7 października 2009

Dzień taki ładny

Papryczki ozdobne
Pelargonie na ganku

Dunia


Szkaradziej

Dzień rozpoczął się niezbyt przyjemnie. O wpół do dziewiątej, kiedy zwierzaki już dawno były na dworze, z piwnicy jakieś wrzaski zaczęły dochodzić. Serce momentalnie skoczyło mi do gardła. - Co się znów dzieje? - myślałam. Gubiąc nogi po schodach popędziłam na dól, szarpnęłam drzwi do piwnicy, a stamtąd, jak z procy, Felusia wyskoczyła.

Po Felę dwa razy w nocy schodziłam, bo zimno było i przez parę godzin padało, więc szkoda mi było, aby mokła na dworze. Tym bardziej, że wszyscy pozostali z kociej ferajny zameldowali się wieczorem w domu. Ale Felki ani śladu. Jasne, skoro w piwnicy siedziała!
Ale jak to możliwe, jeśli kocica do piwnicy nigdy nie chodzi? Doszliśmy do wniosku, że musiała wejść przez jedno z piwnicznych okienek, które mój mąż w ciągu dnia otworzył, a potem, wieczorem zamknął, nie wiedząc, że kotka w jakimś kącie siedzi.
- Za dużo tych kotów jest, nic dziwnego, że wszystkich dopilnować nie sposób - stwierdził mąż filozoficznie, gdy już szykowałam się do nie za krótkiej tyrady na tematy związane z brakiem odpowiedzialności, wyobraźni, etc.
- Biedna Bela (ksywka Feli), ale musiała zmarznąć, ale się wybrudzić - użalałam się nad kotem, nie chcąc pamiętać o tym, ile to razy tego roku "biedna Belunia" nocami po dworze się szwendała, nie wiedzieć gdzie, z kim i po co.

A na dworze cieplutko, 21 stopni, choć niebo lekko zachmurzone się robi, więc pewnie znowu padać będzie. Pelargonie, papryczki i agawa na ganku w całej krasie jeszcze stoją, brzozy wciąż zielone,no może takie żółtozielone, i tylko na południowej ścianie dzikie wino powoli zaczyna się przebarwiać.

Ławeczkę Rudolf ze Szkaradziejem okupują, więc nie ma co na trzeciego, z komputerem w dodatku, się pchać. A niech sobie siedzą starzyki, niech drzemią.


Wczoraj jeszcze wisielczy miałam nastrój, po części pewnie tym zimnem i deszczem spowodowany, i czarne myśli w głowie.
A dziś proszę; słupek rtęci w górę, kilka promyków słoneczka, i człowiek już, jak ten kot, miejsca zacisznego sobie szuka, oczy przymyka, minę błogą robi, i absolutnie nie przejmuje się tymi okrzykami, dobiegającymi od strony drabiny opartej o daszek komórki: - Popatrz, popatrz, znów te wstrętne ptaszyska wszystkie winogrona mi zeżarły!

26 września 2009

Dunia i rosenthale


Kiedy oglądam i czytam blogi, na których autorki przedstawiają różnorakie swoje prace, od garderoby dzierganej szydełkiem przez obrazy wyhaftowane milionem krzyżyków czy szycie patchworków, na wykonywaniu kart okolicznościowych lub bizuterii kończąc, dochodzę do wniosku, że twórczość, chęć własnoręcznego przedstwienia swojego widzenia rzeczy i świata, jest nam przypisana, a przynajmniej większości z nas, jako cecha konieczna do życia.

Wśród tych wszystkich prac są rzecz jasna prawdziwe perły, małe dzieła sztuki po prostu. A wśród autorów, prawdziwych artystów (artystek raczej, bo jedynie dziewczyny w roli twórców występują) doszukać się można.
I wcale nie szkodzi, że wiele, większość na pewno z tych poduszek, woreczków, obrazków, wianuszków, chusteczek, makatek, pudełeczek, serwetek, i czego tam jeszcze, to zwykłe, ręczne robótki są.
Radość z wytworzenia, wykonania ogromna jest, no i jak poprawia naszą samoocenę. A te kilkadziesiąt, kilkanaśnie, a niechby i jedna tylko, pochwała, ochy i achy nad naszym dziełem w komentarzach zostawione, są przecież dla nas cenniejsze, niż pieniądz. Podbudowują nasze ego. I o to przede wszystkim chodzi.

Sama żadnej tego typu umiejętności nie posiadam; przegapiłam po prostu lata, w których małe dziewczynki na drutach dłubią czapeczki. W szkole nie znosiłam zwyczajnie lekcji p.n. prace ręczne, na których klasa, podzielona na dwie grupy, stosownie do płci - albo wbijała gwoździe do desek, które miały się na końcu okazać domkiem dla ptaszka, a zazwyczaj żaden skrzydlaty w nim nie zamieszkał, albo liczyła oczka w jakimś wymamlanym, krzywym okrutnie, wełnianym zwitku, jakiego nigdy na szyi młodej dziewiarki się nie zobaczyło.

Dziś, jeżeli już coś muszę lub chcę sama zrobić, to zaopatruję się w stosowną literaturę, studiuję ją, następnie staram się instrukcje dosłownie wykonywać. Albo 'gugluję', wynajduję tutoriale, które dosyć licznie i chętnie wiele osób udostępnia i uparcie, przez naśladownictwo, jakiś tam woreczek albo poszewkę uszyję.
Jeżeli się uda, to znaczy praca w sposób rażący od oryginału nie odbiega, to cieszę się oczywiście, przekonana, że jednak prawdziwe jest powiedzonko: Nie ma rzeczy niemożliwych.
Ale bardzo szybko, za szybko, nudzą mnie te roboty, przy trzeciej poszewce lub piątej serwetce nie mam już ochoty dalej się tym zajmować. Na dłużej zatrzymałam się tylko przy decoupage'u. Zrobiłam nawet więcej niż kilka rzeczy tą techniką. Jednak i ona dzisiaj mnie znużyła i zmęczyła, opatrzyły mi się przedmioty w taki sposób dekorowane, powiem nawet i to - po prostu przestały mi
się podobać.

Teraz to już nie za bardzo nawet wiem, co począć z tą rozgrzebaną szafą w sypialni, która jedne drzwi ma tak pomalowane, ale pięć zostało, i czeka, czy z tą ramą do lustra, z kwiatkami ponaklejanymi, a co gorsza, już przylakierowanymi, których ponownego szlifowania mój mąż kategorycznie odmówił: - Przecież dopiero co prosiłaś, abym ci tę ramę do żywego drewna odczyścił, bo dekupażować ją będziesz! Opraw lustro i powieś jak jest, bo koty znów rozbiją!

