30 kwietnia 2011

Makowski maluje, Django gra...


Mój ulubiony, może nawet wśród polskich malarzy najulubieńszy, Tadeusz Makowski. Jego obrazy,  to znaczy reprodukcje obrazów, zobaczyłam po raz pierwszy będąc dzieckiem jeszcze niedużym. Dzieci inaczej reagują,wiadomo.Ale mój zachwyt pozostał. Do dzisiaj.

Szkoda, że umarł za wcześnie (1932), o wiele za wcześnie, ledwie pięćdziesiątkę przekroczywszy. Ile jeszcze dzieci w promieniach słońca, w ogrodach, w teatrach, w pracowniach, mógłby namalować? Ile jazzowych improwizacji wysłuchać? Bo muzykę tę wyjątkowo lubił.

Dlatego postanowiłam, aby w moim filmiku fragmenty twórczości Makowskiego ilustrowała osoba równie utalentowana, jazzman, kompozytor, geniusz nieomal, choć bez wykształcenia muzycznego, bo w ogóle  niepiśmienny. Francuski artysta, Rom z pochodzenia, Jean Reinhard zwany Django był wirtuozem gry na gitarze mimo kalekiej lewej dłoni. Trzy palce miał sparaliżowane na skutek wypadku w pożarze wozu mieszkalnego. Chodził o lasce, bo miał również niesprawną nogę. Ale jak grał! Koncertował z wielkimi swojej epoki, zafascynowany Armstrongiem, nazywał go bratem.

Czy mogli się znać, Makowski i Django? Wątpliwe. Ale wielce prawdopodobne, że Tade, jak znajomi zwracali się  do Makowskiego, wielki admirator jazzu, słuchał, i nie raz słuchał gry Django (dżago). Choćby w klubie "Krzyż Południa". W orkiestrze Andre Ekyana w tym klubie grywał własnie Reinhardt.
Zmarł Django jako człowiek 43-letni, kilka lat po wojnie, którą udało mu się przetrwać, a w której naziści zlikwidowali prawie cały naród romski.

24 kwietnia 2011

Na Wielkanoc



Wszystkim miłym Znajomym Dwunastu Kotów 
życzę

miłego, naprawdę miłego  i  spokojnego spędzenia tego czasu świątecznego, z ludźmi, z którymi chcemy być, i z naszymi zwierzętami.


20 kwietnia 2011

Prace domowe


Cóż, nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem dobrą panią domu  bo prace domowe wszelkie nużą mnie i nudzą nad wyraz.
Nie lubię biegać ze ścierką bo tu kurz, a tu plamka. Nie cierpię mycia okien, prania, prasowania, a i żadnej przyjemności nie sprawia mi  gotowanie ani nawet pieczenie.

Ponieważ służby żadnej nie mamy więc robię te rzeczy, powyżej wymienione, ale z przymusu  kompletnego a nie z dobrej woli, nieprzymuszonej. Niestety.

Oczywiście lubię, nawet bardzo, mieć czyste okna  i firanki, pomyte lustra i lampy, poprane dywany, poprasowaną bieliznę, odświeżone ściany, a nawet płot umyty na wiosnę. Bo biały jest i okropnie się brudzi. Ale strasznie przy tych robotach marudzę, humor mam niezbyt dobry, delikatnie mówiąc,  a nawet przeklinam.

Lubię też, zdecydowanie,  zjeść coś dobrego, a i kawałka (dużego) ciasta nie odmówię, ale najlepiej mi smakuje to, które zostało nie przeze mnie zrobione. Najlepiej przez osobę, którą znam i cenię. I najlepiej, żebym mogła śledzić przygotowanie potrawy. Jedzenie restauracyjne odpada, i nie tylko ze względu na koszty; głównie ze względu na to, że ‘obrzydliwa’ jestem; przy konsumpcji bez przerwy się zastanawiam, czy kucharz nie ma kataru siennego, długich paznokci albo czegoś równie paskudnego.

Więc wykręcam się jak mogę od tych powinności, ale z powodu wyrzutów sumienia jakie mnie gnębią szukam usprawiedliwienia na to nicnierobienie.
Ostatnio wykręcałam się potrzebą  zrobienia kilku ozdóbek wielkanocnych.
Czerpiąc z cudzych projektów, m. in. Burdy (X’92)  i tej strony, chętnie, bardzo chętnie nawet oddałam się takim ręcznym robótkom, które w formie drobnych upominków do przyjaciół już pojechały:












Mam nadzieję w przyszłym roku do większej dojść wprawy:)

