4 listopada 2016

Kominek stary, ale nowy



Od dawna nosiłam się z zamiarem pomalowania naszego kominka. Kiedy go stawiano, dziewiętnaście lat temu, ładny był, a w każdym razie w katalogu, z którego wybieraliśmy, nie było nic ciekawszego.
W zasadzie to normalny kominek, z piaskowca i cegieł, z żeliwnym wkładem i ,bebechami’ przykrytymi płytą gipsowo-kartonową. Ale z biegiem lat piaskowiec stał się passe, a te czerwone cegły to już całkiem ohydne się zrobiły.

Więc oglądałam na Pintereście, jak właściciele radzili sobie ze zmianą estetyki swoich kominków. No, różnie.
Aż któregoś dnia znalazłam zdjęcia dokumentujące przemalowanie podobnego, też z podobnych materiałów postawionego. A właścicielka przekonywała, że tylko farby Benjamin Moore, choć drogie, się do tego nadają. No, myślę sobie; farby drogie, trudno, kupię. Ale ta przesyłka ze Stanów będzie rujnująca;(
Jakoś, nie wiem czemu, do głowy mi nie wpadło, że przecież i u nas od jakiegoś czasu można kupić wszystko, albo prawie wszystko, co na świecie produkowane. Rzeczywiście,  jeden klik wystarczył, żeby kupić puszkę farby.

Bardzo ochoczo zabrałam się do dzieła.  Tak, potwierdzam, farba-rewelacja. Oczywiście w trakcie malowania  okazało się, że chociaż powierzchnia kominka nie ma kilkunastu metrów kwadratowych, na które puszka powinna wystarczyć, to farby zabrakło. Więc ponownie zamówiłam.
Kominek odmalowałam. Każdą dziurkę, szparkę, wgłębienie wypełniłam farbą, gęstą, świetnie się rozprowadzającą, nie chlapiącą, nie kapiącą. Przy okazji pomalowałam ścianę kominkową i ścianę z oknem.

Farba jest absolutnie bez zarzutu. Teraz planuję tym Benjaminem Moorem pomalować więcej rzeczy w domu. Najbardziej mnie korcą nasze drewniane meble kuchenne.
W pierwszej chwili zamierzałam odnowić je farbami kredowymi Annie Sloan. Ale mój mąż, który ostatnio odnalazł w sobie pasję kucharza, a więc dużo w kuchni przebywa, nie gustuje w meblach shabby chic.
Więc nie będę mu się narażać. Zresztą sama też wolałabym powierzchnie raczej gładkie, a nie w ślady po pędzlach. To zostanę już przy tym Benjaminie.



Przed malowaniem
Kominek pomalowany



7 sierpnia 2016

Urodziny, ale smutne


Wczoraj były moje urodziny. Ale smutne bardzo, bardzo.
Przyjaciel dobry odszedł. Tuż  po własnych urodzinach.  Nad Renem mieszkał.
Pięknie, po polsku, składał mi życzenia, abym zdrowa była, szczęśliwa, pogodna. Zawsze, od lat.

 A teraz  już nigdy Go nie usłyszę. Nie ucieszę się na Jego widok. Nie pomacham na pożegnanie, z nadzieją, że za pewien czas znów się spotkamy.  Nie zmartwię się więcej Jego niedyspozycją. Nie roześmieję się z Jego żartu.  Wszystko, o czym pomyślę, będzie na nie.

Był Lwem. Jak ja. Ale cóż; nawet Lwy słabną i pewnego dnia nie potrafią już dalej stawiać czoła życiu. Wtedy kapitulują.  A czas zaczyna  się  toczyć  bez nich.

Ale pamięć pozostaje. Dopóki sama nie odejdę będę Go wspominać serdecznie.
I może kiedyś, znów… wszyscy się spotkamy. Kto to wie…


26 maja 2016

Coś słodkiego




Biszkopt budyniowy
Tak, wiem, że cukier szkodzi, i to bardzo. Głównie na głowę. Ale czasem chętnie by się człowiek czymś słodkim podtruł ;(

I tak chodziło za mną od rana, ale w domu nic ze słodyczy nie ma, a i zrobić nie za bardzo jest z czego; tylko parę jaj i trochę masła. No mało jakby tych ingrediencji. Ale ochota duża.

