fiskus odda mi te 144 polskie złote.


11 kwietnia 2009

Ach, te baby



W Wielką Sobotę ostatnie zwykle przygotowania do święta Wielkiej Nocy czynimy: okna są już pomyte, dywany odkurzone, meble odświeżone, pranie wysuszone, a my - w kuchni szalejemy.

Pewnie są jeszcze domy, w których ogromne ilości jadła się przygotowuje, w moim jednak to szaleństwo raczej w cudzysłowie występuje. Umiar, i jeszcze raz umiar, ot, aby tradycji zadość się stało: Są więc kraszanki, w łuskach cebuli malowane, trochę wędlin, wypieki. Nacisk zaś głównie na wystrój stołu niż jego obfitość się kładzie.

W Polsce od wieków utarło się święta te traktować bardziej jako ucztę dla żołądka niż dla ducha. Świadectwo temu dają rozliczne opisy kulinarnego rozpasania, od magnackich domów poczynając, na najskromniejszych, kmiecich, kończąc.

W mojej ulubionej książce kucharskiej p.t. W staropolskiej Kuchni, Marii Lemnis i Henryka Vitry (Interpress, W-wa 1986), autorzy tak polski stół opisują:
„…W ciągu Wielkiego Tygodnia największy ruch panował w kuchni, z której dolatywały smakowite zapachy przygotowywanych na święta potraw. Podniecały one apetyty poszczególnych domowników, oczekujących z utęsknieniem rezurekcji, która oznaczała zakończenie postu i rozpoczęcie wielkanocnej batalii kulinarnej.
Tak zwane święcone ustawiano na wielkim stole, w jadalni. Składały się na nie szynki, kiełbasy, salcesony, ryby w galarecie, pieczone w całości prosię oraz wielkanocne ciasta: mazurki, torty, przekładańce i słynne, staropolskie baby. Nie zapominano oczywiście o wódkach, miodach pitnych, piwie i winie. Nad wszystkim górował wielkanocny baranek uformowany z masła lub cukru. Cały stół, mieniący się bogatą gamą barw i kuszący uwodzicielskimi zapachami, ozdabiano zielonym barwinkiem oraz kolorowymi pisankami…”

No, proszę – a dziś „święconki” tyle, ile w dziecinnym koszyczku się zmieści, symboliczne ilości, święconą wodą zwykle przemoczone.
Baranka cukrowego, z roku na rok przechowywanego, zastąpił u nas zając z materiału, a potem kwoka, z rafii wyplatana. Po prostu ładniejsza była. I teraz to ona, w otoczeniu żółtych kurcząt z waty, symbolizuje Wielkanoc. Oczywiście barwinek jest konieczny, i choć małe bukieciki wiosennych kwiatuszków, aby stołowi świeżości przydawały.

A jeśliby Zającowi na dnie jego koszyczka, jakiś skromny prezencik dla nas przewidziany, się zaplątał, to jasne, że z wdzięcznością przyjęty będzie.

Czego wszystkim, zaprzyjaźnionym z „Dwunastoma kotami” szczerze życzę. I o przyjęcie powyższego, wiosennego bukieciku, proszę.




5 kwietnia 2009

Piątek, trzynastego




Krakałam, krakałam…i wykrakałam:
Piec centralnego ogrzewania wysiadł w marcu; trzynastego, w piątek – a jakżeby inaczej. I nie bądź tu człowieku
przesądny.
Akurat pogoda znów zrobiła się podła; ziąb, codziennie padało, jak nie śnieg, to śnieg z deszczem. W dodatku okropnie wiało.
Z ogrzewaniem to jeszcze pół biedy, bo palimy w kominku, ale woda, ciepła woda!
Jej brak - to dopiero problem.

W ogóle nie wiem, jak funkcjonowała ludzkość, kiedy z kranów nie płynęła ciepła woda, zwłaszcza w naszym klimacie, i zwłaszcza o tej porze roku. Nawet umycie rąk pod zimnym strumieniem powoduje marznięcie, pierzchnięcie skóry, nie mówiąc już o tym, że brud się tylko rozmazuje. A co z kąpielą, ze sprzątaniem,
z myciem po kilkanaście razy dziennie sterty kocich naczyń?
Nie można przecież za każdym razem włączać zmywarki. I tak właśnie dostaliśmy rachunek za prąd, oczywiście o jakieś 35% wyższy od poprzedniego.

Radziliśmy sobie w ten sposób, że grzaliśmy wodę w czajnikach, a na kąpiel w wielkich garach, i nosili, taką wrzącą, na górę do łazienki. Dom był stale zaparowany, a nasza cała energia skupiała się na tym grzaniu i transportowaniu ukropu.

A wracając do kotła, to najpierw przyszedł zaprzyjaźniony sąsiad, aby do niego „zajrzeć”. Stwierdził, że już się naprawić nie da. Chyba.
Więc należało sprowadzić serwisanta, który wiedziałby to na pewno. Kiedy już udało się takiego namierzyć w sąsiednim miasteczku, okazało się, że ten „autoryzowany partner” producenta pieca nie radzi sobie nawet z jego rozebraniem . Lepiej wyszło mu inkasowanie należności – osobno za dojazd,
i osobno na wydanie na piec wyroku.

Potem przez kilka dni szukałam w Internecie odpowiedniego dla nas, nowego kociołka. Teraz wiem o kotłach c. o. znacznie więcej: jak są zbudowane, jak się dzielą ze względu na komory spalania, paliwo, moc, ilość funkcji, itp. Sądzę też, że sama, gdybym się jeszcze trochę przyłożyła, niezgorszym serwisantem mogłabym się okazać, a na pewno nie gorszym od tego, który nasz piec „zdiagnozował”.

W końcu po wielu rozterkach udało nam się podjąć decyzję co do marki, typu i rodzaju nowego pieca.
Teraz należało tylko znaleźć firmę, która sprzeda mi piec na raty (no bo skąd wziąć na poczekaniu taką sumę w gotówce?), następnie załatwić formalności i czekać na dostarczenie pieca.
Trzeba przyznać, że co jak co, ale kupowanie dzisiaj w sklepach internetowych przebiega szybko i sprawnie. Informacja jest dobra, sprzedawcy uprzejmi i kompetentni, klienta nie obchodzi transport, ubezpieczenie i podobne sprawy.
Ale to chyba dopiero od niedawna tak się dzieje. Jeszcze przed niespełna dwoma laty, kupując kilka mebli, musiałam słono zapłacić za ich transport, choć było to tylko 50 kilometrów.

W końcu zaprosiliśmy do instalacji nowego pieca dwóch fachowców. Nie razem, oczywiście. Przychodzili kolejno. Wybraliśmy lepszego, jak się zdawało.
Mąż musiał sam zdemontować ten stary, spalony kociołek, aby usługa tańsza była, no i aby pan instalator na drobne nie rozmieniał swoich umiejętności. Oj, życie!
Nasz nowy piec wreszcie został zainstalowany, włączony i hula na całego.

Pieniądze na podłączenie (jasne, że trzeba oddzielnie kilkaset złotych zapłacić), pożyczyliśmy „do pierwszego”od naszych kotów.
One teraz, paniska jedne, nie otrzymują już przesyłek z jedzonkiem. Teraz dostają przekazy. W Euro. Od swoich sponsorów z Nadrenii. Szczęściarze.

A ja tak sobie myślę; nawet w tych ciężkich czasach człowieka całkiem uszczęśliwić może taki niewielki, ciepły strumyczek. Pod warunkiem wszakże, że z własnego kurka wypływa.

7 marca 2009

Kwiatek dla pani



Naprawdę zabawne kartki znaleźć można w serwisach oferujących nam ich wysyłanie z różnych okazji. Aktualnie z okazji Dnia Kobiet.