I owszem, Dunia właśnie skazała na kubeł do śmieci jeden z moich ulubionych 'rosenthali' - deserowy talerzyk stanowiący komplet śniadaniowy z filiżanką i podstawką.
Wczorajszej nocy tak się tłukła po domu, tak bez ustanku zmieniała miejsca drzemki, aż wylądowała na tym talerzyku. A gdzie stał talerzyk? A na TV. A dlaczego tam stał? A bo tam go postawiłam. Więc do kogo pretensje?
Podła Dunia. Natychmiast wygoniłam ją na dwór, choć dochodziła dopiero piąta. I o to Duni chodziło, od dwóch mniej więcej godzin.

A na świecie jesień. Skąd wiem? W ogródku właśnie pokazały się grzyby.

10 września 2009

Nerwy jak postronki trzeba mieć




Po prostu nie mam zdrowia do tych kotów naszych. Dopiero w ubiegłym tygodniu Lolita na cztery doby z domu zniknęła. Zaczęłam się poważnie martwić, że przydarzyło jej się coś naprawdę złego, że może nawet ją straciliśmy. Ale kocica pojawiła się piątego dnia, wygłodniała tak, jakby na krawędzi śmierci głodowej się znajdowała.

Przez całą noc oka nie zmrużyłam, bo Lolisia "nasza najdroższa" tak się tuliła, tak pieszczot się domagała, tak mruczała, tak łebek pod moje ręce podsuwała, że o spaniu mowy nie było. Z obawy, aby kotka trwałego, psychicznego urazu nie doznała musiałam każdą jej zachciankę czułostkową spełnić, miski z coraz to nowym jedzonkiem podsuwać. Pewna nawet byłam, że się pochoruje z tego obżarstwa, ale nie; pochłonęła olbrzymie, jak na jej możliwości, ilości jedzenia, i nic.

Po niewielu dobach kolejnych Lolisia, dopieszczona i dokarmiona, wczoraj na noc znów się urwała, do domu nie wróciła, a ja przez pół nocy schodziłam, nawoływałam, prosiłam, błagałam; ale nawet w zasięgu mojego wzroku się nie pojawiła.

Więc co, myślę sobie, dosyć tego zamartwiania, dosyć tego niedospania, dosyć godzenia się potulnego na te kocie chimery, na tę nastrojów zmienność.
Od tej chwili przestaję się przejmować; kto chce wraca do domu, kto woli spać na dworze - proszę bardzo.
I powodowana tym mocnym postanowieniem około wpół do pierwszej spokojnie położyłam się do łóżka, z zamiarem nie ruszania się z niego do białego rana.

I co? O wpół do drugiej, a chłodno dosyć było, w piżamie stałam na ganku coś około kwadransa i nawoływałam cichutko, bo głos jak diabli po nocy się rozchodzi, a naokoło wiele osób mieszka (za naszym płotem osiedle bloków stoi, może niezbyt duże, ale mieszkańców sporo), i cisza idealna wprost panuje.

Oczywiście wołałam bez skutku. To powlokłam się z powrotem do łóżka, ale nie na długo. O czwartej nad ranem znów schodziłam. Zmarzłam jak pies przysłowiowy, ale Lolisi ani śladu.
O szóstej zbudził mnie Szkaradziej, bo uznał, że najwyższa pora wyjść i końcem lata się nacieszyć. No to wstałam. Nawet chętnie, przekonana, że skruszona Lolita na progu potulnie wyczekuje, aż do domu ktoś ją wpuści. Ale srodze się zawiodłam.

Lolka zjawiła się, owszem, około jedenastej, cała w skowronkach. Grzebała w misce za lepszymi kąskami, ale tylko Whiskas był, to go potraktowała jak zwykle, to znaczy oblizała trochę galaretki, a resztę zostawiła.

Byłam na nią wściekła. A niech sobie głodna siedzi. Kotka zwinęła się na łóżku w kłębuszek i spokojnie zasnęła. Potem to już we wszystkich możliwych pozycjach w betach pochrapywała. Po jakieś godzinie nie wytrzymałam. Poszłam do kuchni, wyciągnęłam z lodówki jeden kotlecik, co to miał stanowić mój obiad, i pod nos Lolisi zaniosłam. Zjadła wszystko, do okruszka. I tym mnie uszczęśliwiła.

7 września 2009

Jeszcze tylko dwa tygodnie lata

Nasz Piesek







Jabłek tego roku mało




Jakieś chwasty okropne ogród opanowały



W "drewniaku", jak wszyscy nazywają sklepik GS-u, nie było dziś bułek, więc Bazyl, który chodzi razem z moim mężem co rano, to znaczy o dziesiątej, po chlebek lub bułeczki, i z pewnej odległości, spod kubła na śmieci obserwuje drzwi sklepu, bardzo był zaniepokojony, że mąż nie wraca do domu, ale idzie dalej, do "Biedronki", aby tam kupić pieczywo.

Bazyl, po dłuższym namyśle, bo ta trasa nie jest przez niego "obchodzona", postanowił także wyruszyć. Każdorazowo mąż się denerwuje taką kocią eskapadą, no, bo zawsze zdarzyć się może jakiś pies bez smyczy, albo jakiś dzieciak złośliwy lub niezbyt rozgarnięty, mogące Bazylowi krzywdę zrobić.

Droga Bazyla jest oczywiście wielokrotnie dłuższa od trasy, jaką człowiek przebywa. My mamy skłonność do wybierania najkrótszej drogi, dwa punkty łączącej, kot zaś zupełnie odwrotnie. On nie tylko wybiera drogę jak najdłuższą, on jeszcze celowo szuka sobie na niej różnych utrudnień.

Bazyl zajrzy pod każdy krzaczek, pobiegnie pod wszystkie, w zasięgu jego wzroku stojące kontenery, pomyszkuje pod każdym zaparkowanym autem. Chętnie obejrzy a to jakiś porzucony karton, a to kałużę obada, czy w niej może jaka rybka się nie pluska, a przy tym wielokrotnie jeszcze zawróci, aby dokładniej spenetrować takie miejsca.

