31 marca 2018

Dużo dobrego, na Święta i po...


Pogodnych Świąt Wielkanocnych, zdrowych i dostatnich, nam wszystkim, i naszym zwierzętom!
A tym braciom mniejszym, które niczyje są, żeby doczekały  swojego dobrego opiekuna, amen.

9 marca 2018

Nie pisałam bo płakałam


Bazyluś dwutygodniowy

Bazyl pozujący

Pan Bazyl

Bazylek trzytygodniowy

Bazyl dorosły

Bazyl rozleniwiony

Bazyl popijający
Bazyl robi manicure

Bazyl zadumany

Bazyl jesienny

Bazyl do podziwiania

Bazyl zafascynowany

Bazyl obserwujący

Bazyl bezpieczny

Bazyl szczęśliwy na łonie natury

Bazyl śpi, ale czuwa

Bazyl, zawsze poważny

Bazyl, mój drogi

Kocie, Bazylku, Bazyluniu Kochany,

właśnie rok mija, od kiedy nas opuściłeś. I zostawiłeś  w żalu, w smutku.

Przez ten rok stale cię wspominaliśmy, wciąż przypominaliśmy sobie te dni, miesiące i lata, które wspólnie przeżyliśmy.
I to, ile radości dostawaliśmy codziennie od ciebie.

To prawda, już tak nie boli.
Wszyscy mamy od Natury dar zapominania cierpienia.
Ale pamięć pozostanie na zawsze. I to jest dobre.

Bazylu, mój drogi...

17 lutego 2018

Wszystkim kotom świata...


Koty, wy najcudniejsze stworzenia
świata!

Bądźcie zdrowe, kochane i szczęśliwe.


Niech każdy (który zechce oczywiście), znajdzie odpowiedniego człowieka i pozwoli mu być swoim
niewolnikiem.


Niech nigdy wam nie zabraknie myszy ani też wygodnego
miejsca na drzemkę.


Żyjcie długo, a jeśli odejdziecie pierwsi, trzymajcie dla nas
kanapę, tam, na górze.


Przyjmijcie te życzenia w Dniu Święta Kota!


23 grudnia 2017

Boże Narodzenie '17 i Nowy Rok '18


    Oby Boże Narodzenie było świętem ze wszech miar udanym,
a w Nowym Roku żebyśmy zdrowi byli, żeby nie było wojny, głodu ani potopu!

Z resztą powinniśmy sobie dać radę:)

                                                                                           z serca życzę
                                                                                              ma.ol.su
                                                                                              z kotami

9 marca 2017

Przeboleć ból

Bazyl


Opuścił nas Bazylek, ta boska istota. To dziś się stało, o 8:45 rano.

Chciałam, żebyśmy go zaraz pogrzebali; żeby w te oczy półprzymknięte nie patrzeć, żeby nie wariować na widok tego języczka z buzi wypadającego, żeby już nie dotykać tych łapeczek stygnących.

Ale opiekun Bazyla się uparł; a co będzie, jeśli kot się ocknie, obudzi, nie pozwoli się Charonowi przez rzekę przewieźć?!

Tak, tak - brakuje  w dzisiejszych czasach tych bogów, do których ongiś można było  się zwracać z błagalnymi prośbami i czasem udawało się skruszyć ich wolę.

Zawsze mówiłam, że nasze zwierzęta muszą umrzeć przed nami bo nie możemy ich przecież samych zostawić na tym marnym świecie, żeby na poniewierkę poszły, żeby na los niepewny je narażać,  bo przecież one po to istnieją, aby kochać i być kochanymi.

Ale jak, no jak takie odejście przeżyć? Jak odciąć się od bólu po takiej stracie?

Tylko świadomość, że przecież są jeszcze inne koty w tym domu żałoby, pozwala na założenie opatrunku na to serce krwawiące.

8 marca 2017

Bazylek odchodzi...

Nasz cudny kot Bazyl umiera. Ma raka nerek. Jestem zdruzgotana.

