Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip. Pokaż wszystkie posty

2 maja 2016

Te podłe kocurzaste


Fela zagląda: już jest obiadek?


Felutka się pasie

Filipek jak najdalej od ganku

Filip wypina się (na mnie)

Bazyl: nie dam się złapać

Fela przyczajona

Filip na posterunku pod morelą - łatwo bezpiecznie na niej się schronić

Duniulka czasem lubi połazikować po dworze

Filip się napycha kiedy nikt nie widzi


  Człowiek dwoi się, troi nawet, przejmuje, dogadza, kocha,  wręcz uwielbia, a to draństwo podłe (to znaczy nasze koty) ma cię w wielkim poważaniu; szlag mnie znowu trafił, bo jak tylko deko cieplej się zrobiło, to zwierzaki pod drzwiami wejściowymi tak się napraszały, żeby je wypuścić, tak śpiewały, przymilały, wreszcie awanturowały się, że wymogły na mnie to wyjście.

Oczywiście o powrocie do domu mowy już nie było; prośby ani groźby w ogóle nie skutkowały.
Więc opiekun postawił sprawę twardo: kto do domu nie wraca, miski nie dostaje. Głodem chciał kocurzyska wziąć. A potem ‘puszyć’ się, że jego metody wychowawcze takie skuteczne są.

No, niestety. Ten sposób wcale nie zadziałał. Bestie wolą głodne siedzieć, ale na dworze, niż nażarte, ale w domu, który za więzienie, a wręcz za jakiś konzentrationslager  mają.

Więc powiedziały tylko opiekunowi - he, he! Mają po  9, 10 i 15 lat, i na dobrą sprawę zawsze robiły co chciały. No a teraz, wiosną, mimo, że wszystkie kastrowane, czują przemożną chętkę na życie, i to wyłącznie na dworze.

No to znów ja, wychodząc z założenia, że skoro i tak na dworze po tyle godzin marzną, to niech chociaż  jedzonko dobre dostają, i na ganek miski wynoszę, proszę i namawiam na obiadek i kolacyjkę. A te wredasy pod gankiem czatują, bo głodne, ale do misek się dobierają dopiero, kiedy drzwi się zamknie  i w domu zniknie. Biegnę więc na górę i przez łazienkowe okienko podglądam sytuację: jedzą, czy nie? Jasne, że wcinają. Ale jak tylko usłyszą, że schodzę, rozpierzchają się na wszystkie strony, żeby nie daj Bóg, nie dać się złapać i do domu przymusowo  wcielić.

A dopiero chore tałatajstwo było, z kocich katarów leczone. Ale co tam; nie one przecież martwią się, nie one chorych obsługują i nie one za kurację kasę płacą.

Dlatego nie cierpię darmozjadów, co to nawet domu ci nie upilnują,  i w ogóle człowiek nic z nich nie ma, bo i swoje przywiązanie (rzekome?) dawkują ci w miligramach.
 
Wielce zazdroszczę osobom, które potrafią jakiś reżim w kocim stadzie zaprowadzić. Bo w naszym domu my jesteśmy tylko na kocie usługi.  
Fuj, psubraty jedne. Właśnie: może psa sobie sprawić?!

1 marca 2016

Zima nocą przyszła

Zima nocą przyszła


...a tak w dzień wyglądała








Jeszcze przed nocą poprzedzającą zimowy atak wyprawiłam się z kotami do doktora, kociego, do Dzierżoniowa. Jazda - koszmar; na drodze mgła jak mleko, nic nie widać dalej niż na 50-60 m, a w aucie koncert na parę gardeł, a właściwie żaden koncert, kakofonia to była.

Koty od dwóch tygodni leczone są na herpes, a konkretnie na jego objawy, bo wiadomo, że przeciw kociemu katarowi leków nie ma.
Po aplikacji antybiotyku (jakaś straszna trucizna pod nazwą Convenia), kropli do oczu, serwowaniu pysznego jedzonka i przestrzeganiu zakazu wychodzenia, kocurzaste jakby lepiej się poczuły, ale nie wyleczone, niestety.

Te dwa tygodnie to była udręka, i dla opiekunów, i dla chorych. Głównie ta niemożność opuszczania domu,  niekontrolowanego włóczęgostwa, szlajania się po okolicy, tak się kotom dawała we znaki, że zaczynały popadać w aberrację. Filipek zawodził pod drzwiami wejściowymi, tak rozpaczał, płakał lub krzyczał, że naprawdę obawiałam się o jego głowę. I wymógł na nas wychodzenie; co rano wyprawa z opiekunem, który wyrusza między ósmą a dziewiątą na zakupy.

Więc jeśli Filip wychodzi, to Bazyl oczywiście też. A za nimi ich mamuśka, Fela. Z tym, że kocica tylko do furtki opiekuna odprowadza, a potem we własnym lub sąsiedzkim ogródku, gdzieś pod krzakiem czeka, i na powitanie przed furtkę wychodzi, a czasem nawet zdarza się, że na spotkanie aż do rogu uliczki podbiega. Oczywiście jeśli na horyzoncie Rudy się nie czai. Rudy to piesek sąsiadów z naprzeciwka, kundelek, niegroźny całkiem, ale groźnie wszystkich i wszystko obszczekujący; Felę i Filipka całkiem zastraszył. Jego natomiast zastraszył nasz piesek, czyli Bazyl.
Bazyl jest dla Rudego Panem Bazylem i Rudy mu czapkuje.

Bazylek, być może i z tego powodu, poczuł się tak pewnie w stosunku do obcych psów, że pewnego razu podniósł łapę na owczarka, co prawda przywiązanego pod zatoką na wózki sklepowe, ale gabarytów takich, że raz by kłapnął zębami, i byłoby po naszym kocie. Mój mąż mało nie zszedł na zawał, kiedy zaobserwował tę sytuację po wyjściu ze sklepu.

Fela trzyma się blisko domu, ale bliźniaki idą daleko, pod sam  market prawie, albo pod tzw. drewniaka, gdzie mieści się sklep GS. Po drodze, okrężnej oczywiście, ze wskakiwaniem na okoliczne drzewa i przesiadywaniem w piwnicznych okienkach bloków, które mamy za płotem, kocury wracają z moim mężem do domu i głodne wpadają do kuchni. A tu śniadanko i ... areszt. Tym razem już na nic zawodzenie pod drzwiami, wykłócanie się z nami albo wrzaski i wygrażanie, że przestaną nas kochać. I tak zresztą wiemy, że kochają nas, po swojemu oczywiście, tylko wtedy, gdy potrzebują nas do swoich celów, a głównie do posług.

