24 grudnia 2011

Gwiazdka 2011


Tego jedynego, świątecznego nastroju,
spokoju
i dobrego zdrowia

wszystkim
przyjaciołom i znajomym
Dwunastu Kotów
a też nieznajomym, 
o nieprzyjaciołach nie zapominając

                 
szczerze życzy
kocia sekretarka


W wigilię Bożego Narodzenia, grudzień 2011

28 listopada 2011

Szlachetne zdrowie



Nadreński nasz Przyjaciel się rozchorował. Poważnie się rozchorował. Kiedy osoba bliska, serdeczna, na zdrowiu zapada to sami także chorzy się stajemy. Ze zmartwienia, z troski, a głównie z powodu tej niemocy okropnej, że zaradzić nie jesteśmy w stanie ani pomocy udzielić. Bo szpitala przecież nie mamy, nawet szpitalnego łóżka, a głównie to  wiedzy koniecznej brakuje.

Ratowanie zdrowia  akurat w Nadrenii postawione jest na najwyższym światowym poziomie. A my, między Wisłą i Odrą, nawet zamarzyć o podobnym traktowaniu chorych nie jesteśmy w stanie. Mówi się (u nas), że w ciągu 20 lat dogonimy cywilizacyjnie bogaty Zachód. No nie wiem, nie wiem. Raczej nie sądzę.

 Ale usługi medyczne i ich poziom to jedno, a wiadomość o chorobie człowieka, z którym łączą nas więzy serdeczne to już zupełnie co innego; coś osobistego, intymnego. Człowiek od środka kruszyć się zaczyna, byle co z równowagi go wyprowadza,  cieszyć się nie potrafi, a nawet wmawia sobie, że nie przystoi, wręcz nie wypada.

Z drugiej strony wiemy przecież, że tylko optymizm, tylko duże dawki dobrego nastroju, wyłącznie wiara w powodzenie prowadzonej terapii da efekt oczekiwany. Efekt powrotu do zdrowia.

Ale najważniejsze: Nadreńczycy to twardy naród. W pracy ciężkiej zahartowany. Zabawić też się potrafiący przednie. Dzielny i wytrwały.
Nasz Nadreńczyk, jako typowy tego narodu przedstawiciel, silny, pogodny i ufny we własne możliwości, po prostu zmierzy się z przeciwnościami i zwycięstwo ogłosi. I tego z serca Ci życzymy, Miły! Wtedy znów się spotkamy, będziemy śmiać się i wino pić. I śpiewać. Z radości.

1 listopada 2011

Wspomnienia koją smutek. I żal.

Przedwojennie tanga. Te cudowne przedwojenne tanga, takie sentymentalne, za duszę łapiące. To nic, że poetyka tych utworów odbiega od dzisiejszej naszej  na słowo wrażliwości, a melodie proste są, same w ucho wpadające.
Ważne, że tango zawsze odwołuje się do uczuć, do serca, do pamięci o innych ludziach i minionych zdarzeniach.

Rzewne i subtelne nuty pomagają wspomnienia wskrzesić o tych, którzy nas już opuścili. Dobre wspomnienia. Wszak w naszej kulturze nie mówi się źle o zmarłych. W naszej pamięci ci, co odeszli dobrzy byli, mądrzy i szlachetni. I tak powinno zostać.


Zawsze, kiedy przypomni mi się fraza ze  Złocistych chryzantem  przez myśl przebiega mi pani piękna i tajemnicza, stawiająca na fortepianie flakon kryształowy z  bukietem kwiatów w jesiennych kolorach. Ich głowy strojne w płatków tysiące tak majestatycznie na salon spoglądają.
A potem ona sama siada do instrumentu i Chopina gra. Może Nokturn Es-dur, swój ukochany.
Ale pewnego dnia wieko fortepianu zamknięte zostaje. Zwiędłe k
wiaty wyrzucono.
Pani już nie ma. W dal odeszła. I został  pan, sam i zrozpaczony.


Więc ten pan, ulicami bez celu się błąkający, którejś nocy bezsennej, tak smutnej, ból swój na klawiaturę przelał i to przejmujące tango napisał:




Dziś rzadko stawiamy kwiaty na fortepianie. Fortepianów nie mamy. Najczęściej chryzantemy zanosimy  na groby bliskich i przyjaciół naszych.
I wspominamy ich; może przy melancholijnych dźwiękach dawnych tang?
 

26 października 2011

Duni urodziny dziesiąte

Dunia kocicą lekko szaloną jest. A czasem zupełnie zwariowaną.
Dunia zazdrosna jest. I zła. Dunia urodę ma. Rozum ma. Spryt ma. Charakter ma.

Dunia czuła potrafi być jak nikt. Dunia może pazury znienacka wbić. Może się obrazić. Może ci nawymyślać. Może na kolana  wskoczyć. Pieszczot się domagać. Miłości żądać.

Dunia stokrotki kocha. Dunia ptaki kocha. Dziś jeden dla niej zaśpiewa; to będzie urodzinowa pieśń.


12 października 2011

Utracone zęby zębatki

Złośliwość rzeczy martwych jak wiadomo duża jest. A nawet bardzo duża.
Otóż;
moja maszyna do szycia Singer-Łucznik ma już ze 25 lat, co zupełnie jej nie szkodziło, sprawowała się przez lata zadawalająco, w przeciwieństwie do wyrobów, którymi ostatnio  przemysł rodzimy i nie tylko, nas uracza.
Oczywiście nie szyję zawodowo, a więc jej eksploatacja nie była nadmiera. Faktem jednak jest, że wszelkie zasłony, firanki, narzuty, drobne przeróbki, podłożenia, zwężania, poszerzania, zwłaszcza ostatnio:(  przy jej wydatnej pomocy były robione.