Najbardziej spodobały mi się te nawiązujące w sposób humorystyczny do obchodów tego święta w czasach PRL i jeszcze trochę później (bo dopiero Hanna Suchocka je zlikwidowała). Właściwie to nie za bardzo wiem, czym się kierowano, przy jego kasowaniu. Chyba jednak względami politycznymi, bo przez jego przeciwników było uważane za „komunistyczne”.

Czyżby jednak kobiety miały za dużo swoich dni, swoich świąt?
Podobno wśród samych pań zdania są podzielone; większość osób młodych, w wieku do 25 lat w zdecydowanej większości opowiada się za tym świętem. Natomiast prawie połowa kobiet 50+ twierdzi, że go nie chce.

Nie wiem, na ile można wierzyć takim sondażom, bo osobiście nie znam żadnej kobiety, która by odrzucała życzenia, prezenty czy kwiatki, nawet gdy był to przysłowiowy jeden „zdechły” goździk, czy też poważnie już zmaltretowany tulipanik, który w dodatku nierzadko należało pokwitować.

Pamiętam za to dobrze, że wszystkie panie - pracownice, niezależnie od stanowiska, wykształcenia czy wieku, nawet jeśli troszeczkę zaprzeczały, jednak starannie przygotowywały się do tego dnia; zakłady fryzjerskie (które jeszcze wówczas nazwy salonów nie nosiły) w przeddzień święta okupowane były od rana do wieczora, stoiska z kosmetykami notowały wzmożony ruch, a w sklepach z damska konfekcją można było spotkać wiele znajomych.
Żadna nie chciała wypaść gorzej od koleżanek. Od rana, 8 marca, zapachy „Być może” i „Pani Walewska” krzyżowały się z wodą kwiatową „Konwalia”.

Trochę inaczej panowie. Ci z kierownictwa przedsiębiorstwa i rad zakładowych, organizatorzy święta, musieli trzymać fason co najmniej do uroczystej akademii.
I rozdania „drogim koleżankom” tych przywiędłych kwiatków.
Potem atmosfera stawała się coraz mniej oficjalna, aby późnym popołudniem, trwającym nierzadko do późnego wieczora, przemienić się w zwykłą popijawę. We własnym gronie. Bowiem panie już dawno były w domu, wszak miały rodzinne obowiązki.

W miarę upływu lat święto nabierało pewnego wyrafinowania; tulipana zastąpił bukiecik frezji, a parę stylonów bon towarowy do PDT. Za późnego Gierka mógł to być nawet bon do księgarni, albo bilet do teatru.

Więc jestem zdania szanowni panowie, że mężczyzna elegancki o święcie swojej kobiety nie zapomina, nawet jeśli kiedyś (1993) niekomunistyczny rząd to komunistyczne święto zlikwidował.

3 marca 2009

Śnieżyczki zakwitły



Już przedwiośnie. Po wielu tygodniach zimy prawdziwej, jak dawniejsze, z dużymi mrozami i śnieżnymi zaspami, kiedy zaczyna się nam wydawać, że zawsze tak już będzie, raptem jakby, z dnia na dzień, przyjemnie ciepło się zrobiło.

W ogródku niespodzianka: pomiędzy łatami topiącego się, zalegającego jeszcze tu i ówdzie śniegu, wystrzeliły liczne kępki przebiśniegów, wczoraj jeszcze w pączkach były, a dziś już kwiatuszki mają śliczne, rozwinięte, białe. Na tych swoich łodyżkach zielonych, wyglądają tak świeżo i wdzięcznie.

W południe słonko grzeje a nasze wszystkie koty wyłącznie na dworze chcą przesiadywać. Filipek wrócił do swoich przyzwyczajeń i o piątej rano, kiedy całkiem ciemno przecież, pod drzwiami pokrzykuje, aby wypuścić go na dwór. Ponieważ już mrozów nie ma, wstaję i wypuszczam go; a niech idzie. Po pół godzinie Lolita decyduje się na wyjście. No, to schodzę.

Potem, z częstotliwością co kwadrans, kolejne nasze kociska budzą się i domagają tego samego.
Po 2-3 godzinach łazikowania, zaglądania we wszystkie dziury, zwiedzania przyległych ogrodów, zaczajania się na sąsiedzkie gołębie i dzikie ptaki, głodne i z zimnymi uszkami, wracają do domu w odwrotnej kolejności.

Teraz czas na śniadanko; Animonda, nietania wcale, - tuńczyk w łososiowym sosie - danie smakowicie wielce wyglądające, z dużymi kawałkami ryby, pachnące kusząco, w ząbki kole to kocie „jaśnie państwo”. Nie zamierzam się tym razem przejmować. Kto nad miską wybrzydza, głodny idzie drzemać, i tyle. A właśnie przyszła pora na zdrowy sen, najlepiej blisko kominka.
„Cug” jest, przewodom dymowym sprawność przywrócono, to i pali się świetnie, wszędzie cieplutko. Więc żyć, nie umierać.

A że ja mam trochę gorzej? Że czuję się, jakbym do roboty w jakiej fabryce, w piątek i świątek na szóstą leciała? A co to koty nasze odchodzi! One mają wygodę mieć, i tyle. Do zażywania przyjemności są przecież stworzone.
Naprawdę, człowiek własnym kotem chciałby być, i to nie raz.

13 lutego 2009

Kocie ego

Duniaszka


Trzy dni, a raczej trzy noce temu, około wpół do pierwszej, na chwilę poszłam do łazienki. Po powrocie do sypialni okazało się, że moją poduszkę zajęła Dunia, zwinęła się w kłębek, i zasnęła.

Dunieczka, ustawicznie zmieniająca miejsca, ostatnio nocowała na szafce, na dole w przedpokoju, rozkładając się na futrzanej czapie i polarowych rękawicach, które mój mąż wkłada co rano, kiedy idzie odśnieżać.

Reszta kociarni rozlokowana jest całkiem wygodnie w naszych sypialniach, a ja przed położeniem się spać robię obchód; każdego zwierzaka pogłaszczę, poprawię mu posłanie i coś zagadam. Taki rytuał.
Tylko Bura (jeden z pseudonimów Duni) zawsze była niezadowolona wielce, że w ogóle się do niej podchodzi, bo przecież ona śpi. Więc przestałam zwracać na nią uwagę, trochę zła, że odrzuca moje czułości, a trochę po to, aby jej nie denerwować.
Okazuje się jednak, że to niezadowolenie udawane było tylko a kocica postanowiła upomnieć się o moje zainteresowanie.

Od dawna, bo od czasu zaginięcia naszej nieodżałowanej Maliny, w moim łóżku sypia Lolita. A i z przerwami Filipek, zwłaszcza kiedy przytrafią mu się jakieś kocie nieszczęścia, co jest na porządku dziennym, przychodzi się „wypłakać” i przytulić. Kiedy Lolita zobaczy wieczorem Filipka w „swoich” betach każdorazowo zastanawia się przez dłuższą chwilę, czy obrazić się i pójść gdzie indziej, czy uznać, że wszystko w porządku, i wskoczyć, ale już z drugiej strony, jak najdalej od Filipa. A następnego wieczora usiłuje ubiec go i wcześniej zająć swoje miejsce. Wtedy Filipek, zjawiający się jako drugi, obserwuje kotkę i stara się przewidzieć jej reakcję, bo kiedy sam zdecyduje się wejść do łóżka łagodna Lola potrafi ciężką łapą boleśnie przygrzmocić.

Ale łóżko dość obszerne jest, więc dwa koty, nawet w poprzek się układające, każdy ze swoim kocykiem, jeszcze kapkę miejsca na moje kości zostawiały. Tym bardziej, że oba raczej w „nogach” łóżka i najlepiej na moich własnych
kończynach rozkładać się lubią.