Tyle tylko, że zjadłoby się, ale robić się nie chce. Jakoś nie przepadam za staniem w kuchni, więc musi być coś szybkiego i prostego.
Te jaja postanowiłam na biszkopt zużyć. A masło na budyń do niego. I rzeczywiście ‘piorunem’ poszło:

Biszkopt:

Białka z 4 jaj ubiłam na sztywną pianę, pod koniec dodając ¾ szklanki drobnego cukru. Domieszałam po jednym te 4 żółtka, dalej po ½ szklanki mąki ziemniaczanej i tortowej, 1 łyżkę oleju i 1 łyżeczkę octu.
Przelałam masę do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i włożyłam do pieca na 35 minut, temperatura 180 stopni.

Budyniowy krem:

Zagotowałam ½ l mleka.
Do wrzącego wlałam zawiesinę zrobioną z:
- 2 łyżek mąki ziemniaczanej
- 2    “        “    pszennej
- 2    “     cukru
- ¾ szklanki wody mineralnej gazowanej.
Powtórnie zagotowałam, energicznie mieszając, żeby kluchy się nie zrobiły.
Odstawiłam, a kiedy trochę budyń przestygł, wmieszałam pół kostki masła i zrobił się krem.

Biszkopt się upiekł, nawet się nie wybrzuszył, więc nie trzeba było rzucać tortownicą ;). Wyłożyłam go na kratkę, żeby prędzej  przestygł, przekroiłam na dwa blaty, nasączyłam każdy syropem z ananasa, posmarowałam galaretką porzeczkową i budyniem. Wierzch  też jest  porzeczkowo-budyniowy,  a dekoracja z krążków ananasa.

Zamknęłam go na godzinę w lodówce, żeby budyń dobrze zastygł. I deserek gotowy.

Jasne, że biszkopt można było upiec z 6 jaj, ale nie miałam :(
Budyń można było ugotować z 650 ml mleka, ale miałam tylko pół butelki :(
Krem można było zrobić z 250 g masła, ale było tylko 100 g :(
Do syropu można było dolać kieliszek amaretto, ale brakło ;(

Chciałam, żeby było szybko, i żeby się nie narobić. I tak wyszło. Nawet nam smakowało. Ale nasze koty tym plują :) Wolą schabik :(

I tak się zastanawiam w Dniu Matki: Dlaczego nie przejęłam od mojej Rodzicielki, której już nie ma, cech zawsze u Niej podziwianych, na przykład talentu do języków, czy zamiłowania do gotowania, pieczenia zwłaszcza? A smak Jej potraw i wypieków pamiętać będę do końca życia. Ale powtórzyć go nie sposób :(
Chérie Maman!


2 maja 2016

Te podłe kocurzaste


Fela zagląda: już jest obiadek?


Felutka się pasie

Filipek jak najdalej od ganku

Filip wypina się (na mnie)

Bazyl: nie dam się złapać

Fela przyczajona

Filip na posterunku pod morelą - łatwo bezpiecznie na niej się schronić

Duniulka czasem lubi połazikować po dworze

Filip się napycha kiedy nikt nie widzi


  Człowiek dwoi się, troi nawet, przejmuje, dogadza, kocha,  wręcz uwielbia, a to draństwo podłe (to znaczy nasze koty) ma cię w wielkim poważaniu; szlag mnie znowu trafił, bo jak tylko deko cieplej się zrobiło, to zwierzaki pod drzwiami wejściowymi tak się napraszały, żeby je wypuścić, tak śpiewały, przymilały, wreszcie awanturowały się, że wymogły na mnie to wyjście.

Oczywiście o powrocie do domu mowy już nie było; prośby ani groźby w ogóle nie skutkowały.
Więc opiekun postawił sprawę twardo: kto do domu nie wraca, miski nie dostaje. Głodem chciał kocurzyska wziąć. A potem ‘puszyć’ się, że jego metody wychowawcze takie skuteczne są.

No, niestety. Ten sposób wcale nie zadziałał. Bestie wolą głodne siedzieć, ale na dworze, niż nażarte, ale w domu, który za więzienie, a wręcz za jakiś konzentrationslager  mają.

Więc powiedziały tylko opiekunowi - he, he! Mają po  9, 10 i 15 lat, i na dobrą sprawę zawsze robiły co chciały. No a teraz, wiosną, mimo, że wszystkie kastrowane, czują przemożną chętkę na życie, i to wyłącznie na dworze.