Ponieważ wszystko na tym świecie się zużywa, któregoś dnia, jeszcze w ub. roku, plastikowa zębatka pękła. Po kilku wizytach w warsztacie mój singerek był jak nowy.
Znów mogłam szyć jakieś torebeczki, woreczki, kotom poszewki na jesienne kołderki, i … następna zębatka poszła. No to  kupiłam potrzebne części, a nawet więcej, na wszelki wypadek. Samodzielnie wymieniliśmy co trzeba, niestety, z ustawieniem maszyny od nowa już nie poszło tak gładko.

Urządzenie wylądowało w warsztacie, tym razem innym niż poprzednio, w którym było za drogo, i za długo.
Nowy fachowiec zobowiązał się do usługi szybkiej i taniej. To było dwa bite miesiące temu. Potem dni i tygodnie mijały, mój mąż maszynę przywoził i odwoził do poprawki, bo kolejne ustawienia coraz gorsze były. Dziś maszyna  po raz kolejny przywieziona została z warsztatu. Szyje, ale fatalnie. ‘Fachowiec’ twierdzi, że to moja wina; bo ja nie potrafię nici nawlekać! Co tam instrukcja. Nieważna.
On wie, jak ma być nawleczona!

Wiadomo, maszynę muszę mieć. Sprawną. Tyle, że pomysłu nie mam żadnego, jak od takiego mechanika wyegzekwować mogę jako klient dochowanie z jego strony warunków umowy.
Przyznam, że nerwy już mnie zawiodły. Walkowerem oddałam. Dostałam nowy adres, do nowego fachowca. Polecanego:)

Oczywiście w międzyczasie okazało się,że mam wiele krawieckich zadań pilnych, wręcz
niecierpiących zwłoki, a lista stale się wydłuża. Ręczne szycie w większości przypadków  odpada, bo przecież, aby szwaczką dobrą być, kobieta w czasach ‘przedsingerowych’ lata praktyki odbyć musiała. Ściegi równiutkie, mocne, szybko wykonywane, okupione były zwykle godzinami ślęczenia nad robotą, pękającym kręgosłupem, pokłutymi do krwi palcami, słabnącym wzrokiem i podobnymi mankamentami, jakie dzisiaj głównie z literatury znamy.

Próba serca. Pierwsza. Ręczna.
No cóż; taka sobie:(

I pomyśleć, że wcale bym nie miała tego zmartwienia, gdyby tej  głupiej maszynie do jej zakutej (metalowej) głowy nie przyszło zezwolić, aby jej zębatki zęby potraciły. Więc jak tu nie przypisywać przedmiotom niektórych, paskudnych cech ludzkiego charakteru?

7 października 2011

10 miau miau! i inne przyjemności


Marasiowej Ostoi w trybie pilnym nadeszła dziś do mnie przesyłka-niespodzianka. Joasia obdarowała mnie śliczną lnianą serwetką z wydzierganą własnoręcznie koronką:





Dostałam również precyzyjnie wyszywaną zakładkę:


I na drobiazgi wszelakie uroczy woreczek z oliwkowym haftem ptaszków, które na poidełku lub może na fontannie nawet przysiadły, a całość w ornamencie bogatym zamknięta została:


A w woreczku? Kolejna niespodzianka: Dukat złoty, najprawdziwszy! To nic, że lokalnie tylko środek płatniczy stanowi. Nie szkodzi, że zabezpieczeniem na ciężkie czasy być nie może bo wydawać go można do końca przyszłego roku tylko:)
Wykonany bardzo starannie z miedzi, z wizerunkiem Kota Dachowca, o nominale 10 miau miau!  tym cenniejszą pamiątkę stanowi, że bije go Joanna właśnie! Spodziewam się, że oprócz prowadzenia strony Mennicy Kresowej, będzie Joasia na swoim blogu o tej, niezwykle ciekawej działalności, sporo pisała.



Wielkie dzięki Joasiu!





26 września 2011

Babie lato

Józef Chełmoński Babie lato, 1875, olej na płótnie, 119,7x156,5, Muz.Narodowe, Warszawa 


Józef Chełmoński W ogródku, 1869, olej na płótnie, 53,5x44,5. Muzeum Sztuki Łódź




Lubię, lubię tę aurę nad wyraz. Piękny czas wczesnej jesieni - koniec września i października początek. Dni cieplutkie, bez obezwładniającego upału. Na termometrach nawet 25 stopni.
Świat właściwie jeszcze zielony, ale już, już z przebarwiającymi się liśćmi, ze zbiorem plonów w naszych ogrodach, sadach, na działkach.
Co prawda u nas, po majowych mrozach, tylko w maliniaku chwilę posiedzieć można i kubek owoców zebrać, ale i to dobre; akurat do babeczek na deser.

Skrzydlate, to raczej biedę klepią:Trochę tylko wiśni zjadły, jarzębinę doszczętnie ogołociły, i bez czarny, a teraz do nielicznych gron winorośli się dobierają.
Kosy, z którymi ogród dzielimy, stół swój wspomagają kocim jedzeniem. Oprócz nich do kocich misek spory tabun jeży młodych i starszych co wieczór maszeruje. No to my, żeby karmy nastarczyć dla całej tej hałastry, i żeby nikt głodny spod ludzkiego domu nie odchodził, już najtańsze chrupki w ALDI kupujemy. I oczywiście cieszymy się, że to nie głodne sarny i inne jelonki pod drzwi podchodzą. Bo, na przykład Elżbieta, u podnóża Karkonoszy mieszkająca, przez calutką zimę ‘swoim’ zwierzakom dostarczać musi worami marchew i buraki.

Przychodzi też mama jeżyca z jednym swoim maluchem.On jest 
wielkości, tak mniej więcej, sporej myszy. Przy nim sama wygląda niczym szafa gdańska. O tego malca martwimy się najbardziej, bo przecież przed zimą nie zdąży już sadełka nabrać, czyli nie osiągnie wagi niezbędnej aby wiosny doczekać. Może, futrowany parę razy na dobę, w lepszej by się znalazł kondycji przed zapadnięciem w sen zimowy. Ale musielibyśmy mamie go zabrać, a to przecież
dzikie zwierzątko jest. Na taki kidnaping się nie piszemy. Trudno, będzie jak matka-natura zdecyduje.