4 kwietnia 2011

Ab ovo


Nie, to nie moje odkrycie. Ja nigdy bym nie wpadła na to, aby stół wielkanocny dekorować rozbitymi skorupkami. No  może niezupełnie; bo jednak w skorupkach jest woda, a w wodzie żywe kwiatuszki. A skorupki w kieliszkach do jajek zostały umieszczone. Uroczo  wyglądają takie wazoniki. A ta kurza rodzinka? Nie słodka?
Zdjęcia
skopiowane stąd.
To strona
Marthy Steward, na której projekty wielkanocne wszelkie po prostu o lepsze ze sobą walczą, a wszystkie godne podziwu i naśladownictwa.  Mam nadzieję, że ktoś skorzysta. Ja na pewno:)

Jeszcze co prawda palcem nie kiwnęłam aby dom ogarnąć, jak to na wiosnę wypada zrobić, i nie tylko ze względu na święta. Ostatnio sfrustrowana byłam poważnie bo w moim gospodarstwe kolejna rzecz się popsuła; programator pralki odmówił współpracy z człowiekiem, a że to część nietania, po przeanalizowaniu kosztowym doszłam do wniosku, że wypada nową inwestycję zaplanować. Właściwie to wcale nie zaplanować, tylko od ręki zrealizować. A tu, jak zwykle, wszystko o świnkę się rozbija. To znaczy skarbonkę:).

Świat przedsiębiorców, wiadomo, coraz więcej chce zarabiać, więc coraz więcej produkuje, ale żeby więcej sprzedawać musi coraz marniejsze produkty nam oferować.
Gdzie te czasy, gdy rzeczy domowego użytku na pół życia starczały? Co tam na pół życia, na całe życie, a nierzadko i na dwa czy więcej pokoleń; takie meble na przykład, albo młynki do kawy, czy samowary, lub moździerze. Mamy, owszem, ale tylko jako dekoracje służą, z praktycznych powodów zresztą, a głównie z lenistwa, które zwykło się brakiem czasu usprawiedliwiać.
Tak, tak, teraz to wszystko tak zwane jednorazówki są, a na jednym z forów dotyczących problemów związanych ze sprzętem agd ktoś zażartował nawet, że niedługo co roku w kalendarzu zapisywać będziemy: kupić nową pralkę! Zdaje się, że ten czas właśnie nadchodzi.

Ale co tam, na razie skupiam się na wyborze maszyny piorącej, która ma wyczerpać następujące warunki: niezawodności (ha, ha, ha),  taniości (ha, ha, ha), wieloletniej gwarancji (ha, ha, ha), nowoczesnego dizajnu (no, tu może). Ale z drugiej strony po co komu piękne wzornictwo skoro blachy skorodują już w trzecim roku użytkowania, to znaczy zaraz po zakończeniu  terminu gwarancji?  
Góra prania już czeka, najwięcej kocich betów rzecz jasna. A one tak lubią wywalić się w czyściutkiej pościeli, zwłaszcza wtedy, gdy z dworu wrócą całe mokre i wybłocone. Więc nie ma co deliberować, tylko natychmiast kupować.
Oczywiście o żadnych upominkach, darach i prezencikach świątecznych mowy już być nie może.

1 kwietnia 2011

Dziś wiosenne kwiaty





Aż mnie żołądek rozbolał. Z zazdrości. Tak cudne rzeczy robią niektóre osoby, tak misterne, tak wysmakowane, tak dopracowane,  tak… i tu przymiotników jeszcze cała masa by się zmieściła.


Bo oglądałam ostatnio wiele stron, na których te artystki prawdziwe prezentują własnoręcznie  utkane koronki, wyszyte, wyhaftowane obrazy, jak namalowane, uszyte wszelkie możliwe sztuki odzieży, butów, toreb i tekstyliów dekoracyjnych.
No, zachwytom moim nie ma końca.
Taka na przykład biżuteria wire wrapping: co za precyzja, ile trzeba zręczności, cierpliwości, poświęcenia wręcz, aby powstał taki wisior opleciony w wymyślne esy floresy, żeby pasowała do niego zarówno technika wytworzenia, jak i użyte minerały. I całość żeby tak efektownie się prezentowała.

Albo te zwyczajne niby przedmioty, typu pudełka, kasetki, skrzyneczki, przemyślnie i pięknie oklejone materiałami, ozdobione taśmami, wstążkami, sznurkami.
I co za pomysłowość  w każdej z możliwych dziedzin, ile prawdziwej pasji w tym tworzeniu się przejawia.

Dlaczego, dlaczego nie każdemu, mnie na przykład, nie dane zostały takie talenty?!

Podoba mi się także fakt, że wielu z tych twórców tak chętnie dzieli się swoimi
talentami, nie chowa wszystkiego dla siebie,  nie sprzedaje tych  umiejętności, a przeciwnie udostępnia je, za frico.

Postanowiłam, nie pytając w ogóle o zgodę,  zamieszczać tu, u siebie niektóre przynajmniej tutoriale, szczególnie takie, które zdały mi się łatwiejsze do wykonania. Może ktoś jeszcze zdecyduje się podjąć próbę naśladownictwa. Na początek kwiaty. Iście wiosenne. Zrobione przez  Heather Bailey, równie śliczne, jak ona sama.

