20 grudnia 2007

Prezent gwiazdkowy








A m s t e r d a m


Zrobiłam listę zakupów na święta. Mój mąż, który jest znawcą cen, pobieżnie wszystko podliczył. Wyszło dużo za dużo. Więc zaczęłam skreślać, skracać i redukować. Znowu przymiarka. Teraz ewentualnie spis może zostać.

Trzeba jechać na zakupy. A w sklepach szał. Nie darmo statystyki wskazują, że kupujemy coraz więcej, bo jesteśmy coraz bogatsi.
No tak, średnia płaca przekroczyła już przecież znacznie 1000 $. A pamiętam doskonale czasy, kiedy taka suma stanowiła majątek.

Pamiętam również, że można było oficjalnie wymienić w Narodowym Banku Polskim kwotę 150 $, i to tylko wówczas, gdy wyjeżdżało się za zachodnią granicę, a więc na paszport. Ten dostawało się przed wyjazdem i natychmiast po powrocie należało go zwrócić. Komu? Państwu, które w tym wypadku reprezentowane było przez komendy MO, a może odwrotnie. Dziś to się wydaje nieprawdopodobne.
A przecież wyjazd na Zachód to było dla wszystkich coś upragnionego.

Nasz pierwszy pobyt na Zachodzie to był Amsterdam, Haga, Rotterdam, Antwerpia i niewielkie miasto w Nadrenii-Westfalii, gdzie mieszkali przyjaciele.
To nic, że podróż (małym Fiatem zresztą) trwała tylko tydzień. To były emocje niespotykane. I niezapomniane.

Najpierw nieprzyjemna granica z "przyjaciółmi" z NRD. Ale z nią byliśmy już jako tako oswojeni, więc zapory i uzbrojeni pogranicznicy nie robili takiego wrażenia. Naprawdę straszne było przejście pod Eisenach, na granicy dwóch państw niemieckich. Broń, dużo broni, mundury, niebotyczne stalowe zapory, druty kolczaste i wieżyczki. To było jak z filmów pokazujących czasy wojny i okupacji. Sceneria obliczona na wywoływanie strachu. I wywoływała. Zapewniam.

A po stronie tych kapitalistycznych, odwetowych i ziomkowskich Niemiec podróżnych ze Wschodu witał uśmiechnięty cywil, mówiący nieźle po polsku i życzący przyjemnego pobytu. Na nasze pytanie, dlaczego nie pilnują granicy? odpowiedział - A po co? Przecież NRD wszystkich upilnuje!
Podróż przez Niemcy Wschodnie, dziurawą autostradą, przypominała całkiem jazdę polskimi drogami, chociaż miasta, a zwłaszcza wsie, wydawały się być bardziej zadbane niż polskie.

Ale szok następował dopiero po wyjeździe z "bratnich" Niemiec. Po drugiej stronie granicy szosy były równe jak stół, autostrady wielopasmowe, oświetlenie jak w dzień, samochodzy prawdziwe, stacje benzynowe z barami i sanitariatami, z wielkimi parkingami.Wszystko czyste, ładne, kolorowe, a ludzie uprzejmi i uśmiechnięci. Jasne! Czymże się martwić w takim uporządkowanym, pięknym świecie!

Granica niemiecko-holenderska ledwie zaznaczona, bez urzędników, a my przecież musimy mieć urzędowe poświadczenie, że wjechaliśmy do Holandii. Szukamy długo chętnego do przybicia pieczęci. Wszak po naszym powrocie paszporty będą skrupulatnie sprawdzane. Nie chcemy przecież narażać się na odmowę wydania ich nam w przyszłości. Pieczątki wjazdu (i wyjazdu) być muszą.

Objuczeni zapasami smakołyków, w które zaopatrzyli nas przyjaciele z Nadrenii, docieramy do Oosterhout. Tu będziemy gośćmi Adama, przyjaciela przyjaciół naszych przyjaciół. Niewielki, ponoć bardzo tani, dom komunalny, w którym mieszka Adam wraz ze swoją liczną rodziną podoba się nam bardzo, zwłaszcza elewacja, piękne okna. Jakże się różni od naszego bloku spółdzielczego, przypominającego zachodnie slumsy.

Zwiedzaliśmy tam publiczną szkołę, która zachwycała nie tylko architekturą, ale przemyślanym każdym detalem. Korytarze, na przykład, nie miały paskudnych olejnych lamperii jak u nas, bo ściany, malowane w pastelowe kolory, były z cegieł tak wiązanych, że nie było możliwości bazgrania, malowania i brudzenia ich powierzchni. Uczniowie nie chodzili w kapciach, bo podłogi wykonane ze specjalnych paneli nie rysowały się i były łatwe do utrzymania czystości. Klasy - pracownie doskonale wyposażone, a mnogość przesuwanych w dól i w górę oraz na boki tablic wykluczała potrzebę ich ustawicznego ścierania w czasie trwania zajęć.
Zaproszono nas również, abyśmy zobaczyli, jak mieszkają ludzie majętni. Wszystko było olśniewające, ale domek maleńki: ziemię w Holandii nadzwyczaj się ceni.

I wreszcie Amsterdam. Urzekające Stare Miasto. Wspaniałe kanały, domy, muzea. Plac Dam z Pałacem Królewskim i Hotelem Krasnapolskim. Obawiamy się nawet wejść do holu. Z naszym przydziałem dewiz?

Jeszcze będąc w Republice Federalnej zamówiliśmy kilka noclegów w pewnym, niedrogim hoteliku. W Amsterdamie, z pomocą pracownika służb miejskich, który był uprzejmy pilotować nas, aczkolwiek lekko zdziwiony, pod wskazany adres, trafiliśmy na miejsce. Pan, który nas przyjął wcale nie wyglądał na recepcjonistę, a sygnałem powinno być to, że był po prostu wściekły z powodu naszego pojawienia się. Jednak dopiero panienka, przywołana aby wskazać nam pokój, odziana stanowczo zbyt skąpo jak na ten listopadowy, chłodny dzień uzmysłowiła nam, że właśnie znaleźliśmy się w tanim burdeliku. Trochę się zdenerwowaliśmy i w dużym popłochu opuścili to miejsce, ku jawnemu zadowoleniu burdel-taty. To było nasze, a moje na pewno, pierwsze i ostatnie zetknięcie się z domem publicznym.

Okazało się, w przeciwieństwie do ówczesnej polskiej rzeczywistości, że wynajęcie "normalnego" pokoju hotelowego wcale nie było trudne. A kiedy rano obudził nas prawdziwy kataryniarz, z prawdziwą małpką, który pod oknami hotelu puszczał w ruch wielką, zabytkową katarynę, byliśmy naprawdę zachwyceni.
I wyruszyliśmy na zwiedzanie.

Na koniec pobytu chciałam zrealizować listę zakupów, którą przygotowałam jeszcze w Polsce. Mój Boże! Cóż to była za lista, wymieniała na przykład nożyk do jarzyn. Z tym spisem wybraliśmy się do znanego domu towarowego. To spowodowało kolejny szok: pierwszy raz w życiu zobaczyliśmy tysiąc stoisk
z milionem luksusowych (przynajmniej dla nas) towarów! Nie mogłam się opanować: za 3/4 mojego przydziału dewiz kupiłam mężowi na prezent gwiazdkowy wspaniały sweter. Był zrobiony z wełny szetlandzkiej, w pięknym kawowym kolorze. Nosił go potem tak długo, aż wytarła się włóczka na rękawach. Wtedy na łokcie naszyłam zamszowe łatki i dalej był to ulubiony sweter, w najlepszym zresztą guście.
Ale wówczas, z tej listy zakupów skreślałam kolejne pozycje, skracałam ją i redukowałam.
Zupełnie jak dziś.

12 grudnia 2007

Kocie serca




Kotka Fela, zwana pieszczotliwie Feluszką, tak nam się znakomicie wykurowała po operacji
i tak przytyła, że teraz jest przezywana Felą - belą. Kiedy wydaje nam się, że ona rozumie te prześmiewki, to prędziutko z beli robi się Bella, głaskana i hołubiona. Z tymi swoimi spasionymi, czarno-białymi boczkami faktycznie przypomina holenderkę (krówkę). Nic dziwnego; apetyt jej dopisuje, wychodzi rzadko i niechętnie. Szybko wraca i zaszywa się w sypialni pana domu, gdzie wyleguje się całymi dniami. A w nocy, kiedy jest pewna, że wszyscy już śpią, pakuje się do jego łóżka.
Przedtem ten przywilej przysługiwał ukochanicy mojego męża, Lolisi, która musiała ustąpić pola Feli. Fela zaś boi się, aby nie utracić dachu nad głową. Przecież przez pół roku mieszkała na dworze. Zresztą może i dłużej, nie wiemy, co się z nią działo jeszcze wcześniej.

Przed laty podobnie zachowywał się kocur Rudolf, także bał się straty domu. Zakopywał się w piernatach swojego koszyka. Spał i jadł. Jadł i spał, albo udawał, że śpi. Jeśli w ogóle wychodził, to nie dalej, niż na próg domu. Miska, kąt i spokój - to były jedyne jego wymogi.

Mimo, że upłynęły już miesiące od wprowadzenia się do nas Feli z kociakami, nasze kotki w dalszym ciągu jej nie tolerują. Tylko na dworze Fela czuje się "u siebie" i przepędza wszystkich. Ale w domu Dunia z Lolitą nie dają spokojnie żyć Feli, tu one są u siebie.
Z kolei maluchy nic sobie z wrogości kocic nie robią. Zresztą innej sytuacji nie znają. Tu przyszły na świat i uważają takie zachowanie za normalne.

Martwimy się tylko, że Fela, naśladując kocice, syczy i warczy na swoje własne dzieci i nieraz grzmoci je łapą. Trochę jeszcze zajmuje się Filipkiem, który jest mniejszy, słabszy i jakiś taki bardziej dziecinny od brata, ale Bazylem już się nie przejmuje i traktuje go jak pozostałe koty. Chyba jednak za szybko uznała je za dorosłe. Przecież mają dopiero piąty miesiąc i są niesamowitymi pieszczochami. Filipek nadstawia brzuszek do głaskania, mruczy donośnie, na cały regulator, i w ogóle jest całuśnikiem: bez przerwy przytula mordkę do mojej twarzy, dotyka mnie tym swoim mokrym noskiem, i stale mam wrażenie, że chce mnie wylizać,a też nie miałby nic przeciwko wylizaniu jego.
Bazyl z kolei najbardziej lubi całymi kwadransami wylegiwać się na brzuchu swojego żywiciela i uwielbia być noszonym przez niego za pazuchą.

Od dnia, w którym odeszła do kociego nieba maleńka Lucky, przestaliśmy szukać dla kociaków nowych domów, w obawie, aby nie trafiły gorzej, niż mają teraz. Ale to był chyba błąd. Przecież pozostała trójka trafiła bardzo dobrze.

Myślę jednak, że prawdziwie szczęśliwy jest tylko ten zwierzak, który jest jedynakiem. To znaczy jest jedynym kotem w domu, bo inne zwierzęta, na przykład psy, nie przeszkadzają mu, i prawdopodobnie nie jest o nie zazdrosny.

U nas, niestety, takiego luksusu mieć nie mogą. Staramy się wszystkie nasze koty obdarzać jednakową miłością, uwagą i czułościami, bo one, zupełnie jak dzieci, potrafią doskonale wyczuć najdrobniejsze różnice w traktowaniu. Ale czy to się w stu procentach udaje? Na pewno, jak i w ludzkiej rodzinie, koty wiele mogłby nam zarzucić.

Czy w tę noc wigilijną odezwą się ludzkim głosem? Obawiam się, że wówczas Szkaradziej powie: -Nigdy nie kochaliście mnie tak, jak Lolity! A Rudolf: -Wciąż muszę się z kimś dzielić swoimi chrupkami! Fela: -Nie zapomnę wam tego, że oddaliście obcym czworo moich dzieci!

Jednak jest nadzieja, że chociaż maluchy powiedzą, tak po prostu: -Kochamy was.
I tyle.