No, ale poduszki nikt mi raczej nie zajmował. Więc Dunia oceniła, że to właściwe miejsce, aby się na trzeciego wepchać i bezkolizyjnie przespać.

I co miałam zrobić? Przecież zawsze się tak rozżalałam, że Buraszka miejsca swojego noclegowego nie ma, wszystkie możliwe kąty już w domu zaliczyła i żadnego na stałe nie zaakceptowała.
Oczywiście wzięłam mały jasieczek, podłożyłam pod spód jakąś twardawą poduszeczkę i do rana przewracałam się, w dodatku nie po swojej ulubionej stronie łóżka, co tym bardziej nie pozwalało mi spokojnie usnąć.
W nocy kilka razy opatulałam rozkopujące się koty, a one odpowiadały cichutkim mruknięciem.

Rano Duniaszka obudziła się bardzo późno, zadowolona i wypoczęta, i ostatnia wyszła z domu na przedpołudniowy spacerek.

Wieczorem, przekonana, że Dunia wróci na szafkę do przedpokoju, spokojnie zajęłam swoje miejsce w łóżku i wyłączyłam światło. Po 10 minutach zobaczyłam przemykający cień i nagle… skok. Powyżej mojej głowy, na poduszce miejsce zajęła Duniacha. Historia z poprzedniej nocy się powtórzyła.

Trzeciego wieczora, całkowicie pewna, że tym razem Dunia będzie spała na rękawicach do odśnieżania, bo już się właśnie na nich ulokowała, położyłam się spać. W nocy zbudziło mnie bolesne szarpanie za włosy. To Dunia, leżąc na mojej poduszce, mając za mało miejsca, wierciła się i spychała mnie niżej, aby wygodniej się ułożyć.
Więc co zrobiłam? Wzięłam mały jasieczek…
Rano Buraszka, bardzo zadowolona, pozwoliła się wziąć na ręce, i dała się trochę potarmosić, wygłaskać i wycałować, czego zwykle nie znosi.

Kolejną noc przespała na czapce w przedpokoju, choć moje łóżko staranie tym razem przygotowane było do noclegu dla trzech kotów i jednego człowieka.

A ja analizowałam najpierw dogłębnie kocie ego. I czy różni się od naszego?

Następnie długo rozpatrywałam ludzki (czyli swój) brak przezorności, kompletne fiasko jeśli chodzi o umiejętność przewidywania, lekceważenie wniosków wynikających z własnego doświadczenia i wypływającą stąd życiową (nocną)niewygodę.

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”? No, pewnie. W tym przypadku to nawet całkowicie dosłownie.

1 lutego 2009

Mały, biały domek




Nasza stara chałupa, zbudowana około 1935 roku, chyba zaczyna powoli się rozpadać.
Nic to, że 11 lat wcześniej robiliśmy jej wielki i naprawdę kosztowny remont. Okazuje się, że to tylko lifting był, niestety.

Bo właśnie w tej chwili, kiedy przyroda zakuła nas w najniższe temperatury, zafundowała wichry jakieś wyjące, tony śniegu i paskudną wilgoć, u nas katastrofa z ogrzewaniem jest. Od kilku dni nie można palić w kominku, ponieważ w sypialniach na górze dym wali jak ze zdezelowanego pieca kaflowego.
Przypuszczalnie, gdzieś na tej wysokości musi być dziura w przewodzie kominowym, ale gdzie dokładnie? To się może okazać dopiero, kiedy rozbierze się całą futrynę drzwiową. Jednak, żeby się do niej dostać musimy zdemontować panele sufitowe, usunąć kafle na ścianach, jednym słowem zdemolować po pół pokoju i przedpokoju na poddaszu. Częściowo dobraliśmy się do belki nadproża, całej okopconej, czarnej od dymu i wysokich temperatur.
Wygląda całkiem jak po pożarze, którego w tej sytuacji cudem chyba tylko uniknęliśmy.

Niezawodni nasi nadreńscy przyjaciele ekspresowo ślą nam czujniki dymu, których dotąd w domu nie mieliśmy, i dziwią się naszej pod tym względem indolencji, traktując nas jak niezbyt rozgarnięte, życiowe safanduły. Chyba nie bez dozy racji jednak.

Więc z bólem serca, a raczej portfela przeszliśmy na ogrzewanie gazowe. I oczywiście z duszą na ramieniu, bo piec i cała instalacja centralnego ogrzewania także już zalicza dwunasty rok. Przy jakiejś, odpukać, nawet niedużej awarii, będzie to dla nas całkowity koniec świata. Dlaczego? Ha, bo wszystkie rury pochowane są w ścianach.
Owszem, dom nie spowity w metalowe rurki wygląda nieźle. Nie trzeba zastanawiać się co, gdzie i jak ustawić, aby je choć częściowo ukryć.

Przerabialiśmy już ten problem mieszkając ponad 20. lat w tak zwanym nowym budownictwie, gdzie pajęczyna instalacji, głównie grzewczej, poprowadzona była bez najmniejszej dbałości o estetykę wnętrza, a często i bez żadnej dbałości o funkcjonalność tejże. A moim głównym zadaniem było główkowanie, co zrobić, aby ukryć paskudną stalową rurę biegnącą pod sufitem, przez całą długość pokoju. Albo kuchni. Albo przedpokoju. No, zresztą wszędzie.

Więc skwapliwie zgodziłam się, gdy w nowym domu instalatorzy zaproponowali maskowanie rur. Chociaż kiedy już powywalali półmetrowej szerokości bruzdy we wszystkich ścianach aby umieścić w nich miedziane rurki grubości mojego palca,
zaczęłam mieć pewne wątpliwości. Teraz to one przerodziły się już w obawy prawdziwe: Kiedy zdołamy ustalić miejsce dziur w kominie, kiedy uda się je uszczelnić, usunąć zniszczenia spowodowane przez te przyczyny, znów będę się zastanawiać, co teraz wysiądzie, nawali, zepsuje się, odmówi posłuszeństwa. Czyli wydatki i nerwy. Nerwy i wydatki. Na okrągło.

Latami kupowałam Muratora, Dom Letni i inne pozycje tego wydawcy. Zachłannie czytałam od deski do deski, oglądałam projekty, plany, remonty, przeróbki. Zachwycałam się tym dążeniem ludzi do własnego domu, tę ich walką prawdziwą ze wszystkimi przeciwnościami, aby tylko zamieszkać w swoich wymarzonych czterech ścianach.

No, cóż. Chciałam mieć własny, mały, biały domek. To mam.

19 stycznia 2009

Poważna sprawa


Lolita


Mimo zapewnień pana premiera, że nie zostaniemy światowym kryzysem dotknięci w takim stopniu jak kraje zamożne, od jakiegoś czasu ciągle martwię się, jak my i nasze zwierzęta, i tysiące takich jak my, przetrwamy te ciężkie czasy, o których nawet nie wiadomo, jak długo mogą potrwać.

Czytam prognozy, analizy i opracowania różnych ekonomistów, polityków i innych mądrali, i dochodzę do wniosku, że są to wszystko zwyczajne domysły, po prostu wróżenie z fusów.
Jak będzie i co przyniesie, a raczej pewnie, jakie szkody wyrządzi niepohamowana pazerność świata, zwłaszcza świata finansów na pieniądz, to się dopiero okaże, kiedy najbliższe miesiące i lata staną się już przeszłością.