Tłumaczenie co prawda jest automatyczne, czyli fatalne, ale pismem obrazkowym się kierując można wszystko zrozumieć:

FlowerProject4a
Flower Garden Pop Złom Tutorial
Medium kwiatów
1. Tear taśmy drukowane tkaniny bawełnianej 3 "high 20" wide. Pop Gardendziała.
FlowerTute1
2. Z tak stronach,, składany pas tkaniny na pół, jak na rysunku. Stitch długo, zbierając szew wzdłuż dopasowane porwanych brzegów, przez dwie warstwy.(Na kwiat podarte krawędzi, szew wzdłuż krawędzi składane przez obie warstwy).
FlowerTute2
3. Delikatnie wyciągnąć szwy, jak szyć, w celu zebrania materiału w kole.Przymocować koło tkaniny w centrum z kilku szwów. Bezpieczne i wykończenia wątku.
FlowerTute3a
4. Z filcu, cięte trzy warstwowych środowisk -.. 2 "szerokości 1,75 cm szerokości i 1,5 cm szerokości krawędzi Notch kół dużych i małych Usuń wszystkie" wiszące chads "z filcu. - Musimy nic z tego Stack filcu koła, jak pokazano.
FlowerTute4
5. Na zebranych kwiatów tkaniny, warstwa filcu ułożone koła i ozdobny guzik lub broszkę. warstw Stitch razem w centrum kilka razy poprzez przycisk bezpieczne. Schować zebrane krawędzi na tylnej kwiat przez bat-stitching okręgu złomu czuł z tyłu kwiat. Następnie założyć na sew-pin-back, obciąć włosy, kucyk elastyczny pałąk TT , bobbypin lub wsuwka. I to wszystko. Easy-peasy.
FlowerTute5
Dla Państwa wygody, Poniższy wykres przedstawia pomiary wykorzystywane do innych kwiatów ciekawe na zdjęciach powyżej. Duży kwiat jest przez stos złożony kawałek jedwabiu na górze złożonego bawełna nadruk z zakładkami wyrównane. szwów Gathering szyte są przez wszystkie warstwy, w pobliżu krotnie. A duże spirale kwiat na kilka warstw, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych widoczne.
FlowerTute6a
Uwaga! Wszystkie wymiary powyżej podane w calach (1 cal= 2,54 cm), a nie jak mylnie w tłumaczeniu w centymetrach.

Obok, po prawej, link do bloga Heather, która prześliczne rzeczy projektuje i wykonuje.


12 marca 2011

Nippon - kolejna tragedia


日本

Jeszcze Haiti z gruzów się nie podniosło, jeszcze świat nie zapomniał o największym w dziejach tsunami u wybrzeży Sumatry, z 2004 roku, a tu kolejna tragedia, japońska.
Wprawdzie w Japonii znam tylko Mugumogu i kota Maru, i to jednostronnie, ale lubię ten kraj i cenię niezmiernie jego mieszkańców. Tak, tak, wiem, że zachowali się swego czasu podle, i w II wojnie agresorami byli, w dodatku okrutnymi. Ale i zapłacili za to cenę straszną, miastami Hiroszimą i Nagasaki.


Teraz za to cywilizację mają  najświetniejszą (chcieliśmy przecież  bardzo być drugą Japonią:), wysoką kulturę masową, wybitny film, literaturę, a głównie, jak chyba nikt inny na świecie, na ogromną skalę pielęgnują tradycje, nierzadko setek lat sięgające.
Jest za co podziwiać Japończyków, czyli miedzy innymi za to, co wszyscy znamy:
Kimono
Sushi
Ikebana
Bonsai
Budda
Geisha
Samuraj
Haiku
Herbata
Shogun
Ogród
Origami
Ostatnio pasjonują mnie Kanzashi (tradycyjne ozdoby do włosów w kształcie kwiatów) i Miyuki (oczywiście koraliki).


Mocno trzymam kciuki, aby ci, którzy przeżyli z ruin się podnieśli jak najprędzej. Bo cóż więcej mogę zrobić.

28 lutego 2011

Ile ucho wytrzymuje




kolczyki z wielkimi turkusami

Nurtuje mnie pytanie, jak to zmierzyć, czy da się ustalić, jakie może być dopuszczalne  obciążenie na jedno ludzkie ucho?
Nie, nie w decybelach. W gramach.

No bo właśnie znów kolczyki zrobiłam. Wielkie są, a nawet można powiedzieć olbrzymie; jeden koral turkusowy waży 12,5 g i wydaje mi się, że dla ucha to jednak dość  sporo jest.