I tylko Dunia na dwór się nie wybiera, choć przyznać trzeba, że gdy ma ochotę się przebiec, to wcale o pozwolenie nie pyta; do perfekcji opanowała sztukę uciekania; nie wiadomo jak i kiedy, a Dunia już na dworze. W dodatku sama nie wraca, trzeba po nią pójść, wziąć na ręce, albo pozwolić, aby usadowiła się na mężowskim karku i tak wjeżdża do domu.
To wożenie się w charakterze boa tak się Duniulce podoba, że poluje na tę okazję i  kiedy tylko uda jej się wskoczyć opiekunowi na kolana, czepiając się pazurami ubrania, sadowi się z tyłu, wokół szyi. Kupa swetrów w strzępach. No, ale Duni wolno wszystko. Kocia w tym roku kończy 15 lat, nie jest już doskonałego zdrowia i wie doskonale, że ma specjalne w domu przywileje.

22 lipca 2015

Jogurt i lody





Koty leżą gdzieś po krzakach, całe rozparzone. Na noc do domu nie przychodzą.
I mądrze; nie mamy klimatyzacji; na dole jeszcze jako tako można wytrzymać, ale na górze, w sypialniach - tropiki;(

Dunia nadal wychodzi tylko w szelkach, zwłaszcza wieczorami lubi na ławeczce poleżeć i podrzemać.

Cały dzień coś się popija, ale czy to ulgę przynosi? Nie za wielką. Więc robię lody i jogurt. Dla nas lody, koty zjadają jogurt. Oczywiście oprócz Filipka, on zawsze lubi co innego, zawsze marudzi i wybrzydza; więc proszę bardzo - będzie więcej dla innych. Bazyl za jogurtem po prostu przepada.

Robię wg ciut zmodyfikowanego przepisu z 'Kuchni Kryszny' autorstwa Adiraja dasa:

2 butelki mleka 3,2% gotuję, studzę do temperatury około 40-45 stopni (ciepłe, ale nie parzy), przelewam do termosu z szeroką górą i dodaję pół albo 2/3 małego kubka jogurtu Tola (lub innego lubianego), rozmieszanego w niepełnej szklance mleka. Mieszam, zakręcam i zostawiam w spokoju na 3 godziny. Nastepnie przenoszę termos do lodówki, aby przerwać dalszą fermentację (bo będzie za kwaśny).

Pycha. I samo się robi. A kiedy już widać dno w termosie, wybieram 2 łyżki jogurtu i chowam do lodówki. Będzie na kolejny zaczyn.

Jeśli nie mamy dużego termosu to po prostu robimy go z innego, zamykanego naczynia, owiniętego folią i kocem, aby utrzymywać ciepło przez te kilka godzin.

Lody robię bez maszynki i bez mieszania, bo kto by w te upały co chwila biegał do zamrażalnika i miksował lodową masę;)

3 'czubate' łyżki wazowe jogurtu wkładam do pudełka, w którym będą się mrozić, dodaję duży kubek (330 ml) śmietany kremówki 30% ubitej na sztywno. Do tego dodaję zmiksowane morele (bo właśnie mamy z ogrodu), albo dżem czy konfiturę, albo inne dodatki (czekoladę posiekaną, bakalie, kawę, itp.). Miksuję, zamykam pudełko i do zamrażalnika na 3-4 godziny.

Dodatek ubitej śmietany sprawia, że nie tworzą się duże, zamarznięte kryształki i całość ma dobrą konsystencję. No i wiem, co jemy.

Oczywiście przepisów na samodzielne zrobienie lodów można znaleźć tysiace, ale mi głównie chodzi o to, aby było prosto i w miarę szybko. Zresztą i tak ostateczny efekt smakowy (i wzrokowy) będzie zależał od dodatków serwowanych już wprost do pucharków.

Nasze koty też lubią sobie liznąć;)



19 października 2014

Drogie sąsiedztwo


Nasze drzewa znów sąsiadom przeszkadzały tak bardzo, że w ruch poszły piły i sekatory. Tym razem to już nie tylko było obcinanie gałęzi nad granicą działki, ale postanowiono ‘nauczkę’ dać i brzozom i świerkom; dwa metry od płotu drzewa gałęzie potraciły. Więc nie wytrzymałam i w naszym Echu Tygodnia tekst na ten temat zamieściłam, p.t. Żyje Kargulowe plemię:

Boki zrywaliśmy oglądając filmy Sylwestra Chęcińskiego, obśmiewającego przywary chłopów przesiedlonych po wojnie z Kresów Wschodnich na tak zwane Ziemie Odzyskane. Przesiedleńcy, prości ludzie, w niedostatku przez pokolenia żyjący, pewnie z tej biedy za miedzę, na trzy palce naruszoną przez sąsiada, zabić potrafiący, charakterów swoich wraz z przeprowadzką przecież nie zmienili. Dalej sąsiad to był nieprzyjaciel.  Co prawda własny – ale jednak wróg. Do śledzenia i jak najczęstszego odwetu za każde uchybienie, niechby tylko w imaginacji sąsiedzkiej istniejące.


Kargulowe dzieci w zgodzie i miłości chciały żyć. Ale to chyba tylko dla potrzeb scenariusza filmowego. Bo w prawdziwym życiu kolejne pokolenie ‘kargulopodobnych’ zachowuje się identycznie jak bohaterowie „Samych Swoich”.


Jednak  ich sąsiadom wcale do śmiechu nie jest:
Miejskie ogródeczki, wiadomo,  maleńkie są i wąskie. W naszym przetrwało kilka drzew owocowych, starych, po kilkadziesiąt lat mających. Sami też przed kilkunastu laty posadziliśmy parę drzew i krzewów, wzdłuż granicy działki. Żeby trochę tlenu produkowały, zdobiły i schronienie innym gatunkom dawały.


I co się stało? każda gałązka zwieszająca się na sąsiedzką stronę, czyli na tę miedzę Kargulową, odczytywana jest jak jej zbrodnicze naruszenie. Każdy listek, który spadł nie po własnej stronie płotu to zamach na sąsiedzką, świętą własność. A więc ukarany być musi, przykładnie i ostatecznie. Bierze się sekator, albo wynajmuje jakiegoś bezrobotnego z takim sprzętem i bezlitośnie tnie i ciacha, tnie i ciacha, kikuty pozostawiając, raniąc bezmyślnie świerki, brzozy czy wiśnie albo dziki bez.
I oczywiście to nie płot tę miedzę w mniemaniu sąsiada wyznacza, nie. Niech drzewo wie, że moje, czyli sąsiedzkie, obejmuje jeszcze co najmniej 2 metry od granicy działki. Czyli sąsiad-drwal do naszego ogrodu, nie zapraszany, musiał (przez płot?) chyba się wedrzeć, bo inaczej nie dałby rady drzew tak poharatać.