Być może, i oby, rację mają ci, którzy dalecy są od czarnowidztwa i przepowiedni katastrofy.
Człowiek młody może jeszcze pocieszać się, że „fortuna kołem się toczy”, i ludowe mądrości typu „raz na wozie, raz pod wozem” do swojego życia przymierzać. Wiadomo, że na którymś etapie, w którymś momencie doczeka uśmiechu losu.
Ale ludzie starsi, wiekowi, którzy, jak to się mówi, weszli już w smugę cienia? Przecież jest takich wielu, i ciągle przybywa. Jak poradzą sobie, skoro ich skromne dochody pożerają ustawiczne podwyżki cen, inflacja, ograniczenia wydatków publicznych?
Na własnym przykładzie wiem, że nie ma już na czym oszczędzić; i tak od dawna nie prowadzimy życia na poziomie, są to raczej tylko pozory takiego życia. I od dawna także wszelkie nasze koszty i wydatki przeliczamy na puszki z karmą dla naszych kotów, na piach, na weterynarza. Na tej podstawie decydujemy, czy możemy je ponieść, czy musimy zrezygnować, ale przecież są jakieś granice rezygnacji.

Przyznaję, że dobija mnie lektura takiego typu jak artykuł A.Drzewieckiej i N.Mazur z Dużego Formatu GW (13.01.2009), p.t. Co jedzą polscy emeryci?
"Eugenię (74 lata) spotkaliśmy w barze mlecznym w centrum Poznania, gdzie właśnie zjadła zupę ziemniaczaną za 1,3 zł… Mieszka sama na jednym z poznańskich blokowisk. Mówi: Do baru mlecznego wstępuję rzadko, tylko gdy jestem w mieście. Teraz przyjechałam specjalnie do apteki, gdzie są tańsze leki. Zaoszczędziłam 24 zł. Ale normalnie gotuję sobie sama. Jak zupkę ugotuję, w takim średnim garnku, to na trzy dni mi starcza. I dalej, Alfreda (71 lat): Kupiłam słoik pulpecików w sosie pomidorowym. Cztery pięćdziesiąt, drogo, ale mnie na dwa dni starcza. "
Przykładów autorki przytaczają znacznie więcej.

Złotówka sięga dna, firmy upadają, pracownicy tracą zatrudnienie czyli dochody. Więc jak spłacić kredyt, zwłaszcza walutowy, z czego opłacić świadczenia, za co żyć, to pytania, które zadają już sobie miliony ludzi.
Nic dziwnego, że w mediach zaczyna roić się od poradników: jak przetrwać, jak oszczędzać, jak zachować pracę, i temu podobnych. Ale czy pomogą one komukolwiek, nauczą zaciskać pasa, skoro ten już na ostatnią dziurkę zapięty?Nie chciałabym dożyć czasu, w którym mój kot siedzi nad pustą miską.

Mieć? Czy być? – to podobno podstawowa kwestia. A przecież chciałoby się i jednego, i drugiego. Dlatego smutno zaczyna się robić.

8 stycznia 2009

Byle do wiosny!

                                                                        Bazyl


Fela
                                                                           
W południe
                                                                         

No, to zima rozpoczęła się na dobre. Zasypało wszystko na biało, grubą, zmrożoną na kość warstwą.
Śnieg, jak kasza manna, prószył z przerwami przez dwie doby, odśnieżania było więc dużo. Bo to i ganek, zawalony całkiem, i schodki z ganku, i kilka metrów ścieżki do furki, i parę do hałdy drewna za domem. Oczywiście największa robota to odśnieżanie kilkunastu metrów chodnika. Należy to do naszych obowiązków, bo przecież trotuar publiczny jest i ludzie muszą w miarę wygodnie przejść. Chodnik przylegający do naszego płotu musimy zresztą utrzymywać w porządku przez cały rok. Zwykle z tego faktu mało zadowoleni, zimą cieszymy się, że nasza działka malutka jest, to i roboty mniej. A że trzeba się napracować, miałam okazję się przekonać, samodzielnie sprzątając kilka razy. Wyłamać się z tego porządku także nie można, bo sąsiedzi z prawej, z lewej, i z vis a vis bacznie patrzą sobie na ręce, czy raczej na łopaty i miotły w sąsiedzkich rękach. Nie mówiąc już o służbach porządkowych, które potrafią uwagę właścicielowi zwrócić, czy nawet mandatem ukarać.

Rano mieliśmy -10 stopni, ale nasze koty, na razie tym zimnem nie zrażone zanadto, dosyć ochoczo z domu wybiegły, każde do swoich zajęć; Dunia i Lolisia na polowanie, pieski, to znaczy bliźniaki Bazyl i Filipek, żeby pobiegać i powygłupiać się, Fela, ich mama, żeby rozprostować kości.
Tylko Szkaradziej z Rudolfem siadują pospołu na progu, i jak te Muppets'y na galerii, głowami zgodnie kręcą, obracając je równocześnie w stronę najlżejszego ruchu czy jakiegoś dźwięku, bo na tej uliczce, a już zwłaszcza o tej porze dnia i roku naprawdę niewiele się dzieje. Kiedy uszka im zmarzną, lubią ten fakt manifestować i pędem do domu wpadać, przed kominek. Po 5 minutach gotowe są znów do wyjścia, ale kiedy nosy wytkną tylko za próg, niepomiernie są zdziwione, że przez ten czas nic się nie zmieniło, że dalej zimno jak diabli, i szybko wycofują się, znów pod kominek.
Fela także bardzo szybko wraca i rozkłada się gdzie popadnie, rozglądając się tylko pilnie, czy aby Dunia na nią nie czyha, bo wtedy może solidnie oberwać. Kocice, niestety, w dalszym ciągu awersję do siebie sporą mają.
Dunia, która rozpoczęła już ósmy roczek, także dosyć prędko wraca do domu. Ale Lola i maluchy, które oczywiście od dawna maluchami nie są, bo właśnie po półtora roku skończyły, potrafią i dwie nawet godziny po tym mrozie gdzieś się włóczyć.
Ja oczywiście bezustannie wychodzę je wołać, dom tym ciągłym otwieraniem wyziębiam, i sama zakatarzona i kaszląca chodzę, bo wiadomo, nie ubieram się za każdym razem, gdy za kotami wyglądam.

Zachęcona apetycznymi bardzo zdjęciami chlebków pieczonych przez Błękitną gdzieś między niebem a Warszawą (łącze obok) zabrałam się także do wypieków. Ponieważ mąki razowej bezskutecznie poszukiwałam w tutejszych sklepach, a zakwasu jeszcze nie odważyłam się robić, pozostały mi zwykłe, drożdżowe chlebki z białej mąki pszennej. Udały się nie najgorzej i z gorącą zupą grzybową, okraszoną śmietaną i koperkiem stanowiły samodzielne obiadowe danie. A po obiedzie, do herbaty zielonej, dobre były ciepłe jeszcze bułeczki nadziewane kostkami gorzkiej czekolady, które wkładałam do każdej zamiast dżemu truskawkowego czy wiśniowego.
Właściwie to zamierzałam upiec je z bakaliami i makiem, który mam w zamrażalniku, już sparzony i zmielony. Ale niestety zabrakło w domu miodu, a w taki ziąb któż by chodził po zakupy, jeśli nie są absolutnie niezbędne.

Jak nasze koty, zwłaszcza te najstarsze, w ciepełku przesiadywać wolimy, nie robić nic szczególnego, trochę poczytać, trochę w TV się pogapić, radia posłuchać, a potem krzywić się, że rok znowu minął!
W taką pogodę, za każdym razem, kiedy należałoby wziąć się do czegoś konkretnego, coś przedsięwziąć, postanowić i wykonać - odkładamy to na później, sennie powtarzając: Byle do wiosny!

31 grudnia 2008

Carpe diem




Tak sobie myślę: gdyby tylko mała, maluteńka część tych życzeń noworocznych, którymi dosłownie zasypywani jesteśmy przez instytucje prywatne i publiczne, różnych usługodawców, serwisy, banki, i temu podobne, i którymi my sami tak hojnie szafujemy, sprawdziła się w realnym życiu, w naszej codzienności, to doprawdy ogólnej szczęśliwości nie byłoby granic.