Chyba nie doczeka swoich  urodzin. W czerwcu, 29,  skończyłby 10 lat. Latek, w czasie których dawał nam niesamowicie dużo radości, miłości i wszelkiej możliwej pogody, z tego wynikającej, że to zwierzę, to cud natury jest!

Oddałabym mu najchętniej jedną swoją nerkę; żeby tylko mógł nadal sobą nas obdarzać i życiem się cieszyć.

Okrutny jest los, okrutny.

Bazyl

25 lutego 2017

Nieszczęścia chodzą parami

Bazyl chory

To wieki, a może i tysiąclecia nawet wykształciły, zwane mądrościami ludowymi, powiedzenia i przysłowia. I jak dobrze wiemy, mądrości te sprawdzają się z zastanawiającą częstotliwością.

U nas to samo; nie dość choroby Duni i związanych z nią niepokojów, trudności i stresów, to spotkało nas kolejne nieszczęście; śmiertelnie zachorował Bazyl.

Ten kot załamał mnie całkowicie; ma przewlekłą niewydolność nerek.
To jest choroba, niestety, nieuleczalna.  Czas przeżycia zwierzęcia liczy się w zależności od jej stadium. I nie jest on długi w przypadku  Bazyla, który jest już w ostatniej, IV- fazie.

Zniszczenie nerek jest tak znaczne, że można już tylko starać się, aby kot nie cierpiał, a jego życie było w miarę komfortowe.

To choróbsko podstępne jest niezwykle, ponieważ pierwsze oznaki widoczne są u kota dopiero wtedy, gdy nieodwracalny proces niszczenia jest już bardzo zaawansowany.

Dotychczas Bazyl zachowywał się jak normalny, zdrowy, chętny do życia kot.

Ale od jakiegoś czasu marudził przy jedzeniu. Mnie to specjalnie nie zmartwiło, bo zawsze potem nadrabiał takie okresy i nie odmawiał sobie ani mięska, ani śmietanki, jogurtu czy rybki.
Jednak zajęta Dunią, i być może do przesady dbająca o jej wygody, zaniedbałam inne koty. A teraz za to przyszło płacić cenę najwyższą.

Kiedy  Bazyl na serio stracił apetyt, postanowiłam zabrać kota  do jego Veta, tak na wszelki wypadek, jednak absolutnie nie spodziewałam się, że wyniki będą tak tragiczne. Więc zupełne zaskoczenie i wielka złość na siebie – jak mogłam do tego dopuścić?!
Teraz już nic nie mogę; tylko kroplówki, kroplówki, kroplówki.  Sprowadziłam mu najlepszą (Terra Faelis) karę, jaką w kraju mamy, ale co z tego; i tak muszę karmić go silą.
I pozwalamy kotu na co tylko chce, może robić co tylko sobie życzy.
Ale to wyrzutów sumienia nie zagłuszy.

2 lutego 2017

Dunia bierze


Dunia się leczy

Od kilku dni Dunia nie miała ataku. Żadnych farmaceutyków przeciwpadaczkowych nie dostawała. Jest na diecie około ketogenicznej, jeśli można się tak wyrazić. Obok tego przez miesiąc dostawała 3 razy dziennie po 2 ml niejonowego nano srebra.
A od 27 stycznia bierze 'maryśkę'. No nie dosłownie, bo jej  'działka'  to wyciąg z konopi (1 kropla na dobę). Wyciąg ma postać olejku CBD 2,5%, jest to kannabinoid nie mający działania tzw. rekreacyjnego,  czyli w ogóle nie jest psychoaktywny, a więc nie zakazany.

Jeżeli potwierdzi się u Duni w najbliższym czasie, że nawrotu ataków nie ma, to dla mnie będzie to potwierdzeniem, że konopie to cud natury, panaceum na 100 chorób, nie tylko dla ludzi, ale i dla zwierząt.


Cały styczeń kocica przeleżała w moim łóżku, na własnych piernatach, poduszeczkach, jasieczkach, kołderkach. Co dzień pranie i suszenie, bo pampersów nie tylko nie zaakceptowała, ale wręcz walczyła jak o życie, przeciw nim.
Wstawała tylko do kuwety. I raz na dobę urywała się z betów, aby poleżeć pod łóżkiem, na gołych dechach. Sama stamtąd  nie wychodziła. Musiałam ją wyciągać i znów pakować do łóżka. W obawie przed przeziębieniem.
Głównie spała. Wciąż w tym samym miejscu i w tej samej pozycji.