Najsmutniejsze jest to, że przy tym sąsiedzkim płocie nie rośnie nic, czemu przeszkadzałoby drzewo, nie ma jakiś wyjątkowych, kolekcjonerskich nasadzeń, rzadkich roślin. Ot, zwyczajne żywotniki. Ale my nie ośmielilibyśmy się obciąć im ani gałązeczki.
Dlaczego więc tak ta nasza roślinność przeszkadza, zawadza, boli po prostu sąsiada?
Czy to drzewa winne są ludzkiej bezmyślności (eufemizm), czy to krzewy odpowiadają za sąsiedzką wrogość, nienawiść wręcz, która karmi się chyba… no właśnie: czym się karmi, kto wie?


I tak się zastanawiam, czy dla świętego spokoju nie warto byłoby po każdej stronie płotu na dwa metry wyciąć wszystko w pień, ziemię zaorać, czyli zrobić czterometrowy pas zdemilitaryzowany, powiesić liczne monitory i niechby teren 24 godziny na dobę monitorowały. I biada temu, kto na ziemi niczyjej stopę czy łapkę swoją by odcisnął (Bнимание! Мина!)


Jak znam nasze drogie sąsiedztwo, przyklasnęłoby temu projektowi. Warunek jest tylko jeden: strefa zdemilitaryzowana musi być po NASZEJ stronie ogrodu. I wyłącznie po naszej; przecież to oczywiste:) Czy to coś pomoże? Może, może; aż do kolejnego, sąsiedzkiego rajdu z siekierą czy piłą.
Pelargonie na ganku dalej sobie kwitną


Jeszcze dużo zieleni

Filipek tylko się włóczy po całych dniach (i nocach)

Dunia łapie ostatnie ciepłe promyki




17 lutego 2013

Światowy Dzień Kota



                                                                         Filip duży


                                                               Filipuś sześciotygodniowy



                                                               Filipeczek czternastodniowy


Filipek, ten mały szatan,  o godzinie 4:10 zrobił mi  pobudkę. Nie, nie dlatego, że dziś obchodzimy Dzień Kota. Wiedział przecież dobrze, że jestem przeciwna takim obchodom z tego prostego względu, że nasze koty swój dzień to w tym domu ustawicznie mają.

Po prostu większość wczorajszego dnia przekimał na parapecie w salonie. Wyrzucił stamtąd Felę, swoją mamę, z którą w ogóle się nie liczy. Bo to Fela od początku zimy na parapecie stanowisko sobie obrała; tam ma swoją kołderkę, spod spodu ciepełko od kaloryfera, widok na to, co dzieje się w w domu, a głównie w ogródku od frontu,  no i na ulicy.

Za dużo to tam się nie dzieje, bo to uliczka maleńka i spokojna, ale czasem można zaobserwować jakieś kocury szalejące, psy biegające samopas, nielicznych przechodniów, dzieci wracające ze szkoły i patykami po sztachetach rąbiące, z czego odgłosy są, jak nie przymierzając, z maszynowego karabinu. Nasz płot biały i plastikowy, więc - nie cierpię bachorów:)

A Filipek, najmniejszy nasz zwierzak; futerko liche, ogonek cieniutki, charakterek drański, włóczykij i morderca, z wielką lubością parę godzin w tym śniegu, już się roztapiającym, brodził.
Wrócił około jedenastej, mokrusieńki, wygłodniały, w dodatku udawał, że się bardzo boi ostrych wymówek z mojej strony,  bo na wielokrotne wołania zupełnie nie reagował, mimo, że był w zasięgu głosu.
Podczas śniadania skarżyłam się mężowi, że jestem wykończona, niedospana i w ogóle przemęczona tym wielokrotnym wstawaniem, schodzeniem i wołaniem małego diabła.
Mój szanowny małżonek wcale nie zamierzał się przejąć i skwitował krótko; ‘bo głupia jesteś’.
Naturalnie przestałam się do niego odzywać.

Teraz cała zgraja śpi. Brzuchy pełne. Do swoich misek z 'winstonami' dostały resztę rybek wczoraj otworzonych. Ryby były w tomacie. Nie, nie skumbrie. Śledzie :)






 

24 lipca 2012

Sama w domu

śniadanie na ganku


Od paru tygodni sama jestem, to znaczy tylko koty i ja, a więc często, gęsto nie ma co jeść, to znaczy ja nie mam co jeść, bo koty - daj Boże! Stale brakuje a to masła, a to chleba, a to ziemniaków, że wspomnę tylko żywnościowe artykuły tak zwanej pierwszej potrzeby.

Przy okazji warto uzmysłowić sobie, że do podstaw w ludzkiej spiżarni naprawdę wiele, a nawet bardzo wiele składników zaliczyć trzeba. Od soli zaczynając, przez mąki, kasze, oleje, makarony, jaja, mleko, śmietanę i inne nabiały, warzywa jakieś i owoce, choćby jabłka tylko, na przyprawach kończąc, bo wyobrazić sobie trudno najprostszą potrawę bez pieprzu, papryki, chili, tymianku, majeranku, bazylii, oregano, musztardy wreszcie i majonezu.

Mięsojady także chętnie w lodówce kawał schabu widzą, kawałek jałowcowej, kawalątko salami. A gdzie bardziej rafinowane dodatki, które potrzebne są do przygotowania wymyślniejszego menu, typu owoce morza, alkohole, octy, trzcinowe cukry,  egzotyczne korzenie, i podobne?  Mówi się, że przecież człowiek nie żyje po to, aby jeść, ale odwrotnie właśnie. Jednak odwrotności tej lubi, oj lubi poświęcać dużo czasu i nie mniej zachodu. Wystarczy zajrzeć na który bądź serwis czy  blog kulinarny, aby o tym się przekonać. Uwielbiamy dogadzać sobie, swoim bliskim, błysnąć stołem przed znajomymi, pochwalić się przyjaciołom.