Życzenia zdrowia, powodzenia, spełnienia marzeń, realizacji zamierzeń i wiele szczęścia powtarzają się we wszystkich możliwych odmianach i formach.
No cóż, wszyscy chcemy być szczęśliwi. I chociaż każdy ten stan na swój sposób rozumie, na swój sposób go oczekuje i do niego dąży, przecież są takie jego elementy, które wszystkim albo przynajmniej większości ludzi się ze szczęściem kojarzą. To na pewno jest zdrowie, dobrobyt materialny, poważanie i szacunek innych.
Do tego koszyka podstawowego indywidualnie dokładamy już własne składniki, własne o szczęściu wyobrażenie.

Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tą sprawą spostrzegłam, że w każdym okresie mojego życia co innego, inne cegiełki na mój osobisty, szczęśliwy świat się składały. Już nie będę wracała do czasów wczesnego dzieciństwa, choć nawet wtedy przecież miałam tę wiedzę o szczęściu; dawała mi je bliskość rodzicielki, no i może ta biała sukienka w niebieskie serduszka.

Ale już w szkole podstawowej szczęśliwa byłam w dniu, w którym udało mi się przekonać Matkę, aby więcej nie posyłała mnie na lekcje muzyki.
A w średniej rzeczywiście szczęśliwa byłam tylko na wagarach, z książkami, które bynajmniej szkolnymi lekturami nie były.
Niezłe były też chwile, kiedy w upale lipcowego, wakacyjnego dnia spoglądało się z kwietnej łąki, miodowo pachnącej naparstnicami, na Czarny Kocioł Jagniątkowski.

Potem, wiadomo, jak to dziewczyna: kiedy się zakochałam, tym razem „śmiertelnie” i „na zawsze”, kiedy impreza była udana, kiedy z jakiejś zasłonki, czy zapomnianej, przedwojennej kreacji udało się wyczarować ciuszek i zadawać w nim szyku.

A w tym życiu całkiem „dorosłym”, w którym co parę lat, a nawet co roku zmieniały się cele i priorytety, powstawały i przemijały problemy, szczęściem były chwile zaledwie, jakieś nastroje, emocje, wywołane widokiem, krajobrazem, lekturą, muzyką, słowem czy gestem innego człowieka.
Ulotne momenty z naszego życiorysu, zapadłe nam w pamięć jako te najszczęśliwsze bądź właśnie odwrotnie, jako najnieszczęśliwsze, chyba z natury rzeczy nie trwają długo. Tak więc zwykły dzień, tydzień i rok najlepszy byłby dla człowieka? Ani nadzwyczajne uniesienia, ani czarne całkiem dni dla naszej psychiki nie są wskazane. Chyba nie bylibyśmy w stanie udźwignąć ani jednych, ani drugich jako stanów permanentnych.

Filozofów zajmujących się ludzkim szczęściem od zarania historii wielu było. Teraz nawet twierdzi się, że nasza do szczęścia predyspozycja to sprawa genów, przekazanych nam przez przodków, coś jak skłonność do przeziębień. Ale spokojnie; ci, którzy nie odziedziczyli genów szczęścia mogą się podobno dosyć łatwo go wyuczyć.

Jeśli o mnie chodzi, to wiele z egzystencjalnych niepokojów nużących jest, wiele jest za trudnych, ale epikurejskie podejście do sprawy ciekawi mnie i w większości przekonuje. Zwłaszcza, kiedy tak pięknie prawi o znaczeniu przyjaciół i przyjaźni w naszym życiu.
Mądrzy byli ci Grecy starożytni, bardzo mądrzy.
Więc bądźmy szczęśliwi w 2009 roku!

19 grudnia 2008

Przed Gwiazdką

Niestety, żaden z naszych kotów nie chciał dziś w tej mikołajowej czapeczce pozować do zdjęcia



Nie jestem zanadto religijna. Prawdę mówiąc wcale nie jestem religijna. Ale jestem zdeklarowaną tradycjonalistką, więc niezależnie od źródła, bardzo popieram tradycyjne świętowanie, mało tego – lubię je nad wyraz. A już Boże Narodzenie zwłaszcza.
I choć Kościół Katolicki za największe uważa święto Wielkiej Nocy, sama, jak pewnie większość z nas, przedkładam bożonarodzeniową Wigilię nad wszelkie inne, nawet te całkowicie osobiste czy rodzinne uroczystości.

Właśnie – kolacja wigilijna. To dla niej pucuje się dom, pięknie stół nakrywa, wyciąga najlepszą porcelanę, srebra, ozdoby. Zapalamy świece, stawiamy kwiaty, ubieramy pachnącą lasem choinkę i jeśli portfel pozwala układamy pod nią prezenty. Nasze w tym roku, co tu ukrywać, koty zjadają. Dostały właśnie dwa wory po 10 kilo Royal Canin. Dobra karma (eh, droga jest), to i smakuje naszym zwierzakom, a to one w końcu najważniejsze są w tym domu.
Natomiast na nadreńskie jedzenie zaczęły krzywo spoglądać. Niewdzięczne. Więc schowałam je i zaprosiłam koty do Whiskas’a. No, i proszę – to było właściwe posunięcie – dość szybko się przeprosiły i nie marudzą już nad miskami z pstrągiem czy z krabami, które na Boże Narodzenie Schatz im przysłała.

Nie wiem, czy na naszym wigilijnym stole tradycyjnych dwanaście potraw bywało, ale chyba jednak nie, dziś już apetyty nie te co ongiś. W każdym razie były śledziki, sałatki, karp w galarecie na przystawki, barszcz czerwony z uszkami jako zupa, ryba na danie główne, a potem słodkie wypieki, to znaczy makowce, torty, pierniki i pierniczki jako deser. I koniecznie kompot z suszu.
Kiedy padała komenda – można wstawać od stołu – wszyscy starali się znaleźć pod choinką prezent dla siebie. Nie do pomyślenia było, zwłaszcza dla nas, dzieci, aby kogoś pominięto, aby „od Aniołka”(nie „od Mikołaja”) choć najskromniejszego upominku ktoś nie dostał. Później dorośli szli na Pasterkę.

Tak było w domu mojej Matki, która małopolskie, krakowskie potrawy zawsze na Wigilię podawała. My, córki ten zwyczaj kulinarny przejęłyśmy, z tym, że ja go nieco modyfikuję. Po pierwsze nie przygotowuję takich ilości ani rozmaitości jedzenia; śledzie w jednej, najwyżej w dwóch wersjach, jedna sałatka jarzynowa, barszcz z uszkami, to jako oczywistość, i od lat nie podaję karpia, głównie z tego powodu, że nie ma go kto zabić. Okropieństwo. Od kiedy uśmierciłam tę rybę, jakieś 15 lat temu, nie biorąc jej oczywiście do ust przy kolacji, kupuję tylko filet z łososia i serwuję smażony, rzadziej pieczony.
Na deser jest tort makowy, a kompot nie z suszu owocowego tylko cytrusowy, bo taki najbardziej lubimy. Pewnie, że do jedzenia musi być białe wino, półwytrawne. No, i może do kawy, całkiem już późnym wieczorem, także nie od rzeczy będzie jakiś trunek. Plus czekoladka.

Kolęd słuchamy przez radio. Albo Presley’a ze starych taśm magnetofonowych. Nie jesteśmy muzykalni, słuchu pozbawieni, to i sami do śpiewania się nie palimy.