4 grudnia 2007

Mucha w kuchni


Nie lubię much. Właściwie to ich nie cierpię. A jednak od dłuższego już czasu łapię się na tym, że bardzo uważam, aby żadnej nie zabić.
Dawniej wieszałam lepy na muchy.Był to sposób obrzydliwy (dla mnie) i potworny (dla much). Później biegałem ze sprayem przeciw tym owadom i z satysfakcją oblewałam im skrzydełka.
Z satysfakcją? Może raczej z sadyzmem, i bezmyślnie. Teraz otwieram okno i po prostu ścierką wyganiam muchę z kuchni. Mucha nie chce wylecieć, ja nie chcę dać za wygraną, szmatka trzepoce, kolejna szklanka znów na posadzce.
Nie szkodzi. Przecież po to szklanki sprzedają po sześć. Albo po dwanaście.

Mucha to mucha. Nie myśli się o niej. Albo może przemyka przez myśl - to TYLKO mucha. Od dziecka uczą nas: - Komar, zabij! - Mucha, zabij! - Osa, zabij! Potem my uczymy. Dopiero, kiedy lata miną zdajemy sobie w pełni sprawę, że oprócz nas, wszyscy inni mieszkańcy tej ziemi, także chcą żyć, równie silnie, jak my.

Dlaczego tak jest, że nie wcześniej niż wówczas, gdy z uroczej nastolatki czas zrobi przygłuchą i przyślepą starszą panią, to dopiero ona wyniesie wieczorem pod blok miseczkę z jedzeniem dla bezdomnego kota?

Za wielu z nas przenosi te wyuczone, wrogie uczucia z osy i komara na psa, kota czy niedźwiadka. Nie śledziłam do końca sprawy młodych ludzi, którzy w Tatrach zamęczyli na śmierć to piękne, dzikie zwierzę. Problem kary dla nich to sprawa sądu. Ale pozostaje problem potępienia takiego czynu, a przede wszystkim metod wychowywania.
Jedno jest dla mnie pewne: Żaden z tych młodych sprawców nie miał w dzieciństwie ani małego, ani dużego, nie miał po prostu żadnego pluszowego misia, do którego mógł się przytulić, wyszeptać mu swoje żale, opowiedzieć o swoich marzeniach.Na dobranoc TV wyświetliła mu film o tym, jak zając znęca się nad wilkiem. A na urodziny dostał pistolet. To nic, że na razie był na wodę.

1 grudnia 2007

Cisza nocna


Około godziny dwudziestej drugiej nasza uliczka cichnie, a pół godziny później zasypia. Starsi państwo, wiadomo, wcześnie są znużeni trudami dnia, więc i wcześnie się kładą.
A w oknach dzieci i ich rodziców też szybko gasną światła, bo nazajutrz trzeba zdążyć do szkoły i do pracy.

Kiedy tu się sprowadziliśmy, mieliśmy obawy, że mieszkańcy wielkiego bloku, który stoi z tyłu ulicy, wzdłuż ogrodów, będą hałasowali do późnych godzin. Jednak okazało się, że jeszcze długo przed północą wszelkie odgłosy milkną i krzątanina ustaje. Czasami tylko w którymś mieszkaniu odbywają się imieniny, chrzciny czy inne uroczystości rodzinne. Wówczas rozlegają się, co słychać zwłaszcza latem, przy otwartych oknach, toasty, okrzyki i wiwaty. Dopiero nad ranem wszystkie "kaczuszki-krzywe nóżki" i "rybki w jeziorze", i wszyscy "górale, którym żal", ochrypli i z ciężkimi zapewne głowami, dają za wygraną. Więc co najmniej do południa mamy urzekającą ciszę. Na szczęście, mimo, że blok ma wiele klatek, tego typu spotkania towarzyskie są raczej sporadyczne.

W ogóle jest to miasteczko, w którym bodajże dwa razy do roku zdarza się mieszkańcom nie spać do białego rana. Pierwszy przypadek to Nowy Rok, z okazji którego pan burmistrz wydaje na Rynku coś w rodzaju przyjęcia sylwestrowego i wszyscy mogą podziwiać pokaz sztucznych ogni. Następnie, pół roku później, przyjeżdżają zespoły folkowe z kraju, a nawet z zagranicy. Za nimi ciągną młodzi ludzie, wielbiciele tej muzyki, których zjeżdża wcale niemało. Jak co roku biorą w posiadanie ruiny XIV- wiecznego zamku, i tu grają, śpiewają i bawią się. A wraz z nimi całe miasto, jako, że zamek położony jest w samym centrum grodu.
Poza tym publicznego życia nocnego nie ma. Jedyny lokal, na sąsiedniej ulicy, chełpiący się mianem dyskoteki, już parę lat temu został zamknięty. Okoliczni mieszkańcy nie wytrzymali powtarzających się co noc większych i mniejszych burd, urządzanych przez powracających z zabawy, a co bardziej wrażliwi nie mogli już dłużej słuchać rozlegającej się stamtąd muzyki, która, nie dość, że była przez małe "m", to jeszcze chyba przez "u" kreskowane.
Tak więc miasto, jak pół Polski pewnie, co noc śpi spokojnie, aby rano móc stawić czoła nowemu dniowi.
Nam taki stan bardzo odpowiada, choć wydaje mi się, że nie jest dobra ta postępująca izolacja, zamykanie się ludzi we własnych czterech ścianach.

Nasze własne późne wieczory przeznaczane są na lekturę, czasem film, wiadomo bowiem, że publiczna TV wartościowsze rzeczy zwykła nadawać około 24.oo, właśnie wtedy, gdy statystyczni Kowalscy przewracają się na drugi bok. Może teraz się to zmieni, wszak tyle się mówi o misji publicznych mediów?

Wśród tego nocnego spokoju lubię także posiedzieć sobie w kuchni i poczytać przepisy. Czasem tak przemówią do mojej wyobraźni, że z miejsca decyduję się na ich realizację. Właśnie postanowiłam upiec bułeczki według staropolskiego przepisu, nie skomplikowanego wcale, za to naprawdę zadawalającego podniebienie:

Rozrabiam pół kostki (5 dkg) drożdży w 3 łyżkach śmietany (18%) i 2 łyżkach cukru. W misce łączę pół kg mąki pszennej z 15 dkg miękkiego masła. Dodaję 2 jaja i 2 żółtka, rozrobione drożdże i sporą szczyptę soli. Mieszam wszystko dokładnie, a jeśli ciasto jest zbyt "luźne", dosypuję nieco mąki.
Zamiast długiego wyrabiania, na które nie mam siły, stosuję metodę, którą przeczytałam chyba w "Kuchni Kryszny", skoro należy przy niej powtarzać mantrę. Kulę ciasta podnoszę nad głowę i rzucam nią o blat tyle razy, ile wyrazów jest w mantrze:

Hare Kryszna Hare Kryszna
Kryszna Kryszna Hare Hare
Hare Rama Hare Rama
Rama Rama Hare Hare.

Zawsze jest świetnie wyrobione! Teraz ciasto dzielę na 10 kulek - bułeczek. Na każdą, rozpłaszczoną palcami, nakładam łyżeczkę konfitury lub dżemu. Dziś dałam dżem z pigwy, która bardzo dorodna wyrosła w naszym ogrodzie, a w tym roku dodatkowo cierpiała klęskę urodzaju.
Zalepiam bułeczki i układam na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Teraz czekam 20 - 30 minut, aż wyrosną. Smaruję każdą pędzlem moczonym w lekko ubitym białku i wstawiam do nagrzanego piekarnika na pół godziny. Temperatura 8 (około 210 st.)
Ponieważ jest już około wpół do drugiej, to oczywiście nie zjemy 10 bułeczek, najwyżej po jednej. Reszta będzie na jutrzejsze śniadanie. Ażeby zapewnić im smak "prosto z pieca", mój mąż (łasuch), który wziął na siebie ten obowiązek, zamraża bułeczki kiedy tylko wystygną. Rano wkłada je do kuchenki mikrofalowej na 3x (odwraca) 30 sekund, moc 750. Są naprawdę świeżutkie. I pyszne.

Jeśli nie lubimy śniadania na słodko, to możemy przygotować nadzienie bardziej treściwe, na przykład przesmażając z cebulą i pieczarkami mięso mielone, dobrze doprawione vegetą, pieprzem, chili, oregano, czosnkiem, itp. Tę masę miksuję, dodaję surowe jajko, drobno posiekaną pietruszkę i nadziewam bułeczki. Przy tej wersji trzeba pamiętać, aby do ciasta dodać nie 2 łyżki, ale tylko 1 łyżeczkę cukru. Kiedy na blasze bułeczki wyrosną i posmaruję je białkiem, każdą posypuję dodatkowo kilkoma nasionkami kminku.
Dwie takie bułeczki na głowę całkowicie zaspakajają nasz poranny apetyt.

Koty też jedzą, ale bądźmy szczerzy - wyłącznie nadzienie.

25 listopada 2007

Drewno do kominka

Przed zimą



Właśnie drwale przywieźli drewno do kominka, już pocięte w klocki. Usypali wielką stertę za gankiem, a nasze koty z miejsca rozpoczęły buszowanie w niej.
Część drewna jest wysuszona, ale połowa pochodzi prosto z lasu, i po prostu ocieka sokiem. Ile na nim zapachów, nowych, nieznanych, zwłaszcza kociakom.
- Ciekawe, kto u był, kto zostawił swój ślad? Koty potrafią długo obwąchiwać każdy pieniek, z lubością ostrzyć na nim pazury, ganiać się wzajemnie i chować wśród tej pryzmy.Dopóki całość nie zostanie porąbana, a polana nie ułożone za domem, co potrwa jakiś tydzień, koty będą na tej stercie szalały. Taki koci plac zabaw bardzo nam odpowiada. Wiemy gdzie są i co robią. Głównie
chodzi o to, że nie włóczą się po sąsiednich ogródkach, co rzadko kiedy jest przez ich właścicieli przyjmowane ze zrozumieniem.
Często, najczęściej, kocie wyprawy są przyczyną mniejszych lub większych sąsiedzkich kwasów i waśni. A to są z reguły sytacje bardzo przykre i stresujące.
Nie dziwię się więc wcale, że niektórzy opiekunowie (i wielbiciele) kotów są w stanie podejmować różne,ryzykowne nawet decyzje życiowe, aby swoim pupilom zapewnić jak najlepsze warunki bytowe.
Czytałam bloga pewnej młodej, wrocławskiej pary, właścicieli dwóch kotek, która to para, mająca dosyć sąsiedzkich awantur i pretensji o wycieczki zwierząt, podjęła decyzję sprzedaży domu w mieście i przeprowadziła się na wieś.
Niektórzy ludzie potrafię pogorszyć swoje warunki, nawet znacznie, byle ich zwierzętom działo się dobrze.

Prawdę mówiąc, nasza własna decyzja o opuszczeniu rodzinnego miasta, pracy i znajomych, i przeprowadzeniu się do obcego miejsca, ale z ogrodem, podjęta była głównie w trosce o dobro Murki, którą kochaliśmy po prostu szaleńczo. Murka była tu naprawdę szczęśliwa, chociaż tylko przez półtora roku. Jej strata to była jedna z najgorszych chwil w naszym życiu i jest bolesna do dziś, choć mija już dziewięć lat od tej tragedii.

Mimo ustania podstawowego powodu naszego tu pobytu, pozostaliśmy, bo mosty w zasadzie były już spalone. Miejsca Murki w naszych sercach nikt nie zajął, ale na jej miejsce w naszym domu przyszły kolejne zwierząta. O tym była mowa już wcześniej.

