8 stycznia 2009

Byle do wiosny!

                                                                        Bazyl


Fela
                                                                           
W południe
                                                                         

No, to zima rozpoczęła się na dobre. Zasypało wszystko na biało, grubą, zmrożoną na kość warstwą.
Śnieg, jak kasza manna, prószył z przerwami przez dwie doby, odśnieżania było więc dużo. Bo to i ganek, zawalony całkiem, i schodki z ganku, i kilka metrów ścieżki do furki, i parę do hałdy drewna za domem. Oczywiście największa robota to odśnieżanie kilkunastu metrów chodnika. Należy to do naszych obowiązków, bo przecież trotuar publiczny jest i ludzie muszą w miarę wygodnie przejść. Chodnik przylegający do naszego płotu musimy zresztą utrzymywać w porządku przez cały rok. Zwykle z tego faktu mało zadowoleni, zimą cieszymy się, że nasza działka malutka jest, to i roboty mniej. A że trzeba się napracować, miałam okazję się przekonać, samodzielnie sprzątając kilka razy. Wyłamać się z tego porządku także nie można, bo sąsiedzi z prawej, z lewej, i z vis a vis bacznie patrzą sobie na ręce, czy raczej na łopaty i miotły w sąsiedzkich rękach. Nie mówiąc już o służbach porządkowych, które potrafią uwagę właścicielowi zwrócić, czy nawet mandatem ukarać.

Rano mieliśmy -10 stopni, ale nasze koty, na razie tym zimnem nie zrażone zanadto, dosyć ochoczo z domu wybiegły, każde do swoich zajęć; Dunia i Lolisia na polowanie, pieski, to znaczy bliźniaki Bazyl i Filipek, żeby pobiegać i powygłupiać się, Fela, ich mama, żeby rozprostować kości.
Tylko Szkaradziej z Rudolfem siadują pospołu na progu, i jak te Muppets'y na galerii, głowami zgodnie kręcą, obracając je równocześnie w stronę najlżejszego ruchu czy jakiegoś dźwięku, bo na tej uliczce, a już zwłaszcza o tej porze dnia i roku naprawdę niewiele się dzieje. Kiedy uszka im zmarzną, lubią ten fakt manifestować i pędem do domu wpadać, przed kominek. Po 5 minutach gotowe są znów do wyjścia, ale kiedy nosy wytkną tylko za próg, niepomiernie są zdziwione, że przez ten czas nic się nie zmieniło, że dalej zimno jak diabli, i szybko wycofują się, znów pod kominek.
Fela także bardzo szybko wraca i rozkłada się gdzie popadnie, rozglądając się tylko pilnie, czy aby Dunia na nią nie czyha, bo wtedy może solidnie oberwać. Kocice, niestety, w dalszym ciągu awersję do siebie sporą mają.
Dunia, która rozpoczęła już ósmy roczek, także dosyć prędko wraca do domu. Ale Lola i maluchy, które oczywiście od dawna maluchami nie są, bo właśnie po półtora roku skończyły, potrafią i dwie nawet godziny po tym mrozie gdzieś się włóczyć.
Ja oczywiście bezustannie wychodzę je wołać, dom tym ciągłym otwieraniem wyziębiam, i sama zakatarzona i kaszląca chodzę, bo wiadomo, nie ubieram się za każdym razem, gdy za kotami wyglądam.

Zachęcona apetycznymi bardzo zdjęciami chlebków pieczonych przez Błękitną gdzieś między niebem a Warszawą (łącze obok) zabrałam się także do wypieków. Ponieważ mąki razowej bezskutecznie poszukiwałam w tutejszych sklepach, a zakwasu jeszcze nie odważyłam się robić, pozostały mi zwykłe, drożdżowe chlebki z białej mąki pszennej. Udały się nie najgorzej i z gorącą zupą grzybową, okraszoną śmietaną i koperkiem stanowiły samodzielne obiadowe danie. A po obiedzie, do herbaty zielonej, dobre były ciepłe jeszcze bułeczki nadziewane kostkami gorzkiej czekolady, które wkładałam do każdej zamiast dżemu truskawkowego czy wiśniowego.
Właściwie to zamierzałam upiec je z bakaliami i makiem, który mam w zamrażalniku, już sparzony i zmielony. Ale niestety zabrakło w domu miodu, a w taki ziąb któż by chodził po zakupy, jeśli nie są absolutnie niezbędne.

Jak nasze koty, zwłaszcza te najstarsze, w ciepełku przesiadywać wolimy, nie robić nic szczególnego, trochę poczytać, trochę w TV się pogapić, radia posłuchać, a potem krzywić się, że rok znowu minął!
W taką pogodę, za każdym razem, kiedy należałoby wziąć się do czegoś konkretnego, coś przedsięwziąć, postanowić i wykonać - odkładamy to na później, sennie powtarzając: Byle do wiosny!

13 komentarzy:

  1. O tak! Byle do wiosny. :)
    Chociaż taka śnieżna zima, a w szczególności dni sloneczne mają w sobie dużo uroku, o ile nie jest się wlaścicielem zbyt dużuch powierzchni do odśnieżania... ;)

    Moje koty świetnie zimę znoszą - w domu. Kiedyś raz czy dwa byli zimową pora na letnisku, frajda była, ze hej! Teraz tylko jedzą albo pilnują misek, trochę powyglądają przez okno, poobserwują ptaki i to na tyle atrakcji. Co innego ja... Wczoraj na przykład wracałam z pracy ponad dwie godziny. Rozumiem, że można i tak, ale jest to szczególnie denerwujące (żeby gorzej się nie wyrazić), kiedy rano dojazd zajmuje max. 35-45 minut. To dopiero atrakcja... Pędem do przedszkola po dziecko, potem pędem z przedszkola do domu, bo oczywiście robię za konia pociągowego - pcham lub ciągnę sanie oczywiście na obcaskach i z torebunią na ramieniu. ;)
    O! To już wolałabym chyba poodśnieżać...