Wiem, wiem, że to może zależeć od wielkości ucha, grubości płatka, w ogóle od wagi i budowy człowieka. Od wytrzymałości. Od chęci noszenia w uchu czegoś, co szczególnie nam się podoba, niechby nawet i waga kamienia była duża, a nawet bardzo duża.

Taki na przykład brylant 12,5 karata; przyjemnie byłoby mieć. Ale czy w uchu można by go nosić, wątpię. Jeżeli dobrze  liczę to miałby przeszło 8 cm średnicy, co nawet dla mnie, miłośniczki wielkich błyskotek, byłoby przesadne.

A dlaczego się nad tym zastanawiam, zamiast kolczyki przymierzyć  i na sobie eksperymentować, czy się normalnie zniesie taką wagę? Po prostu. Nie mam dziurek w uszach:)

Nawet mężowi mojemu proponowałam, żeby dał sobie uszy przekłuć, albo chociaż jedno, ale sprzeciwił się. Kategorycznie.



18 lutego 2011

Czy to śruba jest

Moje świrowanie, czy też śruba, jak to Iza (Zza uchylonych drzwi) nazywa, u mnie koralikowa, jaka mnie od pewnego czasu przykręca, staje się nieźle czasochłonna.

Zamiast o brudnych oknach (naprawdę bardzo brudnych) zacząć myśleć, i temu podobnych rzeczach praktycznych, moje myślenie wokół kryształków i perełek krąży, śledzę w Sieci strony biżuterii poświęcone, oglądam godzinami sklepy z biżuterią, z koralikami, galerie z weneckim szkłem, oraz pracownie ze srebrem i naturalnymi kamieniami.

Świat zaczyna mi się jawić jako jeden wielki naszyjnik, z miliardów paciorków złożony.
Zastanawiam się, dopóki jeszcze mam odrobinę samokontroli, czy to aby nie staje się już niebezpieczne?!

Właśnie kolczyki zrobiłam, ale czy one w ogóle nadają się do noszenia:



kolczyki - koła z lampworkami

12 lutego 2011

W cudze piórka się stroić


Ostatnio przekładam koraliki. Zastanawiam się przez kwadrans czy do brązowej płytki szkła weneckiego lepiej pasuje kulka niebieska, a może granatowa, a raczej taka szafirowo-granatowa. Czy kolory te wzajemnie się nie przygaszają czy raczej działają na siebie ożywiająco?
W każdym razie zaczęłam traktować paciorki przeróżne, szkiełka i kamyki jako niemal coś żywego, i to nie tylko z tego powodu, że tak gładko się toczą, a zdjęte z nici gdzieś przepadają, gubią się i znów się odnajdują.


Nie podejrzewałam nigdy, że te kształty okrągłe, owalne, beczkowate, podłużne, romboidalne i jakie tam jeszcze, mogą stać się manią i wciągać człowieka do zabawy z nimi, układania, nawlekania, łączenia z innymi ozdobami, ustawicznego poprawiania i zamieniania tego, co już nanizane.


Biżuteria. Ach! To jest  dla prawdziwej elegantki wykończenie stroju, podkreślenie urody, wreszcie lokata kapitału. No pewnie, że nie lokujemy w glinianych naszyjnikach, ani nawet w mahoniowych kolczykach. Te mamy tylko do ozdoby, i to sezonowej, w  najlepszym przypadku. Na przyszłą zimę czy wiosnę  już nie te modele będą modne czyli noszone. Ale przecież nie wyrzucimy tych świecidełek, bo przypominają nam, jaką furorę zrobiłyśmy tymi  klipsami czy tamtymi  bransoletkami.
Tak, tak; znam dziewczyny mające całe szkatułki, ba, całe skrzynie przeróżnych  błyskotek, w których przebierają częściej lub rzadziej; z sentymentu, dla przypomnienia pewnej randki, albo którejś prywatki. Dla zobaczenia siebie, tej szczęśliwej, promiennej, sprzed lat pięciu, dziesięciu, a może i wcześniej.


Sama co prawda biżuterii zupełnie żadnej od lat nie noszę, ale podobają mi  się te ozdoby, zwłaszcza jeśli z moim gustem są zgodne. I choć o nim podobno się nie dyskutuje, nie pochwalę na przykład kolczyków z piórek.  Zaraz mi się to  znane porzekadło, w sposób całkiem dosłowny, kojarzy.


Pochłonięta prawie bez reszty agatami, turkusami, linkami, biglami, perełkami i podobnymi cudami nanizałam takie oto  egzemplarze:












Naszym kotom byłoby miło, bardzo miło, gdyby kogoś zainteresowały.

A dla mojej przyjaciółki z Nadrenii przeznaczyłam tę bransoletkę. Teraz siedzę i martwię się, czy aby jej się spodoba.