Dodatkowo niektórzy, ja na przykład, pasjami lubią dogadzać swoim zwierzętom. Jest to zresztą  ‘oczywista oczywistość’ bo ileż mogą te biedne ogoniaste nakupować sobie Whiskasów czy innych Gourmetów. Wiadomo, że samą chemią i 5% mięsa (zwykle taka porcja w recepturze) koty się nie wyżywią. Muszą dostać łyżkę śmietanki, orzeszek masełka, udko od czasu do czasu, choć najbardziej upragnioną kurzyną jest surowy filet, ale wiadomo, nie bardzo bezpieczny.
Tak więc korzystając z wolności (‘kota nie ma, myszy na stole’) rozbestwiam całkowicie nasze zwierzęta, które dziś nie tkną Topika z ALDI (1,25 PLN za 100 g; w dziale zwierzęta) jeśli tenże nie jest w miseczce obficie udekorowany tuńczykiem (5,-PLN za 170 g; w dziale ludzie).

Za to ‘gadanie’ Filipka albo spojrzenie Lolisi znad miski z takim jedzonkiem - warte każdej wydanej złotówki. No tak, o tym  to może już następnym razem:)

Ponieważ, jak wspomniałam, rano nie było chleba, ugotowałam sobie spagetti, i na ganku zjadłam; Dunia chciała tylko Mozzarellę, bo makaronów nie znosi.

29 czerwca 2010

Tort tuńczykowy

Kot, wiadomo, jest po to, aby udowadniać nam na każdym kroku, że jest najważniejszy.
Jest po to, aby nieustannie manifestować  zmienne swoje nastroje.
Jest po to, aby ciągle żądać od nas najwyższej uwagi i skupienia się na JEGO problemach.

Oczywiście my jesteśmy po to, aby zapewnić kotu:

 -  miękkie i pachnące spanko, najlepiej w naszym łóżku tuż po zmianie pościeli, aby było gdzie wskoczyć obłoconymi łapami (- no, posuń się, bo chcę się zdrzemnąć, na dworze paskudnie więc dłużej nie będę biegać),

 -  pyszną miskę pięć razy na dobę, w tym raz koniecznie około drugiej nad ranem, najlepiej z  filetem z indyka albo/i łososia (- co, znowu KiteKat?! A potem jesteś niezadowolona, że zwymiotowałem na kanapę?),

 -  czułości, głaskanka i przytulania, jasne, że   t y l k o   wówczas, gdy nasz podopieczny ma na to ochotę (- możesz ograniczyć przypływ  swoich uczuć? Nie widzisz, że JA teraz śpię/roztrząsam egzystencjalne problemy/jestem zajęty śledzeniem toru lotu muchy!).

Naturalnie lista jest pobieżna, dotykająca nielicznych tylko naszych funkcji, jakie przy swoim kocie spełniamy, czyli funkcji  zaopatrzeniowca, pielęgniarza, odźwiernego, kucharza,  psychoanalityka,   instruktora k-o,  manikiurzysty,  stylisty, służącego. Itp. Itd.

W ramach tych obowiązków z wielką przyjemnością przygotowałam dziś naszym maluchom tort tuńczykowy, z trzema  sardynkami w charakterze świeczek, wykorzystując na ten cel żelazne rezerwy z zapasów trzymanych na wypadek nieprzewidzianych okoliczności, na przykład gości nie zapowiedzianych.

Nasze maluchy, to znaczy bliźniacy Filipek i Bazylek, urodzili się równo przed trzema laty,  pięknego, jak dzisiejszy, 29 dnia czerwca.  Trudno się z tym pogodzić, ale maluchami od dawna nie są.
Chowają się zdrowo. W ragtajmowych rytmach, można powiedzieć.

Bądź szczęśliwy Filipku!
Bądź szczęśliwy Bazylku
!





15 listopada 2009

Ognisko domowe

Nasze cztery kąty, nazywane są zwykle przez nas domem, czyli miejscem, które do nas należy, ale sądzę, że jest to przede wszyskim miejsce, do którego my należymy.
I właśnie się zastanawiam nad taką sprawą: czy to nasze siedlisko może być prawdziwym gniazdem, o które się staramy, któremu poświęcamy tyle uwagi i zachodu, jeżeli nie mieszka w nim, obok nas i bliskich, pies, kot, albo rybka chociaż, i niekoniecznie złota?
I czy to nie jest tak, że właśnie dopiero my-ludzie, i zwierzęta w naszym domu, tworzymy rodzinę?

Czyż do kotki-niejadki nie odzywamy się w te słowa: - Lolisiu, jak zjesz to cię na dwór puszczę. Zobacz Lolu, tu w miseczce, jakie pyszne jedzonko!
Przecież kichającego Szkaradzieja opatulamy w koszyku ciepłą kołderką, przemawiając do niego czule: - Otwórz pyszczek, połknij lekarstwo!
A włóczykija Filipka, do białego rana wołać potrafimy, martwiąc się, że zmarznie albo przemoknie. Nie szkodzi, że sami marzniemy, że zmęczeni jesteśmy. Filip ważniejszy jest.

Dlaczego zwierzęta, a już pies i kot szczególnie, tak znaczącymi są dla nas istotami? Odpowiedzi, sądzę, tyle jest, ile naszych z nimi relacji.
Tę silną więź budujemy przecież od tysięcy lat. Nie do końca wiadomo, kiedy dokładnie udomowiony został pies (17 tysięcy lat temu?), czy kot (9,5 tysiąca lat temu?). A chociaż w historii różnie z tym bywało, od 'świętości' kota w starożytnym Egipcie, po uznawanie go za 'narzędzie szatana' w średniowiecznej Europie, oczywistym jest, że wzajemne 'pożytki' okazały się niezaprzeczalne.

Dziś co prawda mniej ludzi "trzyma" kota dla obrony zbiorów przed gryzoniami, czy psa dla stróżowania, polowania, stad pilnowania.
Dziś chcemy mieć w zwierzęciu towarzysza, przyjaciela, istotę do opiekowania się, chcemy, aby nasze dzieci ze zwierzętami się wychowujące, nauczyły się bezinteresowności i odpowiedzialności za żywe stworzenie.
Oczywiście nie wszyscy tego chcemy. Niestety.

Ale nie chcę tu rozprawiać o mamusiach i tatusiach, którzy 'na prezent' swojemu dziecku sprawili kociaczka czy szczeniaczka, którego do lasu wywieźli, kiedy ze szczeniaka zaczął wielki pies wyrastać.
Nie chcę zajmować się psychopatami wszelkiej maści, znęcającymi się nad zwierzętami nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, zastanawiać się nad ludźmi (?) walki zwierząt organizującymi, gdzie zwyciężony jest już tylko ścierwem, ani myśleć nawet o tych, którzy przeznaczają zdrowe, żywe zwierzęta na 'naukowe cele'.