Z tradycyjnych zachowań wigilijnych przejęłam jeszcze ten, że od chwili złożenia sobie życzeń i zajęcia miejsc przy świątecznym stole, nikomu oprócz pani domu, nie wolno wstać aż do zakończenia kolacji. W przekazie miała ta norma służyć temu, aby rodzina, domownicy, krewni w przyszłym roku mogli się szczęśliwie spotkać w tym samym miejscu i w tym samym gronie.
Nie chcę dyskutować, czy to zwykły zbieg okoliczności, niemniej zdarzyło się tak, że jedna z osób wyłamała się z tego zakazu, nazywając go śmiesznym przesądem… i następnej Wigilii jej miejsce, niestety, puste było.
Od tej pory nikt z nas nie chciał już ryzykować. Wszyscy karnie czekali na pozwolenie wstania od stołu.

Nie wiem, czy jest to jakiś szerzej znany obyczaj regionalny, czy był tylko w moim rodzinnym domu pielęgnowany. Co by nie powiedzieć – świętujący byli obsługiwani przez całą kolację, a było to nadzwyczaj dla nich miłe. Gospodyni pewna była porządku i sprawnego przebiegu posiłku, nikt przecież bezładnie nie biegał, nie pytał co teraz wnosimy, nie usiłował pomagać, podczas gdy faktycznie potęgował tylko zamęt w kuchni – i o to przecież także chodziło.

A teraz proszę wszystkich, którzy tu zaglądają, bądź tylko zabłądzili, a zwłaszcza Panie Domu, aby zechcieli przyjąć życzenia udanych Świąt; olśniewającego stołu, wspaniałych potraw, trafionych prezentów.
I przede wszystkim dużo zdrowia. Oj, będzie potrzebne!

Chcę także wierzyć, że wszystkie zwierzaki będą się cieszyły pełnymi miskami i dobrymi uczuciami swoich opiekunów.

11 grudnia 2008

Murka

Była najpiękniejszą kotką świata. I najmądrzejszą. Kochaliśmy ją bezgranicznie. I ona nas kochała.
Zjawiła się u nas sierpniowego, chłodnego dnia, maleńka i urocza. Miała zaledwie cztery tygodnie. Przyglądała się nam bardzo uważnie cudnymi, ogromnymi, bursztynowymi oczami. Ubrana była w wielkie, jakże delikatne białe futro z jedną tylko czarną plamką na główce, i w czarne kolanówki na tylnych nóżkach.
Ale jej królewską wprost ozdobą był ogon, jakiego dotychczas nie widziałam u żadnego przedstawiciela tego gatunku; był wspaniały, gruby, puchaty, w biało-czarne pręgi, jak u szopa.
Mąż wziął kociątko na ręce, a ona ułożyła się wygodnie w zgięciu łokcia, na swetrze i …słodko zasnęła. W tym momencie oddaliśmy jej nasze serca na zawsze.

Dostała na imię Murka, na pamiątkę pierwszej kotki, którą opiekował się mąż będąc jeszcze małym chłopcem. Tamta kotka, porzucona przez niemieckich właścicieli, wysiedlonych z tych terenów już po wojnie, była zwierzęciem nadzwyczaj sprytnym, mądrym i inteligentnym, co pozwoliło jej nie tylko przetrwać, ale i znaleźć nowy dom. Te cechy, a także jej dzikość i uroda zdecydowały, że nadano jej imię Murki – królowej odeskiej ferajny, portowego półświatka.

Imię to, nomen omen, fantastycznie odpowiadało, jak się później okazało, usposobieniu i charakterowi naszej kotki.
A nasza Murka była kociczką niezależną, swawolną, dziką, egoistyczną, czułą, obrażalską, radosną, tkliwą, słodką. Podziwianą i uwielbianą.

Pojawienie się nowego domownika całkowicie rujnowało nasz rozkład zajęć i dość niezależny tryb życia. Mieszkaliśmy wówczas na 4 piętrze budynku usytuowanego w ruchliwym miejscu, powstało więc kilka problemów, w tym wypuszczanie zwierzątka na dwór.
Na razie koteczka biegała w domu po roślinach i tapetach, strącała wszelkie możliwe przedmioty i z zaciekawieniem śledziła ich lot, a my, mimo kilku autentycznych szkód, wcale się nie denerwowaliśmy, przeciwnie śmialiśmy się i zachwycali jej zwinnością.
Wkrótce mąż zobowiązał się, że będzie codziennie wywoził zwierzątko do lasu odległego o kilka kilometrów od domu. Pakował kociaka do zamykanego koszyka, wynosił do auta, i jechali. Murka tak uwielbiała te wycieczki, że już na odgłos kroków męża na schodach, sama wchodziła do koszyka, a kiedy nie wyjeżdżali natychmiast robiła to wielokrotnie, wchodząc i wychodząc z kosza, przynaglając go w ten sposób do podróży.

Kiedy Murka była jeszcze mała nie było większych problemów. Ale koty szybko rosną; już po paru miesiącach dorosła kotka, śmigająca po najwyższych sosnach, biegająca nieprzytomnie po lesie, do którego ludzie przywozili też swoje psy, nie reagująca na wołanie, szalejąca przez 2-3 godziny, to już stawał się duży problem. Próbowaliśmy trzymać ją na smyczy, ale cóż znaczy najdłuższa nawet linka wobec swobodnego hasania bez uwięzi. Nie mieliśmy serca tak ograniczać jej wolności.
Kiedy już udawało się zwabić ją z powrotem do auta po tych leśnych szaleństwach, Murka spokojnie lokowała się na przednim siedzeniu i pracowicie się myła. A kiedy skończyła swoją toaletę wskakiwała na oparcie fotela, za kierowcą, i rozpoczynała systematyczne, dokładne wylizywanie włosów i przeczesywanie pazurkami fryzury mojego męża. To był codzienny, jakże zadziwiający rytuał.

Gdy Murka jechała ze mną, to oczywiście ja sama byłam obiektem jej higienicznych zabiegów. Nosiłam wówczas długie włosy, więc można wyobrazić sobie niezadowolenie naszego kota, który mimo plucia na moją głowę, nie bardzo dawał sobie z nią radę.

W dni robocze Murka była zwykle przez około trzy, cztery nawet godziny sama w domu. W tym czasie, nawet wówczas gdy była jeszcze kociakiem, nie robiła nic, nie jadła, nie bawiła się, po prostu spała. Nie cierpiała być sama, więc w taki sposób uciekała przed tą nielubianą sytuacją.

Uwielbiała swego opiekuna. Ceniła jego towarzystwo nad wszystkie inne, siedziała z nim i przy nim, „pomagała” mu we wszystkich czynnościach, łącznie z goleniem i kąpielą. Byłam trochę zazdrosna, ale trzeba przyznać, że Murka bardzo umiejętnie obdzielała nas swoim przywiązaniem. Na przykład uznała, że sypiać będzie w moim łóżku więc nawet zaniesiona w inne miejsce, zawsze do mnie wracała, nie zdradzała. To samo było z jedzeniem, brała kęsy tylko z mojej ręki, nie bezpośrednio z miseczki. Rozpieszczałam ją bardzo.

Nigdy i nigdzie nie ruszaliśmy się bez tego zwierzątka. Jeżeli musieliśmy na dłużej wyjść bądź oboje wyjechać, Murka zawsze jechała z nami. Nie była oddawana pod cudzą opiekę. Oczywiście nie zawsze było to wygodne dla nas i często uciążliwe dla kota. Długa jazda autem denerwowała ją i nużyła. Chociaż miała z tyłu swoje legowisko, wolała jeździć na naszych kolanach i wyglądać przez szyby. W obcych miejscach chodziła na smyczy. Bajkowo wyglądała w tych swoich czerwonych, welurowych szeleczkach i pewnie o tym wiedziała, bo choć nie lubiła smyczy, dzielnie z nami maszerowała.