Z perspektywy lat, które tu przeżyliśmy, widać wyraźnie, że Murka i wszystkie pozostałe zwierzaki były i są ważnym elementem naszego życia. Nawet jeśli nie w pełni zdajemy sobie z tego sprawę, to nasz świat kręci się wokół nich. Zresztą co jakiś czas przypominają nam o tym znajomi, uważając nas za, nieszkodliwych, ale jednak dziwaków.
To prawda, że wydaję więcej pieniędzy na koty, niż na nas. To fakt, że kupuję dla nas najtańszą, chińską tandetę, ale za to starcza na markowe chrupki, światowych firm dla nich.Przyjaciółki przestrzegają: - Przecież nie uratujesz wszystkich kotów świata; - Żyjecie w jakieś urojonej,
kociej rzeczywistości; - Zobaczysz, skończysz jak Violetta Villas. Żal mi p. Villas. Co do ratowania, to wystarczy, że uratujemy jedno kocie istnienie. A co do reszty to podziwiam ludzi, którzy pomagają, prowadzą przytułki dla zwierząt, od koni począwszy, na kotach kończąc. Ludzi, którzy w jakikolwiek sposób wspierają sprawę nieszczęsnych zwierząt, podobno naszych "mniejszych braci".
Zawsze będę kupowała kocie jedzenie w Krakowie (adres:
http://www.krakvet.pl/), bo oni część swoich zysków przeznaczają na schroniska dla zwierząt.
Najwyższym szacunkiem darzę Bożenę Wahl, od lat borykającą się z tysięcznymi trudnościami, a jednak nadal opiekującą się psami w schronisku pod Rawą Mazowiecką, w Boguszycach ( adres:
http://www.schronisko.alpha.pl/), które w haniebny sposób, bezustannie powiększają bezmyślni, wyzuci z uczuć, prymitywni ludzie.
Schroniska dla zwierząt, równie bezsensowne, jak schroniska dla dzieci, tak zwane domy dziecka, powszechnie krytykowane, muszą jednak istnieć dopóki nie uporamy się ze swoimi własnymi, ludzkimi problemami.

Jak pięknie byłoby, gdyby objawił się nam jakiś nowy Jerzy Owsiak, od porzuconych zwierząt tym razem, nie od chorych dzieci. Aby wyzwolił w setkach tysięcy i milionach osób choćby tę jednorazową, raz w roku objawiającą się ofiarność, to zrozumienie dla zwierzęcej biedy i samotności. Jak cudownie byłoby, gdyby te hojne, milionowe przecież sumy datków można było przeznaczyć na "rodzinne domy zwierząt". Niechby rodzina lub osoba, która przygarnie bezdomne zwierzęta dostała odpowiednie wsparcie finansowe, podobne wsparciu, jakie otrzymują dzisiaj rodzinne domy dla dzieci.
Przecież porzucone zwierzę jest w sytuacji jeszcze gorszej niż porzucone dziecko.Nie mielibyśmy wtedy problemu przepełnionych schronisk, w których warunki urągają humanitaryzmowi, nie mielibyśmy problemu bezpańskich zwierząt, błąkających się i umierających w naszych miastach i wsiach... Marzenia.

20 listopada 2007

Lalka Hanka

Autorka (tylko dawniej)


Przy okazji zakupów, jakie robiłam kilka dni temu w supermarkecie, w dziale dla niemowląt kupiłam dość sporą, miękką, kolorową piłkę, z dzwoneczkiem w środku. Kiedy w domu wyjęłam tę zabawkę, Filip z Bazylem, nasze pięciomiesięczne kocurki, dosłownie rzuciły się na nią. Ale po chwili już tylko Bazyl szalał z piłeczką, gryzł ją, drapał, nosił w pyszczku i aportował taka całą oślinioną, a my zachwycaliśmy się jego zręcznością i przemyślnością. Filip, jakby ostentacyjnie, przestał zwracać na piłkę uwagę i z kolei sam obnosił się przez cały wieczór ze zwykłą kulką zwykłego, zmiętego papieru. W każdym razie oba koty cieszyły się i bawiły jak dzieci. Jakimi zresztą są. To nic, że kocimi: reagują przecież podobnie, jak mali ludzie.
W nocy zbudził mnie jakiś hałas, zapaliłam nocną lampkę: to Filip przyniósł piłeczkę do sypialni i bawił się nią w najlepsze. Teraz zabawka była tylko dla niego.

Zachowanie tych małych kotów przypomniało mi pewne wydarzenie. Jakieś sto lat temu, kiedy miałam nie więcej niż 4 lata, moja Matka przyjechała po wojennej zawierusze, już tylko z moją siostrą i ze mną na tzw. Ziemie Odzyskane.
Miałyśmy ze sobą właściwie wyłącznie rzeczy osobiste i kilka zabawek. Wśród nich moje lalki i zwierzęta, pluszowe - rzecz jasna, mojej siostry. Te zwierzątka były zawsze, odkąd sięgam pamięcią, przedmiotem mojej zazdrości. Szczególnym obiektem pożądania była małpka, w kolorze szafranowym, z czarnymi koralikami oczu, ubrana w błękitny kubraczek i grająca na bębenku. Jednak pod żadnym pozorem nie wolno mi było jej ruszać.
Natomiast moje lale niezbyt mnie interesowały. Ponieważ byłam dzieckiem dobrze ułożonym i już wówczas wiedziałam, co to znaczy "wypada", a co "nie wypada", nigdy nie odważyłabym się przyznać, że lalka o imieniu Hanka, która była mniej więcej mojej wielkości, zamykała oczy ocienione "prawdziwymi" rzęsami i beczała "mama" - całkiem mnie nudziła. W każdym razie nie czułam do niej przywiązania. Ta lala, to był prezent z jakiejś ważnej okazji, więc wiedziałam, że w obecności innych nie mogę okazywać jej kompletnej obojętności. Moja siostra szyła Hance nowe ubrania, nasza Matka chwaliła siostrę, a obie podziwiały Hankę w tych kreacjach. Czułam się więc sama trochę zaniedbywana. Lubiłam przecież być permanentnym obiektem zainteresowania.

W pobliskim sąsiedztwie naszego domu, w jednej z dużych, poniemieckich willi ulokował się dom dziecka dla dziewcząt w wieku od kilku do kilkunastu lat. Chodziłam tam od czasu do czasu w odwiedziny, a moja Matka miała zawsze smutną i poważną minę, kiedy tłumaczyła mi, jak biedne i nieszczęśliwe są te dzieci.
Któregoś dnia zabrałam z domu Hankę i pomaszerowałam z nią do tych "biednych sierotek". Pamietam, że dziewczynki, zwłaszcza te starsze, były oszołomione, kiedy powiedziałam im, że lalka jest dla nich. Okrzykom radości i całusom nie było końca. Uszczęśliwiona, wróciłam do domu bez Hanki i opowiedziałam, jaki prezent zrobiłam dzieciom z sierocińca. Nigdy nie zapomnę miny mojej biednej Matki. To była dezaprobata! Nic nie powiedziała, ale ja przecież spodziewałam się wielu pochwał i zadowolenia, że jej dziecko ma takie dobre serce. Moja siostra natomiast normalnie mnie wyśmiała.
Dopiero wiele lat później zdałam sobie sprawę, że nie były na mnie złe za fakt, że oddałam lalę innym dzieciom, ale, że mój postępek tak niespodzianie pozbawił je obie zabawki, której prawdopodobnie same wówczas bardzo potrzebowały.

W niedługi czas potem dom dziecka został zlikwidowany a sieroty przeniesiono do innych placówek. Z którą z nich pojechała Hanka, tego się nie dowiedziałam.

W sumie byłam z siebie bardzo zadowolona: dałam prezent biednym dzieciom i pozbyłam się konkurencji w postaci ustawicznych zachwytów nad wyjątkowością Hanki. No, i któregoś dnia usłyszałam, jak moja Matka bardzo chełpliwie opowiadała znajomym, jakim czułym i dobrym dzieckiem jest jej młodsza córka.

12 listopada 2007

Pierwszy śnieg


Bura pogoda - ziemiste niebo i przeszywający wiatr - przyniosła wczoraj pierwszy śnieg tej jesieni. Dosłownie w ciągu pół godziny wszystko było szczelnie okryte grubą białą watą. Zielone jeszcze całkiem ligustry, a też brzozy, które wciąż stoją w swoich rdzawych liściach, pod nawisami śniegu wyglądają na całkiem przemarznięte. Temperatura gwałtownie obniżyła się z kilkunastu stopni ciepła do zera. W nocy musiał być przymrozek.

Maluchy, to znaczy dwaj synkowie kotki Feli, były niesamowicie zaskoczone tą nagłą zmianą aury. Najpierw, na zasypanym ganku, a potem w ogrodzie badały łapkami uważnie tę pierzynkę, mięciutką bardzo, ale jaką zimną! Wąchały puch, lizały go, i dziwiły się bardzo. Urodziły się w końcu czerwca, a więc to ich pierwszy śnieg. Biegały jak opętane, usiłowały łapać padające wielkie płatki. Całe mokre, cienko popiskiwały, coś tam wołały, ślizgały się, i po kilkunastu minutach,zmęczone tym dziwnym widowiskiem i zmarznięte, galopowały do domu. Wytarte i ogrzane przed kominkiem znów były gotowe do gonitw i zabawy w śniegu. W obawie przed przeziębieniem nie chcieliśmy kocurków więcej puszczać na dwór, ale nasze dorosłe koty ciągle się kręcą, wchodzą i wychodzą, więc malcy po prostu z tego korzystają i uciekają nam, czatując gdzieś w kącie na moment otworzenia drzwi.

Kiedy zmienia się pora roku, a właściwie zawsze wtedy, gdy pogoda jest paskudna, to znaczy leje deszcz, pada śnieg, albo jest dojmująco zimno, do naszych obowiązków wobec tego kociego towarzystwa dochodzi jeszcze bardzo uciążliwa rola, mianowicie rola odźwiernego. Niestety bez przynależnych jej napiwków. Dosłownie po kilkadziesiąt razy dziennie wpuszcza się i wypuszcza zwierzaki, z domu, i do domu.

Szkaradziej, mimo, że jest rezydentem od 9 lat, zanim do nas trafił większość swego życia musiał spędzić pod gołym niebem, o czym świadczą jego przyzwyczajenia. Od początku więc było wiadomym, że musi być wypuszczany na dwór zawsze, kiedy sobie tego życzy. A że życzy sobie często, toteż często trzeba zejść z piętra, aby go wypuścić. Potem, zwłaszcza przy złej aurze, człowiek martwi się, że biedne zwierzę zmarzło, więc rzuca wszystko i idzie go wpuścić. A Szkaradziejek, jak to on, przybiega na wołanie na ganek, ale nie wchodzi, bo nie ma ochoty. Albo siedzi na progu i daje do zrozumienia, że częste otwieranie drzwi przeszkadza mu w kontemplowaniu świata, więc zamykasz szybko i przepraszająco. I za 15 minut znów wyglądasz, bo może już mu się znudziło, a może biedaczek zgłodniał?

Z Rudolfem nie ma takiego kłopotu. Kiedy nastają pierwsze chłody, ten podstarzały kocur namiętnie wyleguje się w cieple kominka. Uwielbia to, a kiedy już za bardzo go przygrzeje, cały rozpalony, z rozpiętym rudym futrem, wywala się na dywanie, albo idzie się położyć do pańskiego łóżka. Czasem też żąda, aby go wypuścić na dwór. Daleko nie idzie. Siada na progu i po dosłownie 5 minutach bardzo chce wracać do domu. Czasem ma melodię, i chodzi tam i z powrotem. To bardzo denerwujące i uciążliwe. Dla nas. Jemu to się podoba.

Natomiast nasze kocice, przy takiej paskudnej jak teraz pogodzie, wychodzą rano, gdzieś około wpół do ósmej. Nie mamy potrzeby, aby wstawać tak wcześnie, więc Lolita biegnie na dół i pod drzwiami wejściowymi rozpoczyna swój poranny koncert. Zaczyna nawoływać: otwórz mi, chcę wyjść. Jeśli się nie reaguje, wtedy zaczyna z innej beczki: biegnie znów na górę, do sypialni, i bada, czy się śpi. O ile stwierdzi, że chrapiesz w najlepsze, podczas gdy ona jest już na nogach, wtedy rozpoczyna zawodzenie prosto do twojego ucha. Jeśli złapie cię na tym, że masz oczy otwarte, natychmiast zbiega na dół i tam znów nawołuje. Teraz rozpoczyna się wojna nerwów - kto kogo przetrzyma? Zwykle daję za wygraną, schodzę i mówię: Lolisia, jeśli zjesz śniadanie, to cię puszczę. A Lolisia, w zależności od humorku, zje, albo nie zje, najczęściej udaje, coś tam poliże i już leci. Idzie polować.
Jednak trzeba przyznać, że Lolita czasem odnosi się z pewnym zrozumieniem do porannego lenistwa człowieka, odstępuje od zamiaru wyjścia i wraca na swoje posłanie jeszcze na jakieś pół godzinki.