No to znów ja, wychodząc z założenia, że skoro i tak na dworze po tyle godzin marzną, to niech chociaż  jedzonko dobre dostają, i na ganek miski wynoszę, proszę i namawiam na obiadek i kolacyjkę. A te wredasy pod gankiem czatują, bo głodne, ale do misek się dobierają dopiero, kiedy drzwi się zamknie  i w domu zniknie. Biegnę więc na górę i przez łazienkowe okienko podglądam sytuację: jedzą, czy nie? Jasne, że wcinają. Ale jak tylko usłyszą, że schodzę, rozpierzchają się na wszystkie strony, żeby nie daj Bóg, nie dać się złapać i do domu przymusowo  wcielić.

A dopiero chore tałatajstwo było, z kocich katarów leczone. Ale co tam; nie one przecież martwią się, nie one chorych obsługują i nie one za kurację kasę płacą.

Dlatego nie cierpię darmozjadów, co to nawet domu ci nie upilnują,  i w ogóle człowiek nic z nich nie ma, bo i swoje przywiązanie (rzekome?) dawkują ci w miligramach.
 
Wielce zazdroszczę osobom, które potrafią jakiś reżim w kocim stadzie zaprowadzić. Bo w naszym domu my jesteśmy tylko na kocie usługi.  
Fuj, psubraty jedne. Właśnie: może psa sobie sprawić?!

1 marca 2016

Zima nocą przyszła

Zima nocą przyszła


...a tak w dzień wyglądała








Jeszcze przed nocą poprzedzającą zimowy atak wyprawiłam się z kotami do doktora, kociego, do Dzierżoniowa. Jazda - koszmar; na drodze mgła jak mleko, nic nie widać dalej niż na 50-60 m, a w aucie koncert na parę gardeł, a właściwie żaden koncert, kakofonia to była.

Koty od dwóch tygodni leczone są na herpes, a konkretnie na jego objawy, bo wiadomo, że przeciw kociemu katarowi leków nie ma.
Po aplikacji antybiotyku (jakaś straszna trucizna pod nazwą Convenia), kropli do oczu, serwowaniu pysznego jedzonka i przestrzeganiu zakazu wychodzenia, kocurzaste jakby lepiej się poczuły, ale nie wyleczone, niestety.

Te dwa tygodnie to była udręka, i dla opiekunów, i dla chorych. Głównie ta niemożność opuszczania domu,  niekontrolowanego włóczęgostwa, szlajania się po okolicy, tak się kotom dawała we znaki, że zaczynały popadać w aberrację. Filipek zawodził pod drzwiami wejściowymi, tak rozpaczał, płakał lub krzyczał, że naprawdę obawiałam się o jego głowę. I wymógł na nas wychodzenie; co rano wyprawa z opiekunem, który wyrusza między ósmą a dziewiątą na zakupy.

Więc jeśli Filip wychodzi, to Bazyl oczywiście też. A za nimi ich mamuśka, Fela. Z tym, że kocica tylko do furtki opiekuna odprowadza, a potem we własnym lub sąsiedzkim ogródku, gdzieś pod krzakiem czeka, i na powitanie przed furtkę wychodzi, a czasem nawet zdarza się, że na spotkanie aż do rogu uliczki podbiega. Oczywiście jeśli na horyzoncie Rudy się nie czai. Rudy to piesek sąsiadów z naprzeciwka, kundelek, niegroźny całkiem, ale groźnie wszystkich i wszystko obszczekujący; Felę i Filipka całkiem zastraszył. Jego natomiast zastraszył nasz piesek, czyli Bazyl.
Bazyl jest dla Rudego Panem Bazylem i Rudy mu czapkuje.

Bazylek, być może i z tego powodu, poczuł się tak pewnie w stosunku do obcych psów, że pewnego razu podniósł łapę na owczarka, co prawda przywiązanego pod zatoką na wózki sklepowe, ale gabarytów takich, że raz by kłapnął zębami, i byłoby po naszym kocie. Mój mąż mało nie zszedł na zawał, kiedy zaobserwował tę sytuację po wyjściu ze sklepu.