Ale teraz już trochę się rozgląda, czasem ucieknie do przedpokoju. Chciałabym ogromnie, aby się okazało. że epilepsja jest opanowana, i że padaczkowe drgawki minęły bezpowrotnie.

Oczywiście, że jestem za hasłem (i działaniem)  WOLNE KONOPIE! 



31 grudnia 2016

Dunia znów miała atak

Dunia




Dokładnie nie da się określić kiedy Dunia po raz pierwszy miała atak padaczki. Dostrzeżone przez nas  objawy miały miejsce w lipcu.
To dla zwierzątka rzecz straszna. Chyba dla kota szczególnie. Dla Duni, która w skokach i podchodach była mistrzynią, a w precyzji umieszczania swego ciałka dokładnie tam, gdzie chciała, w czym nie miała  równych, to wręcz tragedia.

Dunia już nie wchodzi  po schodach, tylko się na nie wdrapuje, czepiając się pazurkami. Nie schodzi, tylko się stacza. A z łóżek po prostu spada. Nie potrafi wskoczyć na krzesło w kuchni, na którym przyzwyczaiła się jadać od malucha.
Jej ataki to były kilkusekundowe drgawki i skurcze; gwałtowne przebieranie wszystkimi łapkami, wykręcenie tułowia, dzikie oczy i niekontrolowane oddawanie moczu. Występowały raz w tygodniu, a nawet raz na dwa tygodnie. Nie uznawaliśmy ich za groźne do tego stopnia, aby zamknąć ją w domu, tym bardziej, że areszt taki to dla niej straszliwa kara, którą przeżywała niepokojąco tracąc chęć do życia.

Niestety, z upływem tygodni ataki nasilały się, a w tej chwili są już codzienne. Wczoraj miała ich aż siedem, nie licząc nocy, kiedy nie jest monitorowana. Po kilkunastosekundowym ataku, całkowicie zdezorientowana, zaczyna wariackie mycie całego ciała, trwające bardzo długo, nawet godzinę. Jest bardzo pobudzona, zdenerwowana, kompletnie nie wie, co się dzieje. Pilnujemy tylko, aby się nie poraniła, nie uderzyła, nie spadła z jakiegoś mebla.

Tymczasem cały dom cuchnie moczem,  mimo natychmiastowego mycia i sprzątania. To dla nas niesamowicie uciążliwe. Ale nie da się wyprać wszystkich dywanów, tapicerki, materaców, koszyków, i tym podobnych miejsc, narażonych na te ataki.
A nie chcemy jej zamykać w osobnym pomieszczeniu, ogołoconym ze sprzętów, zresztą nie za bardzo mamy gdzie; to mały dom. Ponadto w zamknięciu musiałaby większość czasu spędzać sama, a to z kolei wywołałoby jeszcze większą jej frustrację.

Nie mamy w tym zakresie planu na przyszłość. Czekamy, jak będzie się choroba rozwijać. Na razie nie przewiduję podawania jej leków, gdyż specyfiki te choroby w ogóle nie leczą, za to mają fatalne skutki uboczne.

Nasze pozostałe zwierzaki obserwują ataki Duni jakby ukradkiem. Ale najczęściej udają, że wcale tego nie widzą.
A sama Duniulka lubi sobie dobrze zjeść; dostaje codziennie jedno żółtko, trochę masełka, kurczaka, schab lub szynkę (dieta a la Barf), ale jest coraz chudsza, niestety, i coraz niespokojniejsza. Najulubieńsze jej miejsca to ciała opiekunów, możliwie jak najbliżej twarzy. Niestety, nie można jej tego zapewnić non stop;).

Martwimy się. Przeżywamy. Duniusia dopiero niedawno rozpoczęła szesnasty roczek swego pobytu na ziemi. Więc co to za wiek dla kotki, która u nas się urodziła, była odpowiednio, mam nadzieję, pielęgnowana, karmiona i obdarzana uwagą przez wszystkie te lata.