14 stycznia 2011

Maru from Japan


Duniaszka

Dzisiaj w nocy musiałam wstać z łóżka. Zaspana weszłam do łazienki, a w umywalce leży sobie Dunia. Najpierw pomyślałam, że mam jakieś zwidy, ale nie, Dunia faktycznie spała jak suseł.



Owszem, bywało parę razy, że Duniaszka w wannie noc spędzała. Ostatnio w te wielkie mrozy. To nawet kocyk jej podścielałam, ale w duchu od kretynek wymyślałam.


Chociaż łażenie po wszystkich łazienkowych urządzeniach to u naszych kotów norma, to jednak tego jeszcze nie było, aby tak sobie chrapać w umywalce.
Nawet miałam zamiar zdjęcie jej zrobić, ale ponieważ było około trzeciej nad ranem machnęłam ręką na kocicę. I na aparat.


A potem przypomniałam sobie, że to przecież nic wielkiego; Maru też lubi robić toaletę tam, gdzie na to miejsce jest wyznaczone, a potem słodko przysnąć:



Tak, tak:


Odkąd wpadłam na zdjęcia kota Maru autorstwa jego opiekuna Mugumogu, stałam się wielbicielką ich obu.


Tysiące fotografii i setki filmów, jakie zrobił temu przepięknemu zwierzątku Mugumogu podziwiać można na YouTube albo na blogu (link obok).


Najwspanialsze jest to, że filmy pokazują zwierzaka w całkowicie naturalnych, zupełnie nie reżyserowanych sytuacjach, nie ma w nich żadnych wymuszanych zachowań kota, żeby było śmieszniej(?), bardziej ciekawie(?). Nie ma żadnego przebierania zwierzęcia, wsadzania do czegoś lub na coś, i temu podobnych bzdur, po to jedynie, aby epatować widza.


I co też wyjątkowo mi się podoba, nie ma na tych filmach żadnej muzyki (ani muzyczki), a dźwięki tylko okolicznościowe, można by powiedzieć; szelest papieru, tupot kocich nóżek, odgłos wywracanych kartonów , kubełków czy zabawek.

Maru się bawi, odkrywa świat, je, śpi, leniuchuje, uczy się, a z każdego takiego filmiku, małego arcydziełka, przebija miłość człowieka do zwierzęcia, i odwrotnie. Maru ma  rajskie życie. Zwyczajnie, jak to u Japończyków!


Maru jest pięknym, mądrym, kochanym kotem.
Mugumogu jest wspaniałym opiekunem i najlepszym na świecie fotografem swego kota.


30 grudnia 2010

Żegnanie starego i witanie Nowego Roku


Tak to już jest, że średnio co 365 dni hucznie żegnamy stary rok i o północy 31 grudnia, przy brzęku szkła posyłamy go do lamusa.
Teraz Nowy Rok nabywa przywileju korzystania z wielkich liter, i  tak przez czas jakiś będzie, dopóki życzenia  krążyć będą, odbierane i wysyłane. Czyli gdzieś do lutego.

Potem znów wszystko do normy wraca. Nowy Rok staje się rokiem bieżącym, a my wszelkie nasze noworoczne zadania, plany i nadzieje zaczynamy rozsądnie weryfikować, sprowadzając je z wymiaru lekko baśniowego zwykle przecież, do rzeczywistości.

Tak więc pomijamy w pierwszym bodaj rzędzie wszelkie nasze ‘mocne postanowienia’ typu:
-zapiszę się na hiszpański (eee, chyba w tym roku pojedziemy do Mielna),
- wykroję co dzień 20 minut na rowerek (ale, ale; przecież i tak nie mam go gdzie postawić),
- ustabilizuję swoją wagę (no, te głupie dziewięć kilo to przecież w każdej chwili mogę  zrzucić).

Następnie lekkiej modyfikacji zaczynamy poddawać swoje plany, zwłaszcza inwestycyjne:
- obraz Jacka Yerki? (no tak, ale to jest utrzymanie dla zwierząt na pół roku),
- nowe meble do salonu? (ale stare są przecież w dobrym stanie, a poza tym znów wraca moda  na lata sześćdziesiąte/siedemdziesiąte/osiemdziesiąte),
- odkurzacz Kirby? (jednak okazuje się, że on wcale nie jest taki cichy).


Ostatnie polegną nadzieje nasze, że coś się stanie (upragnionego) lub czegoś unikniemy (niekorzystnego), albo coś nas spotka (radosnego), jeżeli tak jednak się nie zdarzy.

Ale to  przecież nic takiego: od tego mamy zjawisko  upływającego czasu. On już załatwi nam wszelkie tego typu problemy, to znaczy doprowadzi nas na kraniec roku aktualnego, robiąc z niego alegorycznego starca z długą siwą brodą, który władzę nad światem oddaje młodziankowi symbolizującemu kolejny Nowy Rok.
I znów będziemy mogli na nowo życzenia innym i sobie składać, i nowe mieć plany oraz nadzieje nowe. Więc chyba na tym życie nasze polega. Oby tylko wiary nie stracić, że ono jest cudowne.
Każdego, każdziutkiego roku.
                                                       

22 grudnia 2010

Gwiazda betlejemska

W tym roku planowałam aby przyjaciołom przygotować pod choinkę upominki wykonane własnoręcznie.