Fela trzyma się blisko domu, ale bliźniaki idą daleko, pod sam  market prawie, albo pod tzw. drewniaka, gdzie mieści się sklep GS. Po drodze, okrężnej oczywiście, ze wskakiwaniem na okoliczne drzewa i przesiadywaniem w piwnicznych okienkach bloków, które mamy za płotem, kocury wracają z moim mężem do domu i głodne wpadają do kuchni. A tu śniadanko i ... areszt. Tym razem już na nic zawodzenie pod drzwiami, wykłócanie się z nami albo wrzaski i wygrażanie, że przestaną nas kochać. I tak zresztą wiemy, że kochają nas, po swojemu oczywiście, tylko wtedy, gdy potrzebują nas do swoich celów, a głównie do posług.

I tylko Dunia na dwór się nie wybiera, choć przyznać trzeba, że gdy ma ochotę się przebiec, to wcale o pozwolenie nie pyta; do perfekcji opanowała sztukę uciekania; nie wiadomo jak i kiedy, a Dunia już na dworze. W dodatku sama nie wraca, trzeba po nią pójść, wziąć na ręce, albo pozwolić, aby usadowiła się na mężowskim karku i tak wjeżdża do domu.
To wożenie się w charakterze boa tak się Duniulce podoba, że poluje na tę okazję i  kiedy tylko uda jej się wskoczyć opiekunowi na kolana, czepiając się pazurami ubrania, sadowi się z tyłu, wokół szyi. Kupa swetrów w strzępach. No, ale Duni wolno wszystko. Kocia w tym roku kończy 15 lat, nie jest już doskonałego zdrowia i wie doskonale, że ma specjalne w domu przywileje.

31 grudnia 2015

Na Nowy Rok 2016






Oby Nowy 2016 Rok
    nie szczędził nam darów najważniejszych: zdrowia, powodzenia, miłości, tolerancji
i dobroci, zwłaszcza dla zwierząt!


życzy wszystkim szczerze
z polecenia naszych kotów
ma.ol.su

29 grudnia 2015

Dziesiątka jest fajna

Windows 10

Kilka miesięcy temu zamówiłam w Microsofcie uaktualnienie systemu operacyjnego. I w połowie grudnia dostałam zawiadomienie, że ‘dziesiątka’ dla mnie jest gotowa. Więc nie zwlekając zgodziłam się na tę zamianę. Co prawda mając w pamięci naprawdę okropne perturbacje z przechodzeniem do Windows 8.1, a przedtem jeszcze ucząc się ‘ósemki’, na którą wyzywałam strasznie, liczyłam się z tym, że i tym razem mogą wystąpić problemy. Ale z drugiej strony naczytałam się tylu zachwytów dotyczących najnowszych ‘okien’, że miałam na nie chęć wielką.

I okazało się, że warto było. Teraz bardzo przyjemnie jest poruszać się w systemie. I łatwo.
Rzeczywiście wszystko jest pod ręką, dostęp do funkcji intuicyjny, co dla niefachowca jest szalenie ważne; właściwie komputer sam robi co trzeba.
A już szczytem uprzejmości mojego komputera była kilka dni temu instalacja nowej drukarki. Stary Epson się przez dziewięć długich lat wysłużył. I zasłużył sobie na moją wdzięczność. Nowa drukarka sama się z laptopem porozumiała, w dodatku bez pomocy kabla:) To wszystko mnie zachwyca.

Chociaż człowiek niby zdaje sobie sprawę, jak potężnie jest dziś za pomocą Internetu inwigilowany, to jednak godzi się z tym faktem, tym bardziej, że korzyści na pewno znacznie górują nad niedogodnościami. A zresztą państwo i tak nas śledzi, nawet bez Internetu. W dodatku zapowiada się, że będzie gorzej, to znaczy więcej kontrolowania, sprawdzania, podsłuchiwania.

Mimo tego nie wyobrażam sobie dzisiaj życia bez komputera, tak jak inni nie wyobrażają sobie życia bez telefonu (komórkowego). No, bo zwykły, analogowy to też jest potrzebny, bardzo.
Taki świat;)

W każdym razie namawiam osoby, które jeszcze nie przesiadły się na W.10 aby zrobiły to jak najszybciej. Bo fajny jest.




25 grudnia 2015

Dzisiaj Boże Narodzenie


Wszystko na tym świecie się zmienia, a im dłużej na nim jesteśmy tym większe przeobrażenia obserwujemy.