Bazylek chowa się pod Biedronką w miejscu, skąd widzi wejście. I czeka. Oczywiście robi mężowi gorzką i głośną wymówkę, jeśli czekał zbyt długo i zdążył się wynudzić. Albo radośnie go wita, tańcząc i skacząc wokół, jeśli według jego własnej miary, powrót nastąpił szybko.
Teraz wracają obaj do domu. Bazyl już prostą drogą zmierza do naszej furtki, i zaraz za nią pada. Taki jest zmęczony. Zrobił przecież ze dwa kilometry. Trochę się bał. Trochę się bawił. Musi zregenerować siły. A po jakimś kwadransie znów będzie "na chodzie". Wybierze się do tego narożnego ogródka na naszej uliczce. Na spotkanie z kurami.

Raz czy dwa do Bazyla dołączał drugi z bliźniaków, Filipek. Ale Filip ostatecznie nie zasmakował w takim psim zachowaniu naszego Bazylka.
Kot Bazyl pozostał więc naszym jedynym Pieskiem.

Ponieważ lato się kończy, postanowiłam od dziś każdego dnia tego finiszu, to znaczy przez dwa kolejne tygodnie, robić coś tylko dla siebie. Ma to być jakaś mała przyjemność, całkiem niepraktyczna, zupełnie niepotrzebna z punktu widzenia domu, czy zwierząt.
Dziś jest to impreza muzyczna, nie z radia, ale moja prywatna, nadawana ze starego gramofonu, p.t. Borys Godunow M. Musorgskiego. Wersja opracowana przez Rimskiego-Korsakowa. Prolog i Akt I. Bez przesady; akt II - jutro.
A potem stary, dobry jazz. Klasyczny. Na tym samym gramofonie.

Więc siedzę sobie, nic nie robię, tylko słucham, a myśli bujają w przestworzach.

27 sierpnia 2009

Zegary wszystkie stoją









Jakoś tak przedwczoraj do głowy mi przyszło takie oto spostrzeżenie; wszystkie zegary w naszym domu zwyczajnie sobie stoją. To znaczy nie chodzą. Chociaż wszystkie, oprócz jednego, ostatnio przeze mnie odnawianego, są przecież sprawne, na chodzie.
Nawet mój zegarek naręczny stoi. Ale w nim to akurat bateria się wyczerpała. Coś około pięciu miesięcy temu. Więc co to może oznaczać?
Tyle tylko chyba, że bez pośpiechu się u nas wszystko dzieje. Rytm doby zwierzęta wyznaczają; spanie, jedzenie, drzemka, polowanko, przekąska, włóczęga po okolicznych ogródkach, obiadek, znów przechadzka, zbieranie tego towarzystwa kociego do domu, na noc, kolacyjka, i dobranoc. Odpchlanie czasem, odrobaczanie jeszcze rzadziej, częściej wyczesywanie, czyszczenie nosów, uszu i oczu.

Oj, tego kociska nasze nienawidzą. Uciekają, kryją się skutecznie po różnych zakamarkch, ale przechytrzone jednak, złapane i na rękach, na parapet łazienkowego okienka zaniesione, gdzie jasno jest,więc wszelkie brudy zauważyć łatwo, a framuga okienna pozwala niecierpliwca na miejscu utrzymać, zachowują się różnie.
Lolita, na przykład, mruczy donośnie, krzyczy prawie, aby mnie oszukać, że dobrze jej bardzo i chętnie poddaje się tym higienicznym zabiegom. Chce moją czujność uśpić i czym prędzej czmychnąć na dwór.
Rudolf z kolei, który latami prawdziwy cyrk urządzał przy wyczesywaniu, darł się tak głośno, jakby ze skóry był obdzierany, ostatnio całkowicie swoją taktykę zmienił; łasi się, siedzi cicho jak trusia, i od czasu do czasu języczkiem rękę z grzebieniem (gęstym) liźnie. Ale kiedy tylko głowę na moment odwrócę, Rudy momentalnie pod muszlą już siedzi i siłą stamtąd wyciągać go trzeba. Natomiast Szkaradziej właśnie odwrotnie; dotąd lubił bardzo, kiedy się nim zajmowano, a nawet domagał się wyczesywania, czochrania, głaskania, i wszelkiego tarmoszenia, teraz głośno wyraz swojemu wielkiemu niezadowoleniu daje, a zamiast czesania woli się wytarzać w piachu. Potem wstaje z takiej ziemnej kąpieli, popielaty cały, z ziarenkami w futrze, źdzbłami i innymi paprochami, i dopiero wtedy jest co wyczesywać.
Właściwie tylko Filipek poddaje się dobrowolnie, ale to jego liche futerko, to ciałko chudziutkie nawet pchły omijają.

Więc jak bez "chodzących" mechanizmów żyjemy? Zwyczajnie. Nikt i nic nas już nie goni. Obowiązkowo, to tylko na Boże Narodzenie i Sylwestra mój mąż sprężyny nakręca, czas ustawia, bicie reguluje. A poza tym od czasu do czasu jedynie, aby nostalgiczną atmosferę stworzyć, któryś zegar do życia obudzi. Głośne tykanie i jeszcze głośniejsze godzin wydzwanianie jest nastrojowe bardzo.

Zegarów i zegarków trochę mamy: zbieraliśmy je dość długo, są wiszące, kieszonkowe i naręczne. Niektóre ładne bardzo. Były w naszym zbiorze jeszcze inne, kieszonkowe, złote, z dewizkami, już zabytkowe. Niestety, zwyczajnie zrabował je nam (i inne przedmioty) pewnien poznański antykwariusz,a raczej pseudoantykwariusz. Nie miałam nerwów (ani pieniędzy) aby po sądach się włóczyć z tym przestępcą. No, cóż. Raczej nie wrócą czasy, kiedy w tej części Europy za kradzież rękę ucinano.
Ale przepięknych zegarków szkoda.
A życie i tak sobie tyka.

17 sierpnia 2009

Z drugiej ręki, z pierwszej ręki

Lolisia zaczajona

Feluszka pozuje



Kiedy trafiłam na blog Pchli Targ, który założyła Sara i udostępniła go 100 (tak, stu kolejnym osobom) do wspóltworzenia, postanowiłam dołączyć i także zaoferować przedmioty, które z różnych przyczyn nie są potrzebne w naszym domu. Okazało się, mimo kilkukrotnego już przeprowadzania "remanentów", że takich rzeczy wciąż jest za wiele. Wystawiłam część, niektóre już zmieniły właścicieli, inne być może w przyszłości spotkają się z zainteresowaniem.