I stale zastanawiamy się, co poszło nie tak; skąd uszkodzenie mózgu?, guz?, czy inna przyczyna tak dolegliwego schorzenia.
Któregoś dnia zwierzałam się doktorowi Duni, jak bardzo chciałabym, aby dane jej było przeżyć jeszcze choć rok, a najlepiej dwa. Bo spotkałam tam kotkę 21-letnią. I była w niezłym stanie.
A to absolutnie nie rekord wśród znanych mi przypadków; kotka jednej pani (weterynarz) właśnie ma teraz 25 lat! Z tym, że nigdy nie jadła 'torebek czy puszek' ani nie brała antybiotyków. I co powiecie?





25 grudnia 2016

Święta 2016



Potrzebne są święta człowiekowi. I nieważne, czy i w co wierzy. Kochał świętować  zarówno poddany rzymskiego cesarza, afrykańskiego kacyka, jak i nasz praszczur słowiański - czciciel gajów, ruczajów, starych drzew i jezior.
Współczesne chrześcijaństwo, raczej mało uduchowione, pojmuje święta głównie jako usprawiedliwienie wielkiego zarabiania.
Szlachetne cele, no może, przy okazji. Miło jest przecież wykazać się dobroczynnością, nawet jeśli jest ona okazjonalna tylko.

W naszym domu, my agnostycy, czci nie oddajemy małemu Jezuskowi, o którym nawet nie wiadomo czy w ogóle się urodził, a już na pewno nie wiadomo, kiedy to faktycznie było. Ale co z tego?

Lubimy przecież te wszystkie obrządki, choinkę, opłatek, życzenia, karty świąteczne, upominki.
Nadto potrzebne są nam te czasowe podziały: przed świętami, na święta, w czasie świąt, po świętach. Wyznaczają, częściowo przynajmniej, nasze zadania, zdarzenia, plany, zamierzenia.

Tak, że słowami klasyka rzecz ujmując - plusów dodatnich😊 widzę w obchodzeniu świąt wszelkich, bardzo wiele. I tego życzę naszym miłym Czytelnikom, Przyjaciołom i Nie, także. A jakże, są święta😉

4 listopada 2016

Kominek stary, ale nowy



Od dawna nosiłam się z zamiarem pomalowania naszego kominka. Kiedy go stawiano, dziewiętnaście lat temu, ładny był, a w każdym razie w katalogu, z którego wybieraliśmy, nie było nic ciekawszego.
W zasadzie to normalny kominek, z piaskowca i cegieł, z żeliwnym wkładem i ,bebechami’ przykrytymi płytą gipsowo-kartonową. Ale z biegiem lat piaskowiec stał się passe, a te czerwone cegły to już całkiem ohydne się zrobiły.

Więc oglądałam na Pintereście, jak właściciele radzili sobie ze zmianą estetyki swoich kominków. No, różnie.
Aż któregoś dnia znalazłam zdjęcia dokumentujące przemalowanie podobnego, też z podobnych materiałów postawionego. A właścicielka przekonywała, że tylko farby Benjamin Moore, choć drogie, się do tego nadają. No, myślę sobie; farby drogie, trudno, kupię. Ale ta przesyłka ze Stanów będzie rujnująca;(
Jakoś, nie wiem czemu, do głowy mi nie wpadło, że przecież i u nas od jakiegoś czasu można kupić wszystko, albo prawie wszystko, co na świecie produkowane. Rzeczywiście,  jeden klik wystarczył, żeby kupić puszkę farby.

Bardzo ochoczo zabrałam się do dzieła.  Tak, potwierdzam, farba-rewelacja. Oczywiście w trakcie malowania  okazało się, że chociaż powierzchnia kominka nie ma kilkunastu metrów kwadratowych, na które puszka powinna wystarczyć, to farby zabrakło. Więc ponownie zamówiłam.
Kominek odmalowałam. Każdą dziurkę, szparkę, wgłębienie wypełniłam farbą, gęstą, świetnie się rozprowadzającą, nie chlapiącą, nie kapiącą. Przy okazji pomalowałam ścianę kominkową i ścianę z oknem.