Chcę myśleć o tym, ile czułości nasz kot w nas wywołuje. O tym, jak pędzimy do domu,bo nasz pies na nas czeka. O tym, jak niedomagający, chcemy szybko na nogi stanąc, bo nasze zwierzę nas przecież potrzebuje.
I o tym w końcu, że przecież przed naszym kotem umrzeć nie możemy, bo kto się wówczas nim zaopiekuje.

Sreberko

Kudłasek

Te dwa prześliczne koty (tu kliknij: http://koty-nem-mco-moon-tail.blogspot.com/), aktualnie pod opieką Grażyny, mogą Twoje ognisko domowe tworzyć. Wystarczy, że pod własny dach je przyjmiesz. I pokochasz.

Więc kto w swoim domu zwierzątka jeszcze nie ma?

13 sierpnia 2009

Goście znad Renu

Jezioro Otmuchowskie

Otmuchów


Bily Potok



Bily Potok

Kłodzko


Kłodzko


Dzierżoniów


Kiedy przyjaciele nasi odjechali dziś rano po krótkiej, tygodniowej zaledwie wizycie, w domu zrobiło się tak jakoś pusto i przykro.
W dodatku, a takie to już ich podróżne szczęście, deszcz zaczął padać dość rzęsiście, więc obawialiśmy się, że drogę będą mieli trudną. Ale po trzech kwadransach już telefonowali, że szczęśliwie z krajowej "ósemki" zjechali na autostradę A4.
No, to odetchnęliśmy, choć z ulgą to zrobimy, jak już wieczorem u siebie, nad Renem bezpiecznie wylądują.

Te parę dni to był szczęśliwy czas, bo przecież tak przyjemnie jest spotkać się, gadać aż do zmęczenia, wspominać dawne (pewnie, że wspaniałe) czasy, jeździć sobie wspólnie, podziwiając krajobrazy.
Od ostatniego naszego spotkania minęły cztery lata i choć rozstając się wówczas snuliśmy wspaniałe plany, jak to za rok, a najdalej za dwa znów się zobaczymy, gdzie pojedziemy, co będziemy robili, to jednak życie, jak zwykle, z tych planów sobie zażartowało.

Tym razem zwiedziliśmy Otmuchów, ładne miasteczko na Opolszczyźnie, a ponieważ pogoda była upalna posiedzieliśmy dłużej nad Jeziorem Otmuchowskm, pięknie położonym, w otoczeniu starodrzewiu, sztucznym zbiornikiem na Nysie Kłodzkiej, o powierzchni ponad 20 km2.
Wracając do domu nie omieszkaliśmy wpaść do braci Pepików.
Przed czterema laty tam właśnie, w Javorniku, zwiedzaliśmy zamek Jansky Vrch. I mimo, że we wspólnej już Europie, musieliśmy wówczas przed granicznym szlabanem się zatrzymać, aby straż mogła nas wylegitymować.
Teraz o wielką politykę się otarliśmy: brak zapór, funkcjonariuszy, a nawet ograniczenia prędkości przypomniał, że "po Schengen" swobodnie już możemy się w granicach Unii przemieszczać.

Piwko tylko, moim zdaniem najlepsze na świecie, załadowaliśmy, i zmęczeni ale wrażeń pełni wracaliśmy do domu, i do kotów.

A koty, jak zwykle podczas wizyt gości; w panice udawanej tylko, albo rzeczywistej (bo wiadomo, że kto jak kto, ale kot na dramaturgii świetnie się zna), na razie po kątach się kryły, oczywiście za wyjątkiem Szkaradzieja, ulubionego kota Schatz, który nie tylko kryć się nie zamierzał, ale przeciwnie, o swojej obecności nieustannie przypominał, najpierw trochę nieśmiało, ale poźniej to już całkiem nachalnie. Stale był obok gości, o nogi się ocierał, głodny, czy nie, dopominał się kąsków. I popisywał się trochę także.
Stopniowo i pozostałe koty przekonywały się, że przyjaciele, nie wrogowie do domu zjechali. Jasne, że z bagażnikiem wypchanym kocimi daniami.

Tylko Filipek, ten mały nicpoń, który dotąd na noce znikał, teraz i na całe dnie zaczął przepadać. Zresztą bez przerwy miałam wrażenie, że Filip po prostu bezczelnie wykorzystuje sytuację, aby z domu bezkarnie się urywać. Zarówno bliźniaki, jak i Felę, ich mamę, goście z opowiadań tylko znali. I właściwie, jeśli o Filipa chodzi, do ich odjazdu tak zostało. Mały włóczykij stale był nieobecny.

Zwiedzaliśmy także inne, nastrojowe miejsca w tych uroczych dolnośląskich miasteczkach, głównie starą, miejską zabudowę, jakże pieczołowicie ostatnimi czasy przywracaną do dawnej świetności. Patrzyłam na to z niejaką zazdrością, bo wydaje mi się, że miejski samorząd wszędzie w okolicy działa lepiej lub gorzej, ale jednak. Tylko ten u nas zwyczajnie sobie śpi.

Pogoda bez przerwy nam dopisywała, a i humory mieliśmy znakomite. Już nie pamiętam, kiedy tak dobrze się bawiłam.

A potem, niestety, trzeba się było żegnać. I kiedy się znów zobaczymy?

15 maja 2009

Latka lecą

Rudolf lekko znudzony

Szkaradziejek przysypia



Jak przystało na "zimną Zośkę" rano było tylko 3 st. C. Rano, to znaczy o wpół do czwartej, kiedy to Filipek każe się wypuścić na dwór, a za nim w te pędy, część naszej kociarni. Jak już trzy-cztery sztuki wyjdą pobiegać, albo zapolować, choć nie za bardzo wiadomo na co, wtedy decyduje się na wyjście jeszcze Dunia. Skacze z szafy w sypialni, gdzie od tygodni ma legowisko, tak głośno, że cały dom aż dudni, więc jakby ktoś jeszcze spał, to teraz już na pewno się obudzi. A jak się obudzi, to będzie długo, dokładnie i pracowicie się mył, a jak już toaleta będzie zrobiona to będzie się domagał, aby go wypuścić, bo przecież inni dawno poszli. A ja czekam.