W każdym razie ta inicjatywa była bardzo potrzebna, a ruch na Targu zaczął osiągać rozmiar prawdziwego, realnego targowiska, przynajmniej takiego, co to w każdą środę w jakimś niewielkim miasteczku się odbywa.

Przekupki, jak same siebie nazywają osoby tu sprzedające czy wymieniające przedmioty, z tak zwanej "drugiej ręki", za kwoty zdecydowanie symboliczne, zgodnie zresztą z ideą Pchlego, stale swoje grono rozszerzają. Tak więc powołane już są do życia młodsze siostry Pchlego Targu i zaczyna się powoli wyłaniać coś na kształt specjalizacji; tu sprzedaje się przedmioty dekoracyjne, gdzie indziej ciuchy albo rzeczy dziecinne.

Niezmiernie mi się podoba i nawet trochę zadziwia ta ochota do działania, inicjatywa, ta pomysłowość dziewczyn; pań i panienek. Bo panów tu raczej nie spotkasz.
Tak się zastanawiam, że przy tej dynamice może niezadługo dojść do sytuacji, w której "nasze" targi całkowicie przecież społeczne, zagrożą pozycji profesjonalnych serwisów aukcyjnych, gdzie za wystawienie przedmiotu zapłacić trzeba, i od sprzedaży marżę policzy ci właściciel.

Wszystkie, albo prawie wszystkie przekupki prowadzą także swoje własne, osobiste niejako blogi. Zaczęłam zaglądać na niektóre z nich.
Boże! Ale pomysłów, ale własnoręcznie wykonanych prac, przedmiotów! Ile pasji, zaangażowania w urządzanie, w dekorowanie własnych czterech kątów, swoich ogrodów, w ogóle swojego życia! Tu się piecze i czyta. Wychowuje dzieci i słucha muzyki. Podziwia dzieła duże i tworzy własne, mniejsze trochę. Pisze się wiersze, fotografuje, świat zwiedza i własną ziemię podziwia. Zwierzęta się kocha, przyrodę szanuje.

Iluż rzeczy od nich się nauczyłam. Tu poznałam tajniki decoupage'u, gdzie indziej znalazłam przepis na uszycie poszewki (jakże się przydał do własnoręcznego wykonania zmiany pościeli, w angielskie róże oczywiście), a tam pokazano mi, krok po kroku, jak mebelek niewielki odnowić.

Warto, naprawdę warto choć od czasu do czasu odwiedzać te blogowe salony i saloniki, aby z pierwszej ręki brać wiedzę o działaniu wspólczesnej Polki, od studentki, po damę na emeryturze.

I, że też im wszystkim, to znaczy przekupkom, się chce! Bo gdyby nie nasze koty (to dla nich działam), nawet palcem w bucie bym nie kiwnęła. Tak, tak.

13 sierpnia 2009

Goście znad Renu

Jezioro Otmuchowskie

Otmuchów


Bily Potok



Bily Potok

Kłodzko


Kłodzko


Dzierżoniów


Kiedy przyjaciele nasi odjechali dziś rano po krótkiej, tygodniowej zaledwie wizycie, w domu zrobiło się tak jakoś pusto i przykro.
W dodatku, a takie to już ich podróżne szczęście, deszcz zaczął padać dość rzęsiście, więc obawialiśmy się, że drogę będą mieli trudną. Ale po trzech kwadransach już telefonowali, że szczęśliwie z krajowej "ósemki" zjechali na autostradę A4.
No, to odetchnęliśmy, choć z ulgą to zrobimy, jak już wieczorem u siebie, nad Renem bezpiecznie wylądują.

Te parę dni to był szczęśliwy czas, bo przecież tak przyjemnie jest spotkać się, gadać aż do zmęczenia, wspominać dawne (pewnie, że wspaniałe) czasy, jeździć sobie wspólnie, podziwiając krajobrazy.
Od ostatniego naszego spotkania minęły cztery lata i choć rozstając się wówczas snuliśmy wspaniałe plany, jak to za rok, a najdalej za dwa znów się zobaczymy, gdzie pojedziemy, co będziemy robili, to jednak życie, jak zwykle, z tych planów sobie zażartowało.

Tym razem zwiedziliśmy Otmuchów, ładne miasteczko na Opolszczyźnie, a ponieważ pogoda była upalna posiedzieliśmy dłużej nad Jeziorem Otmuchowskm, pięknie położonym, w otoczeniu starodrzewiu, sztucznym zbiornikiem na Nysie Kłodzkiej, o powierzchni ponad 20 km2.
Wracając do domu nie omieszkaliśmy wpaść do braci Pepików.
Przed czterema laty tam właśnie, w Javorniku, zwiedzaliśmy zamek Jansky Vrch. I mimo, że we wspólnej już Europie, musieliśmy wówczas przed granicznym szlabanem się zatrzymać, aby straż mogła nas wylegitymować.
Teraz o wielką politykę się otarliśmy: brak zapór, funkcjonariuszy, a nawet ograniczenia prędkości przypomniał, że "po Schengen" swobodnie już możemy się w granicach Unii przemieszczać.

Piwko tylko, moim zdaniem najlepsze na świecie, załadowaliśmy, i zmęczeni ale wrażeń pełni wracaliśmy do domu, i do kotów.

A koty, jak zwykle podczas wizyt gości; w panice udawanej tylko, albo rzeczywistej (bo wiadomo, że kto jak kto, ale kot na dramaturgii świetnie się zna), na razie po kątach się kryły, oczywiście za wyjątkiem Szkaradzieja, ulubionego kota Schatz, który nie tylko kryć się nie zamierzał, ale przeciwnie, o swojej obecności nieustannie przypominał, najpierw trochę nieśmiało, ale poźniej to już całkiem nachalnie. Stale był obok gości, o nogi się ocierał, głodny, czy nie, dopominał się kąsków. I popisywał się trochę także.
Stopniowo i pozostałe koty przekonywały się, że przyjaciele, nie wrogowie do domu zjechali. Jasne, że z bagażnikiem wypchanym kocimi daniami.

Tylko Filipek, ten mały nicpoń, który dotąd na noce znikał, teraz i na całe dnie zaczął przepadać. Zresztą bez przerwy miałam wrażenie, że Filip po prostu bezczelnie wykorzystuje sytuację, aby z domu bezkarnie się urywać. Zarówno bliźniaki, jak i Felę, ich mamę, goście z opowiadań tylko znali. I właściwie, jeśli o Filipa chodzi, do ich odjazdu tak zostało. Mały włóczykij stale był nieobecny.