Farba jest absolutnie bez zarzutu. Teraz planuję tym Benjaminem Moorem pomalować więcej rzeczy w domu. Najbardziej mnie korcą nasze drewniane meble kuchenne.
W pierwszej chwili zamierzałam odnowić je farbami kredowymi Annie Sloan. Ale mój mąż, który ostatnio odnalazł w sobie pasję kucharza, a więc dużo w kuchni przebywa, nie gustuje w meblach shabby chic.
Więc nie będę mu się narażać. Zresztą sama też wolałabym powierzchnie raczej gładkie, a nie w ślady po pędzlach. To zostanę już przy tym Benjaminie.



Przed malowaniem
Kominek pomalowany



7 sierpnia 2016

Urodziny, ale smutne


Wczoraj były moje urodziny. Ale smutne bardzo, bardzo.
Przyjaciel dobry odszedł. Tuż  po własnych urodzinach.  Nad Renem mieszkał.
Pięknie, po polsku, składał mi życzenia, abym zdrowa była, szczęśliwa, pogodna. Zawsze, od lat.

 A teraz  już nigdy Go nie usłyszę. Nie ucieszę się na Jego widok. Nie pomacham na pożegnanie, z nadzieją, że za pewien czas znów się spotkamy.  Nie zmartwię się więcej Jego niedyspozycją. Nie roześmieję się z Jego żartu.  Wszystko, o czym pomyślę, będzie na nie.

Był Lwem. Jak ja. Ale cóż; nawet Lwy słabną i pewnego dnia nie potrafią już dalej stawiać czoła życiu. Wtedy kapitulują.  A czas zaczyna  się  toczyć  bez nich.

Ale pamięć pozostaje. Dopóki sama nie odejdę będę Go wspominać serdecznie.
I może kiedyś, znów… wszyscy się spotkamy. Kto to wie…


26 maja 2016

Coś słodkiego




Biszkopt budyniowy
Tak, wiem, że cukier szkodzi, i to bardzo. Głównie na głowę. Ale czasem chętnie by się człowiek czymś słodkim podtruł ;(

I tak chodziło za mną od rana, ale w domu nic ze słodyczy nie ma, a i zrobić nie za bardzo jest z czego; tylko parę jaj i trochę masła. No mało jakby tych ingrediencji. Ale ochota duża.

Tyle tylko, że zjadłoby się, ale robić się nie chce. Jakoś nie przepadam za staniem w kuchni, więc musi być coś szybkiego i prostego.
Te jaja postanowiłam na biszkopt zużyć. A masło na budyń do niego. I rzeczywiście ‘piorunem’ poszło:

Biszkopt:

Białka z 4 jaj ubiłam na sztywną pianę, pod koniec dodając ¾ szklanki drobnego cukru. Domieszałam po jednym te 4 żółtka, dalej po ½ szklanki mąki ziemniaczanej i tortowej, 1 łyżkę oleju i 1 łyżeczkę octu.
Przelałam masę do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i włożyłam do pieca na 35 minut, temperatura 180 stopni.

Budyniowy krem:

Zagotowałam ½ l mleka.
Do wrzącego wlałam zawiesinę zrobioną z:
- 2 łyżek mąki ziemniaczanej
- 2    “        “    pszennej
- 2    “     cukru
- ¾ szklanki wody mineralnej gazowanej.
Powtórnie zagotowałam, energicznie mieszając, żeby kluchy się nie zrobiły.
Odstawiłam, a kiedy trochę budyń przestygł, wmieszałam pół kostki masła i zrobił się krem.

Biszkopt się upiekł, nawet się nie wybrzuszył, więc nie trzeba było rzucać tortownicą ;). Wyłożyłam go na kratkę, żeby prędzej  przestygł, przekroiłam na dwa blaty, nasączyłam każdy syropem z ananasa, posmarowałam galaretką porzeczkową i budyniem. Wierzch  też jest  porzeczkowo-budyniowy,  a dekoracja z krążków ananasa.

