Pokazywanie postów oznaczonych etykietą willa "Adaś". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą willa "Adaś". Pokaż wszystkie posty

6 maja 2008

Trzy modrzewie



W ogrodzie mojego domu rodzinnego, obok innych drzew, rósł wspaniały modrzew, który zasadzony został najpewniej w okresie, kiedy murator ukończył budowę i wręczył właścicielom klucze od domu.
A był to ostatni rok wieku XIX.

Lubiłam to drzewo bardzo, za to, że było takie proste, smukłe, wysokie, za ptaki, które buszowały w jego gałęziach, za te delikatne igiełki, a nawet za te śliczne, malutkie szyszeczki, które najpierw służyły mi do zabawy, a później, gdy dorosłam, malowane na złoto i srebrno, były moimi ulubionymi dekoracjami bożonarodzeniowymi.

Kolejny, dorodny, stary modrzew rósł jakieś 2 metry od willi "Adaś", w której mieszkaliśmy przez długi czas.
Willa "Adaś" to był jeden z tych paskudnych bloków, które montowano według najlepszych radzieckich wzorców we wszystkich zdaje się, tzw. demoludach.
Miał 4 piętra, 24 mieszkania i przerażającą studnię-klatkę schodową, której bałam się do ostatniego dnia naszego tam zamieszkiwania.

Miano willi blok otrzymał od jednego ze znajomych, który również tam się wprowadzał, i jeszcze przed oddaniem domu do użytku chodził przypatrywać się postępowi robót. Któregoś dnia wrócił z tej inspekcji z wiadomością, że ktoś wymalował kulfonami na szybach drzwi wejściowych duży napis: ADAŚ.
- Więc wprowadzamy się do willi "Adaś" - oznajmił sarkastycznie. Śmialiśmy się serdecznie.
I chociaż nazwę naszej "willi" zmazano, zanim się wprowadziliśmy, zapamiętaliśmy to zabawne zdarzenie.

Wybraliśmy mieszkanie na 4 piętrze (mimo, że nie było windy), chyba głównie ze względu na to drzewo. Z naszych okien można było niemal sięgać gałęzi, a ptaki zaglądały nam do loggii.
Kiedy siedziało się na kanapie widać było tylko to drzewo i nic więcej, żadnych pięter, żadnych lokatorów.
Opuszczając "willę" najbardziej żałowałam tego modrzewia.

Kiedy znów zmieniliśmy adres, w pilnej kolejności postanowiliśmy posadzić kilka drzew w ogrodzie.
Zaraz pierwszej jesieni mąż zrobił mi niespodziankę: kupił modrzewik, ale drzewko miało z 50-60 cm wysokości.
- Boże, kiedy on wyrośnie?
- Potrwa lata, zanim stanie się dużym drzewem - mardziłam trochę.

W pewnym ogrodzie na tym terenie zobaczyliśmy śliczny modrzew, wysokości człowieka. Wypytaliśmy o drzewo właściciela, okazało się, że rośnie tam od 10 lat.
Wydało mi się to strasznie długo, ale cóż, czekać trzeba.

Tymczasem nasz modrzewik, posadzony w przedogródku, zamiast rabatek, doskonale się przyjął, choć gleba tu ciężka, gliniasta, i pędził w górę.
A kiedy nas przerósł zacząłam się martwić, żeby go wiatr nie złamał, żeby go szkodniki jakieś nie dopadły, wreszcie, żeby nie rozrósł się za bardzo, i o przewody elektryczne nie zahaczał.

Widzę to drzewo z prawie każdego miejsca w domu, lubię podziwiać latem krople deszczu na gałązkach i gałązki okryte szadzią późną jesienią.
Obserwuję ptaki, które przysiadają, żeby odpocząć, czasem zaśpiewać. Niektóre coś poskubują, inne energicznie wyszukują kąski dla siebie.
Co rok, gdy modrzew w zielone igły się stroi, to wiadomo, że już na pewno wiosna nastała, a gdy je, zrudziałe całkiem, tracić zaczyna, to znak nieomylny, że zima za pasem.

Z tych trzech modrzewi, ten właśnie jest najbardziej nasz, ulubiony, a wyższy jest od domu, którego progu strzeże jedenasty rok.
I chcę, aby rósł długo, aby stał tu także wtedy, gdy nas już nie będzie.