A tymczasem pajączki tkają babiego lata niteczki tak delikatne, że aż stały się synonimem materii najbardziej cieniutkich i zwiewnych. I fruwają na nich niczym ptaki; podobno potrafią się przemieszczać na niewiarygodną odległość, nawet kilkuset kilometrów.

Siedzę sobie na ganku, obserwuję przyrodę. Słonka promienie łagodnie grzeją. Zupełnie nie ruszają mnie okna brudne jak w parowozie, ani nawet góra prasowania. Po prostu: Babim latem się rozkoszuję.

11 września 2011

Pod Lwem. Urodziny, ale które?


Kiedy byłam dzieckiem pragnienie miałam jedno: Żeby się nie nudzić!
Kiedy byłam nastolatką chciałam, aby nigdy nie było nudno.
Kiedy byłam kobietą wchodzącą w życie sądziłam, że najgorsza w tym życiu może być nuda.
Kiedy osiągnęłam wiek balzakowskim nazywany, najbardziej obawiałam się nudy. Kiedy... i.t.d...

Zabawę można by ciągnąć, w zależności od długości poszczególnych etapów życia, które się osiągnęło. Nieraz z wysiłkiem. Czasem dość łatwo. Zawsze za szybko, za szybko.

Teraz pragnienie mam tylko jedno: chcę świętego spokoju:)

Pytanie: które to urodziny obchodziłam tego roku?
Informacje pomocnicze:
- jestem blondynką (farbowaną)
- noszę 37 rozmiar obuwia
- nigdy nie pijam kawy w szklance

Kto chciałby odpowiedzieć i ustalić tę liczbę (to znaczy mój wiek, podpowiem, że to jeszcze nie WIEK, choć wiele nie brakuje:) nie musi żadnych warunków spełniać; ani obserwatorem być, ani linku do mojej strony podawać, i podobnie:)  


Dla osoby, która strzeli precyzyjnie przewidziałam nagrodę-niespodziankę. Zdradzę, że związana jest, ta niespodzianka,  z moim ostatnim hobby, to znaczy konikiem koralikowym.

18 sierpnia 2011

Złoczyńcy u płotu czyli napaść na nasze drzewa





Jeszcze jestem trochę zdenerwowana. W miniony wtorek nasi sąsiedzi po raz kolejny zaatakowali nasze drzewa. Te, które rosną już od lat czternastu, to znaczy od czasu, kiedy się tu sprowadziliśmy.
Tym razem użyli mechanicznej piły i sekatora, i tymi narzędziami tortur masakrowali gałęzie brzóz i iglaków, jeśli tylko któraś z nich za sąsiedzki płot odważyła się wychylić. Barbarzyńcy.

Przyjechała Staż Miejska. Dyskusje nad brzmieniem art. 150 k.c. Stosować wprost czy łącznie z art. 5 tego kodeksu? Ostatecznie nie interweniowali; zgodziliśmy się, że mogę pozywać tych ludzi(?) z powództwa cywilnego!

To nie pierwsza czynna napaść na żywą przyrodę rosnącą na naszej działce, która im, tym sąsiadom, z powodów, których pojąć nie jestem w stanie, przeszkadza.
Już amputowaliśmy gałęzie cudownej, starej moreli, w imię tak zwanego świętego spokoju. Obcięliśmy konary starej, zasadzonej przeszło siedemdziesiąt lat temu jabłoni rosochatej, pięknej. I nie o te parę jabłek nam przecież chodzi!
Oszpeciliśmy liczne drzewa i krzewy, aby od sąsiadów się odciąć; nie dać im powodów do zaczepek, do bezpodstawnych pretensji, wreszcie do obnażania tego ich prymitywizmu. Ale, jak się okazuje, to dla nich mało, zdecydowanie za mało.
Chyba tylko wycięcie w pień wszystkiego co zielone i zabetonowanie takiej pustyni byłoby dla nich satysfakcjonujące.

Ach, jak ja tęsknię do domku na wsi, najskromniejszego nawet, ale posadowionego wśród pól, stanowiących naszą własność. Domku, który od najbliższego sąsiada oddzielony byłby pasem zieleni po horyzont dosłownie! Czy to są jakieś szalone marzenia?







5 sierpnia 2011

Etsy.com



Uczyłam się w życiu różnych języków: rosyjskiego i łaciny, esperanto i niemieckiego, liznęłam nawet francuskiego. I co? Ano nic.
Teraz o żadnym z nich, polskiego nie wyłączając, nie mogę powiedzieć, że trochę choćby znam. Z ojczystym to oczywiście lekko przesadzam, ale w sumie to przecież żadna łaska, że potrafię po polsku porozmawiać, a nawet się podpisać. Ale, żebym znała? Niestety, nie. Zwłaszcza od kiedy mam Internet i czytam co inni Polacy piszą, to już niczego, a ortografii przede wszystkim, pewna nie jestem.

Ale angielski, język globalizacji i mody, wszechświatowy wyznacznik naszej fizycznej obecności? Jeśli go nie znasz, to znaczy, że cię nie ma. Jeżeli nie chcesz się go nauczyć, czy po prostu uczyć, uważany jesteś za umysłowo otępiałego.

Dzisiejszy świat, ta globalna wioska, w której każdy z każdym i o wszystkim może pogadać, okazuje się być jednak tylko dla anglojęzycznych.

To co ja, nie znająca ani jednego angielskiego słówka, nie potrafiąca sklecić najprostszego zdania, no może poza na blachę wyuczonym: I do not speak English, mam zrobić?
Jeszcze kilka lat temu, kiedy moja ukochana Sieć prawie we wszystkich przypadkach, od poczty elektronicznej po najbłahsze aplikacje posługiwała się angielskim, była minimalna szansa na nauczenie się paru zwrotów i kilku słówek. Ale teraz, kiedy wszystkie programy mamy w narodowych językach to się człowiekowi dorosłemu, a zwłaszcza wiekowemu, nie chce, po prostu nie chce. No i pamięcią profesora Bartoszewskiego przecież nie każdy pochwalić się może.