Możliwości mam raczej ograniczone bo nie maluję, nie dziergam, nie umiem haftować. Postanowiłam więc, że postaram się najlepiej jak potrafię uszyć na maszynie okolicznościowe dekoracyjne drobiazgi.


No i pech; najpierw ‘wysiadł' stary mój Singer, czasy średniego PRL-u pamiętający. A zaraz potem posłuszeństwa odmówiła Victoria. Ręczne szycie raczej w grę nie wchodzi, więc plan się załamał.
Ale nie chciałam się poddać.
W poszukiwaniu inspiracji zaczęłam przeszukiwać w sieci strony, na których prezentuje się tysiące dosłownie dekoracji związanych z bożonarodzeniowymi świętami a wśród nich aniołki, choinki, bałwanki, gwiazdki, i całą masę podobnych. Wiele z nich naprawdę mi się spodobało, na przykład poinsecja- origami.


I to właśnie uznałam za dobry pomysł: Zamieniłam kolorowe papiery na kolorowe materiały, a technikę składania na wycinanie podklejanych motywów.



W ten sposób powstały moje poinsecje, zwane betlejemskimi gwiazdami, które w świat już pojechały.


                                                  *


A tę zrobiłam z myślą o wszystkich miłych Znajomych Dwunastu kotów, których proszę o przyjęcie szczerych życzeń zdrowia, spokoju i zadowolenia w ten czas jedyny w roku, choinką pachnący, kolędą dzwoniący, jakże uroczysty a zarazem tak ciepły i rodzinny.

3 grudnia 2010

Kamionka, ale nie ta do zsiadłego mleka



Którejś nocy,  wiosną wczesną, obudził nas niesamowity hałas dochodzący  gdzieś z zewnątrz domu, z dachu. Kierując się tymi dźwiękami doszliśmy do przekonania, że to pod dachówką uwięziony ptak szamoce się co sił, i usiłuje wydostać się na zewnątrz. Zmusiłam wręcz mojego męża, aby o trzeciej nad ranem, podniósł tę dachówkę, bo biedne zwierzę na pewno umrze.
Oczywiście pod dachówką nikogo nie było. A stuki dobywały się jeszcze z coraz to innych miejsc na połaci, do samego rana. Później wszystko ucichło. I jakoś zapomnieliśmy o tym wydarzeniu.

Ale w lecie także kilka razy zdarzyły się podobne łomoty, budzenie się w środku nocy, nadsłuchiwanie, domyślanie co to, kto to, co za duchy się zagnieździły? A może to szczur jakiś po dachu buszuje?
Na poddaszu żadnych śladów czyjejkolwiek bytności. Jak tu sprawdzić, co to może być?
No i poza tym nasze koty dość spokojne były; żadnych objawów paniki, żadnego wyraźnego zainteresowania tymi odgłosami. Owszem, przebudzone, głowy ze swoich posłań podnoszą, chwilę nadsłuchują, i znów wygodnie do snu się układają.

Jakoś tak pod koniec listopada zauważyliśmy, że jedna z listew sidingu wisi obluzowana całkiem, więc mąż wytaszczył drabinę i przymierzał się do naprawy. Ale żeby przybić tę deskę
trzeba się do niej dostać. Żeby się dostać trzeba rozebrać część dachu. No właśnie: Wyjęte dachówki ujawniły chuligańskie skłonności naszych nocnych gości. W kilku miejscach w styropianie wygryzione zostały olbrzymiaste dziurzyska, a kawały ocieplenia rozrzucone były wszędzie.

Nie zdążyliśmy  załatać, choćby tylko prowizorycznie tych dziur, bo w nocy śnieg zaczął walić i pokrył wszystko kilkudziesięciu centymetrową warstwą.

Rano rozmawialiśmy z nadreńskimi przyjaciółmi, dzieląc się jak zwykle wrażeniami, i wtedy Schatz wpadła na trop: - Przecież to muszą być kamionki!  U nas szkody wyrządzanie przez te stworzonka są dość znaczne, i ludzie na różne sposoby je odstraszają.
Oczywiście mój mąż, jak zwykle niedowiarek: - Przecież w dachu dziur żadnych nie mam, w jaki sposób mogłyby tam się dostać?! Poza tym nigdy ich nie widziałem, a przecież bez przerwy w ogrodzie przesiaduję!