Tylko seniorzy, którzy są już po siedemdziesiątce (licząc ludzką miarą), to znaczy Szkaradziejek z Rudolfem, tacy skorzy do wychodzenia na ten ziąb przed świtaniem nie są, wolą jeszcze ze dwie godzinki poleżeć. Ale za dwie godzinki i tak jest dopiero wpół do szóstej. I co ja mam powiedzieć?! Tak jest co dnia, chyba, że na dworze leje, albo jest jakaś znaczna zmiana ciśnień. Wtedy kociska potrafią wylegiwać się i do dziewiątej. Nikt, absolutnie nikt nie przychodzi mnie budzić.

Kiedy odwieram drzwi wejściowe na progu naturalnie siedzi Leon - włóczęga. Zniknął tak gdzieś jesienią, a około lutego znów się na naszym ganku pojawił. Staczał ciężkie boje, głównie na mordy zresztą, ze wszystkimi możliwymi przybłędami kocimi, jakie przez nasz ogródek się przewijały.
Kocie walki, przeraźliwe darcia się, wrzaski niepojęte, zwłaszcza w środku nocy, potrafią być bardzo uciążliwe. Człowiek budzi się, lekko przerażony, bo w pierwszej chwili nie bardzo wie, co się dzieje.
Koty budzą się także. Doskonale potrafią odczytywać te wszystkie, dobiegające z dworu dźwięki. W zależności od przebiegu awantur i zapasów dziejących się na zewnątrz, są albo zaniepokojone, albo zwyczajnie zniesmaczone, że znów jakiś koci chuligan przerwał im smaczny sen. Tylko Filipek momentalnie jest gotowy, aby biec i przekonać się naocznie, co też takiego ciekawego się wydarza. Oczywiście Filip lanie dostaje od obcych kocurów w pierwszym rzędzie. Mały, wątły, teraz na wiosnę znów jakby nam wychudł, więc absolutnie nikt z respektem z drogi mu nie schodzi. Biedny Filipuś.

Jeszcze w ubiegłym roku nasz Rudy vel Rudolf potrafił utrzymawać porządek wśród tej kociej zgrai. Kocury się go bały i z daleka obchodziły. Nasze koty także przywództwo mu oddawały. Ale teraz Rudzielec się zestarzał, najchętniej przysypia gdzieś po kątach, a godziny jego aktywności raczej do minut się skurczyły. I chociaż Rudolf miał tylko do lata, a najdalej do jesieni dożyć, co mu weterynarz przed dziewięciu laty przepowiedział, jakoś dotąd cieszy się światem, a my oczywiście nim. I niech tak jak najdłużej zostanie. Oczywiście Rudy także zmalał jakoś, nie tak sprawnie się już porusza, nie objada się tak często do nieprzytomości, jak kiedyś, kiedy tak bał się, że jedzenia zabraknie. Może nareszcie zapomniał straszne swoje przeżycia z wczesnej młodości, zanim do nas przystał.

Bo Szkaradziej, żyjący w naszym domu jedenasty rok, od jakiegoś czasu zachowuje się, jak na szczęśliwego kota przystało: przychodzi się przytulić, wskoczy na kolania, domaga się pieszczot, co kiedyś było nie do pomyślenia. Sam idzie do kuchni i szuka w miskach dobrych kąsków. Kiedyś również nie do pomyślenia.
Ten kot bardzo długo, latami dosłownie, nie odważał się na jedzenie bez pozwolenia. Musiał być nieźle tresowany przez poprzednich opiekunów. Właśnie, opiekunów?Takie zastraszone zwierzę jest najlepszym dowodem na to, jaka to "opieka" być musiała. Teraz, na starość, Szkaradziu nawet bawić się lubi. On, taki zawsze poważny, taki odnoszący się do wszystkiego najpierw z obawą, a potem z rezerwą. Najmilszy Szkaradziej.
Najgorsze, że okropnie boleśnie wbija pazury w kolana, kiedy już się na nich usadowi. Robi to oczywiście z przywiazania. I skarcić go nie można, bo pomyśli, że go nie kochamy.

6 listopada 2008

Kocie spojrzenia

Posted by Picasa
Wszystkie nasze koty oprócz oficjalnych imion (bo nazwisko, wiadomo, noszą nasze) mają nadane przezwiska, jakieś pseudonimy, ksywki tak zwane. Bliźniaki oczywiście także.Filipek został „szczurkiem”, bo faktycznie urodą tego gryzonia trochę przypomina. Natura nie wyposażyła go zbyt hojnie, białe futerko ma liche, nawet wydaje mi się, że stale przez to marznie. Mordka trochę wydłużona, a filipkowy ogonek szczególnie długi jest i cieniutki, i powodem do dumy być nie może.

Za to Filip jest wyjątkowo bystrym i elokwentnym zwierzątkiem – bardzo dużo i głośno „gada”.
Ostatnio Filipek wrócił z wyprawy nad oczko wodne, cudze zresztą, cały mokrusieńki i wyglądał niczym nutria. Musiał wpaść do wody, całe szczęście, że się nie utopił. Siedział długo w krzakach i zawzięcie wylizywał futro. W końcu wrócił do domu i długo „opowiadał”, co mu się przytrafiło. Aspiryny nawet podać mu nie można było, ani mleczka z miodem jako ochrony przed przeziębieniem. Mleko kotom szkodzi, a aspiryna jest dla nich wręcz zabójcza. Więc tylko miskę dostał lepszą i w swoją kołderkę się zagrzebał, a potem spał do późnego wieczora. Już obawiałam się, że wyspany taki zechce znowu wyrwać się i włóczyć po nocy, ale jakoś obyło się bez wychodzenia. Połaził trochę z kąta w kąt i z powrotem się położył. A rano obudził się późno i całkiem zdrowy, ze świetnym apetytem. Nasz Filipek, jak na prawdziwego szczurka przystało, zawsze głodny jest i zawsze gotów zjeść coś pysznego.

Z kolei Bazyl od małego kociaka prezentował pewne psie cechy, na przykład bardzo chętnie aportował.Pomijając przybieganie do furtki i witanie powracającego domownika, bo to robią i inne nasze koty, zwłaszcza Fela i Szkaradziej, Bazylek odprowadza mojego męża do pobliskiego sklepiku, gdzie kupujemy chleb z prawdziwej wiejskiej piekarni, i gdzie dostać jeszcze można prawdziwy twaróg, taki GS-owski.
Kot czeka na męża pod jakimś kontenerem, trochę się boi biwakujących pod sklepem piwoszy i psów biegających samopas, a potem razem wracają do domu.