Zwiedzaliśmy także inne, nastrojowe miejsca w tych uroczych dolnośląskich miasteczkach, głównie starą, miejską zabudowę, jakże pieczołowicie ostatnimi czasy przywracaną do dawnej świetności. Patrzyłam na to z niejaką zazdrością, bo wydaje mi się, że miejski samorząd wszędzie w okolicy działa lepiej lub gorzej, ale jednak. Tylko ten u nas zwyczajnie sobie śpi.

Pogoda bez przerwy nam dopisywała, a i humory mieliśmy znakomite. Już nie pamiętam, kiedy tak dobrze się bawiłam.

A potem, niestety, trzeba się było żegnać. I kiedy się znów zobaczymy?

26 lipca 2009

A jeże bety suszą

Filipek maleńki



Troszkę większy



Wyrostek




Nastolatek starszy


Już duży


Dorosły całkiem



Elżbieta wróciła z żagli na Mazurach, jak co roku zachwycona pięknem tej ziemi i pełna wrażeń. Byli na jeziorach ze swoim psem, a na zaprzyjaźnionym jachcie pływała kotka. I właśnie to zwierzątko, jego zachowanie tak mnie zaintrygowało; kotka ta była dzielnym członkiem załogi, na postojach harcowała po przybrzeżnych zaroślach, a kiedy podejmowano rejs, wzywana do powrotu, bez ociągania stawiała się na łódce. Otóż to: bez ociagania!

Dlaczego zawsze tak jest, że tylko obce koty wykazują różne cechy, które z wielkim zadowoleniem obserwowałabym u naszych zwierząt, zwłaszcza tę natychmiastową reakcję na wołanie. Nasze, niestety, wołane czy nie wołane, wracają do domu kiedy chcą.
Nawet te codzienne burze i ulewy, co tam ulewy, potopy po prostu, nie skłaniają kotów do siedzenia w domu. Nie mam pojęcia gdzie one się kryją, bo przy tak intensywnych opadach żadne krzaki, nawet taki busz, jak w naszym ogrodzie, nikomu schronienia nie zapewni.

Najlepszym tego dowodem są jeże, które wyglądają każdego promyka słońca i przed swoim domkiem rozkładają te przemoczone liście, trawę, jakieś łodyżki, i suszą je sobie na posłania. Szukając w nocy pożywienia, nieźle się namokną, jako że po nocach właśnie najczęściej leje, nic więc dziwnego, że łapią te pogodne godziny, aby się wysuszyć i rozgrzać.

A najgorzej jest wszelkim żuczkom, biedronkom, pajączkom, które na ziemi, wśród roślin swoje miejsca mają; domki potraciły, a same, jeżeli, to pewnie ledwo z życiem uszły.
Żal mi też ptaków. Kiedy widzę te ociekające piórka, zafrasowane miny, to myślę, że też się martwią tą aurą zwariowaną.
Chociaż, co do hodowlanych gołębi, muszę samokrytycznie przyznać, że moje odczucia tak do końca za bardzo przyjazne nie są. Ptaszyska codziennie, od lat, w liczbie od kilkunastu do kilkudziesięciu lądują niczym jambojety na daszkach nad lukarnami, tymi co to są newralgicznymi punktami naszego dachu; najbardziej, jako papą kryte, narażone na wszelkie uszkodzenia skutkujące nieszczelnością, wiadomo do czego prowadzącą.
Gołębie włażą do rynien, w których kąpią się, i z których piją, gadają, debatują, pokrzykują, tupią tak głośno, że od wczesnego ranka spać nie można.
Więc wstałam wcześnie, tym bardziej, że Filipka znów w domu nie było. Zawsze martwię się o tego chudzinę. Weszłam do salonu, aby otworzyć okna, bo oczywiście przy tych burzach trzeba wszystko na noc zamykać, a tu Filip jak z procy, z kanapy wyskoczył! Na kanapie leżały świeżo wyprane i wyprasowane firanki i zasłony, czekające na powieszenie. Nie muszę chyba wspominać, w jakim stanie je zastałam. To wczoraj wieczorem mąż przez nieuwagę zamknął tam Filipa.
Ale, że ten mały awanturnik nie miauczał, nie dobijał się do drzwi? Widać zadowolony był bardzo, że cały salon miał wyłącznie dla siebie, i cała kanapa była tylko dla niego. A firanki, no cóż. Filipek niewinny. Dostało się mężowi.















19 lipca 2009

Ciasto z morelami









W tym roku wcale nie zapowiadała się klęska morelowego urodzaju, bo wiosną przecież pszczół nie było, aby nasze drzewo, co to ma już ze czterdziści parę lat, zapylić. Ale jednak zawiązki owoców się pokazały, no i teraz jest ich w bród. Niestety, ostatnie nawałnice, to znaczy grad przed paru dniami, wichury i wczorajsza burza, strącają morele na ziemię. A ponieważ drzewo wysokie jest, a owoce miękkie, co dzień leży pod nim dywan z "plaskatych" morelek. Część z nich jest do uratowania, więc zbieramy je i przetwarzamy.
Stoję nad zlewozmywakiem i myślę, ile to wody dodatkowo do kanalizacji miejskiej, niewydolnej już, płynie. Dosłownie hektolitry się zużywa, aby wypłukać morelki z ziemi, trawy i patyczków. Jakby tej z nieba spadającej mało było. W dodatku za wodę i ścieki słono zapłacić trzeba.

Dżemy robię ze zwykłym cukrem, bo mój mąż jest zdania, że ten żelujący powoduje zatracenie prawdziwego smaku owoców. No nie wiem, czy do końca tak jest, ale kiedy przypaliły mi się już dwa garnki od tego długotrwałego gotowania, postanowiłam jednak te fixy kupić.
Z piętnaście kilo moreli już mam, a kolejne dalej spadają. Więc są marmolady, kompot bez przerwy się gotuje, i oczywiście ciasto morelowe wczoraj wieczorem upiekłam. Od razu pół tortownicy pochłonęliśmy, takie było dobre, choć morelki tego lata kwaśnie, jak nigdy.
Żaden kot ciasta spróbować nawet nie chciał, przyglądając się nam, jedzącym, z niejakim politowaniem. A w lodówce dalej gary obranych już owoców na przerób czekają.