Zaczęłam poszukiwania na różnych stronach i forach, i faktycznie, okazało się, że i w Polsce to prawdziwa plaga i utrapienie dla wielu posiadaczy pojazdów parkowanych pod chmurką, które zwierzaki te na sypialnie swoje lubią sobie obierać, obgryzając przy okazji kable elektryczne. Również właściciele domów narzekają na niechcianych lokatorów i starają się ich przepędzać.
Dlaczego? Ano dlatego, że kuny domowe, zwane inaczej kamionkami, niszczą ocieplenia dachów i poddaszy, przynoszą jedzenie, którego resztki gdzieś w zakamarkach się potem rozkładają, zostawiają swoje odchody, a przy tym straszne harce uskuteczniają i spać ludziom nie pozwalają.
Zobaczyć je raczej trudno jest, bo poruszają się niczym cienie i bardzo szybko, a na dokładkę nocą głównie.

Jeśli o nas chodzi to możemy łatwo te nocne gonitwy, hałasy i chrobotania znieść. Przecież nie wypędzę zwierzęcia tylko dlatego, że ono nocny tryb życia prowadzi.
Trochę gorzej z ich niszczycielskimi zapędami. Raczej nie można godzić się na dewastację ocieplenia,  bo to już kosztowne jest i do naprawienia trudne. Na razie nie mamy pomysłu co zrobić, aby nasza koegzystencja pokojowo się układała.

Można kuny przepłoszyć używając ostraszaczy dźwiękowych. Oczywiście u nas sposób ten nie wchodzi w grę, ze względu na koty, które także zdecydowałyby się na opuszczenie domu.

Podobno wszelkie zabezpieczenia typu druty, siatki są nieskuteczne, gdyż kuna ze względu na cechy swojej anatomii może przedostać się nawet przez szczelinę wielkości 5 centymetrów! W dodatku ząbki ma niczym piła elektryczna.
Poza tym znakomicie się wspina nawet po całkiem gładkich powierzchniach. Jest zwierzątkiem niezwykle inteligentnym, w zasadzie nie boi się  ludzi. Jakieś obawy budzą w niej jedynie psy wielkich ras.  
Prawdę mówiąc kamionka wyprowadza się dobrowolnie jedynie wtedy, gdy nie znajduje już w obranym miejscu niczego dobrego do swojej spiżarni.

Tak więc do kolejnej wiosny w sypialni na poddaszu, z ociepleniem obżartym przez te wyjątkowo urodziwe zwierzątka, zimno będzie niczym w Murmańsku, mimo, że piec c.o. na full chodzi i termostat odkręcony jest na maxa.
A potem to się zobaczy.
kuna domowa-kamionka
foto: mlodylesnik.ocom.pl

13 listopada 2010

Zabawki internetowe

Kto to jeszcze pamięta? Kiedyś przed laty, które na dziesiątki już się liczą, bo było to w 1952 roku, jazzowy geniusz, Kreolczyk z Nowego Orleanu, Sidney Bechet, skomponował kolejny ze swoich hitów. Utwór, jak przystało na mieszkańca Paryża, do którego Bechet (1897  -1959) przeniósł się na ostatnie kilka lat swego życia, otrzymał francuski tytuł: Petite Fleur.

Nie udało mi się odszukać informacji, od którego roku faktycznie grany był w Polsce, w każdym razie na pewno był przebojem przez lat co najmniej kilkanaście. Na przełomie lat 50/60 i chyba po lata siedemdziesiąte należał do stałego repertuaru wszelkich możliwych orkiestr i  każdego wykonawcy, od zespołów klubowych po knajpianych klezmerów, do kotleta przygrywających. A kiedy dobiegały nas dźwięki płyty, zgranej do niemożliwości, prawie na pewno wiadomo było, że za tymi drzwiami odbywa się prywatka.

Zrobiłam własną, malutką zabaweczkę internetową:  filmik, na którym małe i większe kwiatki z mojego ogrodu są skromniutką ilustracją do tej muzyki, wykonywanej przez jednego ze znakomitszych jazzmanów,  
Boba Wilbera. Jest on wielkim admiratorem i popularyzatorem muzyki Becheta.

2 listopada 2010

Za wszystkie moje Duszki

Stary cmentarz w Brzesku
fot: Tomasz, Picasa Web Albums
Dawniej, kiedy młodsza byłam, nie myślałam o śmierci wcale. To znaczy o własnej śmierci. Bo śmierć osób mi bliskich, z którą często, od dziecka właściwie  do czynienia miałam, przeżywałam intensywnie.
W miarę upływu lat temat odchodzenia naszego w zaświaty coraz więcej mojej uwagi skupia.
Jednak przyznać muszę,  rozważam go na razie teoretycznie jakby, czyli niby wiem, że życie śmiercią się kończy, ale... moje... przecież jeszcze nie teraz!