Utarło się nazywanie obu bliźniaków pieskami: -Wołaj pieski! albo –Czy pieski nie są głodne? Do nich też się tak zwracamy: -Przestańcie rozrabiać, pieski! One dobrze wiedzą, że to o nich, i do nich.
Bazylek po psiemu całkiem uszka stawia i przysłuchuje się nam z wytężoną uwagą, a jego oczka okrągłe, bardziej psie niż kocie, wpatrują się w nasze twarze, stanowczo i uparcie, i wyrażają wszelkie możliwe nastroje: zdziwienia, rozbawienia, niezadowolenia, złości czy przywiązania.

Twierdzi się, że koty mają doskonały wzrok. Na pewno tak jest, z tym, że widzą inaczej niż człowiek, mają inny zakres i zasięg patrzenia. Na przykład często zostawiają niedojedzone porcje, mimo, że za czymś przepadają, bo nie wszystkie kęsy w misce zauważą. Podobnie dzieje się z rozpoznawaniem innych zwierząt i ludzi: otwieram drzwi, aby wypuścić na dwór Lolitę. Na progu siedzi Rudy. Lolita nie wychodzi, bo się przestraszyła, zobaczyła kota, ale nie rozpoznała Rudego, chociaż normalnie się wcale nie boi, a nawet go lekceważy.
Patrząc z daleka, nasze koty wahają się czy podbiec, nie poznają mnie, dopiero kiedy zawołam odważą się ruszyć w moją stronę.

A wtedy, gdy obserwuję, jak Rudolf śledzi mrówkę poruszającą się w trawie, z jakim zaciekawieniem i uwagą to robi, i nie „gubi” jej nawet przez kilkanaście minut, jestem przekonana, że widzi doskonale, jak ludzkie oko, ale uzbrojone co najmniej w szkło powiększające. Natomiast prawie zaraz traci z pola widzenia muchę, którą stara się upolować na okiennej szybie. Dostrzega ją ponownie dopiero kiedy owad zabrzęczy.

Oczy kocie, jak chyba żadne inne, absolutnie urzekające są i za symbol piękna zawsze uchodziły. Ich wyraz, kształt, kolor i głębia odbijają koci świat wewnętrzny, albo i nie tylko koci, tajemniczy i intrygujący. Patrząc w nie wyobrażamy sobie, że stworzenia te posiadły jakieś ważne, a może i mroczne sekrety, wiedzą więcej i lepiej niż my. Są od nas inteligentniejsze i mądrzejsze: Przecież rozumieją nas, pojmują nawet naszą mowę. A my ich nie rozumiemy, najwyżej domyślamy się ich przeżyć, wrażeń i intencji. To przykre jest. Dla nas.

28 sierpnia 2008

Maliny z ogrodu



Wczorajszej nocy, jak rzadko której tego lata, wszystkie nasze koty stawiły się w domu. Nawet spodziewaliśmy się, że będzie jakaś nawałnica, którą zwierzaki wcześniej przeczuły, ale nie, pogoda była stabilna.

Odkąd zrobiło się ciepło, chyba gdzieś od początku czerwca, wszystkie, zwłaszcza kocice, włóczą się nocami, nie wiadomo gdzie. Pokazują się dopiero rano, choć zdarza się, że i do późnego popołudnia nie wiadomo co się z nimi dzieje.
Przedtem strasznie się denerwowałam, schodziłam na ganek po kilkanaście razy w ciągu nocy, nie mogłam usnąć jeśli którejś nie było, i oczywiście byłam permanentnie przemęczona.

Włóczęgostwo kotów było przyczyną naszych sprzeczek: -Ty, taki miłośnik kotów, a nie obchodzi cię, co się z nimi dzieje, gdzie przepadają na całe noce – zarzucałam mężowi. Mąż natomiast ustawicznie powtarzał, że wychodzącego kota nie da się upilnować, ani skontrolować dokąd chodzi. Kot wraca kiedy mu to na rękę, na łapę, można powiedzieć, i kompletnie się nie przejmuje tym, że ty się o niego martwisz.

Teraz nasze koty, a zwłaszcza Fela, nocująca na dworze od całych tygodni, uodporniły mnie na swoją nieobecność. Już się tak nie stresuję, no bo ile można? Choć przy złej pogodzie nadal wielokrotnie chodzę wołać nieobecnych. Wreszcie postanowiłam zaprowadzić jakiś względny porządek: ostatni raz otwieram drzwi wejściowe około wpół do pierwszej. Kto nie czeka na wpuszczenie do domu, śpi na dworze, i koniec. Niestety, muszę przyznać, że nie zauważyłam, aby któryś zwierzak przejął się choć odrobinę taką dyscypliną.

Człowiek troszczy się jak może o to tałatajstwo; szyje miękkie kołderki, opatula cieplutkimi kocykami i własnymi swetrami, podściela gąbkowe materacyki i puchate ręczniki, w sumie nie wiem po co. Bazylek potrafi rozkosznie się rozłożyć na chropowatej, betonowej płycie chodnikowej, gołej oczywiście, i spokojnie zasnąć.
Lolita, wielka zwolenniczka spania w moim łóżku, wyciąga się, jak długa, na mokrej ziemi, tuż po deszczu, i z takiej kałuży kontempluje świat.
Szkaradziej, systematycznie domagający się wpuszczenia do salonu, gdzie rozwala się na naszej najlepszej kanapie, zostawiając brudne ślady i czarne kudły, potrafi godzinami siedzieć na twardej gumowej wycieraczce, wyłożonej przed schodami na ganek.

To ustawiczne przeskakiwanie z jednej skrajności w drugą jest także specjalnością Duni. Duniaszka kilka nocy z rzędu przesypia na książce telefonicznej, leżącej na parapecie niewielkiego okna w przedpokoju, a następnie przenosi się na najbardziej miękką poduszkę na łóżku. I oczywiście mowy nie ma aby ustąpiła, kiedy człowiek chce się położyć. Właściwie ta książka telefoniczna, a konkretnie jej rozmiar, to jeszcze nic. Duniacha, spora kociczka, ważąca prawie pięć kilogramów ma takie okresy, kiedy to pasjami przesiaduje na słupku balustrady, na schodach. Niby nic, ale przekrój tego słupka to 6 x 10 centymetrów! Dunia się popisuje, Dunia dowodzi swojej sprawności!
Ponadto nikt poza nią nie potrafi tam się umieścić, więc to jest miejsce tylko dla niej! A wczoraj i przedwczoraj Dunia spała w wannie. Wanna jest blaszana, na dworze było 9 st.C. No nie, na pewno nie będę do wanny wkładała kocyków, ani mi się śni. Ale ciekawa jestem bardzo o czym Dunia śni w tej wannie?