Ze świętami Bożego Narodzenia też tak jest, to znaczy z ich celebrowaniem. W czasach mojego dzieciństwa głównie chodziło o cel religijny: szopka, Święta Rodzina, pasterka, kolędy i modlitwa, wybaczanie sobie wzajemne przewin.

Dziś to już raczej okazja do rodzinno-towarzyskich spotkań, wystawnych przyjęć i kosztownych prezentów.  Choć jest i spora część osób  preferujących nawet całkowite oderwanie się od takich zgromadzeń i wybierających wyjazd na narty, albo na nurkowanie wśród koralowych raf.

Jasne, że do wigilii Bożego Narodzenia, która stała się WIGILIĄ, samoistnym jakby świętem i w dodatku w Polsce chyba najważniejszym, jesteśmy mocno przywiązani. Dbamy o zachowanie tradycji naszych domów rodzinnych, pilnujemy menu i choinki, pamiętamy o świątecznym podarku dla każdej osoby uczestniczącej w wigilijnej kolacji.
Ale, no właśnie, i zaskoczyć czymś gości i rodzinę lubimy; np. zamiast tortu makowego na deser niech będzie tort tiramisu. Ja tak zrobiłam.

Więc proszę się częstować i życzenia przyjąć:
Zdrowia i powodzenia w te Święta,
i potem też!

Tort Tiramisu

5 grudnia 2015

Modrzew i jaja od szczęśliwych kur

Modrzew grudniowy

Modrzewie piękne są. O każdej porze roku. Te wiosenne, z młodziutkimi, mięciutkimi kitkami zielonych igiełek, i te ośnieżone zimowe. Nawet teraz, w grudniu, kiedy igły już spadły, ale nie do końca, a zachodzące słońce przedziera się przez gałęzie, lubię patrzeć na to drzewo, które towarzyszy mi w życiu od zawsze. Oczywiście to nie to samo drzewo. Ale w każdym z miejsc mojego stałego zamieszkiwania, pod domem rósł modrzew. I tak już zostanie.

Drzewo ma się dobrze, w przeciwieństwie do mnie, zagrypionej od trzech tygodni. Chyba wszystkie zarazki świata mnie dopadły jednocześnie, więc leżę sobie i rozmyślam. Trochę czytam i trochę robótkuję.
Nawet specjalnie nie zdenerwowałam się faktem, że 'siadła' zmywara, a drukarka po niemal dziesięciu latach, wcale nie intensywnego, raczej średniego użytkowania, uprzejmie zawiadomiła mnie, że jej 'wewnętrzne części się wyeksploatowały'.
I chociaż człowiek ma skłonność do personifikowania rzeczy, a przynajmniej ja mam, i to sporą ('no zapal autko, zapal; przecież rozumiesz, że muszę jechać') to łatwo godzi się, że wszystko odchodzi. W niebyt. Nawet jeśli to jest rzecz ulubiona, niezbędna i nie do zastąpienia. Jak to mówią - tak świat jest urządzony:)

Jasne, że siedzenie w łóżku ma też swoje dobre strony; można np. oddawać się bezstresowemu (bez obwiniania się o marnowanie czasu) buszowaniu w internecie, co przynosi zyski w postaci nabywania wiedzy, nierzadko bardzo przydatnej, a niekiedy wręcz zdumiewającej.

Na przykład, dowiedziałam się, że woda, nawet mineralna, i to nawet pita litrami, wcale nie zaspakaja pragnienia naszych komórek, bo one, jak twierdzi chemik i wynalazca  Stanisław Szczepaniak, i tak umierają z pragnienia. Dlaczego? Otóż woda, aby nas faktycznie nawadniała, musi być sześcioklastrowa (a nie wieloklastrowa). Jest prosty sposób, aby przywrócić jej odpowiednią strukturę: butelkę wkładamy do zamrażalnika, po zamrożeniu wyjmujemy, czekamy aż odmarznie, i już możemy wypić szklankę o właściwościach wody z lodowca. Zastosowałam się do tego sposobu zaraz po przeczytaniu:)

Według prof. Iwana Nieumywakina, autora pracy 'Woda utleniona na straży zdrowia' powinniśmy przez kilka miesięcy codziennie wypijać szklankę wody wzbogaconej kilkoma kroplami (a po paru dniach 30-40 kroplami) zwykłej, trzyprocentowej wody utlenionej. Dotlenianie organizmu to rzecz znana, ale woda utleniona raczej kojarzy się z zewnętrznym, a nie wewnętrznym stosowaniem, a tu - proszę!