No, właśnie. To przeświadczenie, że własne odejście da się przeczuć, w jakiś sposób przewidzeć, wyśnić może, że los czas jakiś mi ofiaruje, aby swoje sprawy dokończyć, pozamykać, porządek po sobie pozostawić, jakże jest złudne.
Znałam tylko jedna osobę, która przewidziała własną rychłą śmierć. I  tak się stało, mimo, że nie popełniła samobójstwa. Po prostu nie miała woli życia. Za to niesamowicie silną osobowość. Zawsze będę o niej pamiętać. I ją podziwiać.

Odejście wszystkich innych, drogich moich Zmarłych, niezmiennie było wielkim zaskoczeniem, niespodziewanym wyrokiem losu albo boskim zrządzeniem, i to niezależnie czy dotyczyło człowieka starego lub osoby nieuleczalnie chorej, czy młodego, sprawnego, przed którym były tak zwane najlepsze życiowe perspektywy.

Kiedy umarli moje życie nie było już takie samo, i za każdym razem mówiłam i czułam: - Tego się nie spodziewałam! Kochałam wielu z nich. Teraz wspominam. I niektórych nadal kocham.



13 października 2010

Nastroje coraz gorsze







I znów październik. Kolejny.
Zimno daje się już dobrze we znaki. Było kilka dni pogodnych, owszem. Ale ciepło to tylko bywało około południa. Ranki i wieczory zimne. A noce bardzo zimne.
Nasze zwierzęta zawzięcie szukały plam słońca na trawie pokrywającej się gęsto opadającymi liśćmi. I upierały się, aby wylegiwać się na tej zimnej przecież ziemi. Potem, na starość, na reumatyzm cierpieć będą. A starość u kotów niestety, szybko bardzo nadchodzi.

Rudolf, który ma już prawdopodobnie 11-12 lat; prawdopodobnie, bo u nas jest lat dziesięć, a dokładnie nie wiadomo przecież ile miał, kiedy do naszego domu przebojem się włamał, zaczyna już wiek swój dotkliwie odczuwać. On, taki tłuścioch,  nie napasiony zwykle, teraz chudziutki się robi, śpi wiele, ciepła szuka. Znów miewa częste napady obżarstwa, po których wymiotuje. Przez tyle lat nie może biedak zapomnieć, jak to z głodu umierał i w śmietniku mieszkał.
Tylko on na noc zawsze do domu się stawia, tylko jego nie trzeba wielokrotnie wołać, prosić, błagać i przekonywać jak pozostałą  naszą trzodę, aby zechciał pod dachem przenocować, ciepłą kołderką opatulony.

I niby te kociska takie ciepło są  lubne, ale ile trzeba się nachodzić i nawołać, aby spokojnie samemu do łóżka się położyć, ten tylko wie, kto usnąć nie może, kiedy zwierzaka jego w domu przed nocą  nie ma.

Sama także wyjątkowo ciepło lubię, zimna i zimy nie znoszę, upały, nawet znaczne, niezbyt mnie męczą, a w każdym razie gdybym do wyboru miała, zdecydowanie w klimacie z dwoma porami roku, a najlepiej z jedną – letnią, bym zamieszkała.

A ta przysłowiowa złota polska jesień? Może i jest gdzieś, przez kilka dni ciepłych, pogodnych, kolorowych? Może po parkach, zagajnikach i lasach ją widać? Ale dla mnie kilka dni to mało, plus 12 °C w południe - zdecydowanie za chłodno, zmierzch o wpół do szóstej po południu -  za wcześnie.

I tak wielkimi krokami nadchodzi znowu  smutny czas szarugi, chłodu, kiepskiego nastroju.
Gdybym była na przykład niemieckim rentierem to właśnie w tej chwili zapakowałam bym  wszystkich mieszkańców naszego domu do auta i wyjechała na nadchodzące pół roku do małej, zapomnianej przez turystów,  rybackiej wioski w Hiszpanii.
Niestety, nie jestem.

22 września 2010

Lato się skończyło

To są ostatnie letnie promyki. I zielenie ostatnie.

Bo kiedy Słońce wejdzie w znak Wagi, co stanie się 23 września o godzinie piątej z minutami, nasz świat już jesienny będzie. I przechadzać się zacznie w królewskich barwach, o czym tak pisała poetessa moja ulubiona:

Jesień*
Chodzi w szalu czerwonym i złotym.
Przegląda się w owalu jeziora.
Lecz jest chora. I nic nie wie o tym,
że ją pochowają w tym szalu.



                       Maria Pawlikowska-Jasnorzewska: Autoportret



To może już czas kominek rozpalać?


        Michaił Wrubel, Po koncercie: Nadieżda Zabela-Vrubel przy kominku (1905),
        pastel na płótnie, Galeria Tretiakowska, Moskwa






_________________________

* Maria Pawlikowska-Jasnorzewska “Jesień”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, W-w 1980