Ale nie Dunia. Od Duni żadnego zrozumienia nigdy się nie oczekuje. Jeśli Dunia chce wyjść, nic i nikt od tego jej nie odwiedzie. Urządza pod drzwiami takie piekielne wrzaski, jest taka wściekła, że musi prosić, ba, żądać, a nikt nie reaguje natychmiast, rzuca w nas takimi kocimi obelgami, że po prostu nie masz wyjścia: zwlekasz się ciężko z łóżka, człapiesz na dół, rozbijając się po drodze o meble, i wypuszczasz na dwór "ukochaną Duniaszkę", naszą "najmilszą Buraskę".
Po godzinie zaczyna się wołanie kocic, aby wróciły, bo "na pewno zmarzły", albo "na pewno zgłodniały". Oczywiście śladu po kocicach nie ma. Więc po 15 minutach znów otwierasz drzwi, bo "na pewno zmokły". Jednak kocic, twoich ukochanych, nie ma. Więć po kolejnych 15 minutach... I ten cały cyrk trwa najczęściej parę godzin. Może o tym innym razem.

1 listopada 2007

Dziady, Zaduszki, Halloween

Wielu najbliższych już odeszło


Moje Zaduszki to zawsze dzień 1. a nie 2. listopada. Powód jest ten, że to 1 listopada jest "świąteczny", bo wolny od pracy. Wtedy chodzę na cmentarz, przynoszę na groby kwiaty i świece, i myślę o swoich zmarłych więcej i intensywniej.

Wiele, za wiele serdecznych grobów, które zostawiłam za sobą, skłania do refleksji, do sięgania myślą w przeszłość i przyszłość.

Dzień modłów za dusze zmarłych, czyli Za/duszki zapoczątkował w 998 roku św. Odilon - opat z Cluny, jako odpowiedź na pogańskie obrzędy ku czci przodków i wyznaczył go na pierwszy dzień po Wszystkich Świętych.
W Polsce ta tradycja tworzyła się między XII i XV wiekiem. A w całym kościele katolickim już od XIII wieku upowszechniła się tradycja urządzania procesji na cmentarze, w czasie których odprawia się modlitwy za zmarłych i śpiewa pieści żałobne.

Nie znam żadnych szczególnych zwyczajów związanych z katolickim Dniem Zadusznym.
Natomiast podobają mi się bardzo obrzędy starosłowiańskich Dziadów. Nasi przodkowie każdego roku na wiosnę i jesienią, mieli zwyczaj obcowania z duszmi zmarłych, wierzyli bowiem, że komunikacja z nimi jest możliwa.
Robili to dla wspomożenia dusz zmarłych w ich wędrówce przez zaświaty; aby były tam szczęśliwe. Drugim celem było pozyskanie ich przychylności, zapewnienie sobie ich ochrony, możność zwrócenia się do nich o radę lub błogosławieństwo.

Nie dziwię się, sama robię zawsze podobnie: gorąco proszę swoich zmarłych o pomoc podczas wszystkich nieszczęść, jakie mnie na tej ziemi spotykają i równie mocno wierzę, że przekroczyli oni już ten najważniejszy dla człowieka próg, a więc są do udzielania mi pomocy niejako uprawnieni.

Pogańskie obrzędy pradziadów najlepiej są nam znane z literackiego opisu Dziadów, danego przez wieszcza w II cz. dramatu.
Tak Guślarz, prowadzący obrzęd, nawoływał "czyściowe duszeczki":
"Każda spieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek."

 Wzywano dusze zmarłych, aby powiedziały czego potrzebują dla otwarcia drogi z czyścca do nieba i uzyskania spokoju na tamtym świecie. Do miejsc kultu, a więc pod święte drzewa, na święte góry, do świątyń, znoszono obiaty w postaci kaszy, jaj, miodu i mleka, aby zmarli mogli posilać się pospołu z żywymi.
Zbłąkanym duszom rozpalano ogniska na rozstajach, aby nie pomylili drogi, palono tej nocy również światła w obejściach, by zmarli łatwo trafiali do swych dawnych domów. A przy stole zostawiano tyle wolnych miejsc, ilu zmarłych miała rodzina.
Rozpalano też ogień bezpośrednio na mogiłach, ale miał on inne znaczenie, mianowicie miał nie dopuścić, aby z grobów tych wyszły upiory, czyli dusze ludzi, którzy zginęli śmiercią samobójczą lub zostali zamordowani, a więc, jak się uważało, zmarłych złą śmiercią.

Znicze i świece zapalane dzisiaj na grobach naszych bliskich są reminiscencją tamtych ogni.

Wraz z przyjęciem chrztu pogańskie obyczaje Dziadów zaczęły stopniowo wygasać, ale wprowadzane obrzędy chrześcijańskie mieszały się z dawnym zwyczajem. Szeroko rozpowszechniony i bardzo długo żywy był na przykład zwyczaj rozdawania jałmużny, najczęściej w postaci chleba, a obdarowani ubodzy i żebracy w zamian musieli modlić się za zmarłych swoich darczyńców i dobrze ich wspominać.
Niektóre symbole, jak na przykład przynoszenie żywności na groby, utrzymały się we wschodniej Polsce, Białorusi czy na Ukrainie po dziś dzień.
Również współczesne słowiańskie ruchy rodzimowiercze kultywują święto Dziadów, zwykle 2 listopada i w kwietniu.
Pradawny zwyczaj wiosennego święta przodków - tzw. Święto Rękawki jest nadal obchodzone w Krakowie.

A jak tych, co odeszli wspominają inne nacje? Nocą, z 31 października/1 listopada w Stanach Zjednoczonych i w wielu innych miejscach na świecie obchodzi się Halloween. Obchody tego święta przywędrowały do USA w XIX wieku wraz z emigrantami z Irlandii. To celtycki obyczaj, sprzed 2000 lat.
Wierzono wówczas, że dusze zmarłych powracają po roku, własnie tej nocy, na ziemię i usiłują wejść w ciała żywych ludzi. Dlatego żywi muszą się przebierać, zakładać różne straszne maski, krzyczeć, hałasować, palić ognie, aby duchy te odstraszyć.
Pierwotnie, u Celtów była to rzepa, dziś wydrążona w różne kształty dynia, z umieszczonym w środku światełkiem jest symbolem duszy zmarłych. Dynie stawia się na eksponowanym miejscu w domu lub w ogrodzie. Głównym zaś akcentem tego święta jest wizyta grupki przebranych dzieci, które zawołaniem "trick or treat" skłaniają domowników, aby obdarowali ich słodyczami. Oczywiście w razie odmowy straszą zrobieniem jakiegoś psikusa.
Amerykanie nazywają Halloween "świętem dyni" albo "świętem cukierka".
Młodzież organizuje huczne imprezy w domach, odwiedza tzw. Scary Farm, gdzie tworzone są specjalne scenerie, jak z filmów grozy.
Oni po prostu uwielbiają się bać.
Święto Halloween chyba dlatego zrobiło taką karierę w USA, bo Amerykanie, z ich upodobaniem do horrorów, przebrań, masek i parad - uważają to za świetną zabawę.
Równie hucznie co w USA, Halloween obchodzi się w Pekinie. Zdaje się, że powód jest ten sam.

Od końca lat 90. i u nas Halloween staje się popularne. Lubimy przecież się amerykanizować i przejmować tamte zwyczaje, nie tylko na Walentynki.
Jest dużo imprez klubowych,teatralnych i filmowych, sprzedaje się tematyczne gadżety. Co bardziej przedsiębiorcze dzieci odwiedzają sąsiadów, licząc na słodycze.
Również urządza się imprezy w domach, z przebierankami i dynią w roli głównej.
Jednak zarówno Kościół katolicki, jak rodzimowiercze związki wyznaniowe odżegnują się od tej formy wspominania zmarłych.

I oczywiście kolejna forma pamięci o tych, którzy odeszli, mianowicie: Wirtualne cmentarze. Tu można nie tylko umieścić wspomnienie o zmarłym, można również postawić mu nagrobek i zapalić świeczkę. Ba, jeszcze za życia można sobie samemu przygotować własne epitafium. I jak twierdzą twórcy tych cmentarzy, tak zapisana pamięć przetrwa każdy pomnik, postawiony na rzeczywistym grobie.
Czy to także znak naszych czasów? Na pewno tak.

Lubię przyjść o zmierzchu na cmentarz, kiedy migocą setki, tysiące światełek, a w powietrzu unosi się woń wosku i zapach chryzantem, i zadumać się nad naszym losem, naszym przeznaczeniem i nad tą odwieczną tajemnicą, jaką jest nasze życie i śmierć.

15 października 2007

Wielki smutek

Lucky

Nie ma już Lucky
!

Była najsłodszym z sześciorga dzieci kotki Feli. Wszystkie kochaliśmy, ale Lucky najbardziej. Słowa nie opiszą jej uroku.

Tak bardzo chciałam znaleźć jej dobry, kochający dom. Wydawało się, że znalazłam. Niestety: odjechała od nas, z płaczem , 23 września, a 13 października już nie żyła.

Jak trudno pogodzić się z tym, że cieszyła się życiem tylko 3 miesiące. Jak boli świadomość, że męczyła się tak długo, zanim skonała!

Przebacz mi maleńka, że cię oddałam.



10 października 2007

Mała stabilizacja



Każda, niewielka nawet zmiana warunków bytowania wprawia nasze koty w duże niezadowolenie. Przestawienie mebla, nie mówiąc już o przesunięciu kociego koszyka, jest powodem nerwów i frustracji.
Utarte ścieżki, te same przejścia i te same dziury w płocie są podstawą codziennych kocich wędrówek.

Zwierzaki nie lubią obcych w domu, każda osoba, poza domownikami, każdy dzwonek wywołuje u nich popłoch. Nasza nieodżałowana Malina reagowała paniką nawet na dźwięk telefonu i nic nie wyprowadzało jej tak z równowagi, jak prowadzenie rozmowy przez telefon; wieszała się na przewodzie, usiłowała wyrwać mi słuchawkę, wskakiwała i zeskakiwała z kolan przez czas trwania rozmowy.
Wyjątkiem pod tym względem jest Szkaradziej. Szkaradziejek, najstarszy z rezydentów, nie tylko nie ucieka, kiedy mamy gości, ale wręcz przypomina wszystkim o swojej obecności, plącze się pod nogami i obowiązkowo stawia się w domu podczas wszystkich posiłków, wymownie patrząc biesiadnikom w oczy.

Najbardziej zaś nielubianym przez nasze koty rodzajem gości są ci, którzy śpią w naszym domu, czytaj - w domu naszych kotów. Wtedy destabilizacja życia kociego jest kompletna. Nie tylko w dzień ich zwyczaje muszą być ograniczane czy nawet zmieniane, ale w nocy, w nocy także! A tego koty doprawdy nie znoszą: Rudolf nie może spać pod kominkiem, bo boi się wejść do salonu, Szkaradziej nie może okupować kanapy, bo na niej rozkładają się goście, a kocice po prostu wariują. Spotkanie z gościem na schodach czy w łazience traktują niczym spotkanie z Miśkiem, znienawidzonym psem z sąsiedztwa.
Malina wówczas zwykle lokowała się w sypialni na szafie, skąd schodziła tylko do kuwety. A jadała nocą, kiedy goście spali.
Nasza Dunia ma podczas obecności gości niezwykłą zdolność znikania z pola widzenia. Zaszywa się tak skutecznie po różnych zakamarkach, że nawet nie domyślamy się miejsc jej pobytu.
W zasadzie tylko kociakom jest obojętne, czy są obcy w domu, raczej się ich nie boją i myślę, że zależy im tylko na braku ograniczania ich szaleńczych zabaw.

Przyzwyczajenie do nowej sytacji następuje po paru dniach, ale wtedy goście zazwyczaj odjeżdżają. Ulga po ich wyjeździe jest manifestowana na różne sposoby, najczęściej rozwalaniem się na wszelkich możliwych sprzętach domowych, dłuższym niż zazwyczaj przesiadywaniem w domu, nie na dworze i nie tylko chętnym poddawaniem się, ale szukaniem pieszczot i bliskości człowieka, własnego oczywiście.

Kot nie lubi niespodzianek, a szczęśliwy jest wówczas, gdy wie czego się spodziewać, gdy co dzień i co noc trafia na te same miejsca i te same sytuacje.
A przecież koty są zarazem niesłychanie ciekawskimi stworzeniami. Błyskawicznie zjawiają się tam, gdzie dzieje się coś nowego, niespotykanego, lubią być zadziwiane. Jednak wydaje mi się, że lubią to tylko wówczas, gdy mogą wybrać dla siebie rolę obserwatora a nie bezpośredniego uczestnika danego wydarzenia.