Wcześniej zrobiłam dżemy z wiśni-szklanek. Parę słoiczków tylko, bo resztę te skrzydlate złodziejaszki, kosy głównie, skonsumowały. Z zadziwiającą precyzją potrafią najdojrzalsze wisienki wybierać, i dokładnie objadają drzewko, od góry poczynając.
Pod wiśnią, na piechotę, pisklak kosa się przechadzał, a z odległości dwóch kroków obserwowała go Lolita. Kiedy mąż to zauważył, porwał małego na ręce, czym wywołał awanturę nie lada: kosica, która widać czuwała nad swoim dzieckiem nieopodal, istne piekło zrobiła. Tak wrzeszczała, podlatywała, pikowała, sądząc, że mały napadnięty został i niebezpieczeństwo mu grozi, że "napastnik" na koniec ogrodu pognał i tam młodego kosa, podrzucając go do góry, wypuścił. Ptaszek poleciał, ale nieporadnie jeszcze bardzo. A Lolisia zawiedziona była, oj zawiedziona.

Roboty różne domowe, rozgrzebane w połowie leżą, bo to za gorąco, albo za deszczowo jest, i nie wiadomo dokładnie, kiedy doczekają się finału.Wolimy obserwować, jak Kubuś-jeż, w biały dzień, bo o dziewiątej rano, Kubusiową przyprowadził do misek z jedzeniem, które w nocy dla Leona i Łaciaka wystawiłam. Kocury w piórka zaczynają chyba obrastać, bo z misek zniknęła kocia konserwa, ale domieszany do niej makaron został nietknięty.
Jeże z jednej miski wyjadały z zapałem wielkim te kluski i dopiero, kiedy z aparatem podbiegłam, aby ten niebywały dla mnie widok utrwalić, jeden ze zwierzaków czmychnął pod auto (żona?), ale drugi (mąż?), wcale nie spłoszony moim widokiem, dalej wcinał śniadanko.

Oczekując wizyty naszych Nadreńczyków, z których jedno jest zagorzałym kibicem sportowym, zdecydowaliśmy się na instalację videostrady, aby Schatz pozbawiony nie był swoich transmisji ulubionych.
Kilka dni temu dostaliśmy dekoder i postanowiliśmy dziś go podłączyć. Niestety, okazało się, że nasze stare Panasoniki nie mają odpowiednich wejść na jakieś tam kable scarty. Telemaniakami to raczej nie jesteśmy i za wiele się tym nie interesujemy. Ale oczywiście zaraz dostało mi się, że zamawiam, nie zasięgając informacji o szczególach. Ach, te chłopy!
Wcale się nie zdenerwowałam tylko zadzwoniłam po pomoc techniczną. Okazało się, że trzeba dokupić "przejściówkę" za parę złotych w sklepie z kablami i wszystko będzie grało, dosłownie i w przenośni.

No to zrobiliśmy kawę i zjedliśmy drugą połówkę tego ciasta z morelami, i już.

12 lipca 2009

Pada i pada, a koty się nudzą

To ja, Dunia
Trochę śpię, a trochę czuwam


Leje, pada, znowu leje. I znowu pada. Z krótkimi przerwami. W piwnicy mury są tak nasiąknięte wodą, że można je dosłownie wykręcać. W kuchni zapałki nie chcą się zapalać. A w łazience papier toaletowy przypomina mokre kompresy. Tak jest od pięciu tygodni. Choć i tak mamy duże szczęście, bo w pobliżu nie przepływa żadna rzeka, potok czy choćby strumyk, a te właśnie, wezbrane do ogromnych rozmiarów, są powodem wielu ludzich nieszczęść. Tu, na Dolnym Śląsku, najgorszą sytuację mają mieszkańcy kotliny kłodzkiej, a to dosłownie o rzut kamieniem od naszego domu.

Nasze zwierzaki, niezadowolone kiedy intensywnie pada, bo przecież niecierpią być zmoczone, z udręczonymi nudą obliczami, przesypiają po wiele godzin w różnych miejscach w domu. Ale wybiegają natychmiast na dwór, gdy natrafią na choćby małą dziurę deszczową. Wtedy szaleństwa wyprawiają straszne, biegają, polują, wąchają i badają wszystko, wylegują się na tej ociekającej wodą ziemi. Potem podłogi, schody, łóżka, krzesła, no w ogóle cały dom, są tak zabłocone, że ja już całkowicie bezradna i zniechęcona, przestałam na to reagować. Mieliśmy dom wyporządzić na przyjazd gości naszych miłych, nadreńskich, ale jeśli taka pogoda się utrzyma, to będzie to po prostu fizycznie niemożliwe.

A tymczasem przeszły ponuro urodziny naszych maluchów, to znaczy Filip i Bazylek skończyli właśnie po dwa lata. Ponuro, bo jak co dzień padało, a co to za dzień, w którym wyjść nie można? To dzień zwyczajnie zmarnowany, zwłaszcza dla włóczęgi Filipka. Choć Bazyl także pasjami lubi łazikować samotnie. Odwiedza codziennie pewien ogródek, po którym kilka kur spaceruje. I choć Bazyl zachowuje się w sposób znacznie odbiegający od standardowego kociego, to raczej wątpię, aby z przyjaźni do tego ptactwa tam zaglądał. W dodatku jest to kot towarzyski bardzo, pozwala się wszystkim głaskać, przysłuchuje się z zadartą do góry główką, kiedy obce całkiem osoby go komplementują, łazi bez obawy środkiem naszej uliczki, po której przecież paru gamoni potrafi przejechać osiemdziesiątką swoją "furą", z wyciem silników i głośników.

W końcu czerwca także Lolisia miała urodziny. Ale ona pierwszą młodość ma za sobą; skończyła sześć lat. Jak zwykle jest urocza, pełna wdzięku i gracji, jednak zauważyłam, że już skoro świt z domu nie wybiega, lubi pospać dłużej, do dziewiątej nawet. W ciągu dnia także przychodzi ułożyć się gdzieś wygodnie i podrzemać. Cóż, czas dla wszystkich jednakowo jest nieubłagany.