Te przydługie dywagacje były mi potrzebne do tego, aby pozachwycać się pewnym serwisem nowojorskim, o światowym już zasięgu i wiekiej renomie, który teraz dopiero odkryłam (znów nieznajomość angielskiego wylazła), a mianowicie: Etsy.com

Osobom, które Etsy znają nie trzeba zachwalać, a tym, które jeszcze go nie odwiedzały  z pełnym przekonaniem polecam. Jeśli chce się kupić coś oryginalnego, ładnego, w dobrym guście, za rozsądną cenę, to nie ma lepszego miejsca. Jeśli ma się coś ciekawego do zaproponowania innym, to zwyczajnie chowają się serwisy i polskie, i zagraniczne, nie wyłączając tego największego, amerykańskiego.
Nawet ja, z brakiem znajomości  mowy Albionu, zdołałam się tam pokręcić trochę.
I co ciekawe; dużo Polaków (czyt. Polek) spotkać tu można:)

18 lipca 2011

Rudy już w niebieskim ogródku





Krótkie jest życie kota. Choć kot, a już nasz Rudolf zwłaszcza, życie kocha nad życie.


Rudolf zwany na co dzień zwyczajnie – Rudym, Rudzielcem, Rondelkiem,  Rudym Dzikiem, a nawet Rudą Świnią czy  Rondellim, ostatecznie dał za wygraną wczorajszym  niedzielnym popołudniem.
Ale rano, o wpół do dziewiątej, jeszcze przed kostuchą  chciał się schować; uciekł z domu i przez wiele godzin nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Na rękach go przyniosłam z sąsiedniego ogrodu. Już kończył żywot.


Umierał tak, jak umiera człowiek.
To straszne doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze postąpiliśmy, nie usypiając zwierzęcia. Zresztą zawsze miałam silne wrażenie, że Rudy, zapytany w tej kwestii, zdecydowanie i kategorycznie by zabronił.


On, nasz domowy macho; nawet wykastrowany rządził niepodzielnie wszystkimi kotami, intruzów gonił, kotki chociaż poklepać lubił, kochał jedzenie, ciepełko kominka, a nade wszystko słoneczne promienie, których natura na koniec mu nie pożałowała.


Od śmierci swego przyjaciela, naszego Szkaradziejka  kochanego, Rudolf podupadł bardzo, najpierw psychicznie (tu więcej); nie mógł pogodzić się z faktem, że sam został, a już około października ubiegłego roku zaczął niedomagać fizycznie. Zimą zorientowaliśmy się, że nieuchronny koniec nadchodzi.
I chociaż znaliśmy dobrze niesamowitą chęć życia Rudego, nie sądziliśmy, że doczeka pogodnego lata. A jednak, i nie pierwszy to raz, Rudolf pokazał  wszystkim, bo przecież jedenaście lat  temu weterynarz zawyrokował: to będzie cud, jeśli do jesieni dożyje (tutaj więcej).


Więc tak sobie siedzimy, Rudego wspominamy i myślimy, że chyba dostał tyle uczuć  i starania ile trzeba,  aby do końca swojej drogi ziemskiej dotrwać w przekonaniu, że ostatecznie nie było mu tak źle.


Ostatnie zdjęcia zrobiłam Rudzikowi w październiku ubiegłego roku. Nie chciałam dokumentować  po paru miesiącach zwierzaka wychudzonego, ze wszystkimi możliwymi oznakami choroby. Przeciwnie, chciałam, aby w naszej pamięci został już na zawsze taki pogodny, piękny, silny, zawsze skory do zabawy, sprawny i szczęśliwy.


Rudelku! A postaraj się tam zająć i dla nas jakiś kącik zaciszny! To na razie malutki!



18 czerwca 2011

Gdzie są motyle?


Wychodzę do ogrodu, a tu koty się bawią, albo wylegują, albo biją. Kos z kosicą cały dzień podkradają jedzenie z kocich misek, to znaczy z misek Łaciaka, naszego stołownika, kocura bezdomnego. Państwo Kosowie dzieci mają, więc do nocy za jedzeniem biegają, i to dosłownie, bo po ścieżkach na piechotę się uganiają, podfruwając właściwie tylko wtedy, gdy Lolita się na któreś z nich zaczaja i znienacka, jak się jej wydaje, skacze z dachu auta. Jak dotąd, na szczęście, bezskutecznie. Mówię więc do męża; - Słuchaj, trzeba jakoś oduczyć Lolisię tego straszenia kosów. - Ja tam do kocich spraw wtrącać się nie będę - odpowiada - niech zwierzaki same rozwiązują swoje sprawy.

Wieczorkami a raczej popołudniami, bo jasno jeszcze całkiem, szybkim truchtem z ulicy zbliża się jeż. Najpierw jeden, potem drugi. Nasze gdzieś wyemigrowały, a może zresztą tej ostatniej, ciężkiej zimy nie przetrwały. Jeże piją wodę, a potem rozprawiają się z chrupkami w łaciakowej misce. Łaciak chrupkami pogardza. Panisko już się z niego takie zrobiło, że wybrzydza i byle czego nie je wcale. Jeże przecież dzikie są, ale się nie boją. Uciekają w krzaki tylko wtedy, gdy pies, nasz sąsiad z naprzeciwka zaczyna ujadać straszliwie, kiedy pod jego furtką przechodzi inny pies, na smyczy zresztą, i ze swoim opiekunem.
Jeżyki napychają się do syta, wcale uwagi nie zwracając na nas, na ławeczce na ganku przycupniętych, bo dla nas zazwyczaj miejsca mało zostaje.