Z tego uwielbienia dla jednostajności i rutyny kot wyłamuje się tylko w jednym przypadku, mianowicie wtedy, gdy chodzi o koci stół. Tu monotonia jest grubo nie na miejscu, a brak urozmaicenia je zniesmacza, i to dosłownie.
Obserwując, choć właściwsze będzie tu określenie - karmiąc koty od lat, nie domyślam się nawet skąd wielu autorów różnych porad i poradników wzięło przekonanie, że kot przyzwyczaja się do danego typu karmy i po pewnym czasie odmawia innych pokarmów. No, chyba, że tym pokarmem jest powiedzmy - filet z indyka - to wtedy zgoda. Kot przyzwyczaja się, i to szybko, rzeczywiście nie chce potem już nic innego.

Wszystkie żywione przeze mnie koty wykazywały zawsze nadzwyczajne smakowo-węchowe upodobania do mięsa i ryb. Z moich doświadczeń wynika, że nawet najdroższa gotowa karma po kilku dniach nudzi się kotu do tego stopnia, że woli siedzieć głodny, niż zajrzeć do miski z tą samą zawartością.
Dlatego też staram się o możliwie urozmaicony jadłospis. I o pamiętaniu, że Rudolf nie lubi ryb, ale chciałby mieć wybór między różnymi rodzajami suchej karmy. Lolita wymiotuje po Kitekacie, tak go nie cierpi, przepada natomiast za filetem z kurczaka. Dunia preferuje ryby w każdej postaci, a Fela jada wszystko, pod warunkiem, że na każdy posiłek jest co innego. Maluchy dzisiaj lubią parówki, masełko i serek wiejski, a jakie będą jutro ich upodobania, to się dopiero okaże.

Nie wiem także skąd wzięło się przekonanie, że kot nie rozróżnia między na przykład zwyczajną kiełbasą i szynką domową. Nigdy, żaden z naszych kotów nie wybrał tej pierwszej, i nie zdarzyło się, aby pogardził drugą.
Nasze koty nie mają także żadnego zupełnie uznania dla jarzyn, kasz, makaronów i innych klusek. Pod żadnym pozorem nie zjedzą ziemniaków, nawet polanych najlepszym mięsnym sosem. A że są zdrowe i pogodne, to najlepiej świadczy o tym, że same, intuicyjnie potrafią wybrać pokarm dla siebie najlepszy, o ile rzecz jasna, mają wybór. Staramy się zostawiać im ten wybór.
Wszak wiadomo: Przez żołądek do serca, również kociego.

Felę i dwoje jej dzieci - kocurka Filipka i kocurka Bazyla można oglądać w mojej galerii w Google, adres: http://picasaweb.google.pl/manetka07

Osobę gotową pokochać jedno z tych zwierzątek i zdecydowaną troszczyć się o nie, proszę o kontakt.


3 października 2007

Znów korupcja

Bazyl i Filip


Nie pamiętam już ani autora, ani nawet tytułu opowiadania o pewnym kocie, bo czytałam to jakieś kilkadziesiąt lat temu. W każdym razie w mojej pamieci zachowało się w takiej oto postaci:

Biedny, wymizerowany kot został odchuchany przez dobrych ludzi, z którymi następnie podróżował autem. To byli ludzie niezbyt zamożni i samochód był tani. Na jakimś parkingu wszyscy wysiedli, aby zjeść w barze. Kot też by coś dostał. W pewnej chwili na parking podjechał wspaniały Rolls-Royce, a towarzystwo nim jadące zaczęło wabić zwierzaka. Ludzie ze skromnego auta zobaczyli "swojego" kota już tylko za tylną szybą odjeżdżającego rollsa.
Wówczas myślałam, że jest to literacka fikcja. Dziś, po kilkunastu latach zajmowania się kotami wiem doskonale, że to mogła być najprawdziwsza prawda. Odczułam to również na własnej skórze. A to było tak:

Po śmierci naszej cudnej, najmądrzejszej i ukochanej kotki Murki, co stało się w środku zimy, zaczęła regularnie nawiedzać nasz ogród bardzo młoda koteczka. Przesiadywała na śniegu, podchodziła na ganek, i o której bądź porze wyjrzałam, ona była. Przez pamięć o Murce, a także sądząc, że to biedne zwierzę jest zziębnięte i głodne, raz i drugi wyniosłam jej na próg miseczkę. Potem wpuszczałam, żeby się trochę ogrzała. I niestety, od tego się zaczęło. Piszę niestety, bo już znacznie, znacznie później okazało się, że ta kotka jednak miała swój dom, i to niedaleko. Więc nie była ani głodna, ani zaniedbana. Ona po prostu uznała, że miska u nas jest smaczniejsza, a kominek cieplejszy. I już późnym latem tego roku uważała się na naszą kotkę, a nasz dom uznała za swój.
Wiadomo, że wywołało to sąsiedzkie kwasy i choć całkiem niezamierzenie, jednak zawiniłam wobec poprzednich jej opiekunów. To za sprawą tej kotki nasz dom zaroił się, a precyzyjniej rzecz ujmując - zakocił ponad miarę i przybyło trosk, również ponad miarę. Kotka Małpiatka, nazwana tak z racji swego niezwykłego podobieństwa do tego zwierzątka, od lat już nie jest z nami. Ale jej potomstwo miewa się bardzo dobrze.

Rozważając dziś los Feli i jej z nami znajomość, nie mogę wykluczyć, że historia tego kota w jakimś sensie się powtarza. Fela przecież także kiedyś musiła mieć jakiś dom i jakiś opiekunów. Ale wybrała lepszych. Dla niej. I chociaż naprawdę długo nas do tego przekonywała, jednak udało jej się postawić na swoim.

Tak więc zanim wpuścisz do swego domu kota, upewnij się, że jest on bezdomny. Ale jak? Niestety, nie ma na to dobrego sposobu.
Lepiej jednak zaopiekować się cudzym kotem, niż pozwolić wyrzuconemu albo zagubionemu zginąć z głodu i zimna. To pewne.

Dwaj synkowie Feli, Filip i Bazylek szukają dla siebie domów. Jedno z tych zwierzątek prześlicznych może należeć do Twojej rodziny. Obejrzyj je w galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07

25 września 2007

Fela poluje

Bazyl

Obie nasze kocice, Dunia i Lolitka są zawołanymi myśliweczkami. Stale obnoszą przeróżne trofea, od much poczynając, przez myszy czy żaby, na ptakach, często całkiem sporych, kończąc.

Dunia poluje po to, żeby zdobycz przynieść do ogrodu, a jeszcze lepiej, okropieństwo, do domu, podzielić się z nami swoim łupem, i oczywiście oczekuje należnych pochwał i podziękowań. Jeśli niemądry i niewdzięczny człowiek nie potrafi docenić takiego gestu i starania o wspólny stół, to trudno, jego strata. Więc zdobycz zostaje przez Dunię zjedzona, a przynajmniej nadgryziona i to najprzyjemniej w obecności zgromadzonych i zazdroszczących, pozostałych kotów.

Lolita tak nie postępuje. Lolita poluje głównie dla sportu. Lolita to uwielbia. Jest zdolna do tropienia, podchodzenia i wielogodzinnego czatowania na upatrzoną ofiarę. A za największą zdobycz uważa upolowanie ptaka, i to złowienie go wśród gałęzi, wysoko, nad ziemią. Zapewne uważa, że jej kunszt łowiecki osiąga wówczas najwyższy poziom.
Lolita potrafi także upolowaną mysz, żywą jeszcze, rzucić kociakom Feli, chociaż ich nie cierpi, albo obserwować, jak podkradają się do łupu nasze dwa kocury, te safanduły, którym rzadko udaje się coś złowić. Przypuszczam, że są zbyt wygodne i leniwe. Aby coś upolować trzeba się przecież co nieco natrudzić. A po co? I tak dadzą coś zjeść, a uganiać się za myszą zamiast leżeć na słoneczku - czysty nonsens!

Całej myśliwskiej wyprawy kota prześledzić się nie da, ale obserwowanie fragmentów polowania (chociaż ze względu na finał jest z gatunku thrillerów) pozwala na ocenę fizycznych możliwości człowieka. W porównaniu z kotem jesteśmy po prostu zwykłymi niedołęgami: nasze reakcje są dużo za wolne, nasze skoki o wiele za niskie, nasz bieg zbyt ślamazarny.
Zwykło się mawiać, że tylko w człowieku tkwi bestia; potrafi zabijać bez powodu. Natomiast zwierzę zabija wyłącznie wtedy, gdy jest głodne, wyłącznie po to, aby przeżyć.

W przypadku kotów domowych to nie do końca jest prawdą. Po pierwsze, one z zapałem i energią polują wówczas, gdy są syte. Po drugie, nie tak znów często swoje ofiary zjadają. Zwykle je porzucają. Kochają za to sam rytuał łowów.
Ich ofiary, z reguły wielokrotnie mniejsze i słabsze, wprawiają je w duże niezadowolenie: tak słabo się bronią i tak szybko umierają! Więc co robi kot, aby sobie przedłużyć przyjemność polowania? On tego biednego mysiego trupka jeszcze przez kwadranse całe potrafi podrzucać, ciągnąć i przewracać. On go bez przerwy ożywia! I chowa po różnych zakamarkach. A nuż mysz znowu zacznie uciekać? Wówczas zabawa zacznie się od nowa.

Natomiast kocica Fela, która przecież ma dla kogo łowić, bo jeszcze dwa maluchy są pod jej kuratelą, na polowanie udaje się bardzo zwyczajnie, za płot. Za płotem bowiem stoi długi na jakieś 150 metrów i wysoki na 4 piętra blok, którego mieszkańcy, przynajmniej niektórzy, mają mało chwalebny zwyczaj wyrzucania przez okna różnych przedmiotów, w tym i resztek żywności.
Fela patroluje pas trawy pod blokiem i kiedy wypatrzy kawałek, nadający się jej zdaniem do zjedzenia, niesie go błyskawicznie w pyszczku swoim dzieciom, nawołując je przeraźliwym głosem już z daleka. Zdobycz im oddaje, wycofuje się i z pewnej odległości obserwuje, jak się z nią maluchy rozprawiają. Jeżeli zdobyczą jest świeży plaster szynki, to fajnie. Gorzej kiedy biedna Felunia, prawdopodobnie karmiona kiedyś paskudnymi resztkami, przynosi na przykład zatęchły kawał solonego boczku. Oczywiście ani maluchy, ani nasze dorosłe koty tego nie ruszą. Ale my musimy sprzątać.
Zastanawiające jest jednak to, że w porze karmienia Fela pierwsza pcha się do misek, swoim dzieciom miejsca wcale nie ustępuje i nigdy nie widziałam, aby jakieś smakowite kąski, które dostała ze stołu, oddawała swoim pociechom. Tu zasady polowania już nie obowiązują. I prawidłowo - miska w domu każdemu kotu się przecież słusznie należy. A przy misce, wiadomo, kto pierwszy, ten lepszy!

Bazyla i Filipka, dwa kochane kocurki oraz kocicę Felę można oglądać w mojej galerii, w Google, adres:
http://picasaweb.google.pl/manetka07

Kto chciałby podzielić się własnym domem z jednym z tych zwierzątek, tego proszę o kontakt.

19 września 2007

Długi tydzień

Dominik z Zuzią pięknie rysują

To Filip


To kocica Fela


Bazyl



Wszystko zaczęło się w ubiegłą sobotę. Zadzwoniła do mnie p. Józefa z Wrocławia. Od razu spodobał mi się jej niski głos, rzeczowy dialog i podkreślenie odpowiedzialności kroku, na który się zdecydowałi. Zobaczyli bowiem zdjęcie kocurka Bazyla w serwisie ogłoszeniowym Gumtree, który jest moim zdaniem bardzo dobrym miejscem do umieszczania ogłoszeń.
Oczywiście, kto by nie chciał Bazylka? Ale akurat dzień, dwa wcześniej Bazyl również oczarował pewną młodą parę. Więc p. Józefa, po przeczytaniu notek o innych naszych, a właściwie nie tyle naszych, ile kotki Feli dzieciach, przeznaczonych do adopcji oraz obejrzeniu licznych zdjęć w kociej galerii, w Google oraz naradzie ze swoją rodziną, zdecydowała, że własnym domem podzielą się z kocurkiem Boryskiem.