Murka miała swoje upodobania kulinarne. Na jej stole, pierwsze miejsce, przed wszystkimi innymi potrawami, zajmowały ryby, i to o dziwo wcale nie żadne łososie, ale pospolite płocie, za którymi przepadała. Mąż śmiał się, że taka arystokratka, a skłonności ma plebejskie. Źle znosiła wołowinę, polecaną przecież dla kotów, wolała kurczaki. Nie lubiła też wędlin, może z wyjątkiem szynki. Wszelkie warzywa, nawet gotowane specjalnie dla niej na rosole, traktowała z obrzydzeniem, a makarony i kluchy uznawała za żart w całkiem złym guście. Ponieważ mleka krowiego nie daje się kotom, a specjalnego kupić wówczas nie można było, znalazłam w jednej z okolicznych wsi właściciela kilku kóz i przez dość długi okres jeździłam do niego po świeże mleczko dla naszej koteczki.

Wszystko układało się dobrze do czasu, kiedy Murka w pogoni za muchą wskoczyła na parapet loggii i spadła na betonowe schody przed wejściem do domu. Przeżyła, ale złamała naprzemiennie dwie nóżki. To była straszna sytuacja. Piątkowe popołudnie, wszystkie lecznice pozamykane, w jednej weterynarz obiecał interwencję w poniedziałek, bo właśnie wyjeżdża…na weekend(!). A Murka, mimo że w stanie niemal agonalnym warczy, syczy i z pazurami rzuca się na weterynarza. Lekarz nie radzi sobie i telefonuje po instrukcje, nazywając swoją pacjentkę „zdziczałą” kotką. Proponuje uśpienie rannej: mój mąż, zwykle spokojny człowiek, dostaje po prostu szału.
Zastrzyki znieczulające, to cała pomoc. Kiedy lek przestaje działać kot płacze, jest półprzytomny, z bólu gryzie moje palce do krwi, a ja tak chcę jej ulżyć, tak jej współczuję, że nie cofam rąk; cierpimy razem.

Moje emocje, telefony, szukanie ratunku. Nareszcie udaje się w Klinice AR we Wrocławiu umówić zabieg. Czuwam przy Murce całą noc. Łzy i nerwy. Rano nie jestem w stanie prowadzić. Jedziemy taksówką do Wrocławia.
Operacja. Kot po wielu godzinach budzi się z narkozy. Będzie żyć. Będzie chodzić. Jestem szczęśliwa.
Potem jeszcze kilka tygodni leczenia, usuwanie drutów z nóżki. Murka kuleje na przednią łapkę, i tak już będzie zawsze. Kostki śródstopia są tak drobne, że zespół operacyjny, jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy w Polsce, bez specjalnego oprzyrządowania, którego Klinika nie ma, nie jest w stanie nic więcej zrobić.
Jednak mam zapewnienie, że kotka jest wyleczona, a co najważniejsze, że nie odczuwa już bólu.

W tym czasie pojawia się możliwość przeprowadzki, która jednak łączy się z radykalnymi zmianami: opuszczeniem miasta, w którym przeżyło się większą część życia oraz zakończeniem pracy zawodowej. Liczymy, że może jeszcze w nowym miejscu podejmiemy jakieś zatrudnienie, niestety rzeczywistość okazuje się inna.
A nowe miejsce to chałupka z ogródkiem, w małej miejscowości i spokojnej okolicy. Raj dla Murki. Byłby to koniec z uciążliwymi codziennymi wyjazdami z kotem za miasto. Te argumenty przeważają i podejmujemy stosowne decyzje.

Przeprowadzka. Murka przyjechała do nowego domu w czerwcu 1997 roku. Mimo różnych niedogodności, remontów, obcych ludzi wokół, hałasów, i innych, kotka momentalnie zaakceptowała nowe warunki, nowy dom – swój dom i swój ogród. Była bardzo, bardzo zadowolona.
Tego lata – od rana do późnej nocy Murka biega po dworze, poznaje ogród, wszystkie drzewa i chaszcze, zaczyna wyprawiać się na sąsiednie działki. Odkrywa swoją wielką namiętność – polowanie. Czatuje godzinami i zasadza się na drobne gryzonie, ale jej największe trofea to ptaki, które dały się zaskoczyć. Wszystkie swoje zdobycze przynosi nam w darze. Szkoda mi jej ofiar, tym bardziej, że sama ich nie zjada, ale jest tak szczęśliwa, że ja to usprawiedliwiam, i także jestem zadowolona.
Murka pilnuje swego ogrodu, strzeże terytorium przed innymi kotami, a ponieważ jest odważna i bojowa robi to nadzwyczaj skutecznie. Jest panią na włościach. Kiedy pewnego razu w ogródku pojawiła się kociczka trochę podobnie umaszczona, Murka wpadła dosłownie w amok, chciała wybić szybę. Wyskoczyła na dwór i dała intruzowi taką szkołę, że ta już nigdy się u nas nie pojawiła.

Przesiadujemy często w ogrodzie, obserwując niesamowitą żywotność, sprawność i wdzięk Murki, która mimo tej okaleczonej nóżki porusza się z precyzją i swobodą primabaleriny, a po drzewach po prostu fruwa niczym wiewiórka.

Wraz ze zmianą miejsca zamieszkania pojawiły się liczne problemy, od organizacyjnych po zdrowotne. Ale nasz maleńki członek rodziny czuje się tu tak świetnie, że wszystkie te sprawy schodzą na plan dalszy.

I tak jest do 11 grudnia 1998 roku. Cudownie słoneczna pogoda, błękitne niebo, śnieg powyżej kolan i mróz utrzymujący się poniżej -20 stopni. Tego przedpołudnia Murka wyszła tylko na chwilę. Na chodniku, po przeciwległej stronie naszej uliczki potrącił ją samochód. Zginęła na miejscu. Została tylko niewielka plama krwi na ubitym śniegu. Nie bała się samochodów, znała je od dzieciństwa.

Ból rozsadzający serce, fizyczny, namacalny, jest nie do opisania. Moja histeryczna wręcz rozpacz trwała wiele miesięcy. Przez trzy lata godzinami opłakiwałam Murkę i rozpamiętywałam najdrobniejsze szczegóły z jej życia. Tęskniłam za nią strasznie. A ona leży sobie cicha i spokojna pod cisem, w swoim ogrodzie ulubionym.

Przygarnialiśmy nowe koty, ale nieszczęście nasze po jej stracie nie słabło. Tylko to cierpienie z czasem lżejsze jakby się stawało.
Dziś mija 10 lat od jej śmierci. W naszych sercach i w naszej pamięci Murka pozostanie już do końca, i chcę wierzyć, że się kiedyś znów spotkamy – na niebieskich łąkach.

26 listopada 2008

Urodziny ciotki Lusi


W niedzielę znowu urządziłyśmy sobie z Hanką wideorozmowę. Tak, przez Skype’a. Hanka ma nowego laptopa, więc go testujemy.
Było już dobrze po godzinie 3. a ja jeszcze łazikowałam po domu w piżamie i ogrodowym ( tzn. bardzo ciepłym) swetrze Schatz, bo w domu chłodno jest. Mimo kilkustopniowego mrozu pieca c.o. jednak nie włączamy, wychodząc z założenia, że na pewno zimniej jeszcze będzie, i to pewnie niedługo. Więc teraz trochę oszczędzimy. Zresztą nie za wiele, bo kominek hula na całego.

Trzeba przyznać, że nie tylko ta wełna tak mnie podgrzewała. Otóż postanowiliśmy urządzić sobie święto Beaujolais Nouveau , czyli degustować młode wino, może nie całkiem z winogron szczepu Gamay, jak u tych wielbicieli naszych żabek zielonych, bo z takiej bezimiennej raczej winorośli, z naszego ogródka, ale też młode (bardzo) i nieźle do głowy idące.