Zamknęłam go na godzinę w lodówce, żeby budyń dobrze zastygł. I deserek gotowy.

Jasne, że biszkopt można było upiec z 6 jaj, ale nie miałam :(
Budyń można było ugotować z 650 ml mleka, ale miałam tylko pół butelki :(
Krem można było zrobić z 250 g masła, ale było tylko 100 g :(
Do syropu można było dolać kieliszek amaretto, ale brakło ;(

Chciałam, żeby było szybko, i żeby się nie narobić. I tak wyszło. Nawet nam smakowało. Ale nasze koty tym plują :) Wolą schabik :(

I tak się zastanawiam w Dniu Matki: Dlaczego nie przejęłam od mojej Rodzicielki, której już nie ma, cech zawsze u Niej podziwianych, na przykład talentu do języków, czy zamiłowania do gotowania, pieczenia zwłaszcza? A smak Jej potraw i wypieków pamiętać będę do końca życia. Ale powtórzyć go nie sposób :(
Chérie Maman!


2 maja 2016

Te podłe kocurzaste


Fela zagląda: już jest obiadek?


Felutka się pasie

Filipek jak najdalej od ganku

Filip wypina się (na mnie)

Bazyl: nie dam się złapać

Fela przyczajona

Filip na posterunku pod morelą - łatwo bezpiecznie na niej się schronić

Duniulka czasem lubi połazikować po dworze

Filip się napycha kiedy nikt nie widzi


  Człowiek dwoi się, troi nawet, przejmuje, dogadza, kocha,  wręcz uwielbia, a to draństwo podłe (to znaczy nasze koty) ma cię w wielkim poważaniu; szlag mnie znowu trafił, bo jak tylko deko cieplej się zrobiło, to zwierzaki pod drzwiami wejściowymi tak się napraszały, żeby je wypuścić, tak śpiewały, przymilały, wreszcie awanturowały się, że wymogły na mnie to wyjście.

Oczywiście o powrocie do domu mowy już nie było; prośby ani groźby w ogóle nie skutkowały.
Więc opiekun postawił sprawę twardo: kto do domu nie wraca, miski nie dostaje. Głodem chciał kocurzyska wziąć. A potem ‘puszyć’ się, że jego metody wychowawcze takie skuteczne są.

No, niestety. Ten sposób wcale nie zadziałał. Bestie wolą głodne siedzieć, ale na dworze, niż nażarte, ale w domu, który za więzienie, a wręcz za jakiś konzentrationslager  mają.

Więc powiedziały tylko opiekunowi - he, he! Mają po  9, 10 i 15 lat, i na dobrą sprawę zawsze robiły co chciały. No a teraz, wiosną, mimo, że wszystkie kastrowane, czują przemożną chętkę na życie, i to wyłącznie na dworze.

No to znów ja, wychodząc z założenia, że skoro i tak na dworze po tyle godzin marzną, to niech chociaż  jedzonko dobre dostają, i na ganek miski wynoszę, proszę i namawiam na obiadek i kolacyjkę. A te wredasy pod gankiem czatują, bo głodne, ale do misek się dobierają dopiero, kiedy drzwi się zamknie  i w domu zniknie. Biegnę więc na górę i przez łazienkowe okienko podglądam sytuację: jedzą, czy nie? Jasne, że wcinają. Ale jak tylko usłyszą, że schodzę, rozpierzchają się na wszystkie strony, żeby nie daj Bóg, nie dać się złapać i do domu przymusowo  wcielić.

A dopiero chore tałatajstwo było, z kocich katarów leczone. Ale co tam; nie one przecież martwią się, nie one chorych obsługują i nie one za kurację kasę płacą.

Dlatego nie cierpię darmozjadów, co to nawet domu ci nie upilnują,  i w ogóle człowiek nic z nich nie ma, bo i swoje przywiązanie (rzekome?) dawkują ci w miligramach.
 
Wielce zazdroszczę osobom, które potrafią jakiś reżim w kocim stadzie zaprowadzić. Bo w naszym domu my jesteśmy tylko na kocie usługi.  
Fuj, psubraty jedne. Właśnie: może psa sobie sprawić?!