Ale najbardziej ucieszyłam się ze znalezienia na stronie Marty Brzozy wywiadu z prof.  Tadeuszem Trziszką, który dowodzi jak cenne dla naszego zdrowia jest jedzenie jaj i to w ilościach dowolnych, Okazuje się, że straszenie nas ilością odkładającego się w naczyniach cholesterolu można między bajki włożyć. Jest akurat odwrotnie; to jedzenie jaj, nawet 30, tak trzydziestu, tygodniowo, ratuje nasz układ krążenia przed złym cholesterolem.

Momentalnie dałam artykuł do przeczytania temu panu, który naśmiewa się codziennie ze mnie, że tak lubię obżerać się jajkami, i to w każdej postaci, a najbardziej jako kogel-mogel:) I co? Widać, jaki mój organizm jest mądry. Co prawda zajęło mu to wiele lat, ale sam wpadł na to, że jajko to zdrowie!

I jak tu mieć pretensje do wirusów? Gdyby nie one dalej żyłabym w przeświadczeniu, że szalenie szkodzę sobie tymi jajami.
Oczywiście to muszą być jaja zniesione przez szczęśliwe kury!


15 listopada 2015

Palę w kominku


Palę w kominku

Od wielu, wielu lat ogrzewamy dom kominkiem. Oczywiście do mrozów, bo gdy temperatury spadają do minusowych, kominek nie wystarcza. Kiedy go zamontowano nie było rzecz jasna mowy o żadnych płaszczach wodnych, ani innych udoskonaleniach, więc to zwykły kominek ze zwykłym wkładem. Ale służy, odpukać, 18 lat i tylko raz się zepsuł, to znaczy my zepsuliśmy; pękła szyba przy upychaniu 'na siłę' jakiegoś większego kawałka drewna.

Ale nowa szyba już jest, nawet udało mi się pięknie samej ją zamontować. A wczoraj przywieźli paletę brykietów drzewnych, i to jest to.

Owszem, kilka razy próbowaliśmy zastąpić drewno kominkowe brykietami właśnie. Niestety, zawsze były to całkowite niewypały; brykiety się nie chciały rozpalić, a jak się rozpaliły to dymiły, a jak nie dymiły to rozpadały się na trociny jeszcze przed spaleniem. I prawie zawsze okropnie śmierdziały jakąś chemią. W dodatku, kupowane w marketach budowlanych, wcale nie były tanie. Ale, co najważniejsze, nigdy nie płonęły jasnym, żywym płomieniem jak 'prawdziwe'. Więc zrażeni do brykietów, powróciliśmy do drewna. Drewno z kolei, to wysokokaloryczne, dębowe albo bukowe nie tylko drogie jest, ale mnóstwa pracy i czasu wymaga. Pracy, bo trzeba bale piłować, porąbać, poukładać, zabezpieczyć. Czasu, bo czekać trzeba, aż się wysuszy, co zwykle trwa rok, a najlepiej dwa, i dłużej.

Ale któregoś dnia wpadłam na blog Marka Miki, który jest pasjonatem sprawdzania, opisywania,  i porównywania produktów i urządzeń dla domu, i m.in. zajmuje się także sprawą ogrzewania. Otóż Marek przeprowadza drobiazgową analizę wielu rodzajów brykietów i poddaje je surowej krytyce.

Właśnie na jego blogu znalazłam dwie polskie firmy, zasługujące na uwagę. Niestety, jedna z nich ma takie 'wzięcie' wśród klientów, że czasowo nie przyjmuje już nowych zamówień. Druga z kolei, deko droższa, zamówienia realizuje non stop. I właśnie w Sek-Polu, w Kielcach, kupiliśmy brykiety. Przywieźli je przed południem, a już o wpół do pierwszej rozpaliłam nimi kominek, bo nie mogłam doczekać się próby.

I co? Wszystko świetnie: rozpaliły się bardzo szybko, przez trzy godziny płonęły pięknym ogniem, i przez następną godzinę żarzyły się jeszcze, aż do wygaśnięcia. Nie pobrudziły szyby, nie było żadnego kopcenia, dymienia, nieznośnych zapachów. Po paleniu została niepełna łopatka popiołu; dziś przeczytałam na stronie producenta, że stanowi on cenny nawóz. Zapytam tylko jeszcze Megi, do czego ewentualnie moglibyśmy go zastosować. Jednym słowem same 'plusy dodatnie' jak mówił nasz były pan prezydent.