Tu najchętniej Rudelek nasz biedny się rozkłada, ze swoja astmą bardzo zaawansowaną, chorym uchem, wychudzeniem, szwankującymi nerkami.
Rudolf po prostu odchodzi. Ale powoli, bo bardzo do życia jest
przywiązany, tak jak przecież przeważająca większość z nas.
Rudolf już o rok z okładem przeżył swego przyjaciela najdroższego, naszego Szkaradziejka kochanego, który oczy zamknął 1 kwietnia 2010. Teraz Rudy powoli w tym samym kierunku zmierza, to znaczy pod cisa, bo tam koci cmentarz mamy. I z tego powodu Rudemu wszystko wolno, wszystko,  i wszystko co najlepsze jest dla niego. Żeby osłodzić mu ostatnie tygodnie, a może to dni są już tylko?
Ale Rudolf skubnie kawałeczek mięska, liźnie pół łyżeczki śmietanki, i już nie chce, nie może przełknąć, biedaczek. Lecz wie, że go kochamy.

A przedwczoraj chyba, sensacja wielka w ogródku; pojawił się trzmiel. Cały śliczny, grubiutki, puchaty, kolorowy. No ale jeden? Gdzie reszta, gdzie reszta!
Któregoś dnia widzieliśmy także dziką pszczołę. Niestety, ona jedna nie była w stanie zapylić kwiatów, zwłaszcza winorośli, która co prawda zdołała się po majowych mrozach odrodzić, ale co z tego, kiedy zawiązków owoców nie utworzyła.

Za to z wierzby korkowej, którą za domem mamy, wyfrunął jakiś owad wielki, jak sądzić można po kokonie przeszło centymetrowej średnicy, który po sobie pozostawił. I wielką dziurę w środku pnia, z której tylko trociny się wysypały. Potem kos do niej zaglądał. Zresztą może to on zjadł tego potwora.

W tym sezonie także ślimaków nie ma, tych paskudnych, tłustych, takich gołych. Tym akurat się
nie zmartwiliśmy, bo ich nie lubimy, a ja brzydzę się nimi prawie tak samo jak pająkami, tymi piwnicznymi, wielkimi niczym skorpiony. Zostało tylko trochę małych ślimaczków, takich z domkami na grzbietach, co to zwykle kojarzą się z dziecinnymi wierszykami, typu: ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi, i ilustracjami Marcina Szancera. A zresztą, może to był inny rysownik.

Ale gdzie są motyle? Nawet najzwyklejszego bielinka kapustnika nie widziałam. Więc gdzie są motyle?

22 maja 2011

Konwaliowe bukiety

Od ‘bab z kwiatami’, które rozkładały pod arkadami swoje mini kramy, przez parę lat, zawsze 26 maja, kupowałam kilkadziesiąt maleńkich bukiecików konwalii, obwiązywałam białą wstążką i zawoziłam mojej Matce. Z najlepszymi życzeniami.


Po jakimś czasie ‘Ratusz’ doszedł do wniosku, że odręczny handel w tym reprezentacyjnym podobno miejscu miasta jest wysoce nie na miejscu, i zakazał (głupio) tej sprzedaży.
A ja wróciłam do tych drętwych, peerelowskich wiązanek na drutach i w celofanie, i nimi obdarowywałam swoją Rodzicielkę.






Nie ma Jej już z nami od dawna. Tylko ta pamięć pozostała. I parę fotografii. Nie, nie cyfrowych.
Odeszła wcześniej.


Czy miała dobre życie? Dziś się zastanawiam.
Od miary, którą się przyłoży, odpowiedź zależy. Pewnie, że kobiety w Sudanie gorzej mają. Jak na tę szerokość geograficzną i czas, w którym zaistniała, ocenić mogę, że to było życie przeciętnie trudne, ale przecież i przeciętnie szczęśliwe.


Przeżyła, jak to pokolenie, wiele. W niemowlęctwie straciła matkę, prawie zaraz potem ojca, zabitego w jednej z jatek pierwszej wojny światowej. Wychowywana przez bliższych i dalszych krewnych, nie zaznała zbyt wiele czułości rodzinnej. Udało się Jej jednak ukończyć przyzwoitą szkołę średnią.
Perfekcyjnie posługiwała się językiem niemieckim, znała biernie francuski, doskonale stenografowała w polskim i niemieckim, i posiadała wszelkie zalety, których oczekiwano w międzywojniu od kandydatki na panią domu. Okres ten zresztą wspominała zawsze jako najszczęśliwszy w swoim życiu.
Przetrwała II wojnę i stalinowskie porządki, dla naszej rodziny bardzo dramatyczne.
Dwa razy wychodziła za mąż, urodziła dzieci, dwukrotnie owdowiała. Całe swoje życie pracowała na dwóch etatach, tym zarobkowym, i tym bezpłatnym, domowym.
Dzieci wychowywać nie umiała. Miała tylko marzenia z nimi wiązane, ale one od realiów życia na ogół odstawały.


Już na emeryturze sobie odsapnęła, trochę podróżowała, odwiedzała Budapeszt i swój Wiedeń ukochany.
Ale i teraz los Jej nie oszczędził; przeżyć musiała tragiczną śmierć swojego jedynego syna.


Kiedy oczy zamknęła nasze rodzinne relacje się rozluźniły. Smutne.
Cóż, taki los człowieka.

30 kwietnia 2011

Makowski maluje, Django gra...


Mój ulubiony, może nawet wśród polskich malarzy najulubieńszy, Tadeusz Makowski. Jego obrazy,  to znaczy reprodukcje obrazów, zobaczyłam po raz pierwszy będąc dzieckiem jeszcze niedużym. Dzieci inaczej reagują,wiadomo.Ale mój zachwyt pozostał. Do dzisiaj.

Szkoda, że umarł za wcześnie (1932), o wiele za wcześnie, ledwie pięćdziesiątkę przekroczywszy. Ile jeszcze dzieci w promieniach słońca, w ogrodach, w teatrach, w pracowniach, mógłby namalować? Ile jazzowych improwizacji wysłuchać? Bo muzykę tę wyjątkowo lubił.