Jasne, że Borys jest kotem niemniej uroczym od Bazyla, a nawet pod pewnymi względami go przewyższa; mianowicie, nie jest aż takim rozrabiaką.

Kiedy w niedzielę przywiozłam Borysa do państwa W. do Wrocławia, byłam zaskoczona, że mama 30-letniej córy Agnieszki i trzynastolatka Piotrusia, sama wygląda jak trzydziestolatka, filigranowa, zgrabna, no i bardzo sympatyczna. Na dworze deszcz i zimno, a w domku na Boryska czekał trzaskający kominek i równie gorące serca. Wiem, że synek Feli będzie w tym domu szczęśliwy.

Zaraz potem, bo już we wtorek, Miłka, Kacperek i ja, wyruszyliśmy do domu Iwony i jej 4-letniego synka Dominika, do Sosnowca. Z Iwoną to my już korespondowałyśmy w sprawie adopcji maluchów niemal od ich urodzenia, to znaczy od dwóch miesięcy. I tu też zostawiłam moją sympatię i dużą nadzieję, że jest to dom, w którym biała koteczka, nazwana teraz Zuzią, będzie bardzo szczęśliwa.
Bo dla Kacperka, cudnego pasiaczka, był to tylko przystanek w drodze do Wojkowic. Tam bowiem będzie jego dom rodzinny. I już wiem, że cudownie się przystosowuje. Z Zuzią były kłopoty, ale okazało się, że chwilowe i teraz już pięknie się bawią z przedszkolakiem Dodo.

A w niedzielę pojechaliśmy z Bazylkiem do Lubawki, na samej polsko-czeskiej granicy. Tu oczekiwali nas młodzi, sympatyczni i mili, Aneta z Piotrem. Od pierwszego wejrzenia zarówno mnie, jak i Bazylowi spodobałi się opiekunowie, dom i ogródek. Nawet zabawiłam tam zbyt długo, opowiadając przy herbacie o kotach i naszym życiu przy nich. A kiedy już wszystko ułożono i szczęśliwie się żegnałam, do salonu wpadł wielki, stary, puchaty kocur Leon. I co zrobił? Dosłownie chciał rozszarpać i żywcem pożreć maleńkiego Bazylka! Lecz Bazyl-bohater, stawił dzielnie, za dzielnie, czoła temu wielkiemu tygrysowi. Oczywiście rzecz cała skończyła się zapakowaniem Bazyla do kosza i naszym powrotem do domu.
Teraz zastanawiamy się z Anetą i Piotrem co zrobić? Jaka jest nadzieja, że stosunki na linii: zasiedziały w tym domu, będący na własnych włościach kocur Leon, i nowicjusz Bazyl, ułożą się, jak to się mówi, przyjacielsko, a co najmniej poprawnie? Na razie zwlekamy z odpowiedzią na to pytanie, chociaż odpowiedź wkrótce przecież paść musi.
I tylko ja po cichu sobie myślę, że jednak ta moja wizyta okazała się być wcale nie za długą. No, bo co by się stało, gdyby bezprzykładna napaść kota Leona na malucha Bazyla wydarzyła się dopiero po moim odjeździe?

W kolejny już wtorek zawiozłam Felę, mamę szóstki bliźniaków, o których najczęściej mowa na tym blogu, do lecznicy w Dzierżoniowie. Powód? Nie możemy mieć więcej dzieci. Zresztą my, jak my, ale Fela zdaje się też, po doświadczeniach tego rodzicielstwa, jest zdecydowana, aby więcej pociech nie sprowadzać na świat.
Więc Felunia przebyła operację, po której już kociąt mieć nie będzie. Biedna kociczka, jest teraz bardzo chora. Opiekujemy się nią troskliwie. Jutro jedziemy znów do kontroli. A za tydzień zdejmujemy szwy.
Przeżycia opiekunów wywołane taką operacją dają się porównać tylko z własnymi, medycznymi doświadczeniami. Jednak mamy nadzieję, że Feli pomogą wrócić do równowagi po tym stresującym bardzo doznaniu, jej dzieci, to znaczy jej córeczka Lucky oraz synaczkowie Bazyl i Filipek. Ona je kocha wcale nie mniej, niż ludzka matka kocha swe dzieci. Co to była za radość, kiedy dziś rano znowu je zobaczyła! Taka chora, a zaraz zabrała się do ich toalety, tulenia i całowania. Po kociemu, oczywiście.
To był naprawdę długi, bardzo długi tydzień. Tysiąc kilometrowy!

Na Twoją miłość i opiekę czekają w dalszym ciągu koteczka Lucky, kot Filip i sama ich mama - kocica Fela, ona oczywiście po całkowitym wykurowaniu się i dojściu do pełnego zdrowia psychicznego.

Zdjęcia kociaków i Feli można, jak zwykle, oglądać w mojej galerii publicznej, w Google, adres: http://picasaweb.google.manetka07/
Napisz do nas, jeśli drgnie Ci serce.





7 września 2007

Dunia - mama Lolity

Dunia



Dunieczka przyszła na świat w naszym domu, w październiku 2001 roku. Jako maleńki kociak strasznie piszczła i pokrzykiwała. Te jej przenikliwe piski do szału doprowadzały nasze dorosłe koty, a już zwłaszcza Szkaradzieja, który albo lał ją łapą, albo zwyczajnie uciekał z domu. Trwało to całymi tygodniami. Ponieważ kociak był zdrowy więc postanowiliśmy ten stan po prostu przeczekać. Aż któregoś dnia Dunia przestała wydawać te denerwujące dźwięki i nawet zaprzyjaźniła się ze Szkaradziejem, który odtąd zawsze ustępował jej miejsca przy swojej misce.

Mama Duni była kociczką bardzo rozrywkową i najchętniej przebywała na dworze, gdzie miała swoje rozliczne sprawy, często nie pokazywała się w domu przez wiele godzin. Musieliśmy w związku z tym przejąć obowiązek wyżywienia kociaka. Dunia rosła więc najpierw na marchewce z rosołkiem, a później na marchewce z kurczakiem. I tylko mama Duni nie mogła się nadziwić, skąd ten kolorek marchwiowy na buzi jej dziecka, którego nawiasem mówiąc nie udawało się jej nigdy do końca wypucować.
Któregoś dnia Dunia odmówiła zdecydowanie dalszej konsumpcji marchewki. Pozostała przy mięsie, i tak jej zostało do dziś.

Nie chcieliśmy mieć więcej kotów, więc kiedy Dunia wyrosła na dorodną pannę, zaczęliśmy podawać jej środki antykoncepcyjne. To jednak nie uchroniło kotki przed amorami.
Nie miała jeszcze dwóch lat, gdy w czerwcu 2003 roku urodziła trójkę kociąt. Jedno z nich nie przeżyło, a z dwójki pozostałych jest z nami tylko Lolitka. Jej brat, Karol opuścił nas jako niespełna roczny, piękny kocur. Urodę wziął po mamie.
Dunieczka - mama tej parki zachowywała się naprawdę wspaniale. Nigdy nie widziałam takiej opiekuńczej troski; karmienia, mycia, a później nauki. Otulała te swoje dzieci, ciągnąc kocyk zębami, obejmowała łapkami, śledziła każdy ich ruch i przybiegała na każde wołanie o pomoc.
Wczesną jesienią, kiedy maluchy trochę podrosły, wyprowadzała je do ogrodu i uczyła polować. Przynosiła myszy i owady, pilnowała kiedy wdrapywały się na drzewa. Podnosiła niesamowity alarm i przybiegała do ludzi o pomoc, kiedy jej dzieci przełaziły przez ogrodzenie do sąsiedniego ogrodu, gdzie był pies, złośliwy i gorliwy tępiciel kotów, którego zęby Dunia poznała na własnej skórze.
A najbardziej zdumiewające było to, że maluchy miały już po jakieś trzy miesiące a Dunia w dalszym ciągu zachęcała je do ssania. Zresztą od dawna mleka już nie miała, a i kociaki też od dawna zajadały mięso i gotową karmę. Jednak chodziło o tę rodzinną więź, zupełnie jak u ludzi.

Zaobserwowaliśmy też wyjątkowo silne przywiązanie między rodzeństwem. Wszędzie, dosłownie wszędzie chodziły razem, razem jadły, razem się bawiły, razem psociły (strasznie), i jedno bez drugiego nie zasnęło. Była to więź silna do tego stopnia, że kiedy Lolitka urodziła jako 9-miesięczna kociczka swoje jedyne dziecko - pięknego synka Gucia, tylko brat towarzyszył jej przy trudnym porodzie; lizał ją po główce, miauczał, mruczał i nie odstępował, a potem, nadzwyczaj zdumiony pojawieniem się nowego członka kociego klanu, bacznie go obserwował i obwąchiwał.
Pozostałe koty, w tym i Dunia, nawet nie zajrzały, one takie ciekawskie, nie przybiegły popatrzeć, udając, że przecież nic się nie dzieje.


W jakiś czas później Dunia poddana została sterylizacji. Była przez dwa tygodnie bardzo chora, ale miała naprawdę dobrą opiekę weterynaryjną i czułą opiekę w domu, więc i ta przykrość minęła.
I chociaż w tej chwili bardzo ją złości i denerwuje sześcioro maluchów, które się ostatnio w domu pojawiły, jest dziś Dunia stateczną, mądrą kocicą. Lubi spokój i dobre jedzenie. Lubi się bawić, lubi wychodzić w swoich kocich sprawach i trochę się powłóczyć.
Czasem się jej zdarza nie wrócić do domu na noc. Ale komu z nas nie zdarzają się chwile szaleństwa?

Kto chciałby obejrzeć maluchy kotki Feli, tego zapraszam do Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07
Kto chciałby zająć się losem jednego z nich, tego proszę o kontakt e-mailowy.


30 sierpnia 2007

Wojna trwa

Fela

Jakieś złe fluidy unoszą się chyba nad nami wszystkimi bo sytuacja wcale się nie stabilizuje, a wręcz przeciwnie: Kocie niesnaski, które nie są już mało szkodliwymi przepychankami, ale otwartą wojną - przybrały na sile.
Kocica Fela wcale nie przystosowała się do nowej rodziny. Ustawicznie wywołuje konflikty, które są po prostu ordynarnym kocim mordobiciem. I to nie tyle wymierzonym w nasze dwa kocury (byłe zresztą), ile eskalacja chuligańskich zachowań Feli nakierowana jest na kociczki, a już szczególnie na Lolitkę.

Podczas kiedy my staramy się przywrócić Loli równowagę psychiczną po jej blisko miesięcznej nieobecności w domu, Felka niszczy nasze wysiłki. Goni, straszy, syczy, bije - czyli usilnie stara się znów wypędzić Lolitę z domu.

Niemal tak samo Fela zachowuje się wobec Duni, ale ponieważ Dunia jest dużo większa i silniejsza niż Fela, nie ulega jej tak łatwo. Jednak i ona woli ostatnio przebywać poza domem.

Nie mogę pozwolić, aby historia się powtórzyła i teraz aby Dunia została z własnego domu przez Felę wypędzona.
Także Lolita nie może przecież reszty życia spędzić na szafie, którą obrała za swoją twierdzę. Dunia zaś nie może bez przerwy przebywać na dworze, tym bardziej, że zbliżają się jesienne chłody.

W tej sytuacji koniecznym staje się odizolowanie wojowniczej Feli od naszych kotów. Powstaje więc problem umieszczenia Feli w rodzinie zastępczej.

Dzieci Feli, choć powoli, to jednak systematycznie znajdują przyjaciół i domy, które staną się ich rodzinnymi domami.

Felę można oglądać w mojej galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07
Kto chciałby i może przyjąć Felę pod swoj dach proszony jest o kontakt e-mailowy.