Z kolei Rudolf, wielkie kocurzysko, nadzwyczaj lubi wpasowywać się w pudła i kartony, tak na oko 3 razy mniejsze od jego koszyka. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udaje mu się w nich zmieścić, ale robi to z zacięciem. Ostatnio sypia w takim kartoniku, pod lodówką w kuchni. No tak, dobrze wie, że to najważniejsze miejsce w domu!

Jak na razie tylko Filipek zachowuje się tak, jak przystało na kociego sybarytę: nie jada na zimnej, kuchennej posadzce – zawsze wskakuje na krzesło, wszak drewno dla kocich łapek milsze od terakoty. Nie sypia na gołej ziemi, woli wymoszczony koszyk. A najważniejsze jest to, że nie obraża się jak reszta, kiedy wypędzam je z kuchni.
Niektóre, na przykład Lolita, potrafią się poczuć „śmiertelnie dotknięte" i nie pokazywać się nam na oczy przez kilkanaście godzin nawet. Filipuś taki nie jest. Filip wpadnie do kuchni jeszcze i kilkadziesiąt razy. Przecież dobrze wie, że on, taki chudzinka, zawsze coś wyprosi. Dziś to były maliny z ogródka, które szykowałam na deser.
Oczywiście nie dosłownie; próbował śmietankę, ubijaną do tych malin. Mamy tego roku wyjątkowo udane zbiory, bo te cztery badylki, jakie zasadziliśmy trzy lata temu zdążyły już opanować pół ogrodu. Zupełnie jak nasze koty, z tym, że one żadnymi „połówkami” się nie zadawalają.

30 czerwca 2008

Bliźniacy w muszkach







Strasznie się spieszyłam, żeby zdążyć z szyciem kołderek dla kotów przed urodzinami Bazyla i Filipka.Materiał dostałam od naszych (i naszych kotów) przyjaciół z Nadrenii, którzy sprawili znów niespodziankę,przysyłając to, co kociska lubią najbardziej, czyli ekstra jedzonko.

Zdążyłam z tą robotą dosłownie na ostatnią sekundę, no bo jeszcze należało uszyć odpowiednie poszewki. Ale te zrobiłam tylko dwie, dla bliźniaków. Reszta musi poczekać. Trzeba przyznać, że takich kołderek, jak te kocie, to my nie mamy. Nasze jakby gorsze są. Teraz jesienne i wiosenne chłody całkiem dla tej kociej bandy niestraszne będą. Nawet, jak będzie się oszczędzać na ogrzewaniu.

Już dość dawno nosiłam się z zamiarem radykalnej zmiany legowisk, to znaczy likwidacji tych kocyków, piernacików, ręczników, rozwłóczonych po całym domu, tych swetrów, pożyczonych rzekomo tylko na jedną noc największym zmarzlakom. Zawsze rano okazywało się, że swetra nie ma co odbierać, bo nikt nie jest w stanie go „odkudlić”. Cieniuteńka, niczym z kokonu jedwabnika, sierść kota tak się wbija we wszelkie dzianiny, że nie ma co marzyć o ich odczyszczeniu. Więc zostaje do kociego użytku. A kończy się tak, że my pozbawieni jesteśmy ciepłych rzeczy.

Teraz powiedziałam –basta. Koniec tego mieszkania, jak w cygańskim wozie. Twardo postanowiłam ukrócić ten bałagan; spanie tylko w koszach, wszyscy mają jednakowe bety, wara od naszych łóżek, dosyć tego brudzenia, błocenia, przynoszenia z dworu wszelkiego paskudztwa.

Kiedy już kołderki z poszewkami dla bliźniaków były gotowe, nagle przypomniałam sobie, że koty przecież na jutro muszek nie mają, więc mimo, że było około wpół do pierwszej, zabrałam się do szycia. Znalazłam kawałek mięciutkiego, czerwonego szalika i raz dwa zrobiłam im te muszki, aby od samego rana, w pierwszą rocznicę swoich urodzin, mogli się obaj wytwornie prezentować.

Bazyl, jak zwykle stateczny, cały śliczny, taki czarno-biały, tę swoją czerwoną muszkę obnosił z godnością przez cały dzień, ani razu nie starał się jej ściągnąć, nie zgubił jej nawet podczas wyprawy łowieckiej do sąsiednich ogrodów, gdzie z pasją poluje na ważki. Albo na żaby.
Nawet późnym wieczorem, zmęczony jak co dzień własną aktywnością, zasnął w tej muszce.

Filipek natomiast zachowywał się po wariacku, muszkę natychmiast ściągnął i cały dzień szalał, urządzał sobie jakieś gonitwy, podchody i udawał, że na coś poluje. Ale bez przerwy był w ogródku, co najwyżej wychodził przez sztachety i siadał na chodniku przed płotem, jednak w każdej chwili gotów do odwrotu. Byłam z tego zachowania bardzo zadowolona, bo Filipka, tego włóczykija, przed kilkoma dniami pogryzł zwierz jakiś, większy od niego. Może nie tyle pogryzł, co złapał za gardło zębami, zostawiając na szyjce trzy rany, na szczęście niezbyt głębokie. Więc po tym zdarzeniu, przerażony Filipek siedział najchętniej w domu, albo na ganku, zawsze koło nas, a przynajmniej w towarzystwie Rudolfa, kocura dużego, który w kaszę dmuchać sobie nie pozwoli nikomu. Przy Rudym Filip czuje się dość bezpiecznie. A my przykazujemy Rudemu: - Rudolf, pilnuj Filipa, on jeszcze mały jest, i głuptas zwykły.
Ta odmiana w zachowaniu Filipka świadczyła, że stres już minął i kot powrócił do równowagi. A było po czym: kastracja, lania jakie dostawał co dzień od Kaczora, tego obcego kociego chuligana, wreszcie to ostatnie zdarzenie, które łatwo mógł przypłacić życiem.

W nocy żadna z tak pracowicie przeze mnie uszytych kocich kołder nie znalazła się w użyciu. Bliźniaki spały na górze, w przedpokoju, na kocykach ułożonych wprost na podłodze, Rudy ulokował się na komodzie, Szkaradziej wywalał się na „gołym” dywanie, Lolita wpakowała mi się do łóżka, Duniaszka od kilku dni sypia na biurku, na drukarce. Mama bliźniaków Fela-Bella już piątą noc z rzędu przesypia w ogrodzie, na stole. Gdzie nocował Leon? Nie wiadomo. On się u nas tylko stołuje.