Dlatego postanowiłam, aby w moim filmiku fragmenty twórczości Makowskiego ilustrowała osoba równie utalentowana, jazzman, kompozytor, geniusz nieomal, choć bez wykształcenia muzycznego, bo w ogóle  niepiśmienny. Francuski artysta, Rom z pochodzenia, Jean Reinhard zwany Django był wirtuozem gry na gitarze mimo kalekiej lewej dłoni. Trzy palce miał sparaliżowane na skutek wypadku w pożarze wozu mieszkalnego. Chodził o lasce, bo miał również niesprawną nogę. Ale jak grał! Koncertował z wielkimi swojej epoki, zafascynowany Armstrongiem, nazywał go bratem.

Czy mogli się znać, Makowski i Django? Wątpliwe. Ale wielce prawdopodobne, że Tade, jak znajomi zwracali się  do Makowskiego, wielki admirator jazzu, słuchał, i nie raz słuchał gry Django (dżago). Choćby w klubie "Krzyż Południa". W orkiestrze Andre Ekyana w tym klubie grywał własnie Reinhardt.
Zmarł Django jako człowiek 43-letni, kilka lat po wojnie, którą udało mu się przetrwać, a w której naziści zlikwidowali prawie cały naród romski.

24 kwietnia 2011

Na Wielkanoc



Wszystkim miłym Znajomym Dwunastu Kotów 
życzę

miłego, naprawdę miłego  i  spokojnego spędzenia tego czasu świątecznego, z ludźmi, z którymi chcemy być, i z naszymi zwierzętami.


20 kwietnia 2011

Prace domowe


Cóż, nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem dobrą panią domu  bo prace domowe wszelkie nużą mnie i nudzą nad wyraz.
Nie lubię biegać ze ścierką bo tu kurz, a tu plamka. Nie cierpię mycia okien, prania, prasowania, a i żadnej przyjemności nie sprawia mi  gotowanie ani nawet pieczenie.

Ponieważ służby żadnej nie mamy więc robię te rzeczy, powyżej wymienione, ale z przymusu  kompletnego a nie z dobrej woli, nieprzymuszonej. Niestety.

Oczywiście lubię, nawet bardzo, mieć czyste okna  i firanki, pomyte lustra i lampy, poprane dywany, poprasowaną bieliznę, odświeżone ściany, a nawet płot umyty na wiosnę. Bo biały jest i okropnie się brudzi. Ale strasznie przy tych robotach marudzę, humor mam niezbyt dobry, delikatnie mówiąc,  a nawet przeklinam.

Lubię też, zdecydowanie,  zjeść coś dobrego, a i kawałka (dużego) ciasta nie odmówię, ale najlepiej mi smakuje to, które zostało nie przeze mnie zrobione. Najlepiej przez osobę, którą znam i cenię. I najlepiej, żebym mogła śledzić przygotowanie potrawy. Jedzenie restauracyjne odpada, i nie tylko ze względu na koszty; głównie ze względu na to, że ‘obrzydliwa’ jestem; przy konsumpcji bez przerwy się zastanawiam, czy kucharz nie ma kataru siennego, długich paznokci albo czegoś równie paskudnego.

Więc wykręcam się jak mogę od tych powinności, ale z powodu wyrzutów sumienia jakie mnie gnębią szukam usprawiedliwienia na to nicnierobienie.
Ostatnio wykręcałam się potrzebą  zrobienia kilku ozdóbek wielkanocnych.
Czerpiąc z cudzych projektów, m. in. Burdy (X’92)  i tej strony, chętnie, bardzo chętnie nawet oddałam się takim ręcznym robótkom, które w formie drobnych upominków do przyjaciół już pojechały:












Mam nadzieję w przyszłym roku do większej dojść wprawy:)

4 kwietnia 2011

Ab ovo


Nie, to nie moje odkrycie. Ja nigdy bym nie wpadła na to, aby stół wielkanocny dekorować rozbitymi skorupkami. No  może niezupełnie; bo jednak w skorupkach jest woda, a w wodzie żywe kwiatuszki. A skorupki w kieliszkach do jajek zostały umieszczone. Uroczo  wyglądają takie wazoniki. A ta kurza rodzinka? Nie słodka?
Zdjęcia
skopiowane stąd.
To strona
Marthy Steward, na której projekty wielkanocne wszelkie po prostu o lepsze ze sobą walczą, a wszystkie godne podziwu i naśladownictwa.  Mam nadzieję, że ktoś skorzysta. Ja na pewno:)

Jeszcze co prawda palcem nie kiwnęłam aby dom ogarnąć, jak to na wiosnę wypada zrobić, i nie tylko ze względu na święta. Ostatnio sfrustrowana byłam poważnie bo w moim gospodarstwe kolejna rzecz się popsuła; programator pralki odmówił współpracy z człowiekiem, a że to część nietania, po przeanalizowaniu kosztowym doszłam do wniosku, że wypada nową inwestycję zaplanować. Właściwie to wcale nie zaplanować, tylko od ręki zrealizować. A tu, jak zwykle, wszystko o świnkę się rozbija. To znaczy skarbonkę:).

Świat przedsiębiorców, wiadomo, coraz więcej chce zarabiać, więc coraz więcej produkuje, ale żeby więcej sprzedawać musi coraz marniejsze produkty nam oferować.
Gdzie te czasy, gdy rzeczy domowego użytku na pół życia starczały? Co tam na pół życia, na całe życie, a nierzadko i na dwa czy więcej pokoleń; takie meble na przykład, albo młynki do kawy, czy samowary, lub moździerze. Mamy, owszem, ale tylko jako dekoracje służą, z praktycznych powodów zresztą, a głównie z lenistwa, które zwykło się brakiem czasu usprawiedliwiać.
Tak, tak, teraz to wszystko tak zwane jednorazówki są, a na jednym z forów dotyczących problemów związanych ze sprzętem agd ktoś zażartował nawet, że niedługo co roku w kalendarzu zapisywać będziemy: kupić nową pralkę! Zdaje się, że ten czas właśnie nadchodzi.