26 sierpnia 2007

Dziura w dachu

Lolita

Wiadomym jest ogólnie, że wszyscy rzemieślnicy, w tym dekarze, jakiś czas temu wyjechali na wyspy, aby tam zapewnić ludności anglojęzycznej usługi na dobrym poziomie.
Więc u nas w kraju ci, którzy musieli zostać winni sobie sami radzić jak potrafią. W związku z tym mój mąż, człowiek niemłody a co gorsza nierzemieślnik, po bezskutecznym, wielomiesięcznym poszukiwaniu fachowca, postanowił wczoraj wybrać się na dach. Wytaszczył tam z sobą rolkę papy i wiadro lepiku i rozpoczął wielogodzinne roboty naprawcze.
Kiedy w którymś momencie z wysokości komina popatrzył w dół, zauważył naszą Lolitę przemykającą właśnie ulicą. Lolitę, poszukiwaną przez nas od 29 lipca, czyli niemal od miesiąca, zaczęliśmy już opłakiwać, oskarżając się wzajemnie o zawinienie tego nieszczęścia. A tu nagle szczęście - jest Lolita!

Oczywiście sprowadzenie kotki do domu wcale nie było łatwe. Zwierzak niby chciał się dać złapać, ale przy każdej próbie wzięcia na ręce wymykał się i uciekał przez coraz inny płot. W końcu udało się wziąć ją za pomocą miski z jedzeniem, postawionej na trawniku, w sąsiednim ogródku. Było przeciąganie kota przez pręty ogrodzenia. I poranienie rąk. Puściłam ją dopiero w domu, po pozamykaniu wszystkich okien i drzwi. Kot był zupełnie roztrzęsiony, przestraszony, zagubiony, chudy, głodny i jak się później okazało, także zapchlony.
Przez całe popołudnie, wieczór i pół nocy odbywało się karmienie, uspakajanie, głaskanie, przytulanie, mówienie czułych słówek, trzymanie na kolanach i dogadzanie na wszekie możliwe sposoby.
Ta koteczka, przez 4 lata swojego życia rozpieszczana przez nas i przez pozostałe koty, które tylko w stosunku do niej nie były nigdy wrogie ani zazdrosne, okazała się zwierzęciem bardzo słabym psychicznie. Jest całkiem rozbita, nie może się pozbierać, bez przerwy mruczy, trzyma mnie pazurkami, chce być blisko. Przeżyła naprawdę groźne 4 tygodnie poza swoim rodzinnym domem.
Gdzie była, kto ją przetrzymywał, tego się nie dowiemy. Co gorsze, jest to kot wychodzący, więc nie wyobrażam sobie, aby przez resztę życia mogła być trzymana w domu, byłaby na pewno bardzo nieszczęśliwa. Natomiast wypuszczenie jej z domu grozić może powtórnym zaginięciem. Są to sytuacje trudne, w których nie wiadomo co robić, i co lepsze będzie dla zwierzęcia. Na razie postanowiliśmy nie wypuszczać jej samej a jedynie wywozić gdzieś na łąki i tam pozwolić się wyhasać.

W taki oto sposób dziura w dachu, sama w sobie nienawistna, walnie przyczyniła się do odzyskania kota i pełnego szczęścia w domu.

Kotkę Felę i kociaki, dla których poszukujemy domów szczęśliwych, rodzinnych, można oglądać w mojej Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07
Zainteresowanych proszę o kontakt e-mailowy.

19 sierpnia 2007

Babie lato




Dni są pogodne, ale poranki i wieczory zupełnie chłodne. Kociaki Feli rosną tak szybko, że aż szkoda, miło byłoby, gdyby długo były takie małe i takie rozkoszne.
Właśnie teraz wchodzą w wiek totalnego niszczenia: kwiaty w donicach przed wejściem są całkowicie zadeptane, duże pęki paproci leśnych naprzeciw ganku kompletnie połamane, zostało tylko pobojowisko.
W domu mniej więcej to samo. Sześć razy 4 nóżki plus pazurki i ząbki równa się całkowita demolka!
Jedyne chwile wytchnienia dla nas, to okresy snu tych małych barbarzyńców. Po godzinie szaleństwa padają właściwie tam, gdzie zmęczenie i sen je zmorzy i śpią, wyglądając przy tym na anielskie istoty, jakąś godzinkę lub półtorej. I wszystko zaczyna się od początku: gonitwy szalone, podchody, walki, a wszystko to całkiem na serio.

Ta horda dzika przenosi się z szybkością światła z ogrodu na ganek, a z ganku do salonu. Tu jest najprzyjemniej gryźć, rwać i szarpać. Wszystko przecież miękkie, nie ma kamieni, o które można się boleśnie uderzyć, ani twardych pni czy patyków, które tak trudno przegryzać. Tu upadki z kanapy są przyjemnie mięciutkie, bo ląduje się na dywan, ten z kolei przyjemnie jest szarpać, turlać się po nim i przewracać. Ale najprzyjemniej jest wspiąć się pędem na firankę, kto najwyżej? I wisieć sobie tak, dopóki paskudny człowiek, nie znający się w ogóle na fajnej zabawie, stąd nas nie ściągnie. Czasem nawet i chciałoby się już puścić, ale w pazurki tak się zaplączą te
głupie nitki, że można tylko krzyczeć o pomoc. A te krzyki to są na razie tylko cieniutkie popiskiwania, wszak w dalszym ciągu jesteśmy niemowlakami. Mamy po 7 tygodni.

Na na świecie już babie lato. I rozpoczynają się powoli przygotowania do chłodów oraz przetrwania zimy. Kto może szykuje sobie domek w dzikim winie, osy mieszkają pod dachówkami a jeż przezimuje w okolicy świerków. Tylko kociaki wcale a wcale się nie przejmują, od tego mają nas, swoich opiekunów.

Zwierzaki można oglądać w Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07.
Kto chciałby aby jeden z kociaków go pokochał, proszony jest o kontakt e-mailowy.

8 sierpnia 2007

Dzień urodzin


Od wielu tygodni obiecywaliśmy sobie wycieczkę w sudeckie Góry Bystrzyckie, parogodziną rzecz jasna, bo nie można na dłużej zostawić zwierząt samych. Ostatecznie wybraliśmy się w dzień moich urodzin.
Potraktowałam to jako podarunek i rzeczywiście było warto jechać. Przez Duszniki Zdrój i Zieleniec dotarliśmy aż do Lasówki i Mostowic, na samej polsko-czeskiej granicy.

Jest to całkiem inny świat; piękny krajobraz, wsie spokojne, zdrowe lasy, stosunkowo mało turystów. Droga sudecka całkiem dobra. Mieszkańcy żyją głównie z agroturystyki, prawie w każdym domostwie są pokoje do wynajęcia i dodatkowo jakieś usługi gastronomiczne.

Widzi się też sporo domów letnich, w większości pięknie odremontowanych, przystosowanych do potrzeb wakacyjnych nowych właścicieli.
Oglądaliśmy jeden z takich domów, urządzony w siermiężnym, ludowym stylu, z tradycyjnym kominkiem z otwartym paleniskiem, ale właściciele nie odmówili sobie kuchenki mikrofalowej czy satelitarnej anteny.
Tak więc mieszkańcy miast, spragnieni tzw. łona przyrody, wypoczywają w warunkach zbliżonych, a może i takich samych jak w miejskim domu, tyle, że krajobraz za oknem inny. No i trzeba co weekend jechać 100, 200 czy może nawet więcej kilometrów.

Od lat marzymy o domu na wsi, ale chcielibyśmy znaleźć taki dom i taką wieś, w której moglibyśmy zamieszkać na stałe. Czy to jest jeszcze do spełnienia, czy już na zawsze pozostanie marzeniem, trudno odpowiedzieć.

Zrobiło się już bardzo późno, na ganku zostały kociaki z Felą, no i nasze, na pewno głodne już koty. Trochę zmartwieni, czy to towarzystwo nie rozpierzchło się gdzieś po krzakach i pokrzywach, których nie brakuje w naszym ogrodzie, wracaliśmy już szybko, zatrzymując się tylko po zapas kociego jedzonka.
A w domu, przy furtce czekał Rudolf ze Szkaradziejem i Felą. I o dziwo, wszystkie kociaki karnie siedziały w koszu. Tylko kocic ani śladu. Lolitę prawdopodobnie straciliśmy na zawsze.

Każdy dostał coś pysznego i po chwili słychać było tylko mlaskanie i siorbanie z kocich misek. Maluchy właziły całe do jedzenia na talerzach, wybierały kęsy i mlaskały tak samo głośno jak dorosłe.
A my byliśmy już zbyt zmęczeni aby coś ugotować, więc otworzyliśmy buteleczkę i powoli sączyli czerwone wino w tym wieczornym cieple.

Dzieci Feli szukają dla siebie domów rodzinnych. Kto zapragnie podzielić się z kotem tym co ma, proszony jest o kontakt mailowy. Kociaki można oglądać w Galerii w Google:
http://pisacaweb.google.pl/manetka07

2 sierpnia 2007

Mali drapieżcy



Po tych paru dość paskudnych dniach dziś znów zaświeciło słońce i zrobiło się bardzo przyjemnie. Nie praży tak, ale jest cieplutko.
Ganek jest terenem coraz bardziej zwariowanych zabaw sześcioraczków Feli. Wolę nie myśleć co będzie, kiedy te maluchy zaczną wybierać się gdzieś dalej i rozbiegać po ogrodzie. Jak je upilnujemy? Fela już zachowuje się, jakby dała za wygraną. Wcale sobie nie radzi z tą kocią rodzinką.
Kociaki były przez kilka dni dokarmiane kaszką dla niemowląt z marchewką i zmiksowanym mięsem. Ale dziś wprawiły mnie w osłupienie: Wystawiłam dla Feli miskę z dość sporymi kawałkami mięsa drobiowego. I co się okazało? Natychmiast wszystkie dobrały się do jedzenia i tymi swoimi mlecznymi ząbkami wprost rozdzierały całkiem pokaźne kęsy tak skutecznie, że miska została na błysk wyczyszczona. Jednak drapieżniki! Mam nadzieję, że im nie zaszkodzi.

Sami w końcu nabraliśmy apetytu na coś dobrego. Podałam schab zawijany z serem, który robię tak:
Rozbijam kotlety schabowe (po jednym na osobę) bardzo cienko, przyprawiam solą, pieprzem, ostrą papryką, układam plaster żółtego sera tostowego, na to plasterek albo dwa salami, zawijam, spinam szpilką do szaszłyczków i opiekam na patelni, na dobrze rozgrzanej oliwie albo oleju rzepakowym. Porcje muszą być rumiane z każdej strony.
Do tego ziemniaczki i kabaczek pokrojony w półplastry, uduszony z cebulą, czerwoną papryką i pomidorami. I dużo koperku.
Jeżeli jest wolne miejsce na patelni to można dodać ćwiartki czy ósemki jabłka (ze skórką, żeby się nie rozpadły), lekko posolone i posypane majerankiem.

Ponieważ nie udała mi się konfitura wiśniowa (wyszła zbyt rzadka: za dużo owoców, za mało cukru żelującego), postanowiłam wykorzystać ją do deseru.
Upiekłam najprostszy biszkopt w długiej foremce, pokroiłam w grubsze plastry i każdy polałam tym sosem wiśniowym. Było dobre.

Kociaki można oglądać w Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07 . Może ktoś zapragnie zaopiekować się jednym z nich.

31 lipca 2007

Lolita wypędzona

Lolita



Współistnienie kotki Feli z naszymi czterema kotami układało się niczym stosunki polsko-rosyjskie. Ale do czasu. Później było tylko gorzej.
Odkąd Fela urodziła swoje dzieci prawo wstępu na ganek stracili wszyscy, oprócz tego obszarpańca, wiecznie głodnego kocura Leona.
Z upływem tygodni obszar ogrodu patrolowany przez Felę sukcesywnie się powiększał, zdecydowanie przeganiała wszystkich z okolic wejścia.
W końcu doszło do tego, że nasze koty musiały wychodzić i wchodzić do domu przez okno.

Ale najgorsze jest to, że Fela tak skutecznie przepędzała obie nasze kotki, że Dunia po ogrodzie musi się przemykać chyłkiem, a Lolita od paru dni w ogóle nie wraca na noc do domu. W dodatku od przedwczoraj nie pokazuje się wcale, nie widać jej w ogrodzie, nie przychodzi na posiłki. Jesteśmy coraz bardziej zaniepokojeni. Obawiam się, czy nie przytrafiło jej się coś złego.

Powstała sytuacja bez wyjścia: Nie można usunąć bezdomnej Feli z dziećmi, bo dokąd? Nie można doprowadzić do kociej zgody, bo jak?
Wygląda na to, że nie potrafimy zapewnić poczucia bezpieczeństwa naszym kotom w ich własnym domu.