I proszę: Polskie - lepsze:)
Więc koniec z drewnem, od teraz tylko brykiety. Robią je z trocin, które i tak do niczego innego nie są już przydatne, a zatem częściowo choć przyczynimy się do ochrony lasów.



1 listopada 2015

Utracić kogoś...

Rudolf. Z oddali...



Moja psyche tak jest skonstruowana, że nie rozróżnia gradacji wśród istot bliskich, które w życiu utraciłam. Obojętnie, czy to były odejścia tak zwane naturalne czy tragiczne, czy dotyczyły ludzi, czy stworzeń ludźmi nie nazywanymi, ból po ich stracie był podobny; ciężki, długotrwały, rozdzierający.




Najbardziej wyniszczający, bo wieloletni i odbierający chęć do życia był ten, który nastąpił po utracie Murki. Najczarniejszy dzień mojego życia to 11 grudnia 1998 roku. Wtedy straciliśmy kotkę, która od półtora roku był radością i sensem naszych działań. Nie będę ‘rozdrapywać’ tej rany, zabliźnionej już, ale skórka na niej wciąż cienka: http://szkaradziej.blogspot.com/search/label/MURKA

Wiele, wiele cierpień przyniosła mi tragiczna śmierć mojego brata, o 10 lat młodszego, który stracił życie w 33 roku, czyli w chwili, kiedy nawet połowy tej wspaniałej przygody nie było mu dane doświadczyć. I co do dziś, a minęło już dużo lat, nieodmiennie mnie zastanawia, to fakt, że mój brat Jasiek i ja, nie byliśmy żadnymi ‘papużkami nierozłączkami’, nie widywaliśmy się za często, właściwie nie śledziliśmy skrupulatnie swoich życiowych losów, to jednak  jego odejście przeżywałam długo i bardzo, bardzo intensywnie.

Przeżyłam wielu przyjaciół. Niektórzy odchodzili w pełni sił i witalności, niektórzy tragicznie, inni jeszcze w środku realizacji własnych życiowych planów. Wszystkich żal wielki.

Pożegnałam ojca, matkę, ojczyma, teściów, szwagrów. Straty, w latach rozłożone, były po prostu życiowymi doświadczeniami, bardzo lub bardziej bolesnymi, ale przecież nie załamywały mnie i nie obierały chęci do dalszych z losem zmagań.

Ale już przy stracie zwierząt, które należały do naszej rodziny od czasu odejścia Murki, odczucia moje były wręcz obezwładniające. Nie chcę w tym miejscu roztrząsać przyczyn takiego stanu mojej świadomości. Jednak przeżycia, związane z odejściem bądź zaginięciem, bezpowrotnym, zwierząt są dramatyczne bardzo. Kochaliśmy Szkaradziejka:http://szkaradziej.blogspot.com/2010/04/nie-ma-juz-z-nami-szkaradzieja.html
Małpiacię,

Wiem, takie jest życie: kończy się nieistnieniem. Szczęśliwi, którzy z całej siły wierzą, że gdzieś, kiedyś, wszyscy się spotkamy!

26 września 2015

Powrót kocicy


Godzinę temu (19:40), po ośmiu dniach nieobecności, Dunia, ta kocica szalona, zjawiła się na ganku. Na widok swojego opiekuna zaczęła uciekać do furtki, ale czule, bardzo czule, i cicho, bardzo cicho przywoływana pozwoliła się złapać. Brudna (bardzo) i chuda; dosyć, ale nie tak, jak po powrocie z 15-dniowej nieobecności, kiedy to słaniała się z wycieńczenia.

Zjadła naprawdę dużą porcję mięsa w paręnaście sekund i momentalnie po jedzeniu ulokowała się pod drzwiami wejściowymi aby coraz głośniej i głośniej domagać się wypuszczenia.
Drze się teraz po prostu. Jeśli potrwa to dłużej to ochrypnie a potem straci głos, jak swego czasu Filipek, który po swojej miesięcznej nieobecności, tuląc się i pazurkami trzymając ubrania, opowiadał nam o swoich strasznych przeżyciach.