Ale co tam, na razie skupiam się na wyborze maszyny piorącej, która ma wyczerpać następujące warunki: niezawodności (ha, ha, ha),  taniości (ha, ha, ha), wieloletniej gwarancji (ha, ha, ha), nowoczesnego dizajnu (no, tu może). Ale z drugiej strony po co komu piękne wzornictwo skoro blachy skorodują już w trzecim roku użytkowania, to znaczy zaraz po zakończeniu  terminu gwarancji?  
Góra prania już czeka, najwięcej kocich betów rzecz jasna. A one tak lubią wywalić się w czyściutkiej pościeli, zwłaszcza wtedy, gdy z dworu wrócą całe mokre i wybłocone. Więc nie ma co deliberować, tylko natychmiast kupować.
Oczywiście o żadnych upominkach, darach i prezencikach świątecznych mowy już być nie może.

1 kwietnia 2011

Dziś wiosenne kwiaty





Aż mnie żołądek rozbolał. Z zazdrości. Tak cudne rzeczy robią niektóre osoby, tak misterne, tak wysmakowane, tak dopracowane,  tak… i tu przymiotników jeszcze cała masa by się zmieściła.


Bo oglądałam ostatnio wiele stron, na których te artystki prawdziwe prezentują własnoręcznie  utkane koronki, wyszyte, wyhaftowane obrazy, jak namalowane, uszyte wszelkie możliwe sztuki odzieży, butów, toreb i tekstyliów dekoracyjnych.
No, zachwytom moim nie ma końca.
Taka na przykład biżuteria wire wrapping: co za precyzja, ile trzeba zręczności, cierpliwości, poświęcenia wręcz, aby powstał taki wisior opleciony w wymyślne esy floresy, żeby pasowała do niego zarówno technika wytworzenia, jak i użyte minerały. I całość żeby tak efektownie się prezentowała.

Albo te zwyczajne niby przedmioty, typu pudełka, kasetki, skrzyneczki, przemyślnie i pięknie oklejone materiałami, ozdobione taśmami, wstążkami, sznurkami.
I co za pomysłowość  w każdej z możliwych dziedzin, ile prawdziwej pasji w tym tworzeniu się przejawia.

Dlaczego, dlaczego nie każdemu, mnie na przykład, nie dane zostały takie talenty?!

Podoba mi się także fakt, że wielu z tych twórców tak chętnie dzieli się swoimi
talentami, nie chowa wszystkiego dla siebie,  nie sprzedaje tych  umiejętności, a przeciwnie udostępnia je, za frico.

Postanowiłam, nie pytając w ogóle o zgodę,  zamieszczać tu, u siebie niektóre przynajmniej tutoriale, szczególnie takie, które zdały mi się łatwiejsze do wykonania. Może ktoś jeszcze zdecyduje się podjąć próbę naśladownictwa. Na początek kwiaty. Iście wiosenne. Zrobione przez  Heather Bailey, równie śliczne, jak ona sama.

Tłumaczenie co prawda jest automatyczne, czyli fatalne, ale pismem obrazkowym się kierując można wszystko zrozumieć:

FlowerProject4a
Flower Garden Pop Złom Tutorial
Medium kwiatów
1. Tear taśmy drukowane tkaniny bawełnianej 3 "high 20" wide. Pop Gardendziała.
FlowerTute1
2. Z tak stronach,, składany pas tkaniny na pół, jak na rysunku. Stitch długo, zbierając szew wzdłuż dopasowane porwanych brzegów, przez dwie warstwy.(Na kwiat podarte krawędzi, szew wzdłuż krawędzi składane przez obie warstwy).
FlowerTute2
3. Delikatnie wyciągnąć szwy, jak szyć, w celu zebrania materiału w kole.Przymocować koło tkaniny w centrum z kilku szwów. Bezpieczne i wykończenia wątku.
FlowerTute3a
4. Z filcu, cięte trzy warstwowych środowisk -.. 2 "szerokości 1,75 cm szerokości i 1,5 cm szerokości krawędzi Notch kół dużych i małych Usuń wszystkie" wiszące chads "z filcu. - Musimy nic z tego Stack filcu koła, jak pokazano.
FlowerTute4
5. Na zebranych kwiatów tkaniny, warstwa filcu ułożone koła i ozdobny guzik lub broszkę. warstw Stitch razem w centrum kilka razy poprzez przycisk bezpieczne. Schować zebrane krawędzi na tylnej kwiat przez bat-stitching okręgu złomu czuł z tyłu kwiat. Następnie założyć na sew-pin-back, obciąć włosy, kucyk elastyczny pałąk TT , bobbypin lub wsuwka. I to wszystko. Easy-peasy.
FlowerTute5
Dla Państwa wygody, Poniższy wykres przedstawia pomiary wykorzystywane do innych kwiatów ciekawe na zdjęciach powyżej. Duży kwiat jest przez stos złożony kawałek jedwabiu na górze złożonego bawełna nadruk z zakładkami wyrównane. szwów Gathering szyte są przez wszystkie warstwy, w pobliżu krotnie. A duże spirale kwiat na kilka warstw, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych widoczne.
FlowerTute6a
Uwaga! Wszystkie wymiary powyżej podane w calach (1 cal= 2,54 cm), a nie jak mylnie w tłumaczeniu w centymetrach.

Obok, po prawej, link do bloga Heather, która prześliczne rzeczy projektuje i wykonuje.


12 marca 2011

Nippon - kolejna tragedia


日本

Jeszcze Haiti z gruzów się nie podniosło, jeszcze świat nie zapomniał o największym w dziejach tsunami u wybrzeży Sumatry, z 2004 roku, a tu kolejna tragedia, japońska.
Wprawdzie w Japonii znam tylko Mugumogu i kota Maru, i to jednostronnie, ale lubię ten kraj i cenię niezmiernie jego mieszkańców. Tak, tak, wiem, że zachowali się swego czasu podle, i w II wojnie agresorami byli, w dodatku okrutnymi. Ale i zapłacili za to cenę straszną, miastami Hiroszimą i Nagasaki.