Jak odzyskać Lolitę? Dotychczas, korzystając z uprzywilejowanej pozycji najmłodszej, była bardzo rozpieszczana, wszystko było jej wolno. Teraz nagle tę pozycję, w jej odczuciu utraciła i zareagowała opuszczająć nas. Po prostu pozwoliła się wypędzić.

Tak więc zostaliśmy srogo ukarani za to, że okazaliśmy serce obcemu, przybłąkanemu zwierzakowi. A zwierzak ten bezpardonowo, ale przecież w zgodzie ze swoją naturą, w walce o przetrwanie i w trosce o swoje potomstwo to serce wykorzystał.

Szukam domów dla dzieci Feli. Kociaki można oglądać w Galerii:
http://picasaweb/google/manetka07. Zapraszam serdecznie.

30 lipca 2007

Małe jest piękne







Wszystkie małe zwierzątka są bardzo ładne, no może oprócz ślimaków, zwłaszcza tych bez domków, ale małe koty, to po prostu małe dzieła sztuki.
Można w nieskończoność zachwycać się tymi mięciutkimi uszkami, okrąglutkim brzuszkiem, różowymi łapkami, wąsikami, ogonkami, tym niemowlęcym futerkiem, w którym więcej puchu niż na pisklaku.
Mały kot, obojętne co robi i jak się zachowuje, czy śpi, czy dokazuje, czy je, czy ćwiczy z braćmi karate, czy straszy siostry,wydając jakieś groźne pomruki - zawsze jest zachwycający.

A już obserwowanie takiej gromady, jak sześcioro dzieci Feli, które właśnie skończyły pierwszy miesiąc swojego życia, jest lepsze od najlepszego programu telewizyjnego, ciekawsze od przygodowej powieści, bardziej zajmujące od meczu koszykówki. Może dorównuje spotkaniom towarzyskim, oczywiście pod warunkiem, że tematem rozmowy na takim spotkaniu są...koty!

Nie można oczu oderwać od Borysa, który zakłada Filipowi podwójnego nelsona, chociaż marnie jeszcze na nóżkach się utrzymuje. Bazyl z powagą liże futerko, trochę swoje, a trochę myje siostrę Lucky, a końcu zaczynają podgryzać sobie nawzajem ogonki. Z pudła wypada Miłka i chowa się wśród braci, aby za sekundę wziąć któregoś za gardło. I wszystko to odbywa się w zupełnej ciszy. Przecież to jeszcze niemowlaki!
Tylko od czasu do czasu słychać piski, ale kocia mama - Fela dokładnie potrafi je rozróżnić. Wie, który oznacza zadowolenie z zabawy, który jest wołaniem o pomoc, a który mówi: "jestem głodny".
Kociaki rosną, a Fela jakby coraz chudsza. Dzieciaki są żarłoczne okropnie. Od kilku dni dostają kaszkę, od wczoraj mięsko z marchewką, ale nie wszystkie sobie radzą z jedzeniem. Właściwie tylko Miłka od razu wiedziała, co się robi z zawartością miseczki. Dzień później chłeptanie z talerza opanował kot Bazyl. Potem Filip. Reszta niestety, jeszcze takiej umiejętności nie posiadła.

Chociaż, kto wie? Może to jakaś zmowa tej trójki i ostentacyjne dawanie do zrozumienia, że najlepsze jest mleczko mamy.

Jak zwykle zachęcam do obejrzenia kociaków w Galerii Google: http://picasaweb.google.pl/manetka07,
z nadzieją, że kolejna osoba otworzy swoje serce i swój dom dla następnego malucha.

Dzieci Feli












Upalna pogoda daje się we znaki nam i zwierzakom też. Wszyscy biwakujemy na ganku. Kociaki mają pudła i kosze,a ludzie ławeczkę.
Nasze koty są wściekłe i gniewają się na nas, bo kocięta zajęły najlepsze punkty obserwacyjne, no i to ulubione przez wszystkich miejsce na progu, pod daszkiem, gdzie można przesiadywać nawet jak pada.

Ściana domu aż huczy od operujących wśród dzikiego wina pszczół. Termometr wskazuje 32 st. C. Rozpięty parasol oraz rośliny dają trochę upragnionego cienia.
Ganek, kosze i kociaki zasypywane są białymi kwiatkami rdestu Auberta,wśród nich wyleguje się kocica Fela.

Fela stała się stateczną, mimo swego młodego wieku matroną, czułą bardzo mamą, pełną poświęcenia. Całymi dniami pielęgnuje, karmi i pilnuje swoje pociechy. Po prostu zapewnia im pełny serwis, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Wyobrażacie sobie ludzką mamę z sześciorgiem bliźniąt?

Wszystkie kociaki mają już imiona, bo udało się ustalić ich płeć. Są 2 dziewczynki i 4 chłopaczków. Panienki to Miłka i Lucky. Miłka chodzi w białym futerku a Lucky ma czarne. Lucky ma ponadto białe mitenki na przednich nóżkach, (no bo gdzież nosi się mitenki?) i założyła na stałe białe kolanówki. A Miłka przystroiła główkę pasiastym wzorkiem w beżu i, jak przystało na prawdziwą elegantkę, ten beż nosi również na ogonku.

Młodzież męska także nie stroni od mody. Kacper zdecydował się na garnitur beżowy w te same wzorki, w które wystrojona jest Miłka. W czerni występuje Bazyl i naprawdę mu do twarzy. Kot Borys i kot Filip uznali, że na lato najlepsza jest biel, ale szykownie łączona z czernią.

Całe to wytworne rodzeństwo i ich mamę Felę można obejrzeć w mojej Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07 .

Zapraszam do Galerii z wiarą, że znów jakieś serce drgnie i zapragnie obdarzyć uczuciem jedno z kociąt.
OpróczMiłki, którą już pokochano!

29 lipca 2007

Co czuje Rudolf


Kot Rudolf szczerze mnie nienawidzi. To ja jestem ta zła: Ja czyściłam jego futro z plich odchodów szczoteczką do zębów, bo inaczej się nie dało. Ja go kąpałam, zakrapiałam oczy, smarowałam bolące uszy, szczotkowałam, woziłam do weterynarza i trzymałam, kiedy dostawał zastrzyki.
Kot Rudolf wdarł się przemocą i podstępem do naszego domu. Pojawił się bardzo wczesną i mroźną wiosną 2000 roku w śmietniku sąsiadów. Tam żył przez jakiś czas i pewnie wtedy zainfekował oczy, uszy i co się tylko dało. Kiedy zorientował się, że w naszym domu żyją koty i to całkiem nieżle, zaczął je po prostu prześladować. Bił, syczał, wymyślał po swojemu. W końcu zaczął zajmować strategiczną pozycję na ganku i nie wpuszczał żadnego ze zwierzaków do ich własnego domu. Był, mimo złego stanu, jeszcze na tyle silny, że udawało mu się zastraszać nasze dwa koty, więc bały się go okropnie.Oczywiście nieustannie podejmował próby dostania się do domu, oszukania nas i udawania, że przecież on tu był zawsze.Ostatecznie te jego usiłowania tak nas rozmiękczały, że zdecydowaliśmy się zająć jego losem.

W ten sposób przybył trzeci rezydent. Początkowo kilka dni mieszkał w piwnicy, bo baliśmy się, że zarazi nasze koty. Ale dla niego ta piwnica to i tak był hotel pięciogwiazdkowy. Pamiętał dobrze śmietnik, ziąb i głód. Był to młody kot. Miał może rok, nie więcej niż póltora. W domu, z którego uciekł (został wyrzucony?) karmiony był suchą karmą i do dzisiaj jest to jego główne pożywienie.
Na początku swego pobytu u nas tak strasznie się obżerał, że codziennie wymiotował. Ale nie chcieliśmy mu ograniczać ilości jedzenia, miski zawsze były dostępne.Czekaliśmy, aż któregoś dnia uwierzy, że jedzenie się nie skończy i nie będzie już więcej głodny. Jednak minęły lata, a Rudolf w dalszym ciągu, choć tylko od czasu do czasu ma napady obżarstwa. I pewnie tak pozostanie.
Rudolf zwany na codzień Rudym i Rondelkiem jest wspaniałym zwierzakiem, lubiącym dominować nad resztą. Chętnie do dzisiaj rozdaje kuksańce, ale są one z reguły przyjacielskie. Uwielbia ciepło i wygodę. Latem, nawet kiedy praży niemiłosiernie i wszyscy szukają cienia, Rudy rozkłada się w największym słońcu. A kiedy przychodzą chłody potrafi bardzo wyraźnie dać do zrozumienia, że życzy sobie, aby mu napalono w kominku. Patrzy tym swoim ludzkim, piwnym wzrokiem i wówczas wiadomo, że Pan Rondel idzie spać pod komin. Nikt nie odważył się nigdy zająć mu jego miejsca.

Kotka Fela

Fela


Pojawiła się w styczniu 2007 roku i odtąd biwakuje na naszym progu. Nie mogliśmy jej przyjąć do domu, bo nasze własne cztery koty strasznie się denerwowały. Są bardzo, bardzo zazdrosne.

Byliśmy w tym czasie świeżo po kociej tragedii: 28 pażdziernika 2006 r. wyszła z domu i więcej nie wróciła nasza ukochana kotka Malina. Łzy po jej stracie jeszcze nie wyschły, więc postanowiliśmy, że dopóki przybłęda trzyma się naszego ogródka będzie przynajmniej dożywiana.
A ja miałam wielką nadzieję, że jeśli Malina żyje, a tylko zgubiła drogę do domu, to ktoś ją przygarnął i będzie dla niej dobry, tak, jak my będziemy dobrzy dla tej kociny.

Daliśmy jej na imię Fela.

Ale Fela nie była jedyną przybłąkaną. Oprócz niej, mniej więcej od tego samego momentu opiekujemy się także innym chodzącym nieszczęściem: czarnym kotem z białym fontaziem pod szyjką, którego ochrzciliśmy imieniem Leon.
Jest to zwierzak wymizerowany, brudny, z obszarpanym futrem, ranami po stoczonych walkach, pokiereszowany przez psy lub złych ludzi. W każdym razie jest to istota biedna, przeganiana z miejsca na miejsce przez nasze zwierzęta i obce koty, grasujące po ogrodzie. Ale zdaje się, że zaczyna wierzyć w swój lepszy los.

Kotka Fela znikała na kilka lub kilkanaście godzin, jednak zawsze wracała na próg. Przeżyła na nim mrozy, zawieje, wichry i deszcze. Na stryszku komórki, w której przechowuje się narzędzia ogrodnicze miała ciepło wymoszczone pudełko. Nie chciała z niego korzystać. Wolała marznąć na progu. Co prawda na progu położyliśmy dywanik, a nad progiem wisi daszek; zanim znajdzie się klucze od domu ochroni głowę przed deszczem, no ale to żadne schronienie dla kota.

Tak więc Fela pasła się na tym progu, aż któregoś dnia okazało się, że to wcale nie z tego dobrobytu jest taka tłuściutka.
Powód był zupełnie inny: 29 czerwca urodziła sześć dorodnych kociaków. Gdzie? Na naszym progu. Z kartonowego pudła obitego grubą folią zrobiliśmy domek i umieścili na tym jej ulubionym miejscu. Porządnego kosza wiklinowego w kształcie budki wcale nie chciała zaakceptować. Może był zanadto przewiewny, a może utrzymywały się na nim zapachy innych zwierząt. Dość, że w tym właśnie pudle jej dzieci przyszły na świat.
Jak taka mikruska urodziła tak liczne potomstwo - pozostanie tajemnicą natury.

A dzieci są piękne, wielkie, bajkowo umaszczone.

Teraz musimy znaleźć dla nich domy, i to nie żadne zastępcze, ale prawdziwe rodzinne domy, w których będą zdrowe, szczęśliwe i rozpieszczane.

Nie chcę i nie mogę usypiać tych kociąt. W końcu człowiek nie jest Panem Bogiem. Zresztą Fela z taką ufnością patrzy nam w oczy.

Kto może wziąć jedno z tych kociąt pod własny dach i obdarzyć je miłością i troską?

Kotkę Felę i jej dzieci można oglądać w mojej Galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07