Więc co zrobić?! Za radą Alicji i Joanny uwięzić kocicę w domu? I do kiedy? Na zawsze?

Czy postąpić, jak zapewne w takiej sytuacji zadecydowałyby Ashka i Urszula, to znaczy wypuścić kota?

To są właśnie dylematy związane z opieką nad kotem:

- Oczywiście nie puszczam i sumienie mam czyste; a co tam będę przejmować się samopoczuciem zwierzaka; przecież robię to 'dla jego dobra'. Następnie tygodniami obserwuję, jak kotka traci ochotę do życia, zainteresowanie czymkolwiek, łącznie z jedzeniem, siedzi skulona i tępo patrzy w podłogę.

- Oczywiście puszczam, choć 'durny' kot, z umysłowością odpowiadającą mentalności trzyletniego dziecka, nie ma sam rozeznania, co dla niego najlepsze, i narażam się na  surowe oceny osób, które tego nie pochwalają (przepraszam, ale akurat mniejsza o to), jednak co gorsze z mojego punktu widzenia, szykuję sobie swoje własne, okropne wyrzuty sumienia w razie, gdy Dunię wypuszczę, a ona znów wróci za tydzień, dwa, albo wcale nie wróci.

Dunia ma 14 lat, jest kotką wychodzącą od urodzenia, córką kocicy - włóczykija. Za wyjątkiem ostatniego aresztu, który znosiła fatalnie, nigdy nie była więziona.

Teraz uchyla się od dotykania i głaskania; całkiem jak zdziczały kot. Dalej siedzi pod drzwiami i rozpacza. To już jest krzyk.

24 września 2015

Dunia do grobu mnie wpędzi!


Dunia do grobu mnie wpędza; znów poszła w świat, w piątek, 18 września, po obiedzie.

Ledwo wykaraskała się, przy pomocy weterynarza i naszej, z traumy po poprzednim, piętnastodniowym  zaginięciu, na przełomie czerwca i lipca.

Trzy tygodnie trzymałam ją w szelkach, na smyczy. Już zaczynała wariować od tej niewoli. Więc kiedy któregoś dnia oswobodziła się z szelek i uciekła, zgodziłam się, że nie będę jej w dalszym ciągu więzić.
Karnie siedziała w ogródku koło domu, a najdalej za najbliższe płoty się wyprawiała. I wracała, choć z oporami, na wołanie, trzy razy dziennie, do miseczki, czwarty raz na śmietankę, i w chłodniejsze dni udawało się ściągnąć ją do domu na noc.
Chociaż reszta bandy uporczywie na dworze nocuje i wielkie larum podnosi, gdy któraś sztuka zostaje do domu złapana, zwykle podstępem, nigdy dobrowolnie.

A teraz znów jej nie ma, szósty dzień, a ja nie wiem już, co robić.  Żyje, czy ktoś ją przejechał, pies rozszarpał? Z własnej woli włóczy się po okolicy, czy przetrzymywana jest, więziona? Jada cokolwiek, pije, czy głoduje?

Wygląda na to, że beznadziejnymi opiekunami dla naszych kotów jesteśmy. Ale to nie tak; człowiek stara się nieba im przychylić. Tylko, że w domu przetrzymywane są absolutnie nieszczęśliwe. W ogródku czują się świetnie. Tyle tylko, że pięćsetmetrowy ogródek jest dla nich kilka razy za mały, żeby nie prowokować wypraw poza płot. A za płotem, cóż, nie tylko pokusy dalszej wędrówki, ale i wszelkie niebezpieczeństwa świata czyhają.

Nasze wieloletnie doświadczenie w opiece nad kotami sprowadza się ostatecznie do stwierdzenia, że każdy kot jest inny, czego innego od życia oczekuje i wymaga. Jak człowiek. Staramy się to rozpoznac i im dać. Ale z jakim skutkiem?

Znów apeluję:


Dunia zaginęła

Dunia zaginęła

Dunia zaginęła



DUNIA

Umaszczenie szaro-beżowe, duży, biały ‘śliniaczek’, czarna pręga na grzbiecie,
białe skarpetki na 4 łapkach

Wyszła z domu dnia 18. września 2015
          Ma 14 lat; jest mało sprawna, mizerna, niedomaga.
Sprawdź, czy nie zamknąłeś Duni w garażu, altance, piwnicy albo w komórce!