Teraz za to cywilizację mają  najświetniejszą (chcieliśmy przecież  bardzo być drugą Japonią:), wysoką kulturę masową, wybitny film, literaturę, a głównie, jak chyba nikt inny na świecie, na ogromną skalę pielęgnują tradycje, nierzadko setek lat sięgające.
Jest za co podziwiać Japończyków, czyli miedzy innymi za to, co wszyscy znamy:
Kimono
Sushi
Ikebana
Bonsai
Budda
Geisha
Samuraj
Haiku
Herbata
Shogun
Ogród
Origami
Ostatnio pasjonują mnie Kanzashi (tradycyjne ozdoby do włosów w kształcie kwiatów) i Miyuki (oczywiście koraliki).


Mocno trzymam kciuki, aby ci, którzy przeżyli z ruin się podnieśli jak najprędzej. Bo cóż więcej mogę zrobić.

28 lutego 2011

Ile ucho wytrzymuje




kolczyki z wielkimi turkusami

Nurtuje mnie pytanie, jak to zmierzyć, czy da się ustalić, jakie może być dopuszczalne  obciążenie na jedno ludzkie ucho?
Nie, nie w decybelach. W gramach.

No bo właśnie znów kolczyki zrobiłam. Wielkie są, a nawet można powiedzieć olbrzymie; jeden koral turkusowy waży 12,5 g i wydaje mi się, że dla ucha to jednak dość  sporo jest.

Wiem, wiem, że to może zależeć od wielkości ucha, grubości płatka, w ogóle od wagi i budowy człowieka. Od wytrzymałości. Od chęci noszenia w uchu czegoś, co szczególnie nam się podoba, niechby nawet i waga kamienia była duża, a nawet bardzo duża.

Taki na przykład brylant 12,5 karata; przyjemnie byłoby mieć. Ale czy w uchu można by go nosić, wątpię. Jeżeli dobrze  liczę to miałby przeszło 8 cm średnicy, co nawet dla mnie, miłośniczki wielkich błyskotek, byłoby przesadne.

A dlaczego się nad tym zastanawiam, zamiast kolczyki przymierzyć  i na sobie eksperymentować, czy się normalnie zniesie taką wagę? Po prostu. Nie mam dziurek w uszach:)

Nawet mężowi mojemu proponowałam, żeby dał sobie uszy przekłuć, albo chociaż jedno, ale sprzeciwił się. Kategorycznie.



18 lutego 2011

Czy to śruba jest

Moje świrowanie, czy też śruba, jak to Iza (Zza uchylonych drzwi) nazywa, u mnie koralikowa, jaka mnie od pewnego czasu przykręca, staje się nieźle czasochłonna.

Zamiast o brudnych oknach (naprawdę bardzo brudnych) zacząć myśleć, i temu podobnych rzeczach praktycznych, moje myślenie wokół kryształków i perełek krąży, śledzę w Sieci strony biżuterii poświęcone, oglądam godzinami sklepy z biżuterią, z koralikami, galerie z weneckim szkłem, oraz pracownie ze srebrem i naturalnymi kamieniami.

Świat zaczyna mi się jawić jako jeden wielki naszyjnik, z miliardów paciorków złożony.
Zastanawiam się, dopóki jeszcze mam odrobinę samokontroli, czy to aby nie staje się już niebezpieczne?!

Właśnie kolczyki zrobiłam, ale czy one w ogóle nadają się do noszenia:



kolczyki - koła z lampworkami

12 lutego 2011

W cudze piórka się stroić


Ostatnio przekładam koraliki. Zastanawiam się przez kwadrans czy do brązowej płytki szkła weneckiego lepiej pasuje kulka niebieska, a może granatowa, a raczej taka szafirowo-granatowa. Czy kolory te wzajemnie się nie przygaszają czy raczej działają na siebie ożywiająco?
W każdym razie zaczęłam traktować paciorki przeróżne, szkiełka i kamyki jako niemal coś żywego, i to nie tylko z tego powodu, że tak gładko się toczą, a zdjęte z nici gdzieś przepadają, gubią się i znów się odnajdują.


Nie podejrzewałam nigdy, że te kształty okrągłe, owalne, beczkowate, podłużne, romboidalne i jakie tam jeszcze, mogą stać się manią i wciągać człowieka do zabawy z nimi, układania, nawlekania, łączenia z innymi ozdobami, ustawicznego poprawiania i zamieniania tego, co już nanizane.


Biżuteria. Ach! To jest  dla prawdziwej elegantki wykończenie stroju, podkreślenie urody, wreszcie lokata kapitału. No pewnie, że nie lokujemy w glinianych naszyjnikach, ani nawet w mahoniowych kolczykach. Te mamy tylko do ozdoby, i to sezonowej, w  najlepszym przypadku. Na przyszłą zimę czy wiosnę  już nie te modele będą modne czyli noszone. Ale przecież nie wyrzucimy tych świecidełek, bo przypominają nam, jaką furorę zrobiłyśmy tymi  klipsami czy tamtymi  bransoletkami.
Tak, tak; znam dziewczyny mające całe szkatułki, ba, całe skrzynie przeróżnych  błyskotek, w których przebierają częściej lub rzadziej; z sentymentu, dla przypomnienia pewnej randki, albo którejś prywatki. Dla zobaczenia siebie, tej szczęśliwej, promiennej, sprzed lat pięciu, dziesięciu, a może i wcześniej.


Sama co prawda biżuterii zupełnie żadnej od lat nie noszę, ale podobają mi  się te ozdoby, zwłaszcza jeśli z moim gustem są zgodne. I choć o nim podobno się nie dyskutuje, nie pochwalę na przykład kolczyków z piórek.  Zaraz mi się to  znane porzekadło, w sposób całkiem dosłowny, kojarzy.


Pochłonięta prawie bez reszty agatami, turkusami, linkami, biglami, perełkami i podobnymi cudami nanizałam takie oto  egzemplarze:












Naszym kotom byłoby miło, bardzo miło, gdyby kogoś zainteresowały.

A dla mojej przyjaciółki z Nadrenii przeznaczyłam tę bransoletkę. Teraz siedzę i martwię się, czy aby jej się spodoba.