    OdpowiedzUsuń
  2. Aha, no i niezmiernie cieszę się, że moje piekarnicze wypociny skłaniają do samodzielnych działań w kuchni. :)

    Jeżeli brak mąki razowej, żytniej czy innej mało popularnej jest przeszkodą, to polecam zakupy przez internet - Młyn Bogutyn - http://www.bogutynmlyn.pl/

    OdpowiedzUsuń
  3. Błękitna, szczerze mi żal, że tak daleko od domu robotę znalazłaś. Mam tylko nadzieję, że walory tej pracy minusy przewyższają, i to znacznie. Choć, w dzisiejszych czasach, nie można zanadto wybrzydzać, nawet w stolicy(?).
    W każdym razie czas zużyty na dojazdy równa się czas stracony.

    Więc trzeba myśleć intensywnie, aby sytuację odwrócić: zamieszkać na letnisku, a do W-wy na krótkie urlopy, np. kulturalno-oświatowo-sprawunkowe przyjeżdżać. Latorośl na nauki ma jeszcze czas, a jak zdrowo na ranczu by rosła.
    Chyba wszyscy byliby uszczęśliwieni, nie mówiąc już o zwierzakach!

    Dzięki za namiar na młyn, już o tym myślałam, ale musiałabym zrobić potężny zapas, aby taki zakup miał sens. My za wiele nie zjemy, a nasze koty, paskudniki jedne, z chlebka to najwyżej masełko zliżą, i to nie wszystkie.

    Pozdrowień dużo

    OdpowiedzUsuń
  4. Piekny kociak:)) ladnie mu przy sniegu:)) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie Aleksandro, Bazylek jest uroczy, i mówi Ci: - dzięki za uznanie.

    OdpowiedzUsuń
  6. świetne kociaki, świetnie śnieg wygląda na zdjęciach
    wcale im się nie dziwię, że wolą przy kominku bo ja też ;-))
    dzisiaj byłam w odwiedzinach u mojej szczeniaczki Chanell i na razie jestem bardzo zadowolona z jej nowego domku(aby nie przechwalić)
    przywitała mnie radośnie, ale i już wie kto jest jej panem ;-) uff! jak fajnie
    lubię świeżutkie pieczywo jeść, ale nie piec(trzeba mieć czas, którego ja mam mało)
    buzialki ślę
    u nas już po śniegu

    OdpowiedzUsuń
  7. Donata, nareszcie ktoś pochwalił mnie za zdjęcia! Żartuję; tylko pstrykam ze zwykłego Canona-kompaktu, a to podobno aparat dla niezbyt rozgarniętych. Chodzi mi wyłącznie o rejestrację jakiś obrazów, głównie zwierzaków, i nie mam ambicji "artystycznych".

    Wczoraj zaczęłam powoli (dużo albumów masz)oglądać Twoją Galerię w Google.

    Dzisiaj zachwyciłam się tym, że odwiedzasz swoje szczeniaczki, które zmieniły już opiekunów. Właśnie żaliłam się Grażynie, że ja niestety, straciłam dawno kontakt z osobami, które wzięły dzieci kocicy Feli, i jestem pełna najgorszych przypuszczeń co do ich losów.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. no jak tak możesz? jak można nie odwiedzać swoich dzieci
    bo ja tylko dwóch nie odwiedzam, tych co są w USA, troszkę za daleko
    a ponieważ Ci polacy nie dotrzymali słowa, nie wystawili moich szczeniaczków, to więcej ich nie poleci do USA i koniec
    te szczeniaczki, które mieszkają w Polsce widziałam się z wszystkimi
    a mówię Ci jaka to przyjemność kiedy po pół roku ich nie widzenia, one poznają mnie ;-)
    a jak pilnują abym się nie oddaliła od ich nowej pańci ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. nawet na wystawie byłam kiedy debiutowała moja pierwsza szczeniaczka, a jeszcze dumniejsza wracałam do domu i nie mogłam się doczekać kiedy opowiem to synom,
    ale już koniec z rozmnażaniem bo nie wydolę do tylu jeżdzić ;-(
    przy sprzedaży czy oddaniu psa zawsze stawiam warunek ''nie wolno oddać psa do schroniska'' i ja zawsze muszę wiedzieć gdzie on jest
    buzial

    OdpowiedzUsuń
  10. Donata, to bardzo, bardzo miłe, co piszesz o urodzonych i wychowanych u Ciebie szczeniaczkach.

    Ja, niestety, kociąt które pojechały do innych domów nie odwiedzam, a co gorsze nie wiem nic o ich losie, ponieważ nie mam kontaktu z nowymi opiekunami. Bardzo nad tym ubolewam i postanowiłam już przed rokiem, że żadnego więcej zwierzątka nie oddam.

    OdpowiedzUsuń
  11. cała rodzinka pasowała do niej ;-)
    wydawali mi się bardzo fajni
    obym się nie myliła

    mała chyba też była nimi zachwycona
    buzialki wieczorne

    OdpowiedzUsuń
  12. hej!
    nawet już mają blogi z małą
    buzialki nockowe

    OdpowiedzUsuń
  13. odpukać !
    u nas jest pięknie, słonecznie, że tylko wyglądać wiosny
    może i gdzieś ją widać na horyzoncie;-)
    buziale weekendowe

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę;)