Co prawda było to świętowanie w stosunku do francuskiego lekko spóźnione, ale naprawdę szczere, co moja rozmówczyni może zaświadczyć z ręką na sercu. Kiedy zaczęła mi opowiadać jak to dobrze bawiła się na spektaklu Teatru Rampa, w którym udział brała m.in. Krystyna Sienkiewicz, z miejsca przypomniałam sobie dykteryjkę opowiadaną przez tę aktorkę, znaną wielbicielkę czterech łap, o różnych charakterach kota i psa, wyrażających się odmiennym stosunkiem tych zwierzaków do człowieka - swego opiekuna, no właśnie, swego pana, czy swojego sługi(?).

Niestety, ani moja wersja skrócona, ani tym bardziej rozszerzona historii, którą koniecznie chciałam powtórzyć, jakoś tematu nie trzymała, co Hanka litościwie starała się zatuszować przytaczając kawał o kocie i zaczarowanej rybce. Śmieszny całkiem: jedna pani chciała rybę, na obiad przewidzianą, życia pozbawić. Ryba prosi: - nie zabijaj mnie, jeśli darujesz mi życie, spełnię twoje życzenie. Pani, trochę rozgniewana: - Nie zawracaj mi głowy, ja nie mam żadnych życzeń. W tym momencie w kuchni pojawia się kot, zwabiony możliwością uczty. Jego widok podsunął pani sformułowanie następującego życzenia: - Zgodzę się, o ile zamienisz mojego kota w pięknego i młodego pana. Po chwili ryba spełnia życzenie, a przystojniak w kuchni odzywa się w te słowa: - Widzisz, i trzeba mnie było kastrować?!

Po tym niedzielnym świętowaniu zapasy naszej piwniczki bardzo raptownie się skurczyły, ale to chyba dobrze, wino młode jest, stać nie może długo – skwaśnieje i… dopiero będzie strata. A ja, już poniedziałkowym popołudniem, późnym co prawda, skojarzyłam sobie dokładnie o co chodziło w tej dykteryjce pani Sienkiewicz.
Tak to bywa, gdy człowiek ma więcej lat niż powinien.

A propos wieku – nasza jedyna, ukochana ciotka Lusia, mieszkająca w Charkowie, obchodzi dzisiaj 85. rocznicę urodzin. Wie dobrze, że musi żyć długo, nie zostawi przecież Lindy, swojej suczki ulubionej, bo któż by się nią zaopiekował. Lusia trudne miała życie, oj trudne.
Jej życiorys to kawał niełatwej historii polsko-rosyjsko-ukraińskiej. Właśnie składaliśmy jej gratulacje i serdeczne życzenia długiego życia w najlepszym zdrowiu. Przez Skype’a naturalnie.

6 listopada 2008

Kocie spojrzenia

Posted by Picasa
Wszystkie nasze koty oprócz oficjalnych imion (bo nazwisko, wiadomo, noszą nasze) mają nadane przezwiska, jakieś pseudonimy, ksywki tak zwane. Bliźniaki oczywiście także.Filipek został „szczurkiem”, bo faktycznie urodą tego gryzonia trochę przypomina. Natura nie wyposażyła go zbyt hojnie, białe futerko ma liche, nawet wydaje mi się, że stale przez to marznie. Mordka trochę wydłużona, a filipkowy ogonek szczególnie długi jest i cieniutki, i powodem do dumy być nie może.

Za to Filip jest wyjątkowo bystrym i elokwentnym zwierzątkiem – bardzo dużo i głośno „gada”.
Ostatnio Filipek wrócił z wyprawy nad oczko wodne, cudze zresztą, cały mokrusieńki i wyglądał niczym nutria. Musiał wpaść do wody, całe szczęście, że się nie utopił. Siedział długo w krzakach i zawzięcie wylizywał futro. W końcu wrócił do domu i długo „opowiadał”, co mu się przytrafiło. Aspiryny nawet podać mu nie można było, ani mleczka z miodem jako ochrony przed przeziębieniem. Mleko kotom szkodzi, a aspiryna jest dla nich wręcz zabójcza. Więc tylko miskę dostał lepszą i w swoją kołderkę się zagrzebał, a potem spał do późnego wieczora. Już obawiałam się, że wyspany taki zechce znowu wyrwać się i włóczyć po nocy, ale jakoś obyło się bez wychodzenia. Połaził trochę z kąta w kąt i z powrotem się położył. A rano obudził się późno i całkiem zdrowy, ze świetnym apetytem. Nasz Filipek, jak na prawdziwego szczurka przystało, zawsze głodny jest i zawsze gotów zjeść coś pysznego.

Z kolei Bazyl od małego kociaka prezentował pewne psie cechy, na przykład bardzo chętnie aportował.Pomijając przybieganie do furtki i witanie powracającego domownika, bo to robią i inne nasze koty, zwłaszcza Fela i Szkaradziej, Bazylek odprowadza mojego męża do pobliskiego sklepiku, gdzie kupujemy chleb z prawdziwej wiejskiej piekarni, i gdzie dostać jeszcze można prawdziwy twaróg, taki GS-owski.
Kot czeka na męża pod jakimś kontenerem, trochę się boi biwakujących pod sklepem piwoszy i psów biegających samopas, a potem razem wracają do domu.

Utarło się nazywanie obu bliźniaków pieskami: -Wołaj pieski! albo –Czy pieski nie są głodne? Do nich też się tak zwracamy: -Przestańcie rozrabiać, pieski! One dobrze wiedzą, że to o nich, i do nich.
Bazylek po psiemu całkiem uszka stawia i przysłuchuje się nam z wytężoną uwagą, a jego oczka okrągłe, bardziej psie niż kocie, wpatrują się w nasze twarze, stanowczo i uparcie, i wyrażają wszelkie możliwe nastroje: zdziwienia, rozbawienia, niezadowolenia, złości czy przywiązania.

Twierdzi się, że koty mają doskonały wzrok. Na pewno tak jest, z tym, że widzą inaczej niż człowiek, mają inny zakres i zasięg patrzenia. Na przykład często zostawiają niedojedzone porcje, mimo, że za czymś przepadają, bo nie wszystkie kęsy w misce zauważą. Podobnie dzieje się z rozpoznawaniem innych zwierząt i ludzi: otwieram drzwi, aby wypuścić na dwór Lolitę. Na progu siedzi Rudy. Lolita nie wychodzi, bo się przestraszyła, zobaczyła kota, ale nie rozpoznała Rudego, chociaż normalnie się wcale nie boi, a nawet go lekceważy.
Patrząc z daleka, nasze koty wahają się czy podbiec, nie poznają mnie, dopiero kiedy zawołam odważą się ruszyć w moją stronę.

A wtedy, gdy obserwuję, jak Rudolf śledzi mrówkę poruszającą się w trawie, z jakim zaciekawieniem i uwagą to robi, i nie „gubi” jej nawet przez kilkanaście minut, jestem przekonana, że widzi doskonale, jak ludzkie oko, ale uzbrojone co najmniej w szkło powiększające. Natomiast prawie zaraz traci z pola widzenia muchę, którą stara się upolować na okiennej szybie. Dostrzega ją ponownie dopiero kiedy owad zabrzęczy.

Oczy kocie, jak chyba żadne inne, absolutnie urzekające są i za symbol piękna zawsze uchodziły. Ich wyraz, kształt, kolor i głębia odbijają koci świat wewnętrzny, albo i nie tylko koci, tajemniczy i intrygujący. Patrząc w nie wyobrażamy sobie, że stworzenia te posiadły jakieś ważne, a może i mroczne sekrety, wiedzą więcej i lepiej niż my. Są od nas inteligentniejsze i mądrzejsze: Przecież rozumieją nas, pojmują nawet naszą mowę. A my ich nie rozumiemy, najwyżej domyślamy się ich przeżyć, wrażeń i intencji. To przykre jest. Dla nas.