Mama Lolity, Dunia, to już ośmioletnia kocia matrona, ale bawić jak kocię nadal bardzo się lubi. Udawane polowanie na lisią łapkę, z krzykami, podchodami, chowaniem tego biednego lisiego szczątka do pudełek, dziur jakiś, a potem odnajdowanie go z wrzaskiem, przyprawiającym mnie każdorazowo o łomotanie serca, to jej najprzedniejsza rozrywka. Dunia, dumna i "niedotykalska" także od jakiegoś czasu przejawia dużą chęć do przytulania i siadania obok człowieka. Asystuje chętnie zwłaszcza przy śniadaniu, i czeka na kąsek, choć wiem dobrze, że nie lubi na przykład ciasta czy sera; bierze kawałeczek ze względów towarzystkich.

Leon, nasz stołownik, już kilka miesięcy temu przyprowadził podobnego sobie kloszarda do naszego ogrodu. Teraz pospołu siadują na progu, a ja sumienia nie mam, aby je przeganiać, bo tylko na tym progu chociaż trochę przed opadami daszek je chroni. Oczywiście Leon musi teraz dzielić się swoją porcją z koleżką, który tak jest wygłodzony, że łapą wyszarpuje jedzenie z miski. Chodzące kocie nieszczęście. Skóra i kości. Zainfekowane okropnie uszy. W biało (kiedyś, po urodzeniu)-czarne łaty. Nawet imienia nie dostał. Przezywamy go "Łaciak".

Tak; dla większości istot życie niewesołe jest, oj, niewesołe.

22 czerwca 2009

Chleb powszedni



Ta listopadowa wręcz pogoda jest tak przygnębiająca, że mimo mnóstwa różnorakich powinności, człowiek z kąta w kąt się snuje, nic konkretnego nie robi, a dnie, całe wilgotne, przez palce łagodnie sobie przeciekają.
Pomyślałam, że taka aura skisła pomocna może być wielce w dosłownym kiszeniu żywności. Ale czego? Na ogórki czy pomidory jeszcze za wcześnie. Padło na chleb. Więc mój mąż zamówił w sklepiku GS-u, gdzie od lat chleb kupujemy, mąkę żytnią, której tu w innych sklepach nie uświadczysz.
O dziwo, zamówienie zostało zrealizowane szybko, więc pozostało mi tylko zabrać się do roboty.
Liczne strony w Sieci, na których tysiące przepisów i porad, dyskusji i fotografii, rozważań na temat bakterii i drożdży, pozwalają na dowolne zgłębienie tematu.
Tak więc, bogatsza w wiedzę o rozmnażaniu (płciowym bądź bezpłciowym) drożdży, typach i rodzajach mąk (od amerykańskich, przez francuskie, po australijskie), historii wypieku chleba, mającej 12 tysięcy lat, i innych informacji, niezbędnych zapewne do przygotowania ciasta na jeden bochenek, zabrałam się do zrobienia zakwasu.

Sądząc po dyskusjach na forach, ukwaszenie kilku garści żytniej mąki z wodą z kranu stanowi problem nie lada; dopytywanie o zamianę miar w szklankach, kubkach czy łyżkach na gramy albo filiżanki, gorace spory o kolorek, odcienie (szary, beżowy, czy zielony) i zapachy (octowy, cytrusowy, acetonowy) zaczynu, wielkość i liczebność (mało, za mało, dużo, za dużo) pęcherzyków powietrza, i temu podobne problemy świadczyć mogą jak poważnie podchodzimy do zagadnienia chleba naszego powszedniego.

Mój zakwas, zgodnie z dyspozycjami piekarniczych stron i blogów, gotowy był po pięciu dniach. I zrobił się sam, bez przeliczania stopnia hydracji (czy ma być 100 a może 130%), bez podglądania, mieszania i wąchania. Do plastikowego naczynia z pokrywką raz na dobę dawałam po jednej miarze mąki żytniej i letniej wody, rozmieszanych z sobą, aby nie było grudek. Szóstego dnia zakwas wyglądał jak na zdjęciu. Na pewno pomogła ta pogoda. Wybrałam przepis na chleb żytnio-pszenny. Rósł strasznie długo. Na pewno zawiniała ta pogoda. Po wyjęciu z pieca bochenek raczej nie przypominał tego z naszej piekarni; na blasze trochę rozlazł się na boki, i spłaszczył. W smaku niezły. Ale skórka - nieszczęście; jak na żołnierskim sucharze z czasu I wojny światowej - przegryźć się przez nią raczej trudno, można tylko żuć. Zdaje się, że to wina piecyka. Czyżby następny Whirlpool do wymiany? Ma przecież dopiero 12 lat!

Więc summa summarum (oprócz wydatków na koszyczki, blaszki, kamienie, i inne akcesoria do pieczenia chleba w domu) taniej jednak będzie kupowanie bochenka co drugi dzień w naszym sklepiku.
Poza tym smak bagietki na zakwasie moim zdaniem ustępuje "zwykłej" bagietce drożdżowej, które pieczemy przecież najczęściej. I chyba tak zostanie.

A nasze koty wpadły do kuchni, zziębnięte i zmoknięte, w nosie mając chlebowe dylematy. Żądają krabów. I pstrąga. I żadnego chleba.

10 czerwca 2009

Piwoniowe kraje



Chociaż jest tak zimno, że cały czas zastanawiam się, jak to właściwie jest z tym ocieplaniem się klimatu, to jednak drzewa są zielone, a kwiaty zakwitają.
Teraz rozwinęły się piwonie, za którymi przepadam. Pachną tak słodko i świeżo zarazem, że przytulenie twarzy do piwoniowego bukietu jest zawsze chwilą najwyższej przyjemności.

Wśród wielbicieli piwonii, których zapewne wielu, był i nasz noblista. Jeden z moich wierszy ulubionych to właśnie ten: "Piwonie kwitną, białe i różowe / A w środku każdej, jak w pachnącym dzbanie / Gromady żuczków prowadzą rozmowy / Bo kwiat jest dany żuczkom na mieszkanie..."
I, w przeciwieństwie do prozy, której admiratorką raczej nie jestem, jeszcze jeden szczególnie mi się podoba. Poeta w swoim ogrodzie, w Kaliforni. Ten nastrój, ten spokój, ta błogość, są urzekające:
"Dzień taki szczęśliwy / Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie /Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium /Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć /Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć /Co przydarzyło się złego, zapomniałem /Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem /Nie czułem w ciele żadnego bólu /Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle."

W ogrodzie, oprócz piwonii, rosną na potęgę pieczarki, i inne grzyby, i to w takich ilościach, że można byłoby codziennie potrawy z nich robić. Niestety, nie wiemy, czy to grzyby jadalne, choć wyglądają bardzo zachęcająco. Porównywałam je z ilustracjami w książkach i na stronach o grzybach w Sieci, ale stuprocentowej pewności co do ich "zjadliwości" nie nabrałam, więc nie będę ryzykować.
Zatrucie grzybami bardzo przykre jest, a my wolelibyśmy, jak mówi Jarek "umierać zdrowo".

Ale najważniejszą nowiną ogrodową jest zachowanie naszego jeżyka Kubusia. On właśnie znalazł sobie damę serca, i zaloty trwają od wczesnego popołudnia, co o tyle dziwne jest, że jak dotąd zawsze dopiero po zmierzchu zaczynał być aktywny. Jednak wiadomo; na miłość każda pora jest dobra. Jeśli panienka przyjmie awanse Kubusia to doczekamy się gromadki jeżąt.

Jeże rozmnażają się podobnie całkiem jak koty, samiczka rodzi dwa razy w roku do siedmiu maluchów, ciąża trwa 2 miesiące, dzieci, otwierające oczka po dwóch tygodniach, wychowuje wyłącznie matka. No i dobrze, że chociaż one same starają się o swoje wyżywienie. Bo nasze kociska, które do okruszka wyjadły już zapasy z ostatniej przesyłki, teraz z niecierpliwością oczekiwały na powrót Schatz z urlopowych wojaży, mając nadzieję na kolejną porcję smakołyków. I nie zawiodły się. Bo na Whiskasy nie mogły już patrzeć.

Czas tak szybko płynie, że te parę tygodni minęło jak z przysłowiowego bicza trzaskanie, i nasi Nadreńczycy wrócili w domowe pielesze, wypoczęci, zadowoleni, opaleni, pełni wrażeń i zdrowi. A że portfele znacznie lżejsze się zrobiły? No cóż, przyjemności zawsze kosztują.

7 czerwca 2009

Filip i polityka


Filip





Oj, coś nie zanosi się na wysoką frekwencję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Właśnie wróciliśmy z naszego lokalu wyborczego, a tam na listach uprawnionych do głosowania same puste miejsca. Co prawda jest dopiero pora obiadowa, ale zwykle pierwsza większa grupa wyborców meldowała się zaraz "po kościele".
Głupio, naprawdę głupio będzie, kiedy się okaże, że my, Polacy to faktycznie w nosie mamy tę całą Unię. Że potrzebna nam jest przy wyjazdach na wakacje, albo na saksy. Że ją uznajemy przy korzystaniu ze środków pomocowych. I tyle. Reszta - nie nasza sprawa.

Głosuję, choć zdaję sobie sprawę, że mój wpływ na skład naszej reprezentacji jest minimalny. Byłby znacznie większy, gdybyśmy rzeczywiście mogli wybierać wśród najlepszych. A to z kolei byłoby możliwe, gdyby partie rekomendowały ludzi godnych, o wysokiej osobistej kulturze, odpowiednio wykształconych. I obowiązkowo z dobrą znajomością choć jednego z oficjalnych języków Parlamentu. Tzw. pi-dżi English, czy dukanie po francusku może być pomocne na urlopie, ale nie w pracy, w dodatku parlamentarnej. Ale cóż. Dopóki o tę funkcję ubiegać się będą kandydaci oczekujący jedynie doskonale płatnej posady w zamian za zasługi (usługi) dla swoich partii, dopóty nie mamy co marzyć, aby nasz skład stanowiły same Danuty Huebner i Jackowie Saryusz-Wolscy.

Zahaczyłam trochę o wyborczy temat, wbrew własnemu postanowieniu, że na tym blogu żadnych politycznych wątków nie będę wprowadzała; opowiadam przecież tylko o naszych kotach i o zwykłych, codziennych sprawach. Choć, jak się mówi, nie samym chlebem człowiek żyje, czymś tam się przecież jeszcze interesuje.

Ale wracam do kotów. I jest do czego. Filipek, moja ustawiczna, od dwóch lat, troska, zaczął nam ujawniać prawdziwy swój charakter. Od przeszło tygodnia wszystkie, dosłownie wszystkie noce spędza pod gołym niebiem, i dopiero przed południem przychodzi do domu, a właściwie zakrada się do niego, tak jakby chciał być przeźroczysty. Cichcem, cichcem, i na górę, do sypialni, gdzie zakopuje się w betach.
Przypomina to całkiem zachowanie nastolatka (choć właściwie to faceta w każdym wieku), który wie, że przeskrobał, balując poza domem całą noc. Nie wiem, gdzie on łazikuje, co robi po nocy, kiedy tak zimno albo leje. Czyżby miał, jak to w męskim jest zwyczaju, jakieś dodatkowe przytulne gniazdko?
W każdym razie kiedy mnie zobaczy natychmiast chowa się pod łóżko. Dobrze wie, że zawinił. Ale i tak dostaje ostrą reprymendę; wypominam mu ile to razy schodziłam i bezskutecznie go wołałam. Potem naturalnie "przebaczam" Filipkowi i podsuwam miskę, a on wygłodniały, dosłownie rzuca się na jedzenie. Jeśli nie jest zbytnio usmarowany to idzie zaraz spać. I śpi jak zabity do późnego popołudnia, a nierzadko i do wieczora. Następnie wyspany, awanturuje się pod drzwiami, aby go na dwór wypuścić.
Pewnie, nie będę więzić kota w domu, wbrew jego woli, więc wypuszczam, łudząc się, że tym razem pobiega i do domu na noc wróci. Ale gdzie tam. Przez jakiś czas jest w zasięgu wzroku. Potem jednak gdzieś przepada. Mój mąż wiadomo, stronę Filipa bierze, i w kółko tłumaczy, że kot taką naturę ma; w nocy poluje, w dzień się wyleguje.
Ciekawa jestem jednak dlaczego to ta natura dopiero teraz na wierzch wypływa. No, i dlaczego pozostałe nasze kociska wolą jednak w domu nocować, choć oczywiście każdemu się "skok w bok" przytrafia.

Mam tylko nadzieję, że ta paskudna pogoda, jaką od całych tygodni mamy, i która na myśl przywodzi raczej powrót do epoki lodowcowej, niż groźbę ocieplenia klimatu, nareszcie się poprawi, jak na czerwcową aurę przystało.
Przestanę się wtedy martwić, że Filipek tak przemaka i przemarza, i że na starość to na pewno będzie